O Vivian Maier zrobiło się głośno w okolicach 2011 roku, dwa lata po śmierci. Nagle okazało się, że niepozorna niania z pochodząca z Nowego Jorku była niezłym fotografem. Znaczna część jej prac to reporterskie kadry, chwytane podczas spacerów po ulicach Chicago. Nie to jest jednak dla nas istotne. Jej przypadek powinien być przykładem dla wszystkich malkontentów, twierdzących jak to kiedyś było lepiej.

Nie było.



Czemu on?

Gdybyśmy się zastanowili co świadczy o tym, że o jedne nazwiska ciągle padają jako przykłady niedościgłych wzorców a inne są pomijane? Cóż, w tych starych, dobrych czasach mogłeś albo zorganizować sobie wystawę w domu dla znajomych albo liczyć na uznanie fotoedytora jakiegoś czasopisma.

Jeśli byłeś albo byłaś osobą bardzo przebojową, która potrafiła wytrwale stać pod drzwiami magazynu o modzie jak … a nie pamiętam kto tam ślęczał 25 razy pod drzwiami redaktora Harper`s Bazaar ale jakiś dziś znany fotograf, to była szansa  że twoje prace ktoś opublikuje. Nie było wcale 100% pewności, że wybór padł na najlepszego fotografa w okolicy. Najlepszy mógł bowiem robić zdjęcia do szuflady po prostu nie będąc przekonanym swoich możliwości. Nawet nie fotograficznych a interpersonalnych.

Kwestie finansowe

Musimy też założyć, że całe zafascynowanie Maier i jej fotografią nie wynika z jej jakości a komercyjnego potencjału. Ktoś odkrył po prostu w miarę dobrą kolekcję fotografii i postanowił wywołać burzę celem podniesienia ich wartości. Zostawmy jednak tę kwestię.

Tyle strychów

Pomyślcie ile takich kolekcji może leżeć na strychach, także tych polskich. Przecież producenci filmów fotograficznych nie utrzymywali się wbrew obiegowej opinii ze sprzedaży jednej rolki filmu rocznie, 4 profesjonalistom. Sprzedawano całe tony tego materiału, wyższej lub niższej jakości. Zatem ktoś musiał to wszystko wypstrykać a tym samym znaczna część z tego musi gdzieś być 😉 Naturalnie pomiędzy milionami powiedzmy ciekawych historycznie czy socjologicznie kadrów bez większej wartości artystycznej znajdzie się raptem kilkadziesiąt archiwów naprawdę wartych miejsca w galerii.

Onegdaj było lepiej

Nie wiem na 100%, właściwie nikt nie wie jakie było podejście Maier do fotografii. Załóżmy że chciała się nimi podzielić. Co właściwie miała zrobić? Nie podejrzewam, żeby w latach 50 czy 60 wystarczyło z kimś pogadać, żeby załapać się na wystawę.  Właściwie jeszcze bardziej niż dziś, liczyły się kontakty, układy, szczęście, znajomości i poparcie. Właściwie niania z Chicago miała marne szanse stać się czołowym fotografem tamtej epoki. A dziś?

Dziś jest zdecydowanie łatwiej. Możesz promować sam siebie w jednym z licznych portali. Może się zdarzyć, że nikt nie zwróci na nie większej uwagi. Jednak oprócz potencjalnych zleceń, możesz przez przypadek zostać influencerem 😉 Naturalnie kryje to pewne mroczne aspekty, ale powiedzmy nie jest to największe zło jakiego może cię spotkać jeśli zależy ci na rozgłosie.

Prasa, galerie

Czyli zasadniczo instytucje. Podejrzewam że już wtedy nie prześmigiwały się one w poszukiwaniu talentów celem prezentacji ich twórczości. Bo i jak? Zapewne można było z duża dozą wytrwałości wystawać pod drzwiami licząc na to, że z ulicy zostanie się przyjętym i ktoś rzuci okiem na fotograficzny dorobek ale mam co do tego pewne wątpliwości.

Aby trafić na łamy czasopisma czy do galerii potrzeba było czegoś więcej. Co więcej prasy poświęconej sztuce czy fotografii jako takiej też nie było tyle by każdy mógł znaleźć dla siebie trochę miejsca. W przeciwieństwie do naszych czasów, gdzie jak cię nie chcą w galerii to tworzysz profil na jednym z portali i być może pewnego dnia zechcą ale ty będziesz już miał prawo być wybrednym a jeśli żaden portal nie chce dostrzec twoich wysiłków to zakładasz bloga 😛

Mnogość obrazów

Właśnie przez mnogość a właściwie już powódź obrazów, wiele osób myśli że kiedyś było łatwiej przebić się jako fotograf. Opinię tę potęguje rozpowszechniany mit, że najwięksi fotograficy tamtego okresu – analogowego – zużywali 3 klatki filmu na całą sesję, film był oszczędzany niczym najcenniejszy skarb przez co fotografujących w ogóle było bardzo mało bo fotografia była sztuką, którą nie parali się maluczcy. Właściwie kiedy to napisałem, brzmi to co najmniej bezsensownie ale jak się okazuje wile osób w to wierzy.

Ilość fotografujących w ogóle była zapewne zdecydowanie mniejsza, choćby ze względu na to że nie było smartofnów, ale nie podejrzewam żeby fotografujących ówczesnymi lustrzankami i nie tylko, nie było jakoś znacznie mniej. W końcu firmy produkujące szkła, korpusy, statywy, całe aparaty i wszystkie materiały, także te do pracy w ciemniach musiały się z czegoś utrzymać. Przecież nie robili tego pro publico bono.

Dla malkontentów

Niech przykład niezauważonej Vivian będzie przykładem dla wszystkich malkontentów, którzy uważają że kiedyś było tak wspaniale. Nie było. To złudzenie, bo rzadko ktoś opowiada historie fotografów, którym się nie udało. Tych, którzy mieli albo potencjalnie mogli mieć jakieś aspiracje, ale z jakichś przyczyn ktoś gdzieś odrzucił ich starania albo nie mieli nawet szansy żeby spróbować 😉