Części z Was nie obchodzi zapewne jakiś tam polski czarny piątek. Część ma gdzieś jak to się nazywa, byle było taniej. A część, tak jak ja, jest poirytowana, że nawet własnej nazwy na promocję nie mamy.

Czarny Piątek,

znany w USA jako początek sezonu zakupów na Boże Narodzenie. Symbolicznie kończy – na płaszczyźnie komercyjnej, handlowej – okres jesienny, związany ze Świętem Dziękczynienia i rozpoczyna okres zimy, Świąt i Sylwestra. W Polsce jedno centrum handlowe zrobiło czarny piątek w sobotę. W sobotę! Reszta, twardo w pierwszy piątek po święcie dziękczynienia. Tyle, że u nas nie ma takiego święta… U nas okres jesienny kończą Andrzejki. Oznaczają one również zbliżający się adwent (w myśl różnych teorii, podaję tę). Wróćmy jednak do tego nieszczęsnego piątku, który bije po oczach z tablic reklamowych…

  • Co to do cholery jest? Nic. W USA czarny piątek następuje po Święcie Dziękczynienia.
    U nas miałoby to sens w okolicach 6 grudnia i można by to nazwać inaczej. Poza tym słyszałem legendę, że Czarny Piątek, to nazwa ukuta po tym jak kilku sklepiczarzów zostało stratowanych. Inne wersje są bardziej optymistyczne – np. dobry utarg zapisywany czarnym tuszem. Choć nazwa jakaś taka… patrz Czarny Czwartek w USA. Próba wprowadzenia – i tutaj chyba pochleją się na umór socjologowie do spóły z filozofami kultury – święta zakupów ma mały sens. W mitycznym i kulturotwórczym USA jest to już tradycja. Bitwy o pantofle są tak samo zakorzenione jak u nas obdarowywanie się w dniu Świętego Mikołaja.
    Rozumiem, że sklepy szukają kolejnych okazji sprzedaży, nie mam im tego za złe, po to są. Sieci często chyba nie mają oddziałów regionalnych związanych z PR
    i marketingiem, które mogłyby przygotować oddzielne strategie dla danego kraju. Bo jeśli mają, to może warto zatrudnić kogoś znającego się na lokalnej specyfice a nie odwalać manianę. Idąc dalej mamy aspekt ekonomiczny. Jeśli sieć jest międzynarodowa to chce minimalizować koszty i nie będzie dbać o specyfikę danego rynku robiąc inne promocje z innych okazji w różnych krajach. Jednak już polska sieć powinna się wstydzić.
Nie rozumiem

nazwy „czarny piątek”. Rozumiem czym jest w USA. Dzieli mnie od nich ocean i pół Europy ale mogę zrozumieć jak to działa. Nie potrafię załapać czemu w Polsce nazwano ten piątek tak samo. Czarny piątek nie razi mnie wprawdzie jeszcze tak bardzo, jak impreza studencka, z czasów gdy zaczynałem studiowanie – Noc Kryształowa. Co ciekawe, kolega powiedział, że fajna, taka szykowna. Nie ważne.

Ważne jest to, że taką noc zakupów można by wprowadzić innego dnia. Pod inną nazwą. Zakupy rzecz bardzo ważna – i przy następnej okazji, opowiem Wam co myślę o konsumpcjonizmie w kontekście Bożego Narodzenia – w końcu zajmuję się marketingiem.

Potrafię uzasadnić Halloween. Natomiast z czarnym piątkiem mam szczególny problem i to z dwóch powodów. To jest jakiś tam amerykański zakupowy zwyczaj. Niech sobie mają, przecież zakupy to nic złego. Po drugie, to nie ma u nas żadnego zakotwiczenia. To nie wywołuje emocji. Tak bardzo się nie postarać? Dlatego tutaj jestem przeciwny takiemu kalkowaniu ichniejszych zwyczajów. Dojrzewa we mnie pewna obawa, że gotowi są zasypać nam sklepy indykami i spróbować wprowadzić Święto Dziękczynienia niż wymyślić lepszą okazję.