Język angielski

Jes, aj spik inglisz

Afrykaner, Irlandczyk i Anglik. Pierwszy brzmi jak rozgorączkowany Vodyanoi. Pozostałych można zrozumieć.

Każdy chyba ma kogoś w gronie znajomych, choćby tych z FB, którzy gdy tylko popełnisz błąd typu: berth/birth, wyłożą ci jak bardzo słabo znasz język angielski. Uwielbiam też wykłady jak słaby jest mój „angielski akcent” (sic!) i demonstracje jak powinno się wymawiać słowa we właściwy sposób. Ciekawe czy chodzą też po Katowicach czy Zakopanem i pouczają ludzi jak mówić po polsku?

Nie mam pojęcia skąd bierze się ta dziwaczna maniera czepialstwa o akcent. W samej Polsce mamy taką różnorodność, że stwierdzenie „polski akcent” zaczyna być dziwne. Podejrzewam, że wynika to z trochę biernej znajomości języka. Najrzadziej – na podstawie moich obserwacji – czepiają się osoby, które były w UK/USA/Australii/Kanadzie czy innym kraju, gdzie szkolne umiejętności zderzyły się z codziennością. Nie mówiąc już o tym, że angielski jest również językiem urzędowym np. w Zimbabwe Jednak nie podejrzewam by obywatele tego kraju mówili niczym Szekspir.
Właśnie ci podróżujący wiedzą najlepiej – że nie ma co się czepiać.

Ci zaś, którzy może raz skorzystali ze swych może i piątkowych ale szkolnych umiejętności – przyczepią się do każdego. Mają po prosu lekko spaczone wyobrażenie o tym jak brzmi język obcy.

 

Na koniec: Afrykanerzy to określenie białych mieszkańców miedzy innymi RPA. Na co dzień posługują się Afrikaans, dzięki czemu jeszcze trudniej ich zrozumieć, niż przybyszów ze Szkocji czy Anglii. Wujek google powie wam więcej 😉

Przydawka
  • co?
  • Przydawka. Co to jest przydawka.
  • A skąd ja mam k**** wiedzieć co to jest przydawka?

Gdy ktoś zwraca mi uwagę na brak „brytyjskiego” akcentu i niepoprawne wymawiane słów w języku angielskim, pytam co to jest przydawka. 90% speców nie ma pojęcia jakie są części mowy w języku polskim. Ja po prawdzie też nie pamiętam już bardzo dokładnie rozbioru zdania albo nie potrafię na zawołanie zbudować zdania podrzędnie złożonego okolicznikowego czasu.

Poprzedni blog prowadzony był również właśnie w języku angielskim. Uwag do treści nie było. Trzeba jednak przyznać, że wiele osób czytało to od deski do deski, gdyż inaczej nie wyłapali by błędów np. w połowie trzeciej strony. Dręczmy mnie tylko, czy nie robili tego aby znaleźć właśnie jakąś literówkę, błędne zastosowanie czasu np. przeszłego zamiast zaprzeszłego i tak dalej.

Spytajcie o przydawkę. Albo niech opiszą różnice między homofonem a homografem. Delikwent odczepi się szybciej jeśli dodatkowo jest homofobem 😀

Intencje

Jeśli ktoś zwraca mi, czy tobie uwagę na coś co robisz źle, to samo w sobie nie jest „hejt”. Jest to nawet pomocne. Jednak jeśli ktoś nie ma żadnej uwagi do merytorycznej strony tekstu czy wypowiedzi a czepia się o to, że będąc Polakiem, nie wymawiam słów jak ludzie, których rodziny od zawsze mieszkały w Londynie to jest to zwykłe dopierdalanie się. 

Znane jest to nie tylko w kwestiach językowych, ale wielu innych. Np.

  • fotografii – fota byłaby lepsza z pełnej klatki, bo widzisz ja mam i mnie stać
  • kulinariów – wątpię, żeby potrafił robić prawdziwy ramen bo tego nikt nie potrafi tylko JA
  • sportu – jestem wprawdzie bardzo guby/a alb mój brat/kolega/własna wyobraźnia jest trenerem personalnym.

W języku działa to na podobnej zasadzie: potrafię ładniej wymówić „comfortable” tym samym mam więcej ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Cudze porażki

Są też osoby, które nie mają wobec nikogo dobrych intencji – przykład. trenujesz sobie, podchodzi trener i mówi: „wiesz co, uważaj, bo uszkodzisz plecy, pomogę ci wykonać to ćwiczenie – efekt będzie lepszy i nic sobie nie zrobisz” a jedynie budują poczucie własnej wartości na cudzych porażkach. Należy się ich wystrzegać tak samo jak kół wzajemnej adoracji.

Jeśli natomiast robicie coś z zakresu sztuki, języka, kulinariów i może nawet nie wychodzi wam to dobrze, ale o tym wiecie i robicie by się uczyć: to to róbcie.

 

jak zacząć z fotografią

Jak zacząć fotografować

Jak zacząć fotografować?

Body

Przede wszystkim potrzebujesz co najmniej pełnej klatki. Co najmniej! W zasadzie bez topowego Nikona, Canona czy Sony nie masz po co brać się za fotografię. I tak niczego nie osiągniesz. Pamiętaj o tym kupując swój pierwszy aparat. Tylko FF da ci właściwą głębię ostrości, bez której w profesjonalnej fotografii ani rusz. Właśnie wydałeś równowartość fajnego autka 😉

Obiektywy

Tylko stałki 1.2 albo lepiej 1.0. F. Bez tego nie powinieneś nawet myśleć o fotografowaniu. Przecież, twoja fotografia jest tak dobra jak bokeh, który uzyskujesz poprzez swoje wypasione szkło. W końcu chcesz się zająć na poważnie fotografią i wiele razy słyszałeś, że to nie aparat robi zdjęcia, ale bez dobrego aparatu wraz obiektywem ani rusz. Kup coś z górnej półki, żeby mieć ostre tylko oczy, reszta w cudownym bokehu.

Ekran i piec

Kup Ezio albo LaCie. Przecież chcesz mieć idealnie odwzorowane barwy? Właśnie. Leć i kup topowy monitor jaki stosuje czołówka fotografów na świecie. I koniecznie Mac! Przecież, nie jesteś byle kim, na Windzie nie dasz rady skonfigurować czegoś tam, przez co twoje foty nie uzyskają należytego odwzorowania! Musi to być naturalnie wersja z Ci7, 16 giga ramu. Praktycznie nie masz co brać się za retusz fotografii na jakimś pospolitym AMD czy nawet Ci5. I gdzie bez tego ramu?! Przecież potrzebujesz 16 na sam komfort startu systemu. Teraz drugie tyle do pracy.

Kalibrator

Udam, że nie słyszałem.

Kalibrator aparatu

Że co to jest?

Ile za to?

Potrzebujesz około 100 000 złotych żeby zacząć. Potem możesz już fotografować. Biorąc pod uwagę, że topowe aparaty potrafią kosztować 25 000 zł, ostateczna kwota może zbliżyć się jednak do ceny bardzo dobrego samochodu.

Pół żartem już było, teraz na serio

Jeśli zaczynasz przygodę z fotografią będziesz biegał za sprzętem. Będziesz zazdrościł ludziom, którzy siedzą w tym od lat ich wypasionego szpeju i sarkał, że ty nie masz jeszcze tego wszystkiego.

Pozwól sobie zacząć. Odkryj co chcesz robić. Pracuj. W końcu zdobędziesz cały sprzęt jaki ci się marzy. Tak, aparat i obiektyw są ci niezbędne. Jednak jeśli zafiksujesz się tylko na tym okaże się, że gdy ktoś zapyta „Pokażesz jakieś zdjęcia?” nie będziesz miał nic do pokazania 🙂

 

 

fotograficzne poszukiwania

Nauczyć fotografować

Nauczyć fotografować to rozbudzić ciekawość

Nauka fotografii to rozbudzanie ciekawości. Co jest tam, sto kroków dalej? Choć jak patrzę na wędrujących tam i z powrotem deptakiem ludzi…mam wrażenie, że ciężko z tą ciekawością.

Osobiście lubię czytać. Bardzo. Czytam bardzo dużo fantastyki. Jedna jest mniej a inna bardziej ambitna. Jednak nawet ta niższych lotów wpływa moim zdaniem pozytywnie na wyobraźnię. Pozwala bujać w obłokach. Ot, śmielej puszczam wodze fantazji 🙂 Jednak każdy jest inny i potrzebuje innych bodźców. Jednak po wielu latach w szkołach doszedłem do wniosku, że wszystko co można dzięki nim osiągnąć to powolne zabicie zainteresowania czymkolwiek. Gdy poznasz już teoretyczne tajniki i zaczynasz doskonalić warsztat, musisz mieć jeszcze ku temu jakiś powód. Jasne, robisz to dla fotografii. Fotografii czego?

Część fotografów oddała się jednej dziedzinie, na przykład modzie albo reportażowi. Inni zajmują się wszystkim. Można to nazwać inspiracją. Jednak aby inspiracja była skuteczna musi obudzić się w tobie choćby minimalna ciekawość świata. Siedząc w domu i patrząc w ekran, albo nie dajcie bogowie Fearunu, tocząc boje na forach. To najgorsze co może Was spotkać.

Czytaj, oglądaj, rozmawiaj

Każdy z nas jest inny. Jeden, jak ja, woli książki. Tam znajduje inspirację i przekuwa słowa na obrazy. Ktoś inny chwyci za aparat pod wpływem obrazów. Tak na prawdę, inspiracja niewiele różni się od nauki. Gdy coś nas zainspiruje, staramy się szukać, odkrywać, poznawać. Jednak bardzo wiele osób szuka sposobów na naukę fotografii. Osobiście zawsze odradzam wszystkie „tematyczne” kursy, książki itp. Czytając to pamiętaj proszę, że wszystko co piszę jest bardzo subiektywne. Jeśli lubisz – czytaj. Ja będę ci polecał coś całkiem innego 😉

Idź i szukaj

Idź do galerii, do księgarni, pogadaj z kimś na piwie. Bardzo lubię twórczość Aldousa Huxleya, ale nigdy nie miałem ochotę sięgać po „Drzwi Percepcji”. Jeśli przeczytacie wpis o inspiracjach zrozumiecie lepiej, czemu w końcu się zdecydowałem. Jednak zapewniam, że nie zamierzam podejmować żadnych eksperymentów z kaktusami. Zmierzam do czegoś innego.

Coś lub ktoś może dać mi bodziec do przeczytania czegoś nowego, po co normalnie nie sięgam. Np. psychologia. Z resztą czy cokolwiek robimy sami z siebie? Ok, odbiegam od tematu. Po prostu wstańcie, znajdziecie coś ciekawego i idźcie tam. Wystawa, wydarzenie? W bielsku chyba każdy zna Pełną Kulturę. Warto zaglądać. Jeśli zaś wolicie książki… cóż, niebawem wrócę do recenzji i bardzo chętnie podzielę się tym, co lubię czytać.

nauczyć fotografować

inspiracja w fotografii

O inspiracjach

Inspiracja w fotografii

Wpis wysoce subiektywny oparty na własnych pomysłach i przemyśleniach!

Czy potrzebna jest inspiracja w fotografii?
Ktoś powiedział, że „inspiracja jest dla amatorów a fotograf szuka światła”.
Bez dobrego światła nie ma fotografii. Zgoda. Pod warunkiem, że jesteś impresjonistą.
Idealna fotografia to światło, kadr i temat. Natomiast nie ma żadnych wytycznych co to jest dobry kadr, światło i temat.

A co robić gdy brak nam motywacji do chwycenia za aparat? Co wtedy robić? Przecież zniechęceni, nie bardzo mamy ochotę fotografować nawet najlepsze światło. Osobiście szukam słów.
Bardzo dużo czytam i czasem nawet fabułę fantastyki próbuję ubrać w temat do fotograficznego eseju.

Dziś – o poszukiwaniu inspiracji na przykładzie autora, czyli moim. Jak wspomniałem, wpis będzie wysoce subiektywny i być może wolicie szukać inspiracji gdzie indziej. O poszukiwaniu motywacji – następnym razem.

Bimber!

Przeczytałem książkę o Jakubie Wędrowyczu. I wiecie co? Marzy mi się reportaż o polskich bimbrownikach. Pomyślcie tylko. Fotograficzna opowieść o wyrobie smacznej, taniej i nie zawsze legalnej wódeczki 😉
Która nie rzadko przewyższa jakością sklepowe wyroby o kilka klas. Za dużo Wędrowycza…za dużo.
W każdym razie wiecie o co mi chodzi. Aparat, bimber i książka na koniec.

ps. To na zdjęciu to tylko atrapa, sfotografowana nieopodal sklepu z whisky gdzieś na Pomorzu. Więc proszę, nie piszczcie że brakuje tego czy tamtego.

 

Ogrody herbaty

Może to rekompensata za to że nigdy nie byłem w Japonii?  Gdybym miał szukać bezpośredniej inspiracji – Księga Herbaty, o której już raz pisałem tutaj. Paradoksalnie pomysł zrodził się w Wiedniu, gdy odwiedziłem tamtejszy ogród japoński przy pałacu w Schönbrunn a nie w Polsce. Tutaj najpopularniejszy pawilon mieści się w Pszczynie, w parku zamkowym. Początkowo cykl nosił nazwę „Mała Japonia” ale z czasem przechrzciłem go na „Ogrody Herbaty”, gdyż stereotypowym wręcz elementem japońskiego ogrodu jest pawilon herbaciany.

Brzmi zawile? Cóż, czasem pomysł kształtuje się pod wpływem jednego impulsu a czasem powstaje przez dłuższy czas.

Pnącze bogów i tatuażysta z Tajlandii

Czasem też inspiracja pojawia się po kilku czarkach sake* i dłuższej rozmowie. Nie wchodząc w dane osobowe, jakiś bliżej nieznany mi człowiek który przyplątał się w barze** interesuje się hmmm „alternatywną rzeczywistością”. Dość powiedzieć, że Icke, Reptilianie i Anunnaki. Zdziwiło mnie tylko, że rozumiem o czym w ogóle mówi, ale również mam tendencję do zapuszczania się czeluście Internetu.

W każdym razie wspomniał o rzeczy jaką jest ayahuasca, czyli właśnie pnącze bogów – substancja, którą stosują szamani w Ameryce Południowej, a która ma jakoby poszerzać ludzką świadomość, wyzwalając z okowów fałszywej rzeczywistości. Zasadniczo nigdy nie byłem zwolennikiem rozwiązań instant ale to już dłuższy temat na osobny wpis.

Jednak pomyślcie: wybrać się do Ameryki Południowej, szukając współczesnych szamanów, którzy oferują „zbawienie w płynie”. Czy naprawdę w to wierzą? Którzy z nich z wiarą praktykują rytuały przodków a którzy tylko zbijają walutę, jak kiedyś hinduscy guru, którzy więcej wspólnego mieli z marketingiem niż świętym mężem? Którzy zaś przyjeżdżają tam, bo jednak hinduskie religie nie oferują niczego w dwa tygodnie przez powrotem za korporacyjne biurko a którzy to zwykli miłośnicy ostrego haju? Wszystko na fotografii. Albo na wideo. Ostatnio pragnę poszerzyć pole działań gdyż warto do tysiąca słów w obrazie dodać jeszcze kilka.

Choć w BB mam tatuażystę prosto z Tajlandii – dzięki czemu nie muszę nigdzie jechać 😉

nauczyć fotografii

 

Nie siedź – działaj!

Bez względu na to gdzie będziecie szukać inspiracji – nie siedźcie przed komputerem. Mnie też się to zdarza, święty nie jestem. Zdarza nawet za często. Trzeba wyjść. Wówczas można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

***

 

 

 

 

*czyli ogólnie alkoholu

** raz siedziałem nad rzeczułką i pijąc kapitalistyczny napój z rozgniecionej stonki ziemniaczanej,
poznałem jakąś absurdalną historię. Nie mam pojęcia dlaczego siedzący na leżaczku pan postanowił się nią ze mną podzielić, ale nie był to ani pierwszy ani ostatni raz.

*** miejsce pewnie powszechnie znane we Wrocławiu, ale dla mnie zupełnie nowe 🙂

krytyka fotografii

Krytyka fotografii

Krytyka fotografii

Słowo krytyka kojarzy się jednoznacznie pejoratywnie. Jak kogoś krytykujemy – znaczy wytykamy mu błędy, albo uzasadniamy czemu w naszym mniemaniu to co robi, robi źle. Tymczasem krytyka fotografii to analiza. Krytyka może być w 100% pochlebna.

Autorytet

Przede wszystkim znajdź sobie kogoś, kto będzie dla ciebie autorytetem. Dziś może to być jedna osoba, jutro inna. Wraz z rozwojem będziesz zmieniał zdanie i szukał sobie nowych wzorów. Jednak nie mówię tu o Wielkich Fotografach XX wieku, których może już nie ma między nami. Chodzi mi o osoby, które mogą twoje prace zobaczyć i ocenić. Więc nie mów, że twoim autorytetem jest Ansel Adams albo Helmut Newton. Wiem, że to bezpieczne – ale ci panowie nie żyją i raczej nigdy nie ocenią twoich prac. Natomiast w trakcie wielu festiwali fotograficznych, można spotkać ludzi, którzy są dobrymi, jeśli nie fenomenalnymi artystami i chętnie z tobą pogadają.

Technika

Blind Critiques with Scott Kelby & Matt Kloskowski

O tych panach wspomniałem już ostatnio. Na kanale the Grid dokonują oceny nadesłanych prac. Przede wszystkim zajmują się techniką, postprodukcją. Biorąc pod uwagę, że Scott jest jednym z lepszych autorów książek, dla osób chcących wejść w świat fotografii to chyba nie trzeba już nic dodawać.

Nie oglądam każdego odcinka, ale wydaje mi się że stroną od oceny merytorycznej – i tak będę na własne potrzeby nazywał analizę treści fotografii w dalszej części tekstu. Chyba unikają takiej oceny. Choć to akurat nie jest wada, gdyż z tego co mówią, wyniesiecie więcej niż z jakiegokolwiek forum czy grupy.

Treść

I tutaj mam zagwozdkę. Czy ona jest w ogóle możliwa? Teoretycznie tak, jednak trzeba mieć świadomość, że oddawszy swoje prace do oceny komuś, musisz liczyć się z jego uprzedzeniami. Lub brakiem wiedzy.

Dobry przykład:

krytyka fotografii

Jedna ze zwycięskich fotografii, autorstwa Madsa Nissena (dobrze odmieniałem?) z WPP 2015.

Oblane zostało na portalach fotograficznych opisane niewybrednymi słowy, z których przytoczę tylko te grzecznie, brzmiące że „zboczenia trzeba leczyć psychologicznie ale już lesbijki…ich piękno i wdzięk można pokazywać, wiesz dziewczynki są ok i nie porównuj piękna dwóch kobiet do zboczeń”  Dlatego uważajcie czyimi opiniami się kierujecie. Inaczej może się okazać, że zaniechacie czegoś, co przyniesie wam uznanie w oczach jury WPP 🙂

Komu zatem pokazywać swoje prace? Kogo słuchać?
Jest to pewien problem. Dyskusja o fotografii to rzecz dość trudna. Jeśli chcecie trafiać do szerokiego grona odbiorców – fotografujcie atrakcyjne modelki. Z tatuażami lub bez. To zawsze się sprzeda.
Gdy Burhan Ozbilici fotografował terrorystę, który zamordował ambasadora Rosji – od „fachowców” dowiedział się, że ściany nie trzymają pionu. Fotografujesz faceta z pistoletem. nie trzymasz pionu. Czasem fotografia nie ma niebanalnego kadru, punktu widzenia, ostrości. Czasem jej treść ma większe znaczenie i ładunek emocjonalny niż perfekcja techniczna. I co wtedy?
Ano nic. Zapewne Ozbilici zna zasadę, że „zarówno krytyka i pochwała działają tylko odgórnie”.

A co zrobić z tym fantem?

krytyka fotografii

Albo tym?  Poszedłem i kogoś sfotografowałem. Typowe reporterskie zdjęcie. krytyka fotografii

 

Pułapki myślenia

Aby dokonać oceny a bo ja wiem, obrazów symbolistów, należy mieć w głowie znacznie symboli. Dodać, że we właściwym im kontekście kulturowym? Inaczej jest to niemożliwe. Nawet obrazy impresjonistów wymagają znajomości założeń tego ruchu, nurtu. Bez „czegoś w głowie” nie dopiszesz sobie znaczenia nawet tam, gdzie autor zostawia ci otwarte ku temu drzwi.

Jednak należy pamiętać – i nauczyłem się tego jeszcze zanim sięgnąłem po aparat – że ciągła nauka i ciągłe myślenie to pułapka. Otóż u zarania szerokopasmowego dostępu do Sieci, przesiadywałem na forach poświęconych wschodnim sztukom walki. Ludzie kłócili się tam czy oyama to styl twardo – twardy czy może twardy, z uwzględnieniem gotowania na miękko.

Jeśli spędzi się tam za dużo czasu, to może uciec Ci czas na fotografowanie. Dlatego pomyśl, poczytaj, posłuchaj i idź tworzyć.

 

Vlog – rzecz straszna

Próbowałem nagrać vloga

I został pusty fotel. Tysiąc pytań i seria przemyśleń

Ty się do tego nie nadajesz

Gdybym dostawał 1 grosik za każdym razem, gdy ktoś życzliwy mi to powiedział – byłbym bardzo bogatym człowiekiem. Nie było by mnie tu teraz. Pędziłbym pewnie Bugatti przez Route 66, będącą moją drogą dojazdową.

Trochę przeginam. Ale na willę w Gdańsku i wymarzonego „Indianina” bym miał.
Jednak świat jest skąpy i grosików nie rozdaje. Zatem muszę sobie radzić prozaicznie – pracą.
Nie o tym chciałem wszakże mówić.

Talent a praca

Jestem zasadniczo wyznawcą teorii, że niemal każdy, włożywszy odpowiednią ilość czasu, potu i wysiłku jest w stanie opanować znaczną część aktywności. Czy to malowanie czy to fotografia, piłka kopana czy boks tajski. Nie wyznaję żadnej „predestynacji”, że jeden artystą czy sportowcem się rodzi a inny nie. Jasne, świat jest niesprawiedliwy i jeden rośnie niczym góra a drugi nie specjalnie. Ciała narzucają nam trochę więcej ograniczeń niż umysł.

Krytykancki zwyczaj

Istniej pewna grupa osób, szeroka grupa, która buduje swoje poczucie wartości na porażkach innych. Znacie ich. To takie typy, które stoją nad wami z petem w ręku, gdy przewracacie się po raz tysięczny próbując wykonać jakąś karkołomną technikę i mówią: „Ja się nigdy nie przewróciłem”. I nigdy nie próbowałeś, trzeba dodać.

Są to osoby, które nic nie robią, mało co potrafią i mają cała gamę znajomych w tajnych służbach. No poważnie. Mówisz takiemu, że uczysz się rosyjskiego. On ci na to, że się nie nadajesz, ale jego przyjaciel, kończył uniwersytet w Moskwie –  uczył go sam Puszkin! – zna rosyjski lepiej od Rosjan* Pytasz któż to. No nie może powiedzieć, bo obiecał zachować tajemnicę.
Pewnie pracuje w GRU i znał Suworowa.

I nie specjalnie przy tym koloryzuję. To jest tak nagminne, że robiąc kropkę w notesie za każdym razem gdy to słyszę – aaa bo widzi pan, mój syn pracuje dla dużych domów mody, ale nie mogę powiedzieć jakich, bo to tajemnica – robił kropkę w notesie miałbym niebieskie wszystkie strony.

Siły na zamiary i pewność siebie

Nie mam kaloryfera. Dlatego nie startuję w zawodach kulturystycznych. Ale już w fotograficznych zdarzało się coś wygrać. Są takie czynności, takie jak fotografia właśnie, gdzie nie trzeba specjalnie się przejmować cudzą opinią i po prostu próbować. Jak wleziesz na ring bokserski bez przygotowania – będzie boleć. Jeśli nie wygrasz konkursu fotograficznego – to ich największa zaleta, ich się nie przegrywa, można tylko wygrać – absolutnie nic się nie stanie.

Ja na przykład porzuciłem fotografię mody. Uległem pokusie, próbowałem. Jednak obecnie tego nie robię. Z wielu powodów, głównie dlatego że jednak tego nie lubię.

Upierdliwiec a konstruktywna krytyka

To drugie pojęcie, to Święty Graal fotografii. Można ją spotkać bardzo, bardzo rzadko. Scott Kelby prowadzi „jutubowy” kanał The Grid gdzie raz na jakiś czas pojawia się odcinek Blind Critiques with Scott Kelby & Matt Kloskowski. Dokonują wówczas oceny nadesłanych prac. Jedak o konstruktywnej krytyce – następnym razem a póki co wróćmy do dołujących nas upierdliwców.
Należy unikać ich towarzystwa jak ognia, gdyż demotywują do działania bardziej niż poniedziałek trzynastego na paranoicznym kacu.

Skrajności zawsze są złe. Jeśli ktoś za tobą łazi i krytykuje – zablokuj go na fejsie i unikaj na ulicy. Chyba, że twój szef, ale i tak możesz go zablokować na fejsie.
Druga skrajność – to kółko wzajemnej adoracji. Tych też unikaj bo jeśli ktoś cię chwali za wszystko, łącznie ze zdjęciem obranego ziemniaka, to również bardziej szkodzi niż pomaga. Jednak tych osób nie spotyka się, jeśli się nie jest znanym i uznanym. Wtedy spotykamy tylko tych, którzy nic nie robią i bardzo by chcieli żebyśmy siedzieli z nimi, narzekali jechali po wszystkich na około.

To taka mentalność.

Do czego zmierzam?

Ano do tego by robić swoje i nie przejmować się tymi, którzy niewiele mają do powiedzenia.

 

 

*ta sama grupa zna też angielski lepiej do profesorów z Oxfordu i ma tendencję do czepiania się nawet o akcent, że mało brytyjski – wykazując przy tym spore braki w języku polskim. Z resztą oni doskonale śpiewają, piszą, grają na drumli i trenują capoeirę u wielkich mistrzów…z Chin.

 

fotograficzne poszukiwania

Fotograficzne poszukiwania

 

Fotograficzne poszukiwania

zazwyczaj zaczynają się w Sieci. Jest to jednak miejsce zwodnicze, gdzie o wątpliwą wiedzę znacznie łatwiej niż na księgarnianych półkach. Dlatego pomyślałem, że warto napisać coś o poszukiwaniu fotograficznej wiedzy. Nie tylko tej technicznej.

Wiele godzin straciłem

czytając wszelkiej maści fora fotograficzne. Żałować jest bez sensu, ale warto powiedzieć innym żeby tego nie robili. Przeważnie toczą się tam zacięte boje o markę producenta sprzętu, o jakieś błahostki i absurdy. Moja ulubiona teoria to czemu Nikon jest lepszy do reportażu a Canon do portretu, oraz że w Adobe lepiej pracować na Macu bo 25 lat temu Adobe było tylko na Maca.
Gdybym sugerował się tymi geniuszami fotografii to w dniu zakupu pierwszego aparatu, rzuciłbym to wszystko w diabły. Bez pełnej klatki – wówczas kosztującej w okolicach 30k i szkła 1.2 albo lepiej 1.0 – gdzie 1.8 kosztowało wtedy fortunę, nie masz co się brać za portret. Po prostu głębia tylko na oczy!

Prawdziwej wiedzy o fotografii tam nie ma. Gdzie zatem zacząć fotograficzne poszukiwania?

Kup sobie książkę

Najlepiej kupić jedną z książek o fotografii. Jednak i tu trzeba uważać. Po pierwsze należy unikać książek monotematycznych. Typu fotografia mody, aktu, ślubna oraz wszelkiej maści kompendiów. Wszystkie zasady i reguły – podstawy – znajdziecie za darmo w Sieci.

Jeśli chodzi o książki, to najlepsze są te, gdzie fotograficy opowiadają o każdej sesji. Co zastali, jak sobie poradzili. Chodzi o rozbudzenie kreatywności. Cóż bowiem po serii schematów które wykujesz niczym wiedzę w szkole? Czasem zawieszasz w oknie prześcieradło a czasem obklejasz coś taśmą izolacyjną.

Canon vs Nikon

Po pierwsze, na wszelkiej maści forach trzeba przebić się przez wielogodzinne dyskusje, które ludzie prowadzą zamiast fotografować. Bardzo często dowodzą swoich racji z zacięciem godnym lepszej sprawy. Jasne, sam czasem coś skomentuję, ale wolę tego unikać bo to strata czasu. Tym bardziej, że aby przyznać komuś rację czy to ja komuś, czy ktoś mnie, jeden z nas musi być pewnym autorytetem. Tymczasem na forum o to ciężko, bo wszyscy którzy coś osiągnęli nie przesiadują przed komputerem dyskutując bez sensu. Ich publikacje znajdziecie raczej na autorskich blogach – o czym niżej – albo portalach typu Szeroki Kadr. Wiedzy jest na nich zazwyczaj dużo i jest serwowana bezpłatnie.

Inna sprawa to wszechobecne chwalenie się sprzętem.

Nikon DBardzo Fajny + wypas szkło + czas + przysłona dla podkreślenia jak bardzo mam f 1.0

osobiście bardzo lubię to zdjęcie 😛

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W jakiś mętny sposób aparat jest pewnym wyznacznikiem. Jeśli będzie to tani aparat, to szacunek dla fotografii rośnie, gdyż takim czymś takie efekty? Natomiast drogi, wypasiony korpus z cudnym szkłem nadaje bez mała rangę artysty. Można wówczas fotografować co popadnie i bez mała uchodzi się za artystę.

Uznanie dla prac, to po prostu grupy wzajemnej adoracji. Szukamy sobie takiej, która zawsze będzie mówiła „piękne”, „zjawiskowe”, „coś tam”. Taką tendencję przejawiał niedawno zamknięty portal, gdzie jeśli wrzuciłeś komuś pod fotą tylko 9 a nie 10 punktów, zaraz zbierała się hanza i miałeś wszystkie foty na 1 😉 Były tam też bardzo aktywne grupy wparcia. Takie tam wojny forumowe.

Co robić?

Co w takim razie robić? Znajdźcie sobie jakiegoś fotografa, który uchodzi dla was za autorytet w kwestii np. sprzętu, retuszu, pracy z modelem.
Ja mam dwóch, których blogi czytam od lat:

Klasyka. Nic odkrywczego. Pół świata ich zna. Dochodzi do tego oczywiście kilka portali, na których śledzę nowości sprzętowe. Ze wspomnianych blogów zaś, można nauczyć się bardzo wiele o prowadzeniu biznesu, współpracy z klientem, Scott co środę zaprasza też innych fotografów, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami z różnych dziedzin. Można się przeczytać jak zaczynali, jak pozyskują, jak pracują. Trzeba to naturalnie przetworzyć przez polski rynek, który jest znacznie mniejszy od rynku krajów anglojęzycznych. Już samo USA jest rynkiem niebotycznie większym niż nasz.

Czego brakuje?

To co wymieniłem powyżej, dotyczy najczęściej rynku fotografii powiedzmy „komercyjnej”. Czyli jest to dobre dla fotografów ślubnych, mody, produktowych i wszelkiej innej maści zajmujących się działalnością na rynku konsumenckim.

Są jednak osoby, które interesuje „coś więcej” niż zarabianie na fotografii i fotografowanie ślubów. Tutaj z pomocą przyjdą portale, które nie zajmują się fotografią. Portale fotograficzne w mojej opinii skupiają się na newsach i sprzęcie a ci, którzy chcą poczytać, pomyśleć, poznać ciekawych twórców – muszą je opuścić. Tutaj sprawdzą się wszystkie media, które można opisać jako „kultura i sztuka”, naturalnie na różnym poziomie.

Jednak najlepszym rozwiązaniem będzie:

Wizyta w galerii i dobra książka

Można czytać o fotografii, jednak fotografia sama w sobie jest niewiele warta. Nie twierdzę, że w galeriach znajdziecie tylko najlepsze prace, albo choćby mające sens. To czy są naprawdę dobre musicie ocenić sami. Jednak, żeby dokonać prawdziwej oceny fotografii nie wystarczy wiedza o tym czym jest trójpodział i trójkąt ekspozycji. To taka wyższa półka fotograficznej zabawy. Często bowiem dostajecie dzieło, które samo w sobie ma „jakieś znaczenie” ale Wy, oglądający, możecie nadać mu własne. Przetworzyć przez własny pryzmat.

Tylko jak to zrobić? Weźmy prace Helmuta Newtona – autor znany i uznany a do tego odniósł sukces w branży mody i jako artysta. Było jeszcze kilku, ale ten pan stanowi lepszy przykład. Zrewolucjonizował świat fotografii mody i postrzegania seksualności. Jego prace pełne są fetyszystycznych wizji. Nawet jego portret – chyba zrobiony przez żonę –  ma w sobie coś, dziś mocno nieakceptowanego.

helmut Newton

I jak ocenić dziś faceta w szpilkach? To żart? Z resztą czego oczekiwać po „Królu Perwersji”. Wróćmy do jego prac. Są one pełne seksu, erotyki. Najchętniej przetwarzane przez seksualny pryzmat jego rodaka – Freuda. Nawet przyjmując, że psychoanaliza to pokrętna pseudonauka, to bez niej zabraknie nam słów, pojęć. Nawet jeśli sam autor wiedzy takiej nie posiadał to poprzez fotografię wyrażał siebie, swoje pragnienia i obawy. Tym samym chyba warto mieć szersze pole do oceny? Naturalnie zajmujemy się fotografią, nie psychologią, socjologią**. Więc „fachowa” ocena leży poza naszymi możliwościami – być może nie licząc – Emilii Mańk – Psychologiafotografii.pl, która faktycznie jest psychologiem 😀 Chodzi raczej o zakres pojęć, bazę do przemyśleń.

Powiecie, nie brzmi to zbyt klarownie? Cóż, aby wszystko było jasne i klarowne polecam raczej podręcznik do matematyki niż sztukę.

I znów książki…

Oczywiście, że tak. Bowiem co ci po fotografii jeśli nie masz pojęcia co fotografować. Oglądając cudze prace, będziesz próbował powielać to co robią. Gdy przeczytasz dobrą książkę, może w twojej głowie zrodzi się pomysł? Może wpleciesz coś nowego do sesji mody? A może uznasz, że chcesz wybrać się gdzieś z aparatem i pokazać, coś o czym czytałeś?

Naturalnie pamiętaj by nie popaść w skrajność. Bardzo łatwo bowiem utknąć w świecie książek i odłożyć aparat na półkę. Czytaj a potem spakuj plecak i w drogę.
Szkoda życia na jałowe dysputy, gdy możesz biec przez miasto żeby upolować zaćmienie księżyca nad budynkiem poczty. fotograficzne poszukiwania

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem nie wyjdzie a czasem wyjdzie 🙂

A gdy chcesz pogadać

To idź z kimś na piwo. I tyle.

 

*taki żart

** teoretycznie jestem, to mogę się wymądrzać.

 

Reportaże o fotoreporterach

Książki o fotoreporterach

Fotoreporter opowiada obrazami. Operuje tysiącem słów zawartych w setnej sekundy. Jednak oglądając fotografie niewiele dowiadujemy się o samych autorach. Tym razem przygotowałem tekst opisujący moje ulubione książki o fotoreporterach. Jedne są autobiograficzne inne typowo dokumentalne, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Pewnie szybko zauważycie, że znaczna część dotyczy fotografów wojennych. Książki napisane przez fotografów mody się zdarzają, ich biografie. Jednak jakoś nie oczekiwałbym aby bestselerem stała się książka o życiu fotografa produktowego.

Mój numer jeden

Moja historia fotografii prasowej„. Johna G. Morrisa. Książka jest autobiograficzna i możliwe że jest trochę książki o fotoreporterachpo podkoloryzowana. Nawet jeśli, to całkiem dobrze czyta się historię „od kuchni” powstawania „wielkich fotografii XX wieku”.

John Morris nie był fotografem a fotoedytorem. Pracował z takimi osobami Jak Robert Capa, Carter – Bresson i w takich redakcjach jak Life. Jak każda biografia a tym bardziej autobiografia wymaga pewnego dystansu co do zasług „głównego bohatera” ale i tak warto ją przeczytać. Głównie dla perspektywy. W końcu nie jest to relacja frontowa a z zaplecza. Choć uprzedzam od razu – nie ma tam za wiele o siedzeniu w ciemni 🙂 Jest to raczej opowieść o współpracy z czasopismami, fotografami i redakcjami.

Książkę warto przeczytać też z innego powodu. Mianowicie dziś, gdy wielu z nas narzeka na przesyt podaży na rynku fotograficznym dowie się, że było tak bez mała od II Wojny Światowej. Fotografia już wtedy była na tyle powszechna, że konkurencja wśród fotoreporterów narastała, w następnych latach by przetrwać na rynku zaczęły powstawać agencje – Morris partycypował w słynnym Magnum – dochody nie były kolosalne. Książka świetnie pokazuje, że rynek fotografii zawsze był trudny, chętnych do takiej pracy wielu a przetrwają najwytrwalsi. Dziś wprawdzie fotografia prasowa zanikła ale też w tamtych czasach fotografia żywności czy wnętrz nie była prawie w ogóle popularna. Zatem polecam każdemu, zwłaszcza fanom fotografii prasowej. 

Nie mogło zabraknąć Bang Bang Club

Chyba jedna z popularniejszych książek o fotoreporterach. Większość osób zna kilka słynnych zdjęć, które przyzbyły do nas z wojny domowej w RPA ale nie każdy zdaje sobie sprawę kto i gdzie je wykonał. Dziecko iksiążki o fotoreporterach sęp, płonący człowiek uderzany maczetą… To fotografie, które przyniosły swym twórcom prestiżową nagrodę Pulitzera i rozpoczęły burzliwą dyskusję na temat moralności wykonywania takich zdjęć. Która do dyskusja już dogasła, zdjęcia są ok, dostają nagrody. Ważne że się dzieje. Mniejsza o to.  Autorami są dwaj pozostali przy życiu fotograficy „bractwa”. Greg Marinovich i Joao Sliva. Prz czym trzeba wam wiedzieć, że ostatni stracił obie nogi i to chyba nie tak dawno. Z lat graniczących z rokiem 1995 pamiętam coś o wojnie na Bałkanach, natomiast  żadnych wzmianek o RPA i upadku Apartheidu.  Miałem wtedy jakieś 7 lat – zatem mam prawo nie pamiętać 😀 Warto przeczytać, Z kliku powodów. Głównie po to by pamiętać, że fotografia wojenna to nie tylko Nachtwey. By zastanowić się czemu tak bardzo lubimy oglądać zdjęcia śmierci zarejestrowane daleko, daleko stąd, w krajach które istnieją tylko dzięki przekazom medialnym. Bo czy ktokolwiek wykonał zdjęcie ciał po zamachach w Europie? Nie? Dziwne. Oraz by mieć świadomość, że konflikty mają miejsce wszędzie na świecie. Niektóre po prostu są ukryte.

Tej pani nie znałem

Muszę przyznać, że zdjęć tej pani w ogóle nie kojarzę. Dlatego zobaczywksiążki o fotoreporterachszy książkę w księgarni kupiłem sobie bez większego wahania. Podobnie jak poprzednie ta pozycja również jest  autobiografią, ale trochę inną.  Definitywnie jest bardziej…osobista, emocjonalna. Mniej w niej fotografii wojennej a zdecydowanie więcej osobistych przeżyć. Nawet jeśli w poprzednich się to przejawia, to ciężko do odczuć. Tutaj jest inaczej. Autorka – Linsey Addario – kładzie bardzo duży nacisk na swoje subiektywne odczucia, które towarzyszą fotografowi wojennemu w każdej chwili. Jedna jest to zupełnie inny punkt widzenia niż ten zaprezentowany przez Marinovicha. 

Opowieści z Polski

książki o fotoreporterachSeria wywiadów z polskimi korespondentami wojennymi. Oczywiście z całej książki fotograficy powinni na „dzień dobry” przeczytać wywiad z Krzysztofem Millerem, którego fotografia znajduje się na tylnej okładce „Bang Bang Club” W zasadzie nic więcej nie trzeba tu dodawać. Brać i czytać.

 

To jeszcze nie koniec:

Książek o fotoreporterach, czy fotografach jest mnóstwo. Można z nich stworzyć wpis, który bez mała sam stanie się książką, ale póki co wybrałem cztery które aktualnie są „moje ulubione”.

 

książki o japonii

O książkach i o Japonii

O książkach i o Japonii

Książki o Japonii

Książki o Japonii mają pewną małą wadę: to są książki o Tokio. W zasadzie nawet nie o Japończykach, kulturze, tylko o Tokio. Japonia to bardzo mały kraj i nie może konkurować z USA. Jednak powiedzieć, że Japonia = Tokio to jak powiedzieć, że kultura Nowego Jorku jest wiodąca dla całego kraju i pominąć przesiąknięty voodoo folklor mokradeł Luizjany 🙂
Co więcej, specyficzne dla Tokio zachowania, czy zjawiska – lolitki, dziwaczne kawiarnie gdzie nerdów obsługują poprzebierane za XIX wieczne pokojówki kelnerki nie muszą być pochwalane przez mieszkańców Sapporo czy Kogoshimy. Pamiętajcie: 90% informacji poniżej to informacje o Tokio. Naprawdę nie cała Japonia biega z aparatami za lolitkami względnie marzy o pilotowaniu Eva ;P

Dzisiaj znów mała opowieść o książkach. Tym razem będzie monotematycznie a tematem będzie Japonia. Kto by się spodziewał 🙂
Spośród wielu wybrałem kilka – w tym dwie chyba „klasyczne” pozycje, ale wszystkie wymienione warto przeczytać

  • Chryzantema i Miecz
  • Japoński Wachlarz
  • Imperium znaków
  • Kwaidan
  • Baśnie japońskie
  • Księga herbaty

Jest ich oczywiście więcej, jedne lepiej inne gorzej napisane. Jednak te są chyba moimi ulubionymi, do których chętnie wracam co jakiś czas. Wspólną cechą pierwszych trzech tytułów jest ich…nawet nie wiem jak nazwać taką cechę. Opisują one inny, obcy kraj w sposób prawdziwy, czyli nie definiują niczego, nie definiują a jedynie zaznaczają pewne zjawiska, których może nie być już za chwilę a może już ich nie ma. Podobne podejście zaprezentowali autorzy mojej ulubionej książki o Indiach „Lalki w Ogniu”.

Japoński Wachlarz

japoński wachlarz

Prędzej znajdę Necronomicon na strychu niż przebiję się przez przeciętną książkę z zakresu nauk społecznych. 

Nie przepadam za książkami które napisał ktoś mianujący się „socjologiem” albo kogo tym słowem opisują. Znaczna część prac z tego zakresu to bowiem pseudo filozoficzny bełkot w którym prędzej czy później ktoś napisze coś o Marksie. Studia też przekonały mnie, że socjologii niewiele brakuje do czarnej magii. Zamiast ankiety „weźmisz czarno kure…”.  Jednak okazało się, że można napisać książkę, która coś opisuje w cywilizowany sposób.
W sumie zanim przeczytałem „Japoński Wachlarz” nie wiedziałem kim jest autorka. Sprawiło to, że czytałem bez uprzedzeń. Bardzo wiele prac o kulturze innych nacji, tworzy jakieś archaiczne wzory połączone z pragnieniem zachowania „tradycji”. A tutaj proszę, udało się. Wcześniej taki „rys” udało się stworzyć tylko autorce „Chryzantemy i Miecza”. Wskazówkę raczej. Czytając książki „o kulturze” innego kraju, które sprzedają wam pewniki…skończcie teraz i do wora. Są bezwartościowe.
Autorka „Wachlarza” nie prowadzi badań. Opisuje swój pobyt i raczej wrażenia. Zarówno te pierwsze, będące efektem gry specjalnie dla niej, oraz te drugie. Gdy nowi znajomi już do niej przywykli, przestali traktować jak kogoś zupełnie obcego przed kim trzeba grać.
W sumie tak samo jest u nas. Mamy jakieś „tradycje”, które są relatywnie wspólne, na przykład święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Jednak dwa sąsiednie miasta mogą mieć zupełnie różne potrawy i zwyczaje związane z ich obchodzeniem. O strojach „ludowych” nie mówiąc.
I właśnie to spodobało mi się w książce. Jest to maleńki wycinek rzeczywistości, który udało się zobaczyć autorce. Jasne zdarzają się ogólniki, ale nikt nie jest idealny. Tym bardziej warto rzucić okiem na tę pozycję. Lekkość opisu, brak dziwacznego bełkotliwego języka a już na pewno całkowity brak „socjologii”. Książka mnie zachwyciła. A potem przeczytałem…

Rekin z parku Yoyogi

rekin z parku yoyogi

O ile „Japoński Wachlarz” był całkiem niezły tak, tutaj pani Bator zaczęła mnie irytować. Mniej więcej w chwili gdy dumała z Japończykiem nad powojennymi losami jego kraju. Równie dobrze mogła smuteczek wylewać z Niemcem albo Włochem. Tekst o okupacji obcego mocarstwa stanowił już pełne przegięcie. Tak, my Polacy i Japończycy, bratnie dusze okupowane przez wroga…. serio? SERIO?! Może jeszcze niech napisze, że podli amerykańce biednym Japończykom… Równie dobrze mogła by rozpaczać z jakimś Jorge czy innym Hansem. W końcu im też kraj podzielili na strefy wpływów, do tego mur jeszcze dobudowali :/

Tym razem pani autorka przegina. W sumie nie tylko ona. Bardzo dużo osób które wyjechały do Japonii jawnie podziwia ich ksenofobię, niechęć do obcych, która może skutkować nawet tym, że wyproszą cię z restauracji. Wyobraźcie sobie, że wywalam Japończyka z np. knajpy bo przecież oni tylko sake i surowe ryby a u nas nie ma wina z ryżu a na wiśniówkę jeszcze się obrazi czy coś. Nie będzie umiał się zachować w Europie…wiecie jaki krzyk by się podniósł? Natomiast jak Europejczyk musi szukać to wszyscy to chwalą… czego nie rozumiem?

Z siłą wrócił też zachwyt na ryżem z octem vs śledź w śmietanie. Jakoby przaśny. Podaję za PWN

  • «zrobiony z niezakwaszonego ciasta»
  • «prosty, surowy, naturalny»
  • «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie»

Cywilizacyjne zacofanie czy może jednak nie? W końcu – patrz środkowy podpunkt – sashimi jest najbardziej przaśną rzeczą świata. Z resztą sam nie raz napisałem, że dla mnie kuchnia japońska zakrawa o okrucieństwo – „piekielne tofu”. O ile fascynacja czymś jest nie jest zła, to w tej książce pani Joanna przegina. Podejrzewam, że nie czepiałbym się jakoś bardzo, gdyby nie ta zaduma nad wspólnymi losami Polski i Japonii. Dalej jest równie irytująco. Tak na prawdę, to wcale nie jest książka o Japonii. To jest „stereotyp o Japonii”, kontra niemal zmyślone historie o Polakach. Przysłowiowe już rzucanie się na „szwedzki stół”, to nie cecha „cebulandi”. Przerobiłem to na ostatnich wakacjach w Chorwacji. Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi i Włosi, rzucają się na ten stół jak wygłodniałe zwierzęta. Jak któryś miał szerszą klatę to przepychał się nią jak lodołamacz i potem swojej kobiecie demonstrował upolowaną zdobycz. Dodać, że nie mówił po polsku? Może i „nasi” też gnali na punkt 19:00 do stołówki, ale karnie stali sobie w kolejce*
Co więcej, pani Bator chyba dawno w Polsce nie była, bo „włochatych brzuchów” to tutaj nie ma. Rzadko widuję otyłych ludzi po 60tce a tych młodszych pewnie znajdę na siłowni. Irytująca książka. Bardzo wielu fanów Japonii, uważa że Japonia jest tak bezpieczna, że można nocą nie bać się że dostaniesz po ryju. Ponoć 50% przestępstw jest niezgłaszanych. Te popełniane przez osoby do 20 roku życia z napaściami włącznie traktowane są jak te popełnione przez dzieci. Dostajesz w Tokio wklep od kilkunastu gówniarzy z pałami a oni traktują to jak wybryk. Dalej, niezgłaszane są nagminnie przestępstwa na tle seksualnym. Bo oznaczałoby to utratę twarzy kobiety i rodziny. Świat wam coś? Naturalnie nikt kobiety tam nie zabije ani nie wychłosta za to że zgłosiła napaść albo obmacywanie w metrze, ale….ale!

Jeszcze raz: to nie jest książka o Japonii. Joanna Bator napisała coś dziwnego. Socjolog pełen stereotypów i uprzedzeń. A ja ją pochwaliłem. Hańba mi. I na pohybel naukom społecznym.

 

 

*ale żeby być sprawiedliwym, doprowadzali mnie do szału gdy domagali się końca wycieczki pomiędzy wodospadami – oni przebiegli kilkukilometrową trasę po mokrych belkach sprintem! – żeby dopaść do autobusu, otworzyć schowane butelczyny i jazda na kolację na punkt 19!
Ale! Stali karnie jak ołowiane żołnierzyki. Żadnego chowania po torbach. 

Chryzantema i Miecz

chryzantema i miecz

To chyba klasyczna już pozycja jeśli chodzi o Japonię. Trzeba jednak brać pod uwagę bardzo ważny fakt. Autorka nigdy nie była w Japonii. Chyba nawet nie znała japońskiego. Książka jest z tego co pamiętam, raportem napisanym na potrzeby II Wojny Światowej. Siły zbrojne USA potrzebowały jakiegoś opisu, wskazówki jak postępować z Japończykami. Tym bardziej, że negocjacje z nimi były relatywnie trudne, gdyż nawet osaczeni i wycinani w pień nie mieli skłonności do poddania. Przypadki poddania się japońskich żołnierzy były rzadkie a przez wielu nie do końca zrozumiałe. Na przykład ponoć „za Chiny ludowe” nie rozumieli czemu po wzięciu do niewoli Amerykanie nie zabijają ich ani nie torturują do razu. Idea bycia jeńcem była – jakoby – dla nich totalną abstrakcją. Przynajmniej teoretycznie.
W pamięci zapadł mi szczególnie jeden fragment, którego mamy jakoby absolutnie nie zrozumieć. My, ludzie z Zachodu. Otóż – tu pada dużo japońskich nazw – istnieje kilka form obowiązku. Jeden wobec swojego pana, wobec cesarza i wobec szoguna oraz własnego imienia. Jeśli pan wydałby rozkaz przestawiający się dyrektywom szoguna, należało rozkaz spełnić, następnie popełnić samobójstwo a jeśli byłby on hańbiący – wcześniej zemścić, za zgodą szoguna. Tutaj idealnym przykładem będzie legenda o „47 roninach” których pan podstępem został zhańbiony i nakazano mu popełnienie seppuku. Wierni mu wojownicy postanowili – wbrew rozkazowi szoguna – dokonać zemsty na podstępnym urzędniku. Dopinają swego a w zamian za wierną służbę, mogą popełnić seppuku. Naprawdę nie wiem czego tu można nie rozumieć. Identyczny dylemat spotkał Antygonę. Nakaz bogów, nakaz ludzi. Ktoś, coś? To warto wrócić i sobie przypomnieć jeśli nie. Co więcej „obowiązek wobec imienia”, dawał w Europie szlachetnie urodzonym prawo dochodzenia satysfakcji. Regulowały to całkiem złożone kodeksy honorowe.
Ta konkretna książka, skupia się na tych elementach kultury, które mogą pomóc toczyć wojnę przeciwko komuś, kto myśli inaczej. Nie uznaje albo rozumie inaczej pojęcia takie jak „poddać się” albo „więzień”. Co oczywiście jest różnorakie. Teoria swoje a życie swoje. Zapewne archetyp samuraja jest tak samo bliski prawdzie jak archetyp „idealnego rycerza”. Jedni wcielali inni chlali i kombinowali. Jednak tak to jest. Kiedy żyje się w danej kulturze widzi się jej wady, zgrzyty i zardzewiałe tryby. Natomiast z zazdrością patrzymy na wypolerowaną PR i legendą kulturę innego kraju. Czy też religię. Mnich – wojownik z mistycznego Shao lin a nasz dobrotliwy braciszek – piwowar albo jakie tam kto ma złe zdanie 😀 Pojmujecie?

Imperium znaków

imperium znaków

Tu już mamy cięższą pozycję. Nie wiem jak odebrałbym tą książkę przeczytawszy ją na samym początku. Prawdopodobnie jako zbiór dziwacznych, bezsensownych przemyśleń, które autor stworzył nigdy nie będąc nawet w Azji a co dopiero w Japonii**. Praktycznie nie można powiedzieć „o co facetowi chodzi”***.  W zasadzie polecam przeczytać ją na końcu, aby móc wyrobić sobie jakieś zdanie na jej temat. Odnoszę też dość wyraźne wrażenie, że Francuz był zauroczony Japonią i jej pozorną odmiennością. Naprawdę dużo w tym pokrętnej filozofii i semiotyki. Jest to w zasadzie nie traktat o Japonii – żadnej wiedzy o tym kraju z tej lektury nie wyniesiecie – a traktat o znakach. O znaczeniu. Pewnych abstrakcyjnych bytach. Równie dużo tu analizy kultury Zachodu, jej zaborczości oraz pewnej przyjemności z podróżowania w nieznane, kiedy nie znamy języka, nie rozumiemy znaczeń.
Dobrym przykładem niech będzie zdjęcie ogrodu zen, opisane kilkoma słowami. „Gdzie jest człowiek? W pociągnięciu grabi, układzie kamieni”.
Barthes sprawia, że tą wyimaginowaną krainę, hipotetyczny byt, odbieramy jako przeciwstawny „przesyconemu” Zachodowi.

Z jednej strony autor opiewa pałeczki które „nie zadają gwałtu potrawie” a z drugiej omija „piekielne tofu” czy „skaczącą krewetkę”, czyli umiłowanie świeżości, będące dla nas najzwyklejszym okrucieństwem wobec zwierząt. Co bowiem krewetce czy innemu stworzeniu po tym, że go nie krają sztućcami skoro robią mu wiwisekcję, mającą na celu zadbanie by ciągle żyło kiedy będzie spożywane?
Jeśli tą książkę ominiecie, olejecie, lub zignorujecie to nic się nie zmieni. Poza waszym sposobem myślenia 😉 Jest to wysoce abstrakcyjny byt, z dziedziny „nauki” która wniesie coś do waszego życia wtedy i tylko wtedy, gdy bardzo lubicie myśleć, do tego na wysokim poziomie abstrakcji. Jednak w moim odczuciu należy ją przeczytać.

**był, ponoć trzy razy, łącznie przez kilka miesięcy.
***a i później nie bardzo. Autor nie prowadził badań, nie znał języka. Analizował Zachód przez pryzmat „wydaje mi się, że…”.

Kwaidan

kwaidan

Po japońsku słowo to znaczy chyba „opowieści o duchach”. Wszystkie upiorne opowieści o nadprzyrodzonych istotach to kwaidany. Ten cykl jest jednak szczególnie ważny, gdy jest jednym z pierwszych zebranych przez Europejczyka. Dokonał tego Lafcardio Hearn, z pochodzenia Grek a przynajmniej urodził się w Grecji jako syn Irlandczyka i Greczynki. W zasadzie Hearn był jednym z tych Europejczyków, którzy doczekali się w Japonii nawet muzeum a co więcej jest on autorem także licznych książek o samej Japonii, które podobają się samym Japończykom. To dość ważne, gdyż wiele poprzednich dzieł o tym kraju dokonywało ich oceny przez pryzmat kultury europejsko – chrześcijańskiej co było nie w smak głównym zainteresowanym.
Wracając do tematu, kwadian to zbiór opowieści o duchach, zjawach i upiorach. Na podstawie tychże opowieści dość znany reżyser Masaki Kobayashi, nakręcił swój film pod tym samym tytułem: „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Co w jakiś sposób świadczy o tej niepozornej książce. Skoro już jestem przy tym nazwisku Kobayashi, obejrzyjcie film „Bunt” a otrzymacie „ekranizację” antropologicznej książki Benedict – „Chryzantema i Miecz”.

Baśnie japońskie

baśnie japońskie

Nie mam pojęcia w jakim stopniu są one prawdziwe albo chociaż w jakim stopniu są naprawdę „japońskie”. Jest to zbiór dość „wiarygodnie brzmiących” przypowieści, baśni, historii, które bardzo dobrze się czyta. Nic poza tym 😉
Po prostu warto się z nimi zapoznać, podobnie jak z „Księga tysiąca i jednej nocy”.

Księga herbaty

Moja ukochana książka o Japonii. Jest to cieniutka książeczka, która swym tytułem może rodzić mylne wyobrażenia, sprawiając że przed oczami stanie nam monstrualne tomisko, mające bez mała tysiąc stron. Opisano w niej jedną z dwóch rzeczy, w których zakochała się japońska myśl, estetyka a nawet splótł Zen. Jest to traktat o herbacie i filozofii herbaty.
Już kilkukrotnie pisałem o tym swoistym zjawisku, które jest charakterystyczne dla Chin i Japonii.
Między innymi tutaj: Wielki Szlak Herbaciany i tutaj Szlakiem Herbaty. W tychże tekstach wspominam o samej „Księdze Herbaty”, która pozwala w pewien sposób przybliżyć sobie może po trosze kulturę a po trosze filozofię Japonii.
Nie raz pewne trafiliście na trzy elementy takie jak: haiku, herbata i kwiat wiśni. Są one w pewien sposób połączone, gdyż herbatyzm to właśnie filozofia bez mała „impresjonistyczna”. Zachwycenie się chwilą, jej przemijalnością. To poszukiwanie piękna w codzienności ze świadomością, że celem jest dążenie do perfekcji, której nie można odnaleźć ani osiągnąć. Nawet jeśli uda się to zrobić, dzieje się to raz, w danej chwili. Jednorazowo i należy szukać dalej. Nie oznacz to jednak konieczności szukania powiedzmy radości w smogu, bo taka jest codzienności. To umiejętność poszukiwania, zmieniania, lecz czasem w małych rzeczach. Takich właśnie jak czarka herbaty albo kwiat wiśni.
Nawet jeśli mój wywód nie jest wystarczająco „precyzyjny” to trzeba wam wiedzieć, że nie ważne ile przeczytaliście o Zen. Przyjdzie inny uczony mnich i powie jeszcze coś innego. Być może dlatego pojawiają się czasem żarty o mistrzach i uczniach:
„Mistrzu, czemu chrząszcz brzmi w trzcinie?”
„Gdyż żaba poszukuje gwiazd w strumieniu”
Co wcale nie jest nieprawdopodobnym dialogiem, gdy tak o tym czasem myślę.
Mimo to, polecam wam przeczytanie „Księgi herbaty” choćby dla relaksu. Jest to pozycja lekka, przyjemna a przy tym dość istotna nawet gdy od jej publikacji trochę już się zmieniło w Japonii i na świecie.
Na koniec dodam, że napisano ją dla Amerykanów, aby łatwiej zrozumieli Japończyków i nie należy jej mylić z potężnym dziełem Lu Yu poświęconym w całości herbacie.  Natomiast człowiek nazwiskiem Lu Tong, napisał „Pieśń o piciu herbaty”. Dowodzi to jak wielkie znaczenie miał ten niepozorny krzew w kulturze tych krajów. Zapewne wiele się zmieniło od czasów wydania najmłodszej z tych ksiąg. W końcu żaden kraj to nie skansen, który pozostaje niezmienny i obojętny na postęp i nowości.
Jednak chyba pewien sentyment im pozostał, ze względu choćby na lody i sernik – oraz wiele innych słodyczy*- o smaku zielonej herbaty.

*nie wiem czy to jest słodkie. Smak zielonej herbaty dla mnie jest zaprzeczeniem „słodkiego” ale nie jadłem tego to nie wiem 🙂

Na samym początku wspomniałem o pewnej wspólnej cesze trzech z wymienionych książek. Iż niczego nie „definiują”. Jest to o tyle istotne, że świat ciągle się zmienia i chyba byłoby wam…dziwnie, gdyby każdy przybywający do Polski turysta oczekiwał, że na każdym kroku będą siedzieć wąsaci panowie w kontuszach obżerający się pawiami i łabędziami. Przywykliśmy już do Anglii, Francji, Hiszpanii a mimo to dalej wiele osób wybierających się do Japonii oczekuje że po ulicach będą biegać samurajowie, wszyscy biegają w kimonach, a każdemu od razu zafundują gejszę.
Z opowieści wiem, że faktycznie pozostało im zamiłowanie do ich tradycyjnej** kuchni, która nie rzadko dla nas trąci okrucieństwem i bez mała barbarzyństwem.

**Trzeba pamiętać, że „tradycja” japońska została stworzona dekretem w XIX wieku, kiedy to Japonia postanowiła wyzwolić się od Zachodu, czyli USA, które swoimi wpływami wyparło wszystko co tradycyjne. Zebrano zatem najciekawsze elementy i stworzono „tradycję Japonii”. To trochę jakby powiedzieć, że „tradycja Polska” to od dziś wszystko co z regionu Podbeskidzia, pomijając całą resztę kraju.
Ciekawostka: słynne „ostre jak nie wiem co” wasabi to lekki przekręt, bowiem w 90% procentach oszukujemy sami siebie. Kuchnia japońska jest z opisu raczej mdła a ten ich chrzan łagodny. Żeby nam smakował i palił jak należy robią nam go nasze firmy z chrzanu pospolitego, zabarwionego na zielono oraz zaprawionego gorczycą. Ponoć nawet Japończycy mówią o „europejskim wasabi”. Ich nie jest taki ostry. Dlatego moja babcia rozrabiała starty korzeń chrzanu ze śmietaną a rodzice z żurawiną. Inaczej ciężko zjeść więcej niż odrobinę. Natomiast produkty sklepowe zawierają więcej jakiegoś kwasu niż korzenia, a wasabi dużo korzenia i barwnik spożywczy. Tego japońskiego chrzanu to u nas nie ma. A chińskie ciastka z wróżbą pochodzą z USA i w Chinach uchodzą z tradycyjny element kultury Zachodu. O.

Ktoś może zapytać o co chodzi w tej fascynacji tym krajem i tą kulturą? W zasadzie o nic. Nie ma tam chyba nic tak niezwykłego. Podejrzewam, że mi chodzi o herbatę. Nie interesowali mnie nawet zbytnio gdy zacząłem trenować karate. Samo karate wystarczyło. Dopiero herbata skłoniła mnie do bliższego zapoznania się z krajem, który zbudował filozofię i ceremonię wokół naparu, który od dziecka pijam do śniadania i o każdej innej porze dnia 🙂

herbata czarna, czerwona, oksydacja, fermentacja

O herbacie słów parę

O herbacie słów parę

Czarna, czerwona, niebieska czy zielona?

Mamy małe zamieszanie w kwestii herbat. Zatem na dzień dobry, o herbacie słów parę.
Otóż Chińczycy nazywają herbatą czerwoną, to co my czarną i odwrotnie. Słynna czerwona herbata jest w Państwie Środka czarna. Tym bardziej, że powszechnie herbatę czerwoną uznaje się za mniej „obrobioną” niż czarną i stawia oczko niżej pod względem goryczy. Zonk.

Warto też pamiętać, że różnie się herbaty klasyfikuje. Zostańmy więc przy polskim nazewnictwie, które chyba ma jakiś związek z angielskim i rosyjskim. Dlatego herbata oloong może mieć różne kolory w zależności od tego czy opiszemy kolor naparu czy kolor liścia. Chyba tylko zielona nie sprawia nikomu problemów 🙂

Herbata brytyjska śniadaniowa

Teoretycznie składa się liści herbaty assamskiej, lankijskiej oraz kenijskiej. Jej powstanie datuje się na 1843, natomiast pierwsze uprawy w Afryce to 1878. Czy mam dodać, że pierwsze plantacja w Assamie to rok 1840? W poprzednim tekście na temat herbaty – O naparach, nie podaję wszystkich dat albo różnią się one odrobinę. Czasem wzajemnie sobie przeczą. Podejrzewam, że nie istnieje jeden słuszny przepis na herbatę angielską śniadaniową. Jeśli zaś popatrzycie na pudełka, owa herbata czasem jest 100% cejlońska a innym razem assam + cejlon. Myślę, że jest to po prostu mieszanka herbat, bez konkretnego, formalnego przepisu.

Cejlon – Sri Lanka?

Dawniej wyspa i nazwa kraju – Cejlon, dziś wyspa Cejlon i państwo Sri Lanka. Warto jednak pamiętać, że ten „herbaciany raj” był przez bodaj 26 lat miejscem wojen i zamachów na tle etnicznym. O tym konflikcie nie było głośno w mediach, więc nie wiele osób interesowało się losami głównego producenta herbaty spożywanej w Polsce.
Wyszperałem obszerny artykuł na łamach National Geographic więc tam też odsyłam ciekawskich.

Fermentacja a oksydacja
  • Herbata czarna to herbata poddana pełnej fermentacji.
  • Herbata czarna to herbata poddana pełnej oksydacji (fermentacji).

Coś mi się nie zgadza i nie potrzebuję do tego 5 z chemii na maturze.

  • fermentacja «proces rozpadu substancji organicznych spowodowany działaniem enzymów wytwarzanych przez mikroorganizmy»
  • oksydacja «proces łączenia się pierwiastków lub związków chemicznych z tlenem»

Nie posiłkowałem się podręcznikiem a słownikiem języka polskiego dostępnego pod tyn adresem. Jeśli nie mogę ufać słownikowi PWN to komu mogę? Pozostaje odkryć, czym jest owa oksydacja a fermentacja i jaki ma to wpływ na herbatę. Gdybym nie zwlekał z pisaniem ubiegłbym panią Annę – która pierwsza opisała proces pod tym adresem. Cóż. Tak jest jak się jest zbyt wolnym. Na końcu wpisu podeślę jeszcze dwa teksty, które udało mi się wyszperać w Sieci i podzielę się nimi z Wami w formie źródeł.

Zasadniczo oksydacja polega na „pobieraniu” tlenu z otoczenia, w wyniku czego dochodzi do zmian. Przykład z tekstów: ciemniejące owoce, po obraniu ich ze skórki. Sam proces może być spontaniczny lub kontrolowany. Ok, wystarczy tej chemii. Całe dwa zdania.
Zapraszam do zapoznania się ze źródłami – anglojęzycznymi –

 

Źródła:
Oksydacja i fermentacja w produkcji herbaty (ang)
Czym jest oksydacja?

I oczywiście najważniejsze: Picie Teiny – oksydacja a fermentacja