Inspiracja w fotografii

Wpis wysoce subiektywny oparty na własnych pomysłach i przemyśleniach!

Czy potrzebna jest inspiracja w fotografii?
Ktoś powiedział, że „inspiracja jest dla amatorów a fotograf szuka światła”.
Bez dobrego światła nie ma fotografii. Zgoda. Pod warunkiem, że jesteś impresjonistą.
Idealna fotografia to światło, kadr i temat. Natomiast nie ma żadnych wytycznych co to jest dobry kadr, światło i temat.

A co robić gdy brak nam motywacji do chwycenia za aparat? Co wtedy robić? Przecież zniechęceni, nie bardzo mamy ochotę fotografować nawet najlepsze światło. Osobiście szukam słów.
Bardzo dużo czytam i czasem nawet fabułę fantastyki próbuję ubrać w temat do fotograficznego eseju.

Dziś – o poszukiwaniu inspiracji na przykładzie autora, czyli moim. Jak wspomniałem, wpis będzie wysoce subiektywny i być może wolicie szukać inspiracji gdzie indziej. O poszukiwaniu motywacji – następnym razem.

Bimber!

Przeczytałem książkę o Jakubie Wędrowyczu. I wiecie co? Marzy mi się reportaż o polskich bimbrownikach. Pomyślcie tylko. Fotograficzna opowieść o wyrobie smacznej, taniej i nie zawsze legalnej wódeczki 😉
Która nie rzadko przewyższa jakością sklepowe wyroby o kilka klas. Za dużo Wędrowycza…za dużo.
W każdym razie wiecie o co mi chodzi. Aparat, bimber i książka na koniec.

ps. To na zdjęciu to tylko atrapa, sfotografowana nieopodal sklepu z whisky gdzieś na Pomorzu. Więc proszę, nie piszczcie że brakuje tego czy tamtego.

 

Ogrody herbaty

Może to rekompensata za to że nigdy nie byłem w Japonii?  Gdybym miał szukać bezpośredniej inspiracji – Księga Herbaty, o której już raz pisałem tutaj. Paradoksalnie pomysł zrodził się w Wiedniu, gdy odwiedziłem tamtejszy ogród japoński przy pałacu w Schönbrunn a nie w Polsce. Tutaj najpopularniejszy pawilon mieści się w Pszczynie, w parku zamkowym. Początkowo cykl nosił nazwę „Mała Japonia” ale z czasem przechrzciłem go na „Ogrody Herbaty”, gdyż stereotypowym wręcz elementem japońskiego ogrodu jest pawilon herbaciany.

Brzmi zawile? Cóż, czasem pomysł kształtuje się pod wpływem jednego impulsu a czasem powstaje przez dłuższy czas.

Pnącze bogów i tatuażysta z Tajlandii

Czasem też inspiracja pojawia się po kilku czarkach sake* i dłuższej rozmowie. Nie wchodząc w dane osobowe, jakiś bliżej nieznany mi człowiek który przyplątał się w barze** interesuje się hmmm „alternatywną rzeczywistością”. Dość powiedzieć, że Icke, Reptilianie i Anunnaki. Zdziwiło mnie tylko, że rozumiem o czym w ogóle mówi, ale również mam tendencję do zapuszczania się czeluście Internetu.

W każdym razie wspomniał o rzeczy jaką jest ayahuasca, czyli właśnie pnącze bogów – substancja, którą stosują szamani w Ameryce Południowej, a która ma jakoby poszerzać ludzką świadomość, wyzwalając z okowów fałszywej rzeczywistości. Zasadniczo nigdy nie byłem zwolennikiem rozwiązań instant ale to już dłuższy temat na osobny wpis.

Jednak pomyślcie: wybrać się do Ameryki Południowej, szukając współczesnych szamanów, którzy oferują „zbawienie w płynie”. Czy naprawdę w to wierzą? Którzy z nich z wiarą praktykują rytuały przodków a którzy tylko zbijają walutę, jak kiedyś hinduscy guru, którzy więcej wspólnego mieli z marketingiem niż świętym mężem? Którzy zaś przyjeżdżają tam, bo jednak hinduskie religie nie oferują niczego w dwa tygodnie przez powrotem za korporacyjne biurko a którzy to zwykli miłośnicy ostrego haju? Wszystko na fotografii. Albo na wideo. Ostatnio pragnę poszerzyć pole działań gdyż warto do tysiąca słów w obrazie dodać jeszcze kilka.

Choć w BB mam tatuażystę prosto z Tajlandii – dzięki czemu nie muszę nigdzie jechać 😉

nauczyć fotografii

 

Nie siedź – działaj!

Bez względu na to gdzie będziecie szukać inspiracji – nie siedźcie przed komputerem. Mnie też się to zdarza, święty nie jestem. Zdarza nawet za często. Trzeba wyjść. Wówczas można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

***

 

 

 

 

*czyli ogólnie alkoholu

** raz siedziałem nad rzeczułką i pijąc kapitalistyczny napój z rozgniecionej stonki ziemniaczanej,
poznałem jakąś absurdalną historię. Nie mam pojęcia dlaczego siedzący na leżaczku pan postanowił się nią ze mną podzielić, ale nie był to ani pierwszy ani ostatni raz.

*** miejsce pewnie powszechnie znane we Wrocławiu, ale dla mnie zupełnie nowe 🙂