Afrykaner, Irlandczyk i Anglik. Pierwszy brzmi jak rozgorączkowany Vodyanoi. Pozostałych można zrozumieć. Wcale nie oznacza to, że na Zachodzie żyją same życzliwe duszyczki, które nie przypną się do sposobu wymowy, literówki. Co więcej, tu wcale nie chodzi o patriotyczną obronę języka. Tylko o czepialstwo. I ma to pewne odniesienie do fotografii.

Każdy chyba ma kogoś w gronie znajomych, choćby tych z FB, którzy gdy tylko popełnisz błąd typu: berth/birth, wyłożą ci jak bardzo słabo znasz język angielski. Uwielbiam też wykłady jak słaby jest mój “angielski akcent” (sic!) i demonstracje jak powinno się wymawiać słowa we właściwy sposób. Ciekawe czy chodzą też po Katowicach czy Zakopanem i pouczają ludzi jak mówić po polsku?

Nie mam pojęcia skąd bierze się ta dziwaczna maniera czepialstwa o akcent. W samej Polsce mamy taką różnorodność, że stwierdzenie “polski akcent” zaczyna być dziwne. Podejrzewam, że wynika to z trochę biernej znajomości języka. Najrzadziej – na podstawie moich obserwacji – czepiają się osoby, które były w UK/USA/Australii/Kanadzie czy innym kraju, gdzie szkolne umiejętności zderzyły się z codziennością. Nie mówiąc już o tym, że angielski jest również językiem urzędowym np. w Zimbabwe Jednak nie podejrzewam by obywatele tego kraju mówili niczym Szekspir.
Właśnie ci podróżujący wiedzą najlepiej – że nie ma co się czepiać.

Język fotografii