Zawsze mówię, że modę na sport i bycie fit uważam za dobrą. Z kilkoma zastrzeżeniami. Nie dotyczą one wszechobecnych półnagich selfie z siłowni – no, może trochę. Bo jednak nie sposób się nie uśmiechnąć jak facet w leginsach pręży tyłek do lustra celem sfotografowania go. Wychodzisz rechoczesz, wracasz jak ci przejdzie 🙂

Ale nie o tym mowa

UWAGA: poniższy tekst jest swoistym „dysonansem poznawczym” czyli nagłym przypływem podzielenia się z Wami sprzecznymi informacjami jakie do mnie płyną.

Przez X lat ćwiczyłem prosto: drążek do podciągania albo krawędź balkonu. Pompki, brzuszki i inne takie. 0 obciążeń, 0 ciężarków. W końcu mi się znudziło i postanowiłem w końcu zapisać się na siłownię. I zgłupiałem. Tyle że do reszty.

Fit alergia

90% poradników zakłada jakąś suplementację. Logiczne można pomyśleć. W końcu notoryczne podnoszenie czegoś ciężkiego może spowodować szybsze ścieranie się stawów. Trzeba by troszkę uzupełnić brakujące elementy. W trakcie treningu też sama woda to ciut za mało. Brzmi jak tani chwyt reklamowy, ale akurat wodę można sobie pić, zaraz się wypoci i masz wrażenie, że ciągle chce ci się pić. I czytasz skład tych wszystkich mega nawadniaczy. Połowa barwników wywołuje alergię, problemy ze skupieniem i jest zakazana albo była zakazana. Przywrócone do spożycia zostały w mętnych okolicznościach.

Okeeeej. Zatem za cenę poprawnego nawodnienia można dostać alergii i stracić zdolność koncentracji nad ulotką z pizzerii.

Fit rak

Żeby badziew na masę – zwany białkiem, miał jakiś smaczek i biały medyczny kolor, kojarzący się ze zdrowiem, trzeba go zabarwić. Najczęściej chyba jest to tlenek tytanu, który jest rakotwórczy. Bomba. Jak się okazuje białko w proszku jest chyba takim brzydkim proszkiem o nieokreślonym smaku i zapachu. Klient kupuje oczami! Dowalimy tam wszystkiego co mamy w fabryce i będzie ładne. Nie każdy produkt jest barwiony tlenkiem tytanu. Są i takie bez. Niektóre są o zgrozo – żółtawe. Jednak znaczna część pastylek i pigułek np. na stawy zawiera właśnie to. Choć po prawdzie nikt nie wie czemu. Ponoć można używać tańszej skrobi albo jeszcze innych organicznych zamienników a mimo to stosuje się tlenek. Gluten? Moda? Ładniejsza biel? Pełne ffffff zamiast d8d8d8? Nie wiem. W zamian za masę mięśniową godną pozazdroszczenia, dostaniemy raka. Jak umrzeć, to z kaloryferem godnym starożytnego filozofa.

Fit zawał

Raz na jakiś czas młody człowiek zsunie się na siłowni z ławeczki i już nie wstanie.
Nie jest to nagminne, ale raz na jakiś czas pojawia się informacja, że ktoś dostał na siłce zawału. Otóż trochę osób szprycuje swe ciała spalaczami tłuszczu, zwanymi w Polsce „fat burnerami”. Kilka razy doradzono mi aby sobie taki kupić i na pewno pozbędę się paskudnego brzuszka, który towarzyszy mi niczym cień. Z tą różnicą, że cienia mogę się pozbyć.

Zasadniczo okazało się, że działa to w jakiś mętny sposób na zasadzie podnoszenia temperatury ciała. W połączeniu z kofeiną i wyciągiem z herbaty (w której mamy teinę, czyli herbacianą kofeinę) dostajesz kopa i zapier*** kilka razy szybciej na wyższej temperaturze. Ergo: działasz jak podkręcony procek na słabym chłodzeniu. A jak wiemy, czasem taki procek podziała kilka lat a czasem po takiej operacji pecet zgaśnie nagle i bez słowa.

Podejrzewam, że tak samo działa to w przypadku siłowni i spalania tymi dziwnymi środkami.

Być fit czy nie być fit?

Zasadniczo być fit to znaczy być „ładnym”. Nie ważne czy naprawdę chodzisz na siłownię czy jesteś po prostu szczupły i przez to #fit. Naturalnie każdy będzie bronił swojego wyboru, bo przecież żaden potężny jak góra trener osobisty nie powie „nażarłem się syfu, głupio mi”, tak samo jak żaden nikoniarz nie powie posiadaczowi canona, że ten drugi wybrał lepiej. Oczywiście każde, ale to każde stwierdzenie można obalić. Na zasadzie „to mit, to nie prawda”. Muszę też sprawdzić swoją głowę: czy jestem leniwy i narzekam? Czy robię coś źle i narzekam? Każde narzekanie, trzeba przeanalizować. Może mam zbyt słabą wolę by oddać się w całości jednemu słusznemu celowi, jakim jest realizacja czyjegoś planu sprzedażowego? Osobiście uważam, że żyjemy nie w orwelowskiej a huxleyowskiej rzeczywistości, gdzie każdy sport jest tak konstruowany by nie można go było uprawiać, bez dodatkowych zakupów. Widzę ostatnio małą zapaść, bo na siłownię wróciła zwykła bawełna, zamiast super – hiper tworzyw fitnesowych. W końcu każda moda się wypala, jednak fit szał ciał ciągle obowiązuje.

Mam więc taką zagwozdkę: być fit czy po prostu sobie ćwiczyć i dobrze się czuć?