Rekin

z parku Yoyogi

Jakiś czas temu dorwałem świeższą – jakoś tak 2014 rok – książkę Joanny Bator „Rekin z Parku Yoyogi”. O ile „Japoński Wachlarz” był całkiem niezły tak, tutaj pani Bator zaczęła mnie irytować. Mniej więcej w chwili gdy dumała z Japończykiem nad powojennymi losami jego kraju. Równie dobrze mogła smuteczek wylewać z Niemcem. Continue reading

herbata w polsce

Herbata w Polsce

Herbata w Polsce

nie przyjęła się od razu w przeciwieństwie do kawy. Nie ma też w u nas żadnej w zasadzie ceremonii ani zwyczajów związanych z piciem tego chińskiego wynalazku. Nie chciałbym też zostać źle odebrany. Jeśli mówię, że w Polsce nie ma „kultury picia herbaty” to…nic nie znaczy. Bo jeśli ona jest, istniej: to super, genialnie!
Jeśli jej nie ma: to zawsze może być, ale jej brak nie jest negatywny.

Continue reading

Nowy Wspaniały Świat

Nowy wspaniały świat

 

Nowy Wspaniały Świat

Z cyklu „podzielę się z wami książką” – mała propozycja dla tych, którzy ponownie chwycili za 1984, oraz dla tych, którzy Orella dopiero poznali – Nowy Wspaniały Świat.
„Nowy Wspaniały Świat” to jedna z tych książek, które raczej nie przeżywają takich szturmów jak świat Wielkiego Brata. Tymczasem jest to rzecz ponura, równie prorocza i nawet bardziej prawdziwa książka, niż dzieło Orwella. Continue reading

dobra herbata

Dobra herbata

Książka o herbacie

Co można dostać lepszego na urodziny niż książkę? Książkę o herbacie! Dzięki kochanie :*

Napisania takowej podjął się Rafał Przybylok, współautor czajnikowy.pl, oraz właściciel herbaciarni w Zabrzu. Ok. Szkolne przedstawienie postaci mamy już za sobą, bierzmy się za książkę.

Continue reading

drzwi percepcji

Drzwi percepcji

Gdyby udało się otworzyć drzwi percepcji, wszystko ukazałoby się człowiekowi takim, jakim jest – nieskończonym.

Teoretycznie nic nowego, bardzo wiele osób zastanawiało się nad percepcją, tym jak postrzegamy rzeczywistość. W zasadzie każda epoka i każda cywilizacja miały podobne pomysły. Różne zaś są metody kontaktu ze światem idealnym, prawdziwym, ponadzmysłowym. Bez względu na czas i odległość można to sprowadzić do platońskiej jaskini. Jedni drzwi do poszerzenia świadomości poszukują poprzez samodoskonalenie a inni poprzez boskie substancje.
Niczym fani treningu naturalnego vs supli + sterydy 😉

Manipulowanie chemią mózgu to nie tylko nasz wymysł. Oświecenie w płynie – to dopiero inwencja! Lem i jego psychemia odpadają w przedbiegach.

Aktualizacja: Znajomy sugeruje zażycie meskaliny aby zrozumieć samego Huxleya, mistyczne doznania związane ze zrozumieniem owej prawdy, jestestwa, czy jak to nazwiemy. On zgodziłby się z Huxleyem w zakresie mistycyzmu tego doświadczenia. Ja zaś nie próbuję szukać drzwi percepcji, przeżywać mistycznych uniesień pod wpływem czegokolwiek innego niż ukochana herbata. Ja uczyniłem sobie z tej książki punkt zaczepienia do rozważań o sztuce, ludzkich potrzebach. Mam nadzieję, że to krótkie sprostowanie rzuci światło na niejasności tekstu 🙂

Continue reading

fotograficzne poszukiwania

Fotograficzne poszukiwania

 

Fotograficzne poszukiwania

zazwyczaj zaczynają się w Sieci. Jest to jednak miejsce zwodnicze, gdzie o wątpliwą wiedzę znacznie łatwiej niż na księgarnianych półkach. Dlatego pomyślałem, że warto napisać coś o poszukiwaniu fotograficznej wiedzy. Nie tylko tej technicznej.

Wiele godzin straciłem

czytając wszelkiej maści fora fotograficzne. Żałować jest bez sensu, ale warto powiedzieć innym żeby tego nie robili. Przeważnie toczą się tam zacięte boje o markę producenta sprzętu, o jakieś błahostki i absurdy. Moja ulubiona teoria to czemu Nikon jest lepszy do reportażu a Canon do portretu, oraz że w Adobe lepiej pracować na Macu bo 25 lat temu Adobe było tylko na Maca.
Gdybym sugerował się tymi geniuszami fotografii to w dniu zakupu pierwszego aparatu, rzuciłbym to wszystko w diabły. Bez pełnej klatki – wówczas kosztującej w okolicach 30k i szkła 1.2 albo lepiej 1.0 – gdzie 1.8 kosztowało wtedy fortunę, nie masz co się brać za portret. Po prostu głębia tylko na oczy!

Prawdziwej wiedzy o fotografii tam nie ma. Gdzie zatem zacząć fotograficzne poszukiwania?

Kup sobie książkę

Najlepiej kupić jedną z książek o fotografii. Jednak i tu trzeba uważać. Po pierwsze należy unikać książek monotematycznych. Typu fotografia mody, aktu, ślubna oraz wszelkiej maści kompendiów. Wszystkie zasady i reguły – podstawy – znajdziecie za darmo w Sieci.

Jeśli chodzi o książki, to najlepsze są te, gdzie fotograficy opowiadają o każdej sesji. Co zastali, jak sobie poradzili. Chodzi o rozbudzenie kreatywności. Cóż bowiem po serii schematów które wykujesz niczym wiedzę w szkole? Czasem zawieszasz w oknie prześcieradło a czasem obklejasz coś taśmą izolacyjną.

Canon vs Nikon

Po pierwsze, na wszelkiej maści forach trzeba przebić się przez wielogodzinne dyskusje, które ludzie prowadzą zamiast fotografować. Bardzo często dowodzą swoich racji z zacięciem godnym lepszej sprawy. Jasne, sam czasem coś skomentuję, ale wolę tego unikać bo to strata czasu. Tym bardziej, że aby przyznać komuś rację czy to ja komuś, czy ktoś mnie, jeden z nas musi być pewnym autorytetem. Tymczasem na forum o to ciężko, bo wszyscy którzy coś osiągnęli nie przesiadują przed komputerem dyskutując bez sensu. Ich publikacje znajdziecie raczej na autorskich blogach – o czym niżej – albo portalach typu Szeroki Kadr. Wiedzy jest na nich zazwyczaj dużo i jest serwowana bezpłatnie.

Inna sprawa to wszechobecne chwalenie się sprzętem.

Nikon DBardzo Fajny + wypas szkło + czas + przysłona dla podkreślenia jak bardzo mam f 1.0

osobiście bardzo lubię to zdjęcie 😛

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W jakiś mętny sposób aparat jest pewnym wyznacznikiem. Jeśli będzie to tani aparat, to szacunek dla fotografii rośnie, gdyż takim czymś takie efekty? Natomiast drogi, wypasiony korpus z cudnym szkłem nadaje bez mała rangę artysty. Można wówczas fotografować co popadnie i bez mała uchodzi się za artystę.

Uznanie dla prac, to po prostu grupy wzajemnej adoracji. Szukamy sobie takiej, która zawsze będzie mówiła „piękne”, „zjawiskowe”, „coś tam”. Taką tendencję przejawiał niedawno zamknięty portal, gdzie jeśli wrzuciłeś komuś pod fotą tylko 9 a nie 10 punktów, zaraz zbierała się hanza i miałeś wszystkie foty na 1 😉 Były tam też bardzo aktywne grupy wparcia. Takie tam wojny forumowe.

Co robić?

Co w takim razie robić? Znajdźcie sobie jakiegoś fotografa, który uchodzi dla was za autorytet w kwestii np. sprzętu, retuszu, pracy z modelem.
Ja mam dwóch, których blogi czytam od lat:

Klasyka. Nic odkrywczego. Pół świata ich zna. Dochodzi do tego oczywiście kilka portali, na których śledzę nowości sprzętowe. Ze wspomnianych blogów zaś, można nauczyć się bardzo wiele o prowadzeniu biznesu, współpracy z klientem, Scott co środę zaprasza też innych fotografów, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami z różnych dziedzin. Można się przeczytać jak zaczynali, jak pozyskują, jak pracują. Trzeba to naturalnie przetworzyć przez polski rynek, który jest znacznie mniejszy od rynku krajów anglojęzycznych. Już samo USA jest rynkiem niebotycznie większym niż nasz.

Czego brakuje?

To co wymieniłem powyżej, dotyczy najczęściej rynku fotografii powiedzmy „komercyjnej”. Czyli jest to dobre dla fotografów ślubnych, mody, produktowych i wszelkiej innej maści zajmujących się działalnością na rynku konsumenckim.

Są jednak osoby, które interesuje „coś więcej” niż zarabianie na fotografii i fotografowanie ślubów. Tutaj z pomocą przyjdą portale, które nie zajmują się fotografią. Portale fotograficzne w mojej opinii skupiają się na newsach i sprzęcie a ci, którzy chcą poczytać, pomyśleć, poznać ciekawych twórców – muszą je opuścić. Tutaj sprawdzą się wszystkie media, które można opisać jako „kultura i sztuka”, naturalnie na różnym poziomie.

Jednak najlepszym rozwiązaniem będzie:

Wizyta w galerii i dobra książka

Można czytać o fotografii, jednak fotografia sama w sobie jest niewiele warta. Nie twierdzę, że w galeriach znajdziecie tylko najlepsze prace, albo choćby mające sens. To czy są naprawdę dobre musicie ocenić sami. Jednak, żeby dokonać prawdziwej oceny fotografii nie wystarczy wiedza o tym czym jest trójpodział i trójkąt ekspozycji. To taka wyższa półka fotograficznej zabawy. Często bowiem dostajecie dzieło, które samo w sobie ma „jakieś znaczenie” ale Wy, oglądający, możecie nadać mu własne. Przetworzyć przez własny pryzmat.

Tylko jak to zrobić? Weźmy prace Helmuta Newtona – autor znany i uznany a do tego odniósł sukces w branży mody i jako artysta. Było jeszcze kilku, ale ten pan stanowi lepszy przykład. Zrewolucjonizował świat fotografii mody i postrzegania seksualności. Jego prace pełne są fetyszystycznych wizji. Nawet jego portret – chyba zrobiony przez żonę –  ma w sobie coś, dziś mocno nieakceptowanego.

helmut Newton

I jak ocenić dziś faceta w szpilkach? To żart? Z resztą czego oczekiwać po „Królu Perwersji”. Wróćmy do jego prac. Są one pełne seksu, erotyki. Najchętniej przetwarzane przez seksualny pryzmat jego rodaka – Freuda. Nawet przyjmując, że psychoanaliza to pokrętna pseudonauka, to bez niej zabraknie nam słów, pojęć. Nawet jeśli sam autor wiedzy takiej nie posiadał to poprzez fotografię wyrażał siebie, swoje pragnienia i obawy. Tym samym chyba warto mieć szersze pole do oceny? Naturalnie zajmujemy się fotografią, nie psychologią, socjologią**. Więc „fachowa” ocena leży poza naszymi możliwościami – być może nie licząc – Emilii Mańk – Psychologiafotografii.pl, która faktycznie jest psychologiem 😀 Chodzi raczej o zakres pojęć, bazę do przemyśleń.

Powiecie, nie brzmi to zbyt klarownie? Cóż, aby wszystko było jasne i klarowne polecam raczej podręcznik do matematyki niż sztukę.

I znów książki…

Oczywiście, że tak. Bowiem co ci po fotografii jeśli nie masz pojęcia co fotografować. Oglądając cudze prace, będziesz próbował powielać to co robią. Gdy przeczytasz dobrą książkę, może w twojej głowie zrodzi się pomysł? Może wpleciesz coś nowego do sesji mody? A może uznasz, że chcesz wybrać się gdzieś z aparatem i pokazać, coś o czym czytałeś?

Naturalnie pamiętaj by nie popaść w skrajność. Bardzo łatwo bowiem utknąć w świecie książek i odłożyć aparat na półkę. Czytaj a potem spakuj plecak i w drogę.
Szkoda życia na jałowe dysputy, gdy możesz biec przez miasto żeby upolować zaćmienie księżyca nad budynkiem poczty. fotograficzne poszukiwania

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem nie wyjdzie a czasem wyjdzie 🙂

A gdy chcesz pogadać

To idź z kimś na piwo. I tyle.

 

*taki żart

** teoretycznie jestem, to mogę się wymądrzać.

 

Reportaże o fotoreporterach

Książki o fotoreporterach

Fotoreporter opowiada obrazami. Operuje tysiącem słów zawartych w setnej sekundy. Jednak oglądając fotografie niewiele dowiadujemy się o samych autorach. Tym razem przygotowałem tekst opisujący moje ulubione książki o fotoreporterach. Jedne są autobiograficzne inne typowo dokumentalne, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Pewnie szybko zauważycie, że znaczna część dotyczy fotografów wojennych. Książki napisane przez fotografów mody się zdarzają, ich biografie. Jednak jakoś nie oczekiwałbym aby bestselerem stała się książka o życiu fotografa produktowego.

Mój numer jeden

Moja historia fotografii prasowej„. Johna G. Morrisa. Książka jest autobiograficzna i możliwe że jest trochę książki o fotoreporterachpo podkoloryzowana. Nawet jeśli, to całkiem dobrze czyta się historię „od kuchni” powstawania „wielkich fotografii XX wieku”.

John Morris nie był fotografem a fotoedytorem. Pracował z takimi osobami Jak Robert Capa, Carter – Bresson i w takich redakcjach jak Life. Jak każda biografia a tym bardziej autobiografia wymaga pewnego dystansu co do zasług „głównego bohatera” ale i tak warto ją przeczytać. Głównie dla perspektywy. W końcu nie jest to relacja frontowa a z zaplecza. Choć uprzedzam od razu – nie ma tam za wiele o siedzeniu w ciemni 🙂 Jest to raczej opowieść o współpracy z czasopismami, fotografami i redakcjami.

Książkę warto przeczytać też z innego powodu. Mianowicie dziś, gdy wielu z nas narzeka na przesyt podaży na rynku fotograficznym dowie się, że było tak bez mała od II Wojny Światowej. Fotografia już wtedy była na tyle powszechna, że konkurencja wśród fotoreporterów narastała, w następnych latach by przetrwać na rynku zaczęły powstawać agencje – Morris partycypował w słynnym Magnum – dochody nie były kolosalne. Książka świetnie pokazuje, że rynek fotografii zawsze był trudny, chętnych do takiej pracy wielu a przetrwają najwytrwalsi. Dziś wprawdzie fotografia prasowa zanikła ale też w tamtych czasach fotografia żywności czy wnętrz nie była prawie w ogóle popularna. Zatem polecam każdemu, zwłaszcza fanom fotografii prasowej. 

Nie mogło zabraknąć Bang Bang Club

Chyba jedna z popularniejszych książek o fotoreporterach. Większość osób zna kilka słynnych zdjęć, które przyzbyły do nas z wojny domowej w RPA ale nie każdy zdaje sobie sprawę kto i gdzie je wykonał. Dziecko iksiążki o fotoreporterach sęp, płonący człowiek uderzany maczetą… To fotografie, które przyniosły swym twórcom prestiżową nagrodę Pulitzera i rozpoczęły burzliwą dyskusję na temat moralności wykonywania takich zdjęć. Która do dyskusja już dogasła, zdjęcia są ok, dostają nagrody. Ważne że się dzieje. Mniejsza o to.  Autorami są dwaj pozostali przy życiu fotograficy „bractwa”. Greg Marinovich i Joao Sliva. Prz czym trzeba wam wiedzieć, że ostatni stracił obie nogi i to chyba nie tak dawno. Z lat graniczących z rokiem 1995 pamiętam coś o wojnie na Bałkanach, natomiast  żadnych wzmianek o RPA i upadku Apartheidu.  Miałem wtedy jakieś 7 lat – zatem mam prawo nie pamiętać 😀 Warto przeczytać, Z kliku powodów. Głównie po to by pamiętać, że fotografia wojenna to nie tylko Nachtwey. By zastanowić się czemu tak bardzo lubimy oglądać zdjęcia śmierci zarejestrowane daleko, daleko stąd, w krajach które istnieją tylko dzięki przekazom medialnym. Bo czy ktokolwiek wykonał zdjęcie ciał po zamachach w Europie? Nie? Dziwne. Oraz by mieć świadomość, że konflikty mają miejsce wszędzie na świecie. Niektóre po prostu są ukryte.

Tej pani nie znałem

Muszę przyznać, że zdjęć tej pani w ogóle nie kojarzę. Dlatego zobaczywksiążki o fotoreporterachszy książkę w księgarni kupiłem sobie bez większego wahania. Podobnie jak poprzednie ta pozycja również jest  autobiografią, ale trochę inną.  Definitywnie jest bardziej…osobista, emocjonalna. Mniej w niej fotografii wojennej a zdecydowanie więcej osobistych przeżyć. Nawet jeśli w poprzednich się to przejawia, to ciężko do odczuć. Tutaj jest inaczej. Autorka – Linsey Addario – kładzie bardzo duży nacisk na swoje subiektywne odczucia, które towarzyszą fotografowi wojennemu w każdej chwili. Jedna jest to zupełnie inny punkt widzenia niż ten zaprezentowany przez Marinovicha. 

Opowieści z Polski

książki o fotoreporterachSeria wywiadów z polskimi korespondentami wojennymi. Oczywiście z całej książki fotograficy powinni na „dzień dobry” przeczytać wywiad z Krzysztofem Millerem, którego fotografia znajduje się na tylnej okładce „Bang Bang Club” W zasadzie nic więcej nie trzeba tu dodawać. Brać i czytać.

 

To jeszcze nie koniec:

Książek o fotoreporterach, czy fotografach jest mnóstwo. Można z nich stworzyć wpis, który bez mała sam stanie się książką, ale póki co wybrałem cztery które aktualnie są „moje ulubione”.

 

książki o japonii

O książkach i o Japonii

O książkach i o Japonii

Książki o Japonii

Książki o Japonii mają pewną małą wadę: to są książki o Tokio. W zasadzie nawet nie o Japończykach, kulturze, tylko o Tokio. Japonia to bardzo mały kraj i nie może konkurować z USA. Jednak powiedzieć, że Japonia = Tokio to jak powiedzieć, że kultura Nowego Jorku jest wiodąca dla całego kraju i pominąć przesiąknięty voodoo folklor mokradeł Luizjany 🙂
Co więcej, specyficzne dla Tokio zachowania, czy zjawiska – lolitki, dziwaczne kawiarnie gdzie nerdów obsługują poprzebierane za XIX wieczne pokojówki kelnerki nie muszą być pochwalane przez mieszkańców Sapporo czy Kogoshimy. Pamiętajcie: 90% informacji poniżej to informacje o Tokio. Naprawdę nie cała Japonia biega z aparatami za lolitkami względnie marzy o pilotowaniu Eva ;P

Dzisiaj znów mała opowieść o książkach. Tym razem będzie monotematycznie a tematem będzie Japonia. Kto by się spodziewał 🙂
Spośród wielu wybrałem kilka – w tym dwie chyba „klasyczne” pozycje, ale wszystkie wymienione warto przeczytać

  • Chryzantema i Miecz
  • Japoński Wachlarz
  • Imperium znaków
  • Kwaidan
  • Baśnie japońskie
  • Księga herbaty

Jest ich oczywiście więcej, jedne lepiej inne gorzej napisane. Jednak te są chyba moimi ulubionymi, do których chętnie wracam co jakiś czas. Wspólną cechą pierwszych trzech tytułów jest ich…nawet nie wiem jak nazwać taką cechę. Opisują one inny, obcy kraj w sposób prawdziwy, czyli nie definiują niczego, nie definiują a jedynie zaznaczają pewne zjawiska, których może nie być już za chwilę a może już ich nie ma. Podobne podejście zaprezentowali autorzy mojej ulubionej książki o Indiach „Lalki w Ogniu”.

Japoński Wachlarz

japoński wachlarz

Prędzej znajdę Necronomicon na strychu niż przebiję się przez przeciętną książkę z zakresu nauk społecznych. 

Nie przepadam za książkami które napisał ktoś mianujący się „socjologiem” albo kogo tym słowem opisują. Znaczna część prac z tego zakresu to bowiem pseudo filozoficzny bełkot w którym prędzej czy później ktoś napisze coś o Marksie. Studia też przekonały mnie, że socjologii niewiele brakuje do czarnej magii. Zamiast ankiety „weźmisz czarno kure…”.  Jednak okazało się, że można napisać książkę, która coś opisuje w cywilizowany sposób.
W sumie zanim przeczytałem „Japoński Wachlarz” nie wiedziałem kim jest autorka. Sprawiło to, że czytałem bez uprzedzeń. Bardzo wiele prac o kulturze innych nacji, tworzy jakieś archaiczne wzory połączone z pragnieniem zachowania „tradycji”. A tutaj proszę, udało się. Wcześniej taki „rys” udało się stworzyć tylko autorce „Chryzantemy i Miecza”. Wskazówkę raczej. Czytając książki „o kulturze” innego kraju, które sprzedają wam pewniki…skończcie teraz i do wora. Są bezwartościowe.
Autorka „Wachlarza” nie prowadzi badań. Opisuje swój pobyt i raczej wrażenia. Zarówno te pierwsze, będące efektem gry specjalnie dla niej, oraz te drugie. Gdy nowi znajomi już do niej przywykli, przestali traktować jak kogoś zupełnie obcego przed kim trzeba grać.
W sumie tak samo jest u nas. Mamy jakieś „tradycje”, które są relatywnie wspólne, na przykład święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Jednak dwa sąsiednie miasta mogą mieć zupełnie różne potrawy i zwyczaje związane z ich obchodzeniem. O strojach „ludowych” nie mówiąc.
I właśnie to spodobało mi się w książce. Jest to maleńki wycinek rzeczywistości, który udało się zobaczyć autorce. Jasne zdarzają się ogólniki, ale nikt nie jest idealny. Tym bardziej warto rzucić okiem na tę pozycję. Lekkość opisu, brak dziwacznego bełkotliwego języka a już na pewno całkowity brak „socjologii”. Książka mnie zachwyciła. A potem przeczytałem…

Rekin z parku Yoyogi

rekin z parku yoyogi

O ile „Japoński Wachlarz” był całkiem niezły tak, tutaj pani Bator zaczęła mnie irytować. Mniej więcej w chwili gdy dumała z Japończykiem nad powojennymi losami jego kraju. Równie dobrze mogła smuteczek wylewać z Niemcem albo Włochem. Tekst o okupacji obcego mocarstwa stanowił już pełne przegięcie. Tak, my Polacy i Japończycy, bratnie dusze okupowane przez wroga…. serio? SERIO?! Może jeszcze niech napisze, że podli amerykańce biednym Japończykom… Równie dobrze mogła by rozpaczać z jakimś Jorge czy innym Hansem. W końcu im też kraj podzielili na strefy wpływów, do tego mur jeszcze dobudowali :/

Tym razem pani autorka przegina. W sumie nie tylko ona. Bardzo dużo osób które wyjechały do Japonii jawnie podziwia ich ksenofobię, niechęć do obcych, która może skutkować nawet tym, że wyproszą cię z restauracji. Wyobraźcie sobie, że wywalam Japończyka z np. knajpy bo przecież oni tylko sake i surowe ryby a u nas nie ma wina z ryżu a na wiśniówkę jeszcze się obrazi czy coś. Nie będzie umiał się zachować w Europie…wiecie jaki krzyk by się podniósł? Natomiast jak Europejczyk musi szukać to wszyscy to chwalą… czego nie rozumiem?

Z siłą wrócił też zachwyt na ryżem z octem vs śledź w śmietanie. Jakoby przaśny. Podaję za PWN

  • «zrobiony z niezakwaszonego ciasta»
  • «prosty, surowy, naturalny»
  • «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie»

Cywilizacyjne zacofanie czy może jednak nie? W końcu – patrz środkowy podpunkt – sashimi jest najbardziej przaśną rzeczą świata. Z resztą sam nie raz napisałem, że dla mnie kuchnia japońska zakrawa o okrucieństwo – „piekielne tofu”. O ile fascynacja czymś jest nie jest zła, to w tej książce pani Joanna przegina. Podejrzewam, że nie czepiałbym się jakoś bardzo, gdyby nie ta zaduma nad wspólnymi losami Polski i Japonii. Dalej jest równie irytująco. Tak na prawdę, to wcale nie jest książka o Japonii. To jest „stereotyp o Japonii”, kontra niemal zmyślone historie o Polakach. Przysłowiowe już rzucanie się na „szwedzki stół”, to nie cecha „cebulandi”. Przerobiłem to na ostatnich wakacjach w Chorwacji. Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi i Włosi, rzucają się na ten stół jak wygłodniałe zwierzęta. Jak któryś miał szerszą klatę to przepychał się nią jak lodołamacz i potem swojej kobiecie demonstrował upolowaną zdobycz. Dodać, że nie mówił po polsku? Może i „nasi” też gnali na punkt 19:00 do stołówki, ale karnie stali sobie w kolejce*
Co więcej, pani Bator chyba dawno w Polsce nie była, bo „włochatych brzuchów” to tutaj nie ma. Rzadko widuję otyłych ludzi po 60tce a tych młodszych pewnie znajdę na siłowni. Irytująca książka. Bardzo wielu fanów Japonii, uważa że Japonia jest tak bezpieczna, że można nocą nie bać się że dostaniesz po ryju. Ponoć 50% przestępstw jest niezgłaszanych. Te popełniane przez osoby do 20 roku życia z napaściami włącznie traktowane są jak te popełnione przez dzieci. Dostajesz w Tokio wklep od kilkunastu gówniarzy z pałami a oni traktują to jak wybryk. Dalej, niezgłaszane są nagminnie przestępstwa na tle seksualnym. Bo oznaczałoby to utratę twarzy kobiety i rodziny. Świat wam coś? Naturalnie nikt kobiety tam nie zabije ani nie wychłosta za to że zgłosiła napaść albo obmacywanie w metrze, ale….ale!

Jeszcze raz: to nie jest książka o Japonii. Joanna Bator napisała coś dziwnego. Socjolog pełen stereotypów i uprzedzeń. A ja ją pochwaliłem. Hańba mi. I na pohybel naukom społecznym.

 

 

*ale żeby być sprawiedliwym, doprowadzali mnie do szału gdy domagali się końca wycieczki pomiędzy wodospadami – oni przebiegli kilkukilometrową trasę po mokrych belkach sprintem! – żeby dopaść do autobusu, otworzyć schowane butelczyny i jazda na kolację na punkt 19!
Ale! Stali karnie jak ołowiane żołnierzyki. Żadnego chowania po torbach. 

Chryzantema i Miecz

chryzantema i miecz

To chyba klasyczna już pozycja jeśli chodzi o Japonię. Trzeba jednak brać pod uwagę bardzo ważny fakt. Autorka nigdy nie była w Japonii. Chyba nawet nie znała japońskiego. Książka jest z tego co pamiętam, raportem napisanym na potrzeby II Wojny Światowej. Siły zbrojne USA potrzebowały jakiegoś opisu, wskazówki jak postępować z Japończykami. Tym bardziej, że negocjacje z nimi były relatywnie trudne, gdyż nawet osaczeni i wycinani w pień nie mieli skłonności do poddania. Przypadki poddania się japońskich żołnierzy były rzadkie a przez wielu nie do końca zrozumiałe. Na przykład ponoć „za Chiny ludowe” nie rozumieli czemu po wzięciu do niewoli Amerykanie nie zabijają ich ani nie torturują do razu. Idea bycia jeńcem była – jakoby – dla nich totalną abstrakcją. Przynajmniej teoretycznie.
W pamięci zapadł mi szczególnie jeden fragment, którego mamy jakoby absolutnie nie zrozumieć. My, ludzie z Zachodu. Otóż – tu pada dużo japońskich nazw – istnieje kilka form obowiązku. Jeden wobec swojego pana, wobec cesarza i wobec szoguna oraz własnego imienia. Jeśli pan wydałby rozkaz przestawiający się dyrektywom szoguna, należało rozkaz spełnić, następnie popełnić samobójstwo a jeśli byłby on hańbiący – wcześniej zemścić, za zgodą szoguna. Tutaj idealnym przykładem będzie legenda o „47 roninach” których pan podstępem został zhańbiony i nakazano mu popełnienie seppuku. Wierni mu wojownicy postanowili – wbrew rozkazowi szoguna – dokonać zemsty na podstępnym urzędniku. Dopinają swego a w zamian za wierną służbę, mogą popełnić seppuku. Naprawdę nie wiem czego tu można nie rozumieć. Identyczny dylemat spotkał Antygonę. Nakaz bogów, nakaz ludzi. Ktoś, coś? To warto wrócić i sobie przypomnieć jeśli nie. Co więcej „obowiązek wobec imienia”, dawał w Europie szlachetnie urodzonym prawo dochodzenia satysfakcji. Regulowały to całkiem złożone kodeksy honorowe.
Ta konkretna książka, skupia się na tych elementach kultury, które mogą pomóc toczyć wojnę przeciwko komuś, kto myśli inaczej. Nie uznaje albo rozumie inaczej pojęcia takie jak „poddać się” albo „więzień”. Co oczywiście jest różnorakie. Teoria swoje a życie swoje. Zapewne archetyp samuraja jest tak samo bliski prawdzie jak archetyp „idealnego rycerza”. Jedni wcielali inni chlali i kombinowali. Jednak tak to jest. Kiedy żyje się w danej kulturze widzi się jej wady, zgrzyty i zardzewiałe tryby. Natomiast z zazdrością patrzymy na wypolerowaną PR i legendą kulturę innego kraju. Czy też religię. Mnich – wojownik z mistycznego Shao lin a nasz dobrotliwy braciszek – piwowar albo jakie tam kto ma złe zdanie 😀 Pojmujecie?

Imperium znaków

imperium znaków

Tu już mamy cięższą pozycję. Nie wiem jak odebrałbym tą książkę przeczytawszy ją na samym początku. Prawdopodobnie jako zbiór dziwacznych, bezsensownych przemyśleń, które autor stworzył nigdy nie będąc nawet w Azji a co dopiero w Japonii**. Praktycznie nie można powiedzieć „o co facetowi chodzi”***.  W zasadzie polecam przeczytać ją na końcu, aby móc wyrobić sobie jakieś zdanie na jej temat. Odnoszę też dość wyraźne wrażenie, że Francuz był zauroczony Japonią i jej pozorną odmiennością. Naprawdę dużo w tym pokrętnej filozofii i semiotyki. Jest to w zasadzie nie traktat o Japonii – żadnej wiedzy o tym kraju z tej lektury nie wyniesiecie – a traktat o znakach. O znaczeniu. Pewnych abstrakcyjnych bytach. Równie dużo tu analizy kultury Zachodu, jej zaborczości oraz pewnej przyjemności z podróżowania w nieznane, kiedy nie znamy języka, nie rozumiemy znaczeń.
Dobrym przykładem niech będzie zdjęcie ogrodu zen, opisane kilkoma słowami. „Gdzie jest człowiek? W pociągnięciu grabi, układzie kamieni”.
Barthes sprawia, że tą wyimaginowaną krainę, hipotetyczny byt, odbieramy jako przeciwstawny „przesyconemu” Zachodowi.

Z jednej strony autor opiewa pałeczki które „nie zadają gwałtu potrawie” a z drugiej omija „piekielne tofu” czy „skaczącą krewetkę”, czyli umiłowanie świeżości, będące dla nas najzwyklejszym okrucieństwem wobec zwierząt. Co bowiem krewetce czy innemu stworzeniu po tym, że go nie krają sztućcami skoro robią mu wiwisekcję, mającą na celu zadbanie by ciągle żyło kiedy będzie spożywane?
Jeśli tą książkę ominiecie, olejecie, lub zignorujecie to nic się nie zmieni. Poza waszym sposobem myślenia 😉 Jest to wysoce abstrakcyjny byt, z dziedziny „nauki” która wniesie coś do waszego życia wtedy i tylko wtedy, gdy bardzo lubicie myśleć, do tego na wysokim poziomie abstrakcji. Jednak w moim odczuciu należy ją przeczytać.

**był, ponoć trzy razy, łącznie przez kilka miesięcy.
***a i później nie bardzo. Autor nie prowadził badań, nie znał języka. Analizował Zachód przez pryzmat „wydaje mi się, że…”.

Kwaidan

kwaidan

Po japońsku słowo to znaczy chyba „opowieści o duchach”. Wszystkie upiorne opowieści o nadprzyrodzonych istotach to kwaidany. Ten cykl jest jednak szczególnie ważny, gdy jest jednym z pierwszych zebranych przez Europejczyka. Dokonał tego Lafcardio Hearn, z pochodzenia Grek a przynajmniej urodził się w Grecji jako syn Irlandczyka i Greczynki. W zasadzie Hearn był jednym z tych Europejczyków, którzy doczekali się w Japonii nawet muzeum a co więcej jest on autorem także licznych książek o samej Japonii, które podobają się samym Japończykom. To dość ważne, gdyż wiele poprzednich dzieł o tym kraju dokonywało ich oceny przez pryzmat kultury europejsko – chrześcijańskiej co było nie w smak głównym zainteresowanym.
Wracając do tematu, kwadian to zbiór opowieści o duchach, zjawach i upiorach. Na podstawie tychże opowieści dość znany reżyser Masaki Kobayashi, nakręcił swój film pod tym samym tytułem: „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Co w jakiś sposób świadczy o tej niepozornej książce. Skoro już jestem przy tym nazwisku Kobayashi, obejrzyjcie film „Bunt” a otrzymacie „ekranizację” antropologicznej książki Benedict – „Chryzantema i Miecz”.

Baśnie japońskie

baśnie japońskie

Nie mam pojęcia w jakim stopniu są one prawdziwe albo chociaż w jakim stopniu są naprawdę „japońskie”. Jest to zbiór dość „wiarygodnie brzmiących” przypowieści, baśni, historii, które bardzo dobrze się czyta. Nic poza tym 😉
Po prostu warto się z nimi zapoznać, podobnie jak z „Księga tysiąca i jednej nocy”.

Księga herbaty

Moja ukochana książka o Japonii. Jest to cieniutka książeczka, która swym tytułem może rodzić mylne wyobrażenia, sprawiając że przed oczami stanie nam monstrualne tomisko, mające bez mała tysiąc stron. Opisano w niej jedną z dwóch rzeczy, w których zakochała się japońska myśl, estetyka a nawet splótł Zen. Jest to traktat o herbacie i filozofii herbaty.
Już kilkukrotnie pisałem o tym swoistym zjawisku, które jest charakterystyczne dla Chin i Japonii.
Między innymi tutaj: Wielki Szlak Herbaciany i tutaj Szlakiem Herbaty. W tychże tekstach wspominam o samej „Księdze Herbaty”, która pozwala w pewien sposób przybliżyć sobie może po trosze kulturę a po trosze filozofię Japonii.
Nie raz pewne trafiliście na trzy elementy takie jak: haiku, herbata i kwiat wiśni. Są one w pewien sposób połączone, gdyż herbatyzm to właśnie filozofia bez mała „impresjonistyczna”. Zachwycenie się chwilą, jej przemijalnością. To poszukiwanie piękna w codzienności ze świadomością, że celem jest dążenie do perfekcji, której nie można odnaleźć ani osiągnąć. Nawet jeśli uda się to zrobić, dzieje się to raz, w danej chwili. Jednorazowo i należy szukać dalej. Nie oznacz to jednak konieczności szukania powiedzmy radości w smogu, bo taka jest codzienności. To umiejętność poszukiwania, zmieniania, lecz czasem w małych rzeczach. Takich właśnie jak czarka herbaty albo kwiat wiśni.
Nawet jeśli mój wywód nie jest wystarczająco „precyzyjny” to trzeba wam wiedzieć, że nie ważne ile przeczytaliście o Zen. Przyjdzie inny uczony mnich i powie jeszcze coś innego. Być może dlatego pojawiają się czasem żarty o mistrzach i uczniach:
„Mistrzu, czemu chrząszcz brzmi w trzcinie?”
„Gdyż żaba poszukuje gwiazd w strumieniu”
Co wcale nie jest nieprawdopodobnym dialogiem, gdy tak o tym czasem myślę.
Mimo to, polecam wam przeczytanie „Księgi herbaty” choćby dla relaksu. Jest to pozycja lekka, przyjemna a przy tym dość istotna nawet gdy od jej publikacji trochę już się zmieniło w Japonii i na świecie.
Na koniec dodam, że napisano ją dla Amerykanów, aby łatwiej zrozumieli Japończyków i nie należy jej mylić z potężnym dziełem Lu Yu poświęconym w całości herbacie.  Natomiast człowiek nazwiskiem Lu Tong, napisał „Pieśń o piciu herbaty”. Dowodzi to jak wielkie znaczenie miał ten niepozorny krzew w kulturze tych krajów. Zapewne wiele się zmieniło od czasów wydania najmłodszej z tych ksiąg. W końcu żaden kraj to nie skansen, który pozostaje niezmienny i obojętny na postęp i nowości.
Jednak chyba pewien sentyment im pozostał, ze względu choćby na lody i sernik – oraz wiele innych słodyczy*- o smaku zielonej herbaty.

*nie wiem czy to jest słodkie. Smak zielonej herbaty dla mnie jest zaprzeczeniem „słodkiego” ale nie jadłem tego to nie wiem 🙂

Na samym początku wspomniałem o pewnej wspólnej cesze trzech z wymienionych książek. Iż niczego nie „definiują”. Jest to o tyle istotne, że świat ciągle się zmienia i chyba byłoby wam…dziwnie, gdyby każdy przybywający do Polski turysta oczekiwał, że na każdym kroku będą siedzieć wąsaci panowie w kontuszach obżerający się pawiami i łabędziami. Przywykliśmy już do Anglii, Francji, Hiszpanii a mimo to dalej wiele osób wybierających się do Japonii oczekuje że po ulicach będą biegać samurajowie, wszyscy biegają w kimonach, a każdemu od razu zafundują gejszę.
Z opowieści wiem, że faktycznie pozostało im zamiłowanie do ich tradycyjnej** kuchni, która nie rzadko dla nas trąci okrucieństwem i bez mała barbarzyństwem.

**Trzeba pamiętać, że „tradycja” japońska została stworzona dekretem w XIX wieku, kiedy to Japonia postanowiła wyzwolić się od Zachodu, czyli USA, które swoimi wpływami wyparło wszystko co tradycyjne. Zebrano zatem najciekawsze elementy i stworzono „tradycję Japonii”. To trochę jakby powiedzieć, że „tradycja Polska” to od dziś wszystko co z regionu Podbeskidzia, pomijając całą resztę kraju.
Ciekawostka: słynne „ostre jak nie wiem co” wasabi to lekki przekręt, bowiem w 90% procentach oszukujemy sami siebie. Kuchnia japońska jest z opisu raczej mdła a ten ich chrzan łagodny. Żeby nam smakował i palił jak należy robią nam go nasze firmy z chrzanu pospolitego, zabarwionego na zielono oraz zaprawionego gorczycą. Ponoć nawet Japończycy mówią o „europejskim wasabi”. Ich nie jest taki ostry. Dlatego moja babcia rozrabiała starty korzeń chrzanu ze śmietaną a rodzice z żurawiną. Inaczej ciężko zjeść więcej niż odrobinę. Natomiast produkty sklepowe zawierają więcej jakiegoś kwasu niż korzenia, a wasabi dużo korzenia i barwnik spożywczy. Tego japońskiego chrzanu to u nas nie ma. A chińskie ciastka z wróżbą pochodzą z USA i w Chinach uchodzą z tradycyjny element kultury Zachodu. O.

Ktoś może zapytać o co chodzi w tej fascynacji tym krajem i tą kulturą? W zasadzie o nic. Nie ma tam chyba nic tak niezwykłego. Podejrzewam, że mi chodzi o herbatę. Nie interesowali mnie nawet zbytnio gdy zacząłem trenować karate. Samo karate wystarczyło. Dopiero herbata skłoniła mnie do bliższego zapoznania się z krajem, który zbudował filozofię i ceremonię wokół naparu, który od dziecka pijam do śniadania i o każdej innej porze dnia 🙂

O fotografii - Susan Sontag

O fotografii – Susan Sontag

O fotografii – Susan Sontag

Wiele osób mówi, że O Fotografii autorstwa Susan Sontag, to najważniejsza książka o fotografii XX wieku. Wielu też nazywa ją źródłem inspiracji. Inspirująca książka.
Zastanawiam się, czy jakim cudem. W tej książce nie ma nic, co inspirowałoby do dalszego działania. Jest to bardzo luźny zbiór esejów, do tego bardzo dygresyjnych. Autorka swobodnie snuje myśli, przeplata filozofię, socjologię,  antropologię. Dlaczego książka nadal cieszy się taką popularnością? Cóż, bo niewiele się od tamtych czasów zmieniło*

Socjologia

Sontag analizuje przyczyny powstania fotografii. Odpowiedź na potrzeby społeczeństwa przemysłowego. Łatwe i szybkie powielanie obrazów, schyłek malarstwa, pojedynczych kopii. Czas na produkcję masową, przemysłową! Czy coś się zmieniło? Nie za bardzo. Dziś jakoby to nie przemysł a informacji jest podstawą społeczeństwa. W kwestii fotografii niewiele się natomiast zmieniło.

Nie ma nawet zbyt wiele o samej „sztuce”. Wszystko, kręci się mniej więcej wokół podobnych tematów:

 

Dla tych, co nie czytają

W fotografii upatrywano metody na łatwe rozpowszechnienia informacji. W końcu znacznej części społeczeństwa czytanie nie przychodzi łatwo. Wraz z upowszechnieniem sposobów na reprodukcję fotografii w prasie, zwiększyła się jej przystępność.
W końcu jeden obraz wart jest tysiąca słów.

Dziś, gdy 90% internautów woli oglądać zamiast czytać, i to już nie fotografie a wideo, stwierdzenie nadal jest aktualne. Choć wiele osób upatruje w doszukuje się w tym upadku. Cóż, obraz jest zdecydowanie bardziej naturalny dla człowieka niż tekst. Dlaczego tak szybko upowszechniła się telewizja, dlaczego szybko wyrastają kolejne vlogowe sławy? Czasem sam myślę o przeniesieniu bloga na YouTube 🙂 W końcu kto to czyta?

Biedni i bogaci

Raz jeszcze nic się nie zmieniło. W końcu, kto widział przybysza z najuboższych rejonów Afryki, obwieszonego japońskim sprzętem i robiącego zdjęcia bogatym ludziom?

U swego zarania, fotografia biedoty stanowiła pewne hobby dobrze sytuowanych ludzi. Czasem służyło to jakimś pozytywistycznym ideałom. Dziś ta „zabawa” trwa w najlepsze. A to „projekty” z Afryki, a to biedni, starzy ludzie gdzieś na wschodzie Polski. Ot, bogaci ludzie fotografują sobie biednych, zbierają nagrody, widz przeżywa swoje catharsis i informuje o tym na FB.

Rytuały

Sontag stwierdza, że nie fotografowanie dzieci, zwłaszcza gdy są małe stanowi swoiste zaniedbanie. Coś się zmieniło? Być może tylko to, że częściej dzielimy** się zdjęciami dzieci w mediach społecznościowych. Karygodne!

No właśnie. Tutaj nie potrzebowałem dalszego wywodu, wystarczyło zapytać babcię. Kto miał aparat, robił zdjęcia. Kto miał zdjęcia – dzielił się nimi. Jedyna różnica była taka, że gdy moja babcia i dziadek pstrykali foty mojemu tacie na placu zabaw, trzeba było je przygotować i zabrać do kawiarni, przedstawić w albumie na zjeździe rodzinnym, albo wysłać pocztą.

Zmieniła się tylko forma. Dziś wrzucamy fotę na FB. Idea jest taka sama. Podzielić się zdjęciem, chwilą, radością. Być może wszechobecna nostalgia każe nam krytykować tą „bezduszną metodę”. Cóż, każda epoka ma swoje sposoby komunikacji.

Pełna pomysłów

Już wiele razy słyszałem, że O Fotografii to księga pełna pomysłów. Jednak nie mogę odnaleźć jakich. Tematów? Być może dla socjologa, psychologa czy antropologa. Sontag pisze bowiem dlaczego sięgamy po aparat, dlaczego ta forma wyrazu, uwieczniania, stała się tak powszechna. Co skłania nas do robienia zdjęć? Po co je robimy i po co przechowujemy.  Pod tym względem tak. Sprawia, że chcę się zatrzymać i pomyśleć. Dlaczego robimy selfie? Czemu jesteśmy tak egocentryczni, że będąc w Londynie publikujemy swój dziób zamiast Londynu? Oglądamy to potem? Czy nie oglądamy?

Księga aktualna

O fotografii, co już napisałem, jest zaskakująco aktualna. „Odmowa wykorzystania wyrafinowanego sprzętu stanowiła dla wielu fotografów punkt honoru[…]” Brzmi znajomo? Dziś w 2017 roku, w XX wieku, gdy mamy sprzętu w bród, wielu decyduje się korzystać z „tradycyjnych metod” czy też technik. Punkt honoru czy moda?

Chyba właśnie ta aktualność sprawia, że książka jest tak chętnie przetwarzana przez kolejne pokolenia fotografów. Sontag stworzyła coś, co wystarczy uzupełniać o kolejne rozdziały. W końcu, jej „fotografia” była trwała, wieczna, służąca przechowywaniu. A co ze Snapem?

O fotografii

mówi się bardzo mało. Susan Sontag podjęła w tych felietonach spore wyzwanie. Ile razy spytaliście kogoś czemu fotografuje i usłyszeliście coś więcej niż popularny cytat albo coś o wyrażaniu siebie. Fotografia, jak każda forma sztuki jest nieco bełkotliwa. To nie nauka ścisła by ubierać ją w precyzyjne wzory.

W zasadzie już kiedyś o tym napisałem, ale 90% rozmów o fotografii sprowadza się do narzekania na „dorabianie filozofii do dupy”, zachwyt na nagimi kobietami a reszta jest „jakiś przymiotnik” – wstawcie tu jakiś modny przymiotnik.
Dreszcz emocji wywołują tylko analizy nowego aparatu, czy nowa zakrzywiona matryca będzie lepsza względem starszej o 3 godziny niezakrzywionej. Mam wrażenie, że ludzie wstydzą się rozmawiać o czymkolwiek innym. Wystarczy opublikować jakiś głupawy wpis o sprzęcie, by wywołać burzę, bazującą na kompleksach własnych fotografujących.

W sumie, mam paru znajomych z którymi czasem rozmawiam o fotografii.
Lampy, obiektywy, aparaty, statywy. I tyle.

 

Chris Orwig

A jeśli potrzebujecie prawdziwego, pozytywnego kopa do działania polecam Poezję Obrazu, aut. Chrisa Orwiga. Świetne dzieło, pełne rad jak smutek przekuć w inspirację, jak cieszyć się deszczem i słońcem, jak dać sobie z buta na start i ruszyć w świat z aparatem w łapie!

 

*nie mam dzieci, ale pewnie gdybym miał to bym tak robił. Zatem nie ma co wskazywać palcem. My.

**Ta, Misja Heliograficzna vs. Selfie 🙂

Bajki Robotów Lem

Stanisław Lem – agent KGB

Stanisław Lem

Philip Dick powiedział o nim, że musi być komórką KGB. Lem zaś podobno nie wiedział o tych łowach i chwalił Dicka za jego twórczość.
Jednak dość powszechnie znanych anegdot. Popatrzmy na kilka rzeczy, które sprawiły że Stanisław Lem ciągle jest aktualny.
No i nie zapominajmy o fakcie, że Lemem zastąpiłbym wszystkie lektury szkolne, podręczniki do socjologii 🙂

Symulakry – fantomaty

Summa Technologiae. Dość ważna ale mało popularna książka polskiego autora. Simulacra and Simulation Jeana Baudrillarda, została wydana po raz pierwszy w roku 1981. To właśnie w tej książce Francuz rozpisuje się o symulakrach. Czym dokładnie one są, nie bardzo wiadomo. Gdy – wówczas jeszcze – bracia Wachowscy ogłosili, iż jedną z głównych inspiracji była książka Baudrillarda, ten miał jakoby stwierdzić, że wypaczono jego wizję. A poza tym nigdy filmu nie widział.

Stanisław Lem natomiast, opisał coś bardzo podobnego w książce wydanej po praz pierwszy w 1964 roku. Nazwał to fantomatami. Czym one w ogóle są? Tutaj jest jasna i przejrzysta odpowiedź. To po prostu systemu „sztucznej rzeczywistości”. Lem, jak później Baudrillard, jako przykład podaje Disneyland. Polak jednak poszedł w swoich rozważaniach znacznie dalej. Opisał system, który stymulując odpowiedni ośrodki nerwowe, zaprezentować nam może nieodróżnialną od „prawdziwej” rzeczywistość. Czyli opisał maszynę znaną nam z filmu Matrix. Ot. Wszystko jasne.

Dlatego też niesamowicie dziwi mnie, że ten autor nie pojawia się w ogóle na polskich uczelniach a przerabiany i wałkowany jest bełkotliwy Francuz, który i tak jak sam twierdzi, nigdy nie miał komputera – a przynajmniej takowe informacje można o nim przeczytać. Biorąc pod uwagę cykl felietonów Lema jak choćby „Bomba megabitowa”* można by nim zapełnić program wielu kierunków studiów 😉

Sztuczna inteligencja

Obecnie wiele firm zaczyna „poważnie” bawić się sieciami neuronowymi, pracuje nad sztuczną inteligencją. Jak zawsze pojawia się wówczas wiele dylematów moralnych czy etycznych. W jednym z rozdziałów Summy, Lem rozważa właśnie czym różni się inteligencja od świadomości.
W którym momencie maszyna staje się świadoma?

Jeśli pierwsza maszyna, z 10 ustawionych w rzędzie, jest nieświadoma a ostatnia z całą pewnością świadoma, to w którym momencie zaczyna się świadomość? Od 8 czy 7? A może już 5?
Zdecydowanie, pomimo upływu tytlu lat, warto przeczytać ten rozdział. Pozornie książka jest przestarzała. Jej warstwa technologiczna, no nie ukrywajmy, ma swoje lata. Jeśli jednak w takcie czytania dopasujemy sobie „przesłanie” do współczesnych osiągów inżynierii? Przeczytałem ją w dwie godziny 🙂

Psychemia stosowana

Dzięki transmutynie może pan mieć romans z kozą, sądząc, że to sama Wenus z Milo.

Stanisław Lem nie był futurologiem. Sądząc po wypowiedziach, raczej gardził tą „nauką”, która nie bazuje żadnych solidnych przesłankach a jedynie na pomysłowości ludzkiej. Nawet jeśli Kongres Futurologiczny to żart czy też żartobliwie opisane obawy autora co do przyszłości, to jest to książka bez wątpienia dość aktualna.

W kosmos nie latamy, nie wiem jak z rakietami a i komputery nie stały się mózgami elektronowymi. Nie ważą kilku ton i nie zajmują dużych powierzchni. Ale leków produkujemy więcej niż potrzeba. Na wszystko znajdzie się specyfik. Nie chce ci się jeść ani gotować? Oto „zdrowa dieta w proszku”. Przecież musisz być fit! Pracowałeś 24h non stop, wróciłeś do domu i nie masz siły na zabawę z dziećmi? Weź sobie to i zaraz ci się zachce. Jesteś zły, rozdrażniony i agresywny? Co z tego, że właśnie zalałeś sobie nogi wrzącą kawą bo jakiś matoł jeździ po biurze na desce? Weź pastylkę i będzie szczęśliwy i pozytywnie nastawiony. Trochę tabsów na ból i nawet wrzątek na nodze przestanie ci przeszkadzać!

Jest środek na wszystko. Na szczęście nie doszliśmy jeszcze do etapu, w którym aerozolem lub tabletkami zamaskujemy wygląd całego świata, choć jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, preparat taki na 100% znajdzie się na rynku.

i związki partnerskie

Tytuł notatki miejskiej kroniki w „Heraldzie”: Od półmatka do półmatka. Mowa w niej o
jakimś jajkonoszu, który pomylił jajnię. Odpisuję z dużego Webstera: Półmatek, jak półbabek,
półgęsek. Jedna z dwu kobiet, kolektywnie wydających na świat dziecko. Jajkonosz — od
(anachr.) listonosz. Euplanista dostarczający licencyjnych jajeczek ludzkich do domu. Nie
powiem, żebym to rozumiał.

Jeśli nawet nie o to chodziło to wydaje się być adekwatne. Brzmi to też trochę jak invitro, w bardzo swobodnym wydaniu. Choć fakt, też tego do końca nie rozumiem.
Kongres Futurologiczny został wydany około roku 71. Płyną z tego dwa wnioski: że miał facet wyczucie, oraz że ostatnie lata nie są pełne nowych odkryć w tym temacie.

Obcość

Stanisław Lem nie raz zadawał pytania o obcość. Eden, Niezwyciężony czy Głos Pana, to najlepsze przykłady. Oczywiście można przełożyć ową „obcość” na kontakty międzyludzkie i na wszelkie zajścia w obrębie naszej planety.

Wystarczy tego. Uznałem, że w tym akapicie oderwę się od Ziemi i tylko sparafrazuję fabułę książek. Otóż, we wszystkich wymienionych tytułach, obcego życia już nie ma. Wyginęło. Zostały po nich tylko bliżej nieokreślone urządzenia lub automaty, które samoistnie wyewoluowały a co gorsza są wrogo nastawione. Tylko Głos Pana różni się tutaj znacząco. Ktoś tam jest czy nie ma? A może ten ktoś jest tak obcy, że żadne sygnały nie są możliwe do odebrania lub zrozumienia? Może i ślemy sygnał w Przestrzeń, ale cywilizacje, które gdzieś tam są nie mogą go odebrać?
Popatrzmy na nasze „planetarne podwórko”. Dla żołnierza armii USA wyciągnięta przed siebie dłoń znaczy „stój!”, a jadący w pobliże Irakijczycy często odbierali to jako powitanie, „proszę podjechać, podejść” i byli dziurawieni z broni automatycznej**… To jak możemy liczyć na to, że jakakolwiek wiadomość wysłana w przestrzeń, zostanie odczytana?

Szczypta krytyki

Przykłady wyrwałem z kontekstu. Ot, moje ulubione. Można doszukać się również przyszłych wynalazków, takich jak, czytnik książek czy audiobook. Lem nazwał je bodaj optonami i lektonami. Można takowych odkryć doszukiwać się całej masy. Trzeba jednak pamiętać, że Lem nie żył w oderwaniu od rzeczywistości, tylko wymyślając kolejne wynalazki przyszłości. Nie przyszedł mu bowiem nigdy do głowy mikroprocesor, który odmienił nasz świat. 

Trzeba też pamiętać, że…czytał. Dużo czytał. Pasjonował się wieloma rzeczami, więc „przyszłe urządzenia”, mógł planować na podstawie cudzych zamysłów i odkryć. O ile jest wkład w polską literaturę pozostaje bezsprzeczny, to raczej wszystkie opisane procesy społeczne, nie są tylko tworem jego wyobraźni. Trzeba pamiętać, że w czasach gdy Lem tworzył w Polsce, na Zachodzie tworzył Philip Dick, trwała rewolucja seksualna a środki „poszerzające świadomość” były na porządku dziennym.

 

 

*tytuł książki, będącej zbiorem felietownów w czasopisma komputerowego, którego nie pomnę. Rok wydania 1999 i choć ciut niedzisiejsze, to zawsze 1000% lepsze niż to co serwują nam na socjologii, medioznawstwie, dziennikarstwie i innych takich.

** tak, wiem