Quo Vadis Samurai czyli rzecz o science fiction Pan S, 28 stycznia, 2026 Opowieść o fascynacji science-fiction, która przerodziła się w znudzenie, Niedawno z rąk ICE zginęła Renee Nicole Good, następnie Luis David Nico-Moncada i Yorlenys Betzabeth Zambrano-Contreras w Portland, a teraz Alex Pretti, podobnie jak Renee w Minneapolis. Prezydent USA, Donald Trump, niejednokrotnie już ogłaszał, że chciałby uczynić Kanadę pięćdziesiątym pierwszym stanem. Te dwa wydarzenia, egzekucja i groźby zajęcia Kanady uaktywniły fanów popkultury, którzy ochoczo zaczęli wykorzystywać scenę z gry „Fallout”, jako metaforę bieżących wydarzeń. Gdy policja bez skrupułów zamordowała George Floyda, nikt z popkulturowego światka nie zareagował. Nie reagowali też, gdy w Polsce szły w ruch paralizatory albo ludzie ginęli w trakcie rutynowych czynności policji. Pomiędzy 1997 rokiem, kiedy to ukazała się pierwsza część serii Fallout a 2025, nikt nie zająknął się o możliwej inwazji USA na Kanadę. Dziś w Internecie a głównie w mediach społecznościowych, krążą zrzuty ekranu ze wspomnianej gry, mające dowodzić jak ambitnym gatunkiem jest science fiction czy jak kto woli, fantastyka naukowa. Tutaj każdemu fanowi gatunku powinna zapalić się czerwona lampka, bowiem „Fallout” nijak nadaje się do zakwalifikowania jako science-fiction. W takich chwilach przynależność nie jest jednak ważna, bowiem dowód to dowód a każdy jest w cenie. Muszę przyznać, iż swego czasu robiłem dokładnie tak samo. Będąc wielkim fanem wszelkiej fantastyki, nie przywiązując wagi do przynależności gatunkowej, zawsze reagowałem oburzeniem gdy ktoś ukochaną pisaninę atakował. Zaciekle broniłem jej przed atakami typu właśnie typu bezwartościowymi dowodami. Jeden zrzut ekranu pasuje do wypowiedzi o Donalda „Donchyka” Trumpa, więc można spokojnie odtrąbić zwycięstwo. Profile poświęcone SF podchwyciły przypadkową zbieżność aktualnych wydarzeń z filmem „Civli War”, który ukazał się za rządów Bidena. Na przestrzeni ostatnich lat koncerny paliwowe dopuściły się w Afryce gorszych zbrodni, obalono kilka „dyktatur”, które nie chciały przedłużyć korzystnych kontraktów na ropę a Rosja zaatakowała Ukrainę. Być może tego typu pomniejsze wydarzenia fantastom umykają, bowiem ich obsesją jest koniec świata i Stany Zjednoczone. Przeoczyli też, że po raz pierwszy idea Kanady jako pięćdziesiątego pierwszego stanu narodziła się w latach 80, kiedy w samej Kanadzie założono Parti 51. Ugrupowanie postulowało przyłączanie kraju do USA na zasadzie stanu. Idąc dalej, w 1930 roku powstał uesański plan War Plan Red. Formalnie, wymierzony był w Wielką Brytanię, jednak docelowo obejmował zajęcie Kanady. Stany Zjednoczone od dawna przygotowują plany oznaczone różnymi kolorami, w tym zielonym, który obejmował zbrojną inwazję na Meksyk. Powstały około 1912 roku, został oficjalnie anulowany w 1946. Stany Zjednoczone posiadały i zapewne posiadają całą pulę planów, przewidujących ataki na różne regiony świata. Podobno Plan Żółty zakładał użycie broni chemicznej przeciwko Chinom, jeśli zajdzie taka potrzeba. Należy więc ponowić pytanie, dlaczego bieżące wydarzenia nie zostały przewidziane? Wszystko wszak zostało podane na talerzu przez Wszechwiednych Fantastów. Cóż, głównie dlatego, że są to zwykłe heurystyki poznawcze, dokładnie zaś heurystyka potwierdzenia. Warto zwrócić uwagę, że nikt nie zająknął się, iż cała afera zacznie się od ataku Rosji na Ukrainę. Współczesne Chiny również znajdują się w innej pozycji niż w 1997, kiedy to mieli robić za zastępczych Sowietów. Tak oto rozpoczyna się kolejna, wtórna opowieść miłośnika fantastyki naukowej rozczarowanego tak gatunkiem, jak społecznością wyrosłą wokół niego. Quo Vadis Samurai czyli rzecz o science fiction Nie sposób powiedzieć czego jako nastolatek czy młody dorosły oczekiwałem po fantastyce naukowej. Będąc całkowicie szczerym, powieści takie jak „Diuna” robiły wrażenie czegoś głębokiego za sprawą tej mitycznej auty, która je otaczała. Okazało się jednak, że od czasu jej publikacji w 1965 mało kto, poza publicystami z krwi i kości, których zliczyć można na palcach jednej ręki, zwrócił uwagę na potencjalnie zawarte w niej motywy. Obrosła legendą, stała się najważniejszą powieścią science-fiction w historii literatury, ze względu na niezwykłe przenikliwe, analityczne perspektywy rozwoju ludzkiej cywilizacji w perspektywie sociopolitycznej. Tego typu głębokie myśli, rodem z generatora tekstów postmodernistycznych stały się wszechobecne. Fakt, że brzmiały w niejasny, nieprecyzyjny sposób powodował, że łapaliśmy się na to jak muchy na lep. Chcieliśmy bowiem, by ta bardziej porywająca niż lektury szkolne literatura miała jakąś wartość. Problem w tym, że najwyższych lotów fantastyka naukowa powstaje na bazie socjologii krytycznej, medioznawstwa, politologii czy bieżących wydarzeń z tych obszarów życia społecznego. Zważywszy, że mało który miłośnik SF się nimi interesuje, pozostaje tak modne ostatnio wyrafinowane pustosłowie. Największy problem science fiction to niewielka ilość publikacji będących czymś więcej niż pulpą na jedno popołudnie. Porównawszy ją z innymi gatunkami, okazuje się, że tytułów, które mogłyby zachęcić czytelnika do jakiejkolwiek refleksji powstało niewiele a w dodatku wszystkie ważniejsze pozycje coraz częściej podpierają się laską. W ostatnich latach nie powstało nic, co stanowiłoby jakiś komentarz do bieżących wydarzeń politycznych czy społecznych. Chyba tylko Gibson pokusił się o alternatywną wizję wydarzeń, w której wybory prezydenckie wygrała Hillary Clinton a nie Donald Trump. Równocześnie, należy zadać sobie pytanie, czym właściwie fantastyka naukowa ma być. Tutaj przeważnie cytowani są twórcy tacy jak Asimov, choć nie sposób powiedzieć by jego proza miała wpływ na cokolwiek poza samą fantastyką. Przeważnie też zjawiska znane z kart podręczników do historii czy rozważań filozoficznych, urastają w świecie science fiction do monstrualnych rozmiarów i nic ponad to. Warstwa psychologiczna zatrzymała się w erze Pawłowa i Freuda, socjologicznie to nadal Simmel, zwłaszcza „the Metropolis and the Mental Life„. Pawłow zmarł w 36′ a Simmel jeszcze wcześniej w 1918 roku. Tymczasem aby gatunek mógł być fantastyką naukową, niezbędna jest czerpanie ze współczesnych koncepcji na bazie których autor da upust swojej fantazji, obawom czy przeczuciom. Wiele motywów powszechnie wykorzystywanych w science fiction stało się nieaktualnych. Takim przykładem jest kwestia przeludnienia planety, która jest tylko i wyłącznie mysią histerią. Równocześnie obiecująca teoria aktora-sieci nigdy nie zwróciła uwagi pisarzy. James Baldwin pisał, że czytelnicy zbyt często mylą powieści z opracowaniami socjologicznymi, podczas gdy są to jedynie wydmuszki nijak niepowiązane z rzeczywistością. Wydaje się, że to jest kwintesencją sięgania po fantastykę naukowa. W połączeniu z modnym pustosłowiem, mamy doskonały wyrób przemysłowy. Łatwy w konsumpcji, nie wymagający żadnej refleksji. Cała dyskusja sprowadza się do tego, czy ktoś już o tym pisał, czy powieść jest wtórna czy tez nowatorska. Czym ma się cechować owe nowatorstwo, formą czy może kierunkiem przewidywań? Sprawa bez mała historiozoficzna, bowiem wydaje się, że dzieje po prostu się toczą a świat idzie w jakimś kierunku bez naszego większego udziału. Najdziwaczniejsze, najodważniejsze pomysły potencjalnego wykorzystania zdobyczy nauki, rozwoju sytuacji politycznej czy społecznej, stanowią o sile fantastyki naukowej jako źródle refleksji. Niestety, tak autorzy jak czytelnicy wydają się odkrywać Bauhaus niczym Kolumb drogę do Indii. Wyszło z tego USA, kłopoty z nawigacją ma wielu do dziś dnia. Zważywszy na to, że nauki społeczne a zwłaszcza socjologia, wykształciły potężny nurt krytyczny, fantaści mogą wręcz garściami czerpać pomysły do swych powieści. Czytelnik musi jednak minimalnie interesować się otaczającym go światem a nie żyć w oderwaniu, czerpiąc z informacyjnej pulpy. Swego czasu do najmroczniejszych wizji przyszłości i trzeba przyznać całkiem celnych z perspektywy czasu należał podgatunek science-fiction zwany cyberpunk. Genezy tegoż można upatrywać w latach sześćdziesiątych, bowiem wówczas ukazują się takie tytuły jak „Babel-17”, które stanowią zapowiedź tego, czym cyberpunk się stanie. Od tamtej pory ulice miast przyszłości zdobią kanji, wszędzie podawany jest ramen a walutą nierzadko bywają jeny. Warto tutaj zwrócić uwagę, iż okres gdy rodzi się cyberpunk, to czas japońskiego cudu gospodarczego, gdy kraj ten urasta na arenie międzynarodowej do rangi trzeciej gospodarki świata. Tutaj wymienić należy oczywiście nieśmiertelnego „Neuromancera” oraz oczywiście oczywiście „Akire” czy „Ghost in the Shell”. Wizualny kanon nie jest spójny, bowiem z opisów Gibsona wyłania się większa kakofonia odzieży, ozdób, modyfikacji. Stąd też amerykańsko-japoński miks stał się na długi czas istotnym elementem gatunku. Rodzi się tutaj kolejny problem, którym jest brak lokalnej SF. Polskie realia są inne niż Stanów Zjednoczonych a jednak to one zawsze nadawały kurs sf. Nawet tutaj widać jak bardzo poszukujemy hegemonów zastępczych, nadal przejawiając mentalność postkolonialną. Równocześnie staliśmy się neokolonią, która chętniej analizuje losy hegemona niż własne. W międzyczasie też wiele się zmieniło i blask Japonii zdecydowanie przygasł a ona sama pogrążyła się w marazmie. Technologiczne nowinki zdążyły się zestarzeć i trzeba przyznać, że obecnie ich liderem jest inny kraj pod biało czerwoną flagą. Przywykliśmy do tego, że Polska to takie słowiańskie zadupie, w którym śmierdzi wódką i jest zimno a mimo to uważamy się za pełnoprawnych członków tak zwanego Zachodu. Być może dlatego powstała Europa Centralna, taki region nigdzie. Próby stworzenia powieści cyberpunk we wschodnich klimatach były nie tyle nieporadne co idiotyczne. Polacy uważają się bowiem za pełnoprawnych członków kultury Zachodniej, przez co na wschodzie została tylko dzika Rosja. Tam jak powszechnie wiadomo, wszyscy biegają od stóp do głów odziani w uliczne zbroje Adidasa a na plecach zamiast katany noszą wspomagane kije bejsbolowe. Być może nie mamy większych sukcesów w rozwoju wielkich modeli językowych szumnie zwanych sztuczną inteligencją za to wysłaliśmy pierogi w kosmos. Jesteśmy za to liderami inwigilacji, bowiem to nasz kraj okazuje się być liderem w zakresie płatności bezgotówkowych, ograniczaniu roli gotówki i inwigilacji transakcji ze strony urzędu skarbowego. Zastygli Japończycy mogą za to poszczycić się anonimowością zakupów, bowiem wiele automatów nie akceptuje kart płatniczych, żądając starych, dobrych, jenów. Również u nas dostrzec można silne dążenie do wyzucia obywateli z własności prywatnej na rzecz abonamentów. Literatura ta jest również wyrazem zawodu neoliberalizmem gospodarczym, w którym bogatsi są coraz bogatsi a biedni coraz biedniejsi. Brzmi mocno marksistowsko, bowiem neoburżuazja wykorzystuje neoproletariat. Wystarczy dodać do słowa „neo” i już brzmi cyberpunkowo. Nie wszystkie jednak wyraziste wizje ujęte w ramy powieściach SF okazały się nietrafione. Korporacjonizm, technokratyzm czy bogacenie się najbogatszych kosztem ubożejącej biedoty to nasza codzienność. Tutaj zawodzą jednak miłośnicy fantastyki naukowej bojąc się wszelkich prób interpretacji dawnych ostrzeżeń. Nie jest bowiem wskazane, by cóż, wskazać palcem, kto jest beneficjentem aktualnej sytuacji. nigdy nie wiadomo jakie kto ma sympatie polityczne a ludzie, których nie stać na własne mieszkanie najczęściej sympatyzują ze „zwycięzcami”. Lepiej, żeby Brzoska nie musiał płacić podatków i mógł kupić sobie kolejne auto, niż żeby kurier miał godne warunki pracy. W jednej z powieści Dicka, „Ubik”, wszystko jest oparte na systemach abonamentowych. Żeby zrobić sobie kawę w domowym ekspresie trzeba wrzucić monetę, choć dziś byłaby to pewnie płatność kartą albo bezpośrednie potrącenie środków z konta podłączonego do ekspresu. Microsoft także przymierza się do wprowadzenia abonamentowego systemu operacyjnego. Obecnie w taki sposób wynajmowane są najważniejsze produkty, takie jak Office czy pakiet graficzny Adobe. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by domowy komputer czy telewizor zależny był od miesięcznej opłaty. Chyba najdobitniejszym przykładem technokratycznej megalomanii jest romans Trumpa z potentatami Doliny Krzemowej. Sytuacja, w której człowiek wybrany przez ubożejący lud buduje salę balową i instaluje złote klamki odcinając kurierów Amazona od bonów żywnościowych to dokładnie to, przed czym miała ostrzegać science-fiction. Ciągle jednak nie przetarliśmy oczu po amerykańskim, neoliberalnym śnie, w którym każdy ma szansę dorobić niefortunny, jeśli będzie wcześniej wstawał. Ażeby nie wdawać się w politykę, publicyści parający się SF próbują na siłę wcisnąć nam solarpunk, który budzi co najwyżej uśmiech politowania. Twórcy tego gatunku nadal żyją w paradygmacie dualizmu kultury i natury, choć mająca już dwadzieścia lat publikacja Philippe’a Descoli nadała nowy kierunek namysłom nad tym zagadnieniem. Twórcy i fani przegapili, iż Bauhaus odpowiadał na podobne problemy i potrzeby w zakresie urbanistyki i architektury. Opierał się na dostępie do naturalnego świetła, rekreacji i terenów zielonych. Niemal każde peerelowskie osiedle to nic innego jak idiotycznie nazwane przez miłośników fantastyki walkable city. Wszystko w zasięgu krótkiego spaceru pośród zieleni. Także Corbusier propagował podobne rozwiązania, chcąc by miasta, podobnie jak pojedyncze mieszkania, były maszynami o oferującymi maksimum ergonomii. Budowanie zaś z dostępnych lokalnie materiałów, to postulat Franka Lloyda Wrighta. Problem w tym, że walkable city, wymaga podjęcia radyklanych decyzji urbanistycznych oraz przede wszystkim politycznych. Obecnie, w moim rodzinnym mieście, ratusz dąży do wyburzenia osiedlowej szkoły, ażeby oddać teren deweloperom. Stąd też, chcąc stworzyć owe chodzikowe miasta, należy przeciwstawić się chodzącym na deweloperskiej smyczy politykom, narażając przy tym na niebezpieczeństwo, w postaci chociażby pozwów sądowych. Piesze miasto w swym założeniu brzmi doskonale, cokolwiek by miało oznaczać, ale nie zrobi się samo. Załóżmy, że chodzi o to samo co w miastach piętnastominutowych, czyli możliwość dotarcia do miejsca pracy, sklepów, obszarów rekreacyjnych, przychodni zdrowia, szkoły, w ciągu piętnastominutowego spaceru. Koncepcja interesująca, będąca kalką socjalistycznej myśli planistycznej, jednakże powiązana w naszych realiach z licznymi niebezpieczeństwami. Ustrój polityczny PRL, zakładał centralizację a wszystkie wymienione obszary znajdowały się pod kontrolą państwa, co niestety nie zawsze dobrze funkcjonowało. Tutaj zaczynają się pytania, na które ciężko jednoznacznie odpowiedzieć a otwiera je prozaiczna sprawa konkurencji. Otóż czy na takim osiedlu powinna działać Biedronka, Lidl czy może należy powołać do życia jakąś państwową sieć sklepów spożywczych? Obecnie wiele miast trapi „biedronkoza”, jednak sytuacja całkiem odwrotna również nie wydaje się korzystna. W obrębie osiedla powinna również znajdować się biblioteka, księgarnia, punkt odbioru paczek oraz setki innych punktów usługowych, w tym gastronomicznych. Sprawa zaczyna nastręczać niewygodnych problemów. Nie wiadomo bowiem kto będzie mieszkał na takim osiedlu, więc poszczególne punkty należałoby stworzyć dopiero po wydaniu w posiadanie ostatniego mieszkania. Na podstawie stopnia zamożności mieszkańców zostanie dokonana ocena, czy warto tam otworzyć piwiarnię czy suszarnię. Podobnie rzecz ma się z miejscem pracy, bowiem tego już nie sposób sobie wyobrazić, nie licząc dawnych osiedli zakładowych, zwanych ZORami lub „kurnikami”. Realizacja znacząco odbiegała od idealistycznych założeń, które doskonale obrazują ideę. Również kwestia rekreacji nastręcza problemów. Wybudowanie orlika i bieżni wydaje się być niewystarczające aby zaspokoić wszystkie, różnorodne potrzeby mieszkańców. Rower zjazdowy nie koniecznie nadaje się do pokonania kilkudziesięciu kilometrów, by dostać się do tras. Tutaj, przynajmniej w kontekście młodzieży, pojawia się szansa powrotu do PRLowskich zwyczajów, gdy w szkołach działy liczne sekcje sportowe, w tym bokserska, judo, lekkoatletyczna. Idąc dalej, pojawia się kwestia ochrony zdrowia. Cóż z tego, że powstanie piesze miasto, skoro w przychodni obecny będzie jedynie lekarz rodzinny, bez dostępu do specjalistów, których brakuje. Zważywszy zaś, że społeczeństwo się starzeje a jego członkowie żyją coraz dłużej, potrzebni będą nowi specjaliści nader specjalistyczni. Prywatne przychodnie powstają nierzadko miejscach, do których nie dociera komunikacja miejska. W podłączaniu tego z pomysłem odebrania seniorom prawa jazdy, brzmi bardziej jak wizja totalitarna niż utopijna. Wspomniane już szkolnictwo wymaga równie daleko idących reform, bowiem obecnie biznes głęboko zapuścił w tym systemie korzenie. Cóż z tego, że w pobliżu dzietnego osiedla powstanie szkoła, której poziom pozostanie dalece niezadowalający. Majętni rodzice nadal będą wozić pociechy do prywatnych szkół. Zapytać zatem należy, kto będzie budował te osiedla i infrastrukturę. Tam gdzie w grę wchodzi pieniądz, tam i prestiż. Osoby o zamożniejszych portfelach będą starały się kupić mieszkania czy domy w bardziej prestiżowych w ich mniemaniu dzielnicach, położonych w otoczeniu zieleni. Biedniejsi, nie mogący z własnych portfeli utrzymać połaci zieleni, będą skazani na betonowe patelnie. Tam też będą chcieli pracować nauczyciele czy specjaliści, bowiem wiązało się to będzie z lepszymi zarobkami. Efektem będzie dokładnie to, czego obawiają się zwolennicy teorii spiskowej, czyli gettyfikacja miast. Chyba, że wszyscy otrzymywaliby lokum na zasadzie losowania i przydział zatrudnienia a każdemu byłoby wedle jego potrzeb. Bez tego, Solarpunk jawi się w tym świetle jako mroczna dystopia. Niezrealizowanie bowiem wszystkich celów i postulatów, sprawi, że powstanie pudrowany cyberpunk. Drugie pytanie brzmi, czy ich zrealizowanie nie jest aby równie mroczne jak „Wyspa” Huxleya. Nikt nigdy nie powiedział, że fantastyka naukowa nie może wspierać reżimów totalitarnych i technokratów. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się ponownie powieść Huxleya, czyli „Nowy Wspaniały Świat”. Huxley był wówczas doskonale zaznajomiony z najatrakcyjniejszymi koncepcjami ówczesnej nauki. Odwołuje się więc do Zygmunta Freuda, Bronisława Malinowskiego czy swojego brata Juliana. Dziś wzmianka o eugenice budzi raczej raczej przerażenie walczące o lepsze z politowaniem, ale wówczas była to prominentna gałąź nauki. Oficjalnie, autorzy wzdrygają się przed wspieraniem technokratów, kapitalistów, oligarchów czy eugeników, którzy podnoszą łeb. Być może z wyjątkiem polskiej pulpy zaliczonej niekiedy do „konserwatywnego sf”, będącego fantazją o zdradzaniu żony. Nie potrafię jednoznacznie wskazać twórców literatury SF, którzy wspierali by technokratyzm, korporacjonizm czy inne tego typu zjawiska. Równocześnie dostrzegam, iż wielu fanów SF wydaje się z technokratami sympatyzować a sama perspektywa krytyki któregoś z nich wywołuje w nich ataki „czerwonej gorączki”. Najgorsze zaś co spotkało współczesną powieść, poza brakiem zainteresowania czytelnictwem, to media społecznościowe. Wszelki bowiem bunt ginie w pustosłowiu, które musi zostać tak sporządzone, by nikogo nie urazić a przede wszystkim wątpliwej inteligencji algorytmów wytrenowanej na gustach odbiorców. Przyjąwszy zatem, że SF to krytyczna literatura buntu, antykroporacjonizm nie łączy się z publikowaniem na Facebooku, który skutecznie ucina wszelkie tego przejawy. Nieprawomyślni publicyści mogą spodziewać się ograniczonych zasięgów. Nieprawomyślność nie jest jednak dana raz na zawsze, bowiem jeszcze za rządów Bidena oraz z perspektywą wygranej Harris, promowane były treści bardziej liberalne. Obecnie, wraz wielkim powrotem tumpizmu, treści uważane znalazły się one na cenzurowanym i można śmiało pisać o „strzelaniu lewaczkom w ryj”. Mokry sen pokrzywdzony się ziścił, dzięki czemu otwarcie mogą krzyczeć w komentarzach o szacunku. Renee Nicole Good zginęła, bo nie okazała szacunku mężczyźnie z bronią. Sympatyzowanie z poglądami Margaret Atwood wydaje się w tym kontekście całkowicie naturalne. Równocześnie, szerzenie dezinformacji, przemoc na tle rasowym oraz właściwie każdym innym, choć obecne na Facebooku już wcześniej, przybrały monstrualne rozmiary. Przejęta przez technokratę Muska platforma Twitter, zamieniła się w ponury X, dając przedsmak tego, co nasz czeka na innych portalach. Swego czasu do najmroczniejszych wizji przyszłości i trzeba przyznać całkiem celnych z perspektywy czasu należał podgatunek science-fiction zwany cyberpunk. Genezy tegoż można upatrywać w latach sześćdziesiątych, bowiem wówczas ukazują się takie tytuły jak „Babel-17”, które stanowią zapowiedź tego, czym cyberpunk się stanie. Od tamtej pory ulice miast przyszłości zdobią kanji, wszędzie podawany jest ramen a walutą nierzadko bywają jeny. Warto tutaj zwrócić uwagę, iż okres gdy rodzi się cyberpunk, to czas japońskiego cudu gospodarczego, gdy kraj ten urasta na arenie międzynarodowej do rangi trzeciej gospodarki świata. Tutaj wymienić należy oczywiście nieśmiertelnego „Neuromancera” oraz oczywiście oczywiście „Akire” czy „Ghost in the Shell”. Wizualny kanon nie jest spójny, bowiem z opisów Gibsona wyłania się większa kakofonia odzieży, ozdób, modyfikacji. Stąd też amerykańsko-japoński miks stał się na długi czas istotnym elementem gatunku. W międzyczasie jednak wiele się zmieniło i blask Japonii zdecydowanie przygasł a ona sama pogrążyła się w marazmie. Technologiczne nowinki zdążyły się zestarzeć i trzeba przyznać, że obecnie ich liderem jest inny kraj pod biało czerwoną flagą. Przywykliśmy do tego, że Polska to takie słowiańskie zadupie, w którym śmierdzi wódką i jest zimno a mimo to uważamy się za pełnoprawnych członków tak zwanego Zachodu. Być może dlatego powstała Europa Centralna, taki region nigdzie. Próby stworzenia powieści cyberpunk we wschodnich klimatach były nie tyle nieporadne co idiotyczne. Polacy uważają się bowiem za pełnoprawnych członków kultury Zachodniej, przez co na wschodzie została tylko dzika Rosja. Tam jak powszechnie wiadomo, wszyscy biegają od stóp do głów odziani w uliczne zbroje Adidasa a na plecach zamiast katany noszą wspomagane kije bejsbolowe. Być może nie mamy większych sukcesów w rozwoju wielkich modeli językowych szumnie zwanych sztuczną inteligencją za to wysłaliśmy pierogi w kosmos. Jesteśmy za to liderami inwigilacji, bowiem to nasz kraj okazuje się być liderem w zakresie płatności bezgotówkowych, ograniczaniu roli gotówki i inwigilacji transakcji ze strony urzędu skarbowego. Zastygli Japończycy mogą za to poszczycić się anonimowością zakupów, bowiem wiele automatów nie akceptuje kart płatniczych, żądając starych, dobrych, jenów. Również u nas dostrzec można silne dążenie do wyzucia obywateli z własności prywatnej na rzecz abonamentów. Literatura ta jest również wyrazem zawodu neoliberalizmem gospodarczym, w którym bogatsi są coraz bogatsi a biedni coraz biedniejsi. Brzmi mocno marksistowsko, bowiem neoburżuazja wykorzystuje neoproletariat. Wystarczy dodać do słowa „neo” i już brzmi cyberpunkowo. Redakcja „Przekroju”, przywołała fragmenty książki Johanna Hariego „Złodzieje. Co okrada nas z uwagi”, dowodzące, że czytanie beletrystyki może znacząco wpływać na poziom empatii. Autor badań, Raymond Mar, podkreśla jednak, że wyniki można intepretować odwrotnie. Ludzie już wyjątkowo empatyczni, po prostu czytają więcej. Może faktycznie tak jest, ale Raymond nie precyzuje, w jaką stronę kierunkuje się ta empatia. I to jest najpoważniejszym problemem. Otóż na dużo większą jej dozę może liczyć postać fikcyjna, podczas gdy człowiek z krwi i kości w tej samej sytuacji doświadczy drwin i przemocy. Niech przykładem będzie aktualna obecnie kwestia relacji człowieka ze sztuczną inteligencją. Piszący, jak przystało na prawdziwych facetów, boją się samej koncepcji miłości a dla komentujących nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby należycie obelżywie określić ich postępowanie. Omawiając perypetie bohatera książki, fani SF są dlań pełni empatii, w tym dziwnym pozbawionym bliskości świecie. Filmowy bohater zakochany w systemie operacyjnym to wspaniała, dająca do myślenia historia, bowiem jest fikcyjna. Kobieta zwierzająca się Chatowi GPT z komentarzy dowie się jedynie, że nie potrafi sobie chłopa znaleźć a wszak tylu ich jest pośród miłośników fantastyki naukowej. Stąd też wcale nie dziwi niechęć wyjścia poza świat powieści, które bardzo często traktowane są na równi z badaniami socjologicznymi albo diagnozami psychospołecznymi. Pisarz, stawia jakąś tezę, wokół której buduje swoją powieść, choć tak sama teza jak i diagnoza, bywają błędne. Przykładem z innej beczki jest chociażby w prozie Houellebecqa, wiele jest błędnych założeń i wniosków, ale często uchodzi za diagnostę współczesnego społeczeństwa zachodniego. Czytelnik jego twórczości, najczęściej nie jest zainteresowany stanem spoza kart, ale brzmi jakby był. Lektura książek tego typu, ma stanowić formę rozgrzeszenia. Dobrze jest, będąc humanistą a właśnie za humanistów czytelnicy takich powieści się mają, interesować się człowiekiem. Byle nie za bardzo, byle nie praktycznie, byle nie faktycznie. Częstsze niż sążniste monologi, bowiem do dyskusji nie dochodzi, są pretensjonalne frazesy na temat kondycji człowieczeństwa, współczesnej kultury, które często nijak mają się do stanu faktycznego. Literatura SF to jedynie pretekst odczuwania poczucia intelektualnej wyższości nad ciemnymi masami, które nie rozumieją otaczającego ich świata. Cóż z tego, że powieść ma się do tego świata jak pięść do nosa. Oto wytwarzane jest nic innego jak symulakrum, czyni znak pusty do niczego się nie odnoszący. Powieść, nadal nie jest badaniem, nawet nie zdaniem autora na dany temat. Autor może nie podzielać poglądów swych postaci a jedynie dostarczać czytelnikowi fikcji, którą ten bierze za pogłębioną analizę społecznej kondycji ludzkiej. Niewiele różni zatem czytelnika, światłego intelektualistę, od fana internetowych memów i teorii spiskowych, pozwalającego się złapać na fake newsy. Koniec końców nie potrafię zdefiniować czego właściwie od literatury science-fiction oczekuję i czym ona właściwie jest. Gdy trzeba udowodnić zdolności profetyczne autorów, wszystko staje się fantastyką naukową. W chwili gdy zajdzie potrzeba obrony gatunku, byty mnożą się ponad miarę. Nagle powstaje diesel punk, space opera i cała masa innych a które nie będąc SF nie mogą sprostać wymaganiom jej stawianym. Nie wiadomo jednak dlaczego gatunek miałby cokolwiek determinować. Każdy może stać się polem krytyki stosunków społecznych czy nawet wynurzeń filozoficznych na temat kondycji ludzkiej. Science fiction stało się polem zabaw z technologicznymi gadżetami. Ażeby je trochę nobilitować, na siłę szuka się komentarzy do bieżących wydarzeń politycznych. Być może najwięcej racji miała Susan Sontag, iż pomimo swojej całkowitej nijakości, płytkości i infantylizmu, fantastyka naukowa to wyraz strachu przez dehumanizacją, rozdźwiękiem między destrukcją a stagnacją. Sam Orwell pisał, że utopie są są przerażające, dla każdego rozumnego człowieka. Wielka szkoda, że nie potrafimy funkcjonować inaczej niż między znudzeniem a rozwojem polegającym na destrukcji i podnoszeniu się z gruzów. Suma wszystkich strachów przerasta jednak jakiegokolwiek autora, jakiegokolwiek czytelnika. Porównanie sytuacji politycznej u naszego hegemona do „Civil War” jest oczywiście medialnie nośne, ale jałowe. Jeśli film miał być przestrogą, to był zbyt mało wyrazisty jak wszystkie inne z resztą przewidywania. Zabawnym jest, że choć wśród polskich fantastów Lem wraca jak bumerang, tak nie potrafią żyć bez generowania informacji. Bez zapewnienia ciągłości informacji, nie ma zasięgów a bez zasięgów nie ma nie wiadomo czego, bowiem na pewno nie można było liczyć na pieniądze. Wydaje się, iż medialna sława jest wartością samą w sobie. Kolejne publikacje karmią wielkie modele sztucznej inteligencji, zapewniają ruch na platformie, której włodarze docierają do miesięcznych wynagrodzeń, które mogłyby zapewnić kilkuletnie finansowanie badań leków na raka albo wyżywić dowolny region Afryki. Trzeba pisać, trzeba nagrywać, trzeba informować nawet o influencerce wygenerowanej przez sztuczną inteligencje, byle informacja płynęła nieprzerwanym strumieniem. Przestroga nie łączy się z postępowaniem. Z resztą dopiero gdy popularne stały się krytyczne publikacje medioznawcze z zakresu nauk społecznych, jakoś je tam z nim połączono. Zależnie od poglądów, przypisuje się Lemowi nawet wynalezienie „inkluzywności” choć przykaz by w „Astronautach” umieścić czarnoskórego bohatera otrzymał od wydawnictwa. Zatem to nie Lem tylko Polska Zjednoczona Partia Robotnicza chcąc udowodnić wyższość polskiego ustroju nad zachodnią, opresyjną zgnilizną, wpadła na ten pomysł. Wydaje się więc, że science-fiction najwięcej do zaoferowania ma w świecie pozbawionym dostępu do informacji. Najsilniejszym argumentem przeciwko fantastyce naukowej jest fakt, iż nikomu nie przyszło do głowy z książek żadnego autora wyciągnąć wniosków, które rzekomo miały w nich być zawarte. Bycie miłośnikiem fantastyki naukowej to bierne patrzenie jak historia toczy się swoim torem z nadzieją, że jakieś opisane w książkach wydarzenia pokryją się z rzeczywistością. Patronite Herbata i Obiektyw Słuchajcie założyłem sobie konto na Patronite, żeby trochę usprawnić prace nad treściami na blogu. Odrobina czasu i nowych, często rzadkich książek zawsze się przyda. Mój profil znajdziecie pod linkiem Patronite Herbata i Obiektyw Share this:Click to share on Facebook (Opens in new window)Click to share on Twitter (Opens in new window)Click to share on Tumblr (Opens in new window)Click to share on Reddit (Opens in new window)Like this:Like Loading... Podobne Film Herbaciarnie Historia Krytyka literacka Kultura Literatura Psychologia Socjologia Aldousaldous huxleyaneksja KanadyBauhausburżuazjaCivil WarCorbusierDonald Trumpeorge OrwellFalloutfantastyka naukowafikcjaFrank Lloyd WrightGeorge SimmelGrenlandiaHeorge OrwellIzaak AsimovjaponiaJohann HariKanadale CorbusierLem StanisławliteraturaNeuromancernowy wspaniały światpolitykapolskie science fictionPRLProletariatsamuraiScience FictionSfsolarpunkTrumpwalkable cityWar Plan ReWar Plan RedWiliam GibsonWyspaZOrZygmutZygmut FreudZłodzieje. Co okrada nas z uwagi