O Fotografii Susan Sontag w niektórych kręgach dorobiło się miana kultowej. Nader spostrzegawcza, aktualna pomimo upływu lat publikacja, po którą sięgają kolejne pokolenia fotografów, choć nie mam stuprocentowej pewności czy po sięgnięciu jeszcze czytają. W każdym razie w 2003 roku doczekała się uzupełnienia w Widoku Cudzego Cierpienia 

Obrazów wojny i cierpienia nie mamy ostatnimi czasy zbyt wielu. To wcale nie oznacza, że nagle zabrakło rzeczy strasznych. Rok w rok World Press Photo pokazuje, że w ręcz przeciwnie. Obecnie zaś trwa Czarny Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Cóż ma aborcja do fotografii? Cóż, dwa albo trzy lata temu spektakularnie zademonstrowano nam widok cudzego cierpienia, zmuszając rodziców do oczekiwania na śmierć własnego dziecka. Konało jakoby 10 dni.
Być może dobrze, że nikt nie wykonał fotografii. Przeciwnicy i zwolennicy ustawy antyaborcyjnej przerzucają się wszelkiej maści obrazami.

O fotografii

Sontag uzupełniła swój zbiór felietonów, to ja uzupełnię swój tekst o jej zbiorze. Książka ta miała  u nas dwa wydania. W 1980 i 2009 roku. Pierwszy raz z tą twórczością amerykańskiej felietonistki spotkałem się w jakimś antykwariacie, właśnie za sprawą o fotografii lecz mówiąc kolokwialnie sprzątnięto mi ją sprzed nosa. Nie powstrzymało mnie to przed przeczytaniem wersji angielskiej, ale na kolejne wydanie musiałem sobie poczekać do 2009 roku. Jeśli zwrócicie uwagę na polecane publikacje o książkach związanych z fotografią, to przed wspomnianą datą jej nie znajdziecie. Zatem jakim cudem jest taka kultowa? Bo tak napisano na okładce? Choć fakt, jest wyjątkowo dobra.

Może miała przenikliwy umysł, ale słowo pisane miała ciężkawe. Tyle, że nie o tej konkretnej książce chcę pisać, bo napisałem już o niej wcześniej, a interesuje mnie Widok Cudzego Cierpienia. I mam trochę mieszane uczucia.

Minusy

Zacznę od wad. Nie wiem o czym ona jest. Teoretycznie o postrzeganiu obrazów wojny i cierpienia we współczesnym świecie. Nie potrafię odnaleźć żadnego konkretu, który skierowałby moje myślenie na nowe tory.

Czy Sontag chciał mi streścić historię fotografii wojennej? Pokrótce chyba tak ale po tej historycznej analizie nie następu nic odkrywczego. Zgoda, wdaje się ona w polemikę nad wrażliwością społeczeństwa, nad społeczeństwem spektaklu, ale jest tego zdecydowanie za mało, żeby móc powiedzieć, że o fotografii naprawę została uzupełniona, zrewidowana. Brakuje mi też innych niż wojenne obrazów cierpienia. Choć i tak warto ją przeczytać, choćby po to by przemyśleć sprawę samodzielnie.

Plusy

Do plusów należy niewątpliwie wspomniana polemika z popularnymi tezami, które powtarzane są dość bezrefleksyjnie. Społeczeństwo spektaklu Deborda, mętne wywody o rzeczywistości Baudrillarda. Moim zdaniem więcej w nich szkody niż pożytku. Tym  lepiej, że Sontag patrzy krytycznie – choć pokrótce – na mętnych francuskich filozofów, którzy ocierają się bardziej o metafizykę i wróżenie z fusów niż jakąkolwiek naukę.

Autorka polemizuje też sama ze sobą, to jest własnym zbiorem esejów z 1977 roku. W końcu naturalną rzeczą jest że człowiek zmienia poglądy, dochodzi do nowych wniosków. Szkoda tylko, że jest tego tak mało po 26 latach od publikacji oryginalnego zbioru.

Niewątpliwym atutem jest ponadczasowość. Wprawdzie w 2003 roku to nadal telewizja stanowiła główne medium przekazu informacji ale nie wpływa to znacząco na całość i możliwość przełożenia na 2018 rok.

 

Społeczeństwo spektaklu

Gdy mowa o obrazie, mediach, rzeczywistości często pojawiają się dwa nazwiska Bebord, który ukuł termin Społeczeństwo spektaklu oraz Jean Baudrillard. Człowiek, który nie potrafi wytłumaczyć o co mu chodziło. Mam nadzieję, że nie należy już do grona poważnych i uznanych. W jego miejsce polecam Lema i jego fantomaty. Rzecz konkretna i dobrze wytłumaczona.

Sam termin brzmi całkiem rozsądnie. Tymczasem francuscy filozofowie, mają tendencję to do bardzo emocjonalnych, aczkolwiek mętnych rozważań. Gdy spróbujecie przeczytać prace Dborda czy Baudrillarda okaże się, że bliżej im do metafizyki. W przypadku tego pierwszego połączonej jeszcze z jakimś neomarksizmem.  Przysłonięcia rzeczywistości, symulakry, do tego czasem sami autorzy nie potrafią jednoznacznie powiedzieć, co właściwie mieli na myśli pisząc te słowa.

Potraktujmy zatem termin zupełnie dosłownie. Okaże się, że media bardzo często zamieniają pewne zdarzenia w show. Cynicznie grają na emocjach oglądając celem osiągnięcia zysku lub innych korzyści. Z takich pamiętnych można przytoczyć historię Małej Madzi, a z jeszcze okrutniejszych iście spektakularną sprawę pewnego obrońcy wszelkiego życia.

Gdy piszę ten tekst, w wielu polskich miastach kobiety gromadzą się w ramach Czarnego Protestu, z którego też media, podobnie jak poprzednio uczyniły swoisty spektakl. Choć nie pokazano (?) zdjęć ocalonego przez pana doktora dziecka, sam opis był wystarczająco drastyczny a cała sytuacja okrutna wobec obojga jego rodziców.

Istny spektakl złożony z obrazów cudzego cierpienia.

 

Utrata współczucia

Czy oglądając obrazy przemocy tracimy zdolność odczuwania współczucia dla ofiar? Częściowo tak i częściowo nie. Bombardowani danym bodźcem w końcu na niego obojętniejemy. Nie można bowiem żyć w ciągłym strachu. Gdyby nasze myśli cały czas były zaprzątane obrazami śmierci i cierpienia nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Żylibyśmy w ciągłym strachu a to utrudniłoby nam choćby zwykłą pracę. Ergo: nie obojętniejemy tylko nasz własny umysł chroni nas przed nadmiarem.

Bardzo podobny mechanizm działa w przypadku facebooka. Wiem, że porównywanie wojny i facebooka jest trochę dziwne, ale mechanizm ten sam. FB nie zabił naszych interakcji społecznych. Wzmocnił je do tego stopnia, że czujemy przesyt*

Dla fotografowanego, jak zakłada Sontag, może być jedyną szansą na pokazanie Światu, temu mitycznemu Światu, jakie cierpienie go spotkało. Że jego głos trafi gdzieś tam, że ktoś położy temu kres. Z perspektywy widza, pada założenie, że ktoś chce na tym zarobić. Chce! Wojna się sprzedaje i co by pani S. Sontag nie mówiła, ktoś ma w tym interes. W samej wojnie jak i jej transmisji. Czemu konkursowe zdjęcia z WPP tak rzadko pojawiają się przed konkursem? Woja jako kategoria estetyczno – konkursowa?

Kontra: może nie ukazują się w polskich mediach? Z resztą po konkursowej publikacji przemijają tak samo szybko jak się pojawiły.

Czarna magia w miejsce nauki

Sontag wydaje się być bardziej racjonalna. Choć w zbiorze esejów z 1977 czasem ucieka w podobny sposób myślenia, to jest zdecydowanie bardziej konkretna. Jej wywody lepiej pozwalają zrozumieć fotografię niż choćby antologia Sztompki i jemu pokrewnych. Czytałem to. Część tekstów pochodzi chyba z ery sporu fotografii z malarstwem albo jest pisana przez malarzy! Dziś, gdy drogi obu tych form wyrazu rozeszły się bardzo dalece, jak można w ogóle wracać do tamtego dyskursu?

Jeszcze gorzej, gdy na scenę wchodzą własnie wszelkiej maści specjaliści od rzeczywistości.
W mojej opinii takie błądzenie gdzieś w obłokach przysparza naukom społecznym więcej szkody niż pożytku. Wszelkie rozmyte rzeczywistości, innej maści bzdury, sprawiają że ich przedstawicielom daleko do naukowców, choć rozumiem, albo wydaje mi się, że rozumiem ich genezę. Sam czasem zastanawiam się czym jest rzeczywistość. Jednak zawsze wtedy przypominam sobie zasadę Brzytwy Ockhama. Zasada ta, choć krytykowana, zakłada maksymalną oszczędność i tłumaczenie zjawisk tak prosto jak to możliwe.

 

Utrata współczucia

Czy oglądając obrazy przemocy tracimy zdolność odczuwania współczucia dla ofiar? Częściowo tak i częściowo nie. Bombardowani danym bodźcem w końcu na niego obojętniejemy. Nie można bowiem żyć w ciągłym strachu. Gdyby nasze myśli cały czas były zaprzątane obrazami śmierci i cierpienia nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Żylibyśmy w ciągłym strachu a to utrudniłoby nam choćby zwykłą pracę. Ergo: nie obojętniejemy tylko nasz własny umysł chroni nas przed nadmiarem.

Bardzo podobny mechanizm działa w przypadku facebooka. Wiem, że porównywanie wojny i facebooka jest trochę dziwne, ale mechanizm ten sam. FB nie zabił naszych interakcji społecznych. Wzmocnił je do tego stopnia, że czujemy przesyt*

Dla fotografowanego, jak zakłada Sontag, może być jedyną szansą na pokazanie Światu, temu mitycznemu Światu, jakie cierpienie go spotkało. Że jego głos trafi gdzieś tam, że ktoś położy temu kres. Z perspektywy widza, pada założenie, że ktoś chce na tym zarobić. Chce! Wojna się sprzedaje i co by pani S. Sontag nie mówiła, ktoś kto ma w tym interes. Czemu konkursowe zdjęcia z WPP tak rzadko pojawiają się przed konkursem? Woja jako kategoria estetyczno – konkursowa?

Kontra: może nie ukazują się w polskich mediach? Jednakże BBC, CNN, New Yorker też chyba nie publikują za często.

Nie bardzo wiem, czy Sontag chciała mi streścić historię fotografii wojennej, czy pchnąć moje postrzeganie na nowe tory.

 

Wojna ma płeć. To płeć męska

Przechodzimy do irytującego założenia, że kobiety są bardziej przeciwko wojnie niż mężczyźni. Nie wiem jak wy, ale ja słyszałem teorię, że jeśli grupie uzbrojonych ludzi przewodzi kobieta to najpewniej zginie. Z mężczyznami można negocjować. Kobieta raczej się nie podda. To pozwala poddać w wątpliwość tego mema z ministrami obrony w różnych krajach. Przepraszam wszystkie czytelniczki.

Dwa, ostatnio przez Sieć przetoczyła się fala pożądania dla prawdziwych mężczyzn. Czyli takich, którzy byli w wojsku. Romantyczne wyobrażenie żołnierza jak, każde inne dalekie jest od prawdy.  Żołnierz to bezosobowa statystyka a nie ucieleśnienie średniowiecznego archetypu.

„Dla młodych chłopaków prawdziwą szkołą życia miało być wojsko przyuczające do porządku, obowiązkowości, patriotyzmu, sprawności, ale także, dla niewyedukowanych, będącą miejscem zdobywania zawodu na dorosłe życie. Opowieść o przemianie z młodzika w mężczyznę zaczyna się przed bramą koszar, gdzie młodzi poborowi, jeszcze zatopieni w cywilnym życiu, oczekują na przekroczenie namacalnego progu męskiej dorosłości. I tu następuje szok. Po drugiej stronie bramy koszar jest zupełnie inny świat, za nic mający człowieka. […]

[…] A później szkoła życia w identycznych białych podkoszulkach z krótkim rękawkiem, „ruskich slipach” i mundurach, unifikujących wszystkich.
Wojsko czyni z nich anonimową masę bez znaków szczególnych.”

Andrzej Zygmuntowicz

Żadnej jednoznacznej konkluzji nie ma, poza tą analizą jednego z dzieł Virginii Woolf. Sontag była feministką. I jej uwadze umknęła bardzo ważna rzecz jaką jest wychowanie. Sorry.

Podsumowanie

Niepełna, za szybka. Być może z konieczności? S. Sontag zmarła rok później, dwa lata wcześniej doszło do ataków na WTC. Pomimo słów syna, że do końca liczyła na wyzdrowienie, chyba jednak chciała zamknąć ostatnią publikację książkową. Warto sięgnąć po ostatnią publikację S. Sontag z dwóch powodów: że nawet najwybitniejszych można i należy krytykować oraz żeby samodzielnie pomyśleć o obrazie cierpienia w mediach.
O Fotografii będzie zawsze dumnie stało na czele moich książek o fotografii właśnie, ale Widok Cudzego Cierpienia chyba nie…być może Wy znajdziecie w niej coś więcej?

 

 

*taka ciekawostka: zobaczcie, że na fb wszystko jest mega pozytywne. Przekaz jest radosny, pozytywny, lansujemy się na szczęśliwszych, koloryzujemy nasze życie. Gdy zaś przychodzi do rozmowy w cztery oczy pada nieśmiertelne jak muzyka Beatlesów „stara bieda” 😉