Okrutnie zawiódł mnie jeden autor, znany jako Peter v Brett, który po 10 latach czekania, całej dekadzie dał nam bardzo słabe, pozostawiające podły niesmak zakończenie. Dziś, choć premiera odbyła się 26 czerwca A.D 2018, mam w końcu przesyłkę z czwartym tomem Głębi, Marcina Podlewskiego. Mam też nadzieję, że ta wyczekiwana choć nie tak długo jak Amerykanina saga zakończy należycie i z przytupem. Bo jest co kończyć.

Skok w Głębię

Pierwszy tom ukazał się jakoś w 2015 roku i zaserwował nam całkiem przyzwoity miks. W przeciwieństwie do autora Trylogii Southern Reach, Podlewski nie oferuje nam głębi ani nawet pseudo głębi. Dla wyjaśnienia. Southern Reach, znana niektórym jako Anihilacja/Unicestwienie, to książka która żadnego głębszego przesłania w sobie nie ma. To nie Lem, to nie Herbert. Czytelnik ma ją sobie sam dorobić i bardzo chętnie to czyni. Zaiste genialny zabieg. Do tego stopnia, że niektórzy gotowi są przekleństwami bronić niebanalnego przesłania, bez mała oświecenia którego zaznali…po adaptacji filmowej. Tu oczywiście klasyczna mała złośliwość z mojej strony.

Polak dla odmiany podaje nam bardzo smaczny miks Lema właśnie, Herberta i innych pisarzy SF. Czytając całość nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest tam odrobina racjonalności, którą w swych powieściach wprowadził właśnie Stanisław Lem. Nie aż w takim stopniu, ale czuć tenże klimat. Przeanalizujcie kosmiczne bitwy, ilość myśliwców na pokładzie większych jednostek czy w końcu kwestie kontaktu z kosmitami. Naturalnie Lem nie był pionierem, mistrzowsko manipulował i adaptował wiedzę jaką posiadał. Jeśli zwrócicie uwagę na kwestie spotkania z Obcymi to łatwo dostrzeżecie w Paradoksie, elementy Głosu Pana czy Fiaska.

Jeśli zaś chodzi o samą Głębię, Bladego Króla, konflikt Maszynowy nie sposób oprzeć się ważeniu, że obficie autor czerpał z prozy Herberta i jego sposobu tworzenia uniwersum. Bardzo wiele skojarzeń pojawia się w czasie lektury a takich nawiązań jest w bród, Maszyny i ich główna baza, Bene Geserit, mentaci ect. Albo dobra, żeby nie było: Maszyny mogą być nawiązaniem do Gethów 😛

Trochę płyta ale wciąga

Zaserwowana lektura, choc ma trochę wad: np. marginalizacja załogi Skokowca i absolutny brak rozwoju osobowości bohaterów jest szalenie satysfakcjonująca. I choć nie zmusza nas do takich analiz jak Diuna: totalitaryzm, społeczeństwo, świadomość, narkotyki czy proza Lema, to ciężko się oderwać. Metafizyczna galaktyka, w której doszło do wojny z Maszynami a teraz na scenę wchodzi dowódca upiornej floty złożonej z bez mała duchów i potępieńców. Znów, trąci Diuną, Wyrocznią Czasu ale naprawdę świetnie się to czyta. Taki na poły racjonalny odlot 😉

Dzieje się dużo. Nie ma czasu na rozważania o naturze rzeczy. Całość wciąga niczym czarna dziura na horyzoncie zdarzeń. A horyzont jest szeroki, że tak sobie napiszę. Obcy, Maszyny i Blady Król, który wraca niczym strach z bajek dla dzieci, okazuje się być jak najbardziej realny w swej nierealności. Dodać jeszcze nieistniejący napęd, którym porusza się załoga jednego ze statków, byty transgresyjne… no nie za dużo tego żeby wymieniać. Akcja toczy się wartko i nie koniecznie tylko w huku – metaforycznie – dział. Uf.

Chwalmy Bladego Króla

I choć nie ma głębi w tej głębi, to jest wartka akcja pełna smaczków dla fanów Lema, Herberta i reszty ferajny. Naprawdę, autor odwalił kawał dobrej roboty bo od kiedy mając naście lat przeczytałem Dalekie szlaki – w tym Szpital Kosmiczny i Rejs Gwiezdnego Pługa, nie trafiłem na wciągającą Space Operę. Jasne, gry w tym Mass Effect zabrały mnie na niejedną przygodę, ale literatura tego gatunku…no kręciłem nosem. Nawet Sześć Światów Hain jakoś tak nie bardzo.

Tymczasem czterotomowa opowieść o Wypalonej Galaktyce! To jest rzecz, która wymaga godnego zakończenia. Chwalmy Bladego Króla i mam nadzieję panie Podlewski, że nie zawiodę się ostatnim skokiem w Głębię.