10 lat. Dokładnie dekadę temu Malowany Człowiek rozpoczął Cykl Demoniczny.
W 2008 roku poznałem młodego chłopca, który samotnie opuścił rodzinną wioskę by poznać szeroki świat. By nie kulić się w murach chaty, licząc że runy wytrzymają. Chciał stawić czoło Nocy.

Jak pewnie sami się domyślacie odzyskał runy bojowe, pchnął ludzkość do boju z Otchłanią i jej pomiotem, wykazał się nie raz a przygody jego i całej ferajny nieźle wciągały.

I rozczarował mnie na koniec bardzo, ale to bardzo.

Nie oczekiwałem happy endu, gdzie wszyscy dosiądą jednorożców i pogalopują w stronę tęczy. Liczyłem na jakąś mroczną genezę Otchłani, rozwikłanie albo uchylenie rąbka wielkiej tajemnicy

10 lat czekania

Pierwsza połowa ostatniego tomu wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Autor wręcz porzucił niesamowicie ciekawy wątek broni palnej i zapomnianej technologii, bohaterowie zamienili się w postacie rodem z Dragon Ball Z, które w chwili największego zagrożenia nagle osiągały nowe poziomy Super Krasjan i ogólnie przynudzał.

II połowa ostatniego tomu sprawiła, że czuję się bardzo, bardzo rozczarowany.

II połowy rozczarowania

Wszystko kończy się teoretycznie w dość otwarty sposób, który zostawia autorowi pole do popisu w kwestii kontynuacji. Byle tylko, nie przeniósł akcji w przyszłość. Chyba, że zrobi to lepiej niż Ziemiański i jego Pomnik Cesarzowej, gdzie wprowadzenie karabinów, łodzi podwodnych i Wojska Polskiego sprawiło, że wszystko szlag trafił. Nie wykluczam dobrego cyberpunka z siekaniem demonów, ale nie wszystkie składniki zawsze do siebie pasują, jeśli nie potrafi się ich odpowiednio przyprawić.

Wróćmy jednak do Arlena i jego losów. Nie oczekiwałem happy endu, gdzie wszyscy dosiądą jednorożców i pogalopują w stronę tęczy. Liczyłem na jakąś mroczną genezę Otchłani, rozwikłanie albo uchylenie rąbka wielkiej tajemnicy. Tymczasem to co najsmaczniejsze pojawiało się rzadko i było dziwne. Wprawdzie działania na powierzchni są istotne, zwłaszcza jeśli chodzi o wykańczanie myślaków, jednakże czuło się nieziemskie oderwanie. Do tego jeszcze było tak patetycznie, że nic tylko przylać Jardirowi i Arlenowi.

Wszystkie rozwiązania są proste jak konstrukcja cepa w sosie z patosu. Wielka jest chwała syna Jepaha I wielki jest honor tego czy tamtego. Serio, gdy czytasz takie komplementy n-ty raz, zaczynasz dostawać lekkiej niestrawności.

Politykujemy

Reszta politykuje. Gadają i nudzą. Niby działają, ale jest to takie działanie jakby chcieli a nie mogli. Czegoś tu brakuje. Sharak Ka się zaczyna a ci co właściwie robią? Nie oczekiwałem zjednoczenia w szczytnym celu rodem z heroik fantasy, ale mam wrażenie że wszystko jest tak bardzo od siebie oderwane… nie tłumaczą tego nawet zastrzeżenia Arlena i Jardira by wtajemniczeni zachowali tajemnicę. Więcej, autor skupia się na postaciach, które nie mają wielkiego wpływu na los świata i jakby nawet nie próbują. Wszystko się rozpadało. W zasadzie ich działanie ma w pewien sposób zapchać kolejne rozdziały. Na nic zdadzą się tłumaczenia, że ta bierność to zamysł celowy, że autor chciał pokazać dramatyczne chwile, ostatnie chwile, przed ostatecznym starciem. Bądźmy szczerzy, kto oczekiwał, że zginie jeszcze jakaś lubiana przez pisarza postać? Bardzo wiele wątków zostaje rozwiązanych, bo trzeba bo koniec jest bliski, powieści nie świata. Gdybym bardzo się uparł, mógłbym powiedzieć, że przecież po wojnie świat musi trwać a to jaki będzie zależy od tego kto wygra Wojnę w Blasku dnia, ale…

SPOILER
Deus Ex Machina

Nawet jeśli poprzednie rozdziały były powiedzmy, mało sycące, to zakończenie może sprawić, że powieść stanie się nawet jeśli nie wiekopomna to pamiętna. Tymczasem Arlen niczym Bóg z Maszyny rozwiązuje sprawę niczym account manager z informacją, że jutro deadline. I chyba tak było. O ile narodzony w Otchłani synek Arlena i nietypowa córka Leeshy powinny stanowić zagadkę do samego końca – czyli tak jak się stało – to odrobina informacji, które pozwoliłby na spekulacje powinna się pojawić. Czym na Noc jest Otchłań? Nieudanym eksperymentem genetycznym świata, który przepadł po powrocie Roju? Co więcej, takich dzieci poczętych z duża dawką demonicznej magii i zrodzonych w trakcie tej wojny powinny być setki.

Zakończenie choć otwarte, nie sprawiło bym poczuł satysfakcję. Dziesięć długich lat czekałem, żeby napisać tekst bez tak wielkiego zachwytu jak przy pierwszym tomie. Teoretycznie można bronić tak prozaicznego finału, właśnie tym, że czasem wielkie tajemnice okazują się prozaiczne.
Tu trzeba oddać R. R Martinowi sprawiedliwość. Potrafi bez wahania zarżnąć dowolnego bohatera, co sprawia że ta jego ciągnąca się jak papier toaletowy powieść zyskuje duży atut. Bohaterowie nie są niezastąpieni a potężne koło wydarzeń, będzie toczyć się siłą rozpędu bez inicjatorów, miażdżąc każdego kto spróbuje je zatrzymać. Brett idzie bardziej w stronę klasyki, bez mała tolkienowskiej. Tam tylko Boromir, tu Rojer. Reszta ma się dobrze do samego końca, który to koniec stwarza dużo pozorów, ale…

I z tym ale Was zostawiam. Mam chociaż nadzieję, że zakończenie Głębi będzie równie dobre jak wydane dotychczas trzy tomy. Macie inne zdanie na temat jakże wyczekiwanego zwieńczenia jednej z przyjemniejszych książek fantasy ostatnich lat?