Długich 10 lat czekania. Nie powiem, Malowany Człowiek wciąga od pierwszy stron i choć fabuła obfituje jedynie w symboliczne zwroty akcji, jest wciągająca, prosta i bardzo przyjemna. Teraz, gdy od Otchłanie dzieli nas zaledwie połowa ostatniego tomu…odczuwam pewne zaniepokojenie.

Cykl Petera V. Bretta  to klasyczne od zera do bohatera. Młody Arlen pchnięty traumatycznym doświadczeniem rusza w świat i co jest do przewidzenia, staje się herosem, wybawcą. Książka faktycznie ma w sobie coś z Alvina Stwórcy. Choć jeśli pamiętacie Trylogię Zimnego Ognia, to w Malowanym Człowieku znajdziecie wiele podobieństw. Choćby to, że ludzie nocą kryją się za runicznymi znakami, by uniknąć napaści przez demony, będące zmaterializowanym przez Fae strachem, koszmarem.

Malowany Człowiek

Polska fantastyka ma to do siebie, że często gęsto poznajmy naszych bohaterów w chwili gdy są już dojrzali i mają jakiś bagaż doświadczeń. Ich przeszłość odkrywamy w formie krótkich retrospekcji albo w dialogach. Zachód uwielbia rozwijać protogonistów w myśl swoistej zasady: wszystko jest możliwe*. I tak też Arlena poznajemy jako małego chłopca, który widząc bezradność ojca w chwili gdy demony rozszarpały jego matkę, zaczyna żywo nim gardzić i wkrótce rusza w świat pokazać, że można. Jak to było do przewidzenia, staje się nie tyle bohaterem co ciężkim wymiataczem. Historia jego nie obfituje w wielkie zwroty akcji, jest raczej prosta, łatwa i przyjemna ale w żaden sposób nie odbiera jej to uroku. Bardzo wciągająca a tom można przeczytać w 2-3 godzinki.

Pustynna Włócznia

Już w pierwszej części śledzimy losy różnych postaci, które z czasem splotą się ze sobą.
W Pustynnej Włóczni autor pokazuje nam historię z punktu wiedzenia Krasjan. Zdrada jakiej dopuścili się na Par’chinie jak sami go nazywali była może nie  tyle do przewidzenia, co nie stanowiła zaskoczenia. Później Krasjanie stają się nie mniej ważni niż mieszkańcy Zielonych Krain. Chyba miało to na celu wywołanie hmmm braku podziału na tych dobrych i tych złych, choć mieszkańcy pustyni początkowo jawią nam się jako antagoniści by wraz z rozwojem akcji…stać się faworytami. Nie wiem czemu ale z czasem zacząłem sympatyzować z brodatymi wojownikami oraz Arlenem a utytułowani wieśniacy z kraju, którego nazwy nie pamiętam zaczęli mnie drażnić. Być może ma to związek z pewnymi wadami w konstrukcji powieści? Tudzież zamiar nie dzielenia na dobro i zło nie do końca wyszedł.

Zamiary a efekty

Pierwszą i najbardziej drażniącą mnie wadą tej części był bardzo widoczny syndrom DBZ:

  • przeciwnik był szybki,
  • ale ten drugi był nadludzko szybki,
  • wtedy nasz bohater przyspieszył
  • na to tamten nadludzkim wysiłkiem stał się jeszcze szybszy

Dostrzegacie absurd? Pojedynków, nie rozstrzyga nic logicznego. Jak na przykład w Wiedźminie, gdzie karzeł zażywszy ffisstechu kichnął potężnie i cały się obsmarkał dzięki czemu Geralt zdekapitalizował go jednym płynnym cięciem. Tutaj, nawet jeśli coś takiego występuje to tego nie widać. Bohaterowie zamieniają się w nadludzi ewoluując na kolejne poziomy SSK – Super Krasjan 😀 Z resztą zobaczcie jak opisani są mieszkańcy Zakątka Drwali. Wszyscy są nawet bez demonicznej magii, szerocy w barach jak na sterydowym cyklu.

Jeśli chodzi o Krasjan i Tesseńczyków – chyba sobie przypomniałem –  to początkowo mieszkańcy Pustynnej Włóczni są bardzo honorowi ale i okrutni. Ot, twardy lud pustyni, dla którego wiara i powinność to cel życia. Z czasem stają się bardziej ludzcy i odkrywamy słabości ich nacji i kultury, więcej knują, dzielą się na frakcje. Mimo to łatwiej z nimi sympatyzować niż z wieśniakami. Ci, choć obrośli w tytuły i upili demoniczną magią nadal są prości jak konstrukcja cepa. Być może było to celowa zamierzenie? Choć na około zachodzi tak wiele zmian, to oni pozostają tymi dobrymi ludźmi. Cóż oni tam mają za tajemnice? Podejrzenie wioskowej zielarki o nieślubne dziecko? Toć nawet jak na standardy literackiej średniowiecznej moralności niewiele. W ogólnym rozrachunku bardziej kibicuję poplecznikom Ahmanna Jardira. Są po prostu bardziej hmm wielowymiarowi.

Mam też wrażenie, że wszyscy robią coś bez sensu. Zachowują się czasem co najmniej bez Chyba maksymalnie uaktywniła się typowa dla wielu pisarzy fantastyki erotomania. Już wcześniej przelał na karty jakieś swoje dziwaczne fantazje, ale teraz leci już na całego.

Pamiętajcie też by nie traktować powyższych wywodów zbyt poważnie. To bardzo podobna sztuczka do tej użytej przez autora Anihilacji, z tym że VanderMeer zrobił to znacznie lepiej. U Bretta wszystko jest znacznie bardziej powierzchowne ale w zamian akcja jest wartka emocjonująca.

Druga strona medalu: fakt, że nie można jednoznacznie ustalić, kto jest jaki

 

Słowo o kulturze – tego nie ma na vlogu

Nie jest sekretem, że Krasjanie, ich religia wzorowani są na świecie Islamu a ci z Zielonych Krain to Europejczycy. Fanatyczni dżihadyści, ślepa wiara w Everama kontra podupadła religia, której nikt nie respektuje,  zgnuśniali kapłani. Nie wiem czy Brett planował zmiany, czy po prostu zrobiło mu się głupio albo pod naciskiem amerykańskiej krytyki zmieniła trochę zamierzenia? W końcu na początku pokazuje fanatyczny naród w dość pozytywnym świetle. Jakby nie było są to twardzi, zaprawieni w bojach ludzie, którzy od dziecka trenowani są do walki. Co więcej, potrafią zabijać demony i bez runów bojowych, choć przychodzi im to z drudem.

Z czasem ładnie wychodzi, że fanatyzm religijny ma swe podłoże polityczne zupełnie gdzie indziej i być może istnieją prawdziwi wyznawcy, ale religia ma niewiele od powiedzenia w świecie polityki, poza tym, że dobrze mieć pod sobą grupę ślepo wierzących samozwańczym prorokom ludzi, którzy rzucą się w wir walki na każde skinienie. Taki duży plus dla bardzo banalnej książki fantasy – ekstremizm religijny ma zawsze podłoże polityczne. Jednak czegoś się można z fantastyki dowiedzieć 😉

*generalizuję, bo Trylogia Zimnego Ognia choćby wymyka się temu schematowi.