Dawno, dano temu, jak klient dostał odbitki to pozamiatane. Natomiast plik to dość plastyczna rzecz, która wyzwala twórcze zapędy będące solą w oku fotografów.

Dziś jest to trochę mniej nagminne, bo wyrobiła się już pewne kultura w fotografii. Gdy zaczynałem i boom przeżywały wszystkie programy do łatwej obróbki to był dopiero Dziki Zachód. Oj było. Cuda się działy bo każdy chciał pokolorować fotki po swojemu.

Dziś raczej się to nie zdarza jakoś nagminnie ale czasem. A to u jednego fotografa ktoś zamówi zdjęcia a sam zrobi sobie postprodukcję i jakoś dziwnie wykadruje. Naturalnie wszystko leci na FB.
I co z tym fantem zrobić?

Mam nawet takich znajomych, którzy nadal uważają, że skoro coś udostępniam publicznie to mogą z tego korzystać. Względnie jeśli na moim zdjęciu coś sobie domalują, to stanowi od teraz ich dzieło a tym samym ja tracę do tego prawo. Np. Piega na nosie modelki. I to wystarczy.

Zrobię to po swojemu

 

Wolno czy nie wolno?

Zasadniczo to nie jest tak, że klientowi po otrzymaniu fotografii wolno z nimi wszystko a fotograf ma milczeć. Najlepszym rozwiązaniem jest uzyskanie zgody autora prac na jakąś w nie ingerencję. Czyli można śmiało założyć, że przeważnie nie wolno. Najlepszą rzeczą jaką można zrobić jest spisanie sensownej umowy, która raz a porządnie wyjaśni co komu wolno a czego nie. Z założenia nasze dzieła chroni kilka paragrafów – oczywiście nie chronią tylko fotografów ale też innych twórców jak choćby modeli, ich wizerunek. Jednak ich znajomość jest powiedzmy mizerna. Do dziś w sumie spotyka się awanturujących modeli, że jeśli on jest na zdjęciu to zdjęcie jest jego własnością i ma prawo jest sprzedawać bez wiedzy fotografa. Serio.

Na obu szalach wagi leży nasza reputacja i renoma.

Szala wizerunku

I teraz mamy zabawę. Widzicie swoje fotografie przepuszczone przez jakiś program z filtrami retro
i wszystko wygląda paskudnie. Co robić? Na obu szalach wagi leży nasza reputacja i renoma. Możemy wytoczyć ciężką artylerię złożoną z adwokatów i paragrafów albo pogadać z klientem albo to olać.

  • Pozwany klient na pewno opowie swoją wersję wydarzeń.
  • Upomniany klient może opowiedzieć swoją wersję wydarzeń
  • Zignorowany klient będzie rozpowszechniał jakieś dziwo w naszym imieniu

Tak źle i tak nie dobrze. Najlepszą rzeczą będzie po prostu zawszeć w umowie klauzulę o tym że klient nie może sam ingerować w nasze fotografie. Formalnie chroni nas kilka paragrafów, ale klient nie musi ich znać. Bądźmy szczerzy, do dziś dużo osób myśli, że jeśli na zasadzie TFP zrobić im fotkę to to są ich zdjęcia i mają prawa je sprzedawać nawet bez twojej zgody, czy obrabiać właśnie po swojemu. Wiecie ile trzeba się nagadać że jest inaczej? I co lepsze: druga strona tego nie uznaje, bo wie swoje bo sama do tego doszła. Z resztą, rzadko to spotkaliście się z sytuacją, że zdjęcia z google są darmowe, głównie dla pewnej kategorii szefów? Mam nawet takich znajomych, którzy nadal uważają, że skoro coś udostępniam publicznie to mogą z tego korzystać. Względnie jeśli na moim zdjęciu coś sobie domalują, to stanowi od teraz ich dzieło a tym samym ja tracę do tego prawo. Np. Piega na nosie modelki. I to wystarczy.

Ale wróćmy do klienta który zaingerował w dzieło. Nie było klauzuli, klient wystawił na FB coś co bardzo nam się nie podoba i zaczyna się problem.

Optymalne rozwiązanie

Zadzwonić czy napisać do klienta. Broń Boże z paragrafami! Jest taka teoria w psychologii i socjologii, że bójki można uniknąć do chwili wyjęcia broni. Wyjęcie choćby pałki musi skończyć się bójką. Tak samo jest z prawem. Postraszenie sędziowskim młotkiem raczej wywoła awanturę.

Zatem telefon. I co powiedzieć? Ha! Dobre pytanie. Maksymalnie spokojnie, delikatnie. Nie atakujcie klienta od razu, zadajcie 1-2 pytania czy sesja mu się podobała i tak dalej. Jeśli podobała, wszystko ok, to dalsza rozmowa powinna zakończyć się tym, że klient nie będzie publikował własnych przeróbek. Jeśli macie tylko mail, to piszemy grzecznie o zaistniałej sytuacji. Tak w 90% powinno się udać, a klient po prostu uzna że nie pomyślał. Teoretycznie.

Reagować?

Czy należy reagować na wszystkie takie sytuacje? Jeśli klient wrzuci sobie na FB jedno takie zdjęcie z całego reportażu ślubnego czy jedną fotkę bez podpisu – to osobiście nie robiłbym problemu.
Bo kłótnia o każde jedno zdjęcie. Raz, że jest to niemożliwe, dla wyrobimy sobie łatkę awanturnika. Poza tym FB pozwala oznaczać ludzi, więc w zakładce „zdjęcia na których jest X” pokażą się nasze. Znaczna część klientów te raczej dopuszcza na swoją oś czasu 🙂 Więc straty są zminimalizowane.

Musicie też przemyśleć każdą sytuację. Może być tak, że na FB trafiła fotografia przepuszczona przez Instagram. Ciężko też toczyć boje o każdą fotę z nałożonym filtrem. Przynajmniej w moim mniemaniu. Marketing szeptany nie działa przeciwko klientom. Jeśli pracujecie w branży ślubnej to klient raczej do was nie wróci. No, może z innym zleceniem jeśli czegoś potrzebuje ale prawdopodobieństwo fotografowania ślubu tej samej osoby 2 razy jest raczej małe. Nie zerowe ale małe. W końcu dziś rozwody i ponowne małżeństwa nie są już czymś o czym piszą gazet – skandalem towarzyskim. No chyba, że jesteś celebrytą, ale to jest inna kategoria. Oni mają czasem 8 albumów ślubnych.

Nic nie wolno?

Z powyższego wynika, że cobyśmy nie zrobili i tak będzie źle. Istnieje grupa ludzi, która po prostu jest konfliktowo nastawiona i uwielbia toczyć boje o wszystko. Znaczna część klientów mając właściwy zapis w umowie po prostu to uszanuje. Ci którzy natomiast postanowili kreatywnie wyżyć się na Waszym dziele najczęściej po rozmowie przyjmują do wiadomości o co chodzi. Powiedzmy 10% będzie szło w zaparte i robiło po swojemu.

Osobiście miałem inną sytuację, gdy duża firma odzieżowa po pokazie wyretuszowała sobie mój podpis ze zdjęć, następnie domagała się ode mnie RAWów – aha, nie byli moim klientem, to jest najlepsze – odmawiała podpisania mnie pod moimi zdjęciami i jeszcze nawrzeszczała przez telefon, że szef chce sam sobie wszystko zrobić po swojemu, dlatego żąda RAW. Co było niezgodne ze wszystkimi ustaleniami.

i dobrze, że nie widzieliście tego bazgrołka, który był profesjonalnym retuszem. W sumie mogli poprosić o foty bez mojego logo i tylko podpisać na FB albo oznaczyć fanpage. Zamiast tego woleli krzyczeć. Jak widzicie różnie to bywa. Różnie.

 

Wyjątek

Wyjątek stanowi pewna sytuacja gdy pracujecie z retuszerem. Ty fotografujesz a on albo ona dokonuje korekty waszych prac. Jest to dość częsty zabieg na dużych planach zdjęciowych, gdy na uwięzi wrzucacie foty a retuszer na bieżąco z dyrektorem artystycznym dokonują selekcji i przystępują do pracy. Pisałem o tym kiedyś w innym teście.

Wasze zdanie

Jeśli macie inne zdanie to śmiało zostawcie w komentarzach 🙂

fot. w nagłówku: freepic.com