O książkach i o Japonii

Książki o Japonii

Książki o Japonii mają pewną małą wadę: to są książki o Tokio. W zasadzie nawet nie o Japończykach, kulturze, tylko o Tokio. Japonia to bardzo mały kraj i nie może konkurować z USA. Jednak powiedzieć, że Japonia = Tokio to jak powiedzieć, że kultura Nowego Jorku jest wiodąca dla całego kraju i pominąć przesiąknięty voodoo folklor mokradeł Luizjany 🙂
Co więcej, specyficzne dla Tokio zachowania, czy zjawiska – lolitki, dziwaczne kawiarnie gdzie nerdów obsługują poprzebierane za XIX wieczne pokojówki kelnerki nie muszą być pochwalane przez mieszkańców Sapporo czy Kogoshimy. Pamiętajcie: 90% informacji poniżej to informacje o Tokio. Naprawdę nie cała Japonia biega z aparatami za lolitkami względnie marzy o pilotowaniu Eva ;P

Dzisiaj znów mała opowieść o książkach. Tym razem będzie monotematycznie a tematem będzie Japonia. Kto by się spodziewał 🙂
Spośród wielu wybrałem kilka – w tym dwie chyba „klasyczne” pozycje, ale wszystkie wymienione warto przeczytać

  • Chryzantema i Miecz
  • Japoński Wachlarz
  • Imperium znaków
  • Kwaidan
  • Baśnie japońskie
  • Księga herbaty

Jest ich oczywiście więcej, jedne lepiej inne gorzej napisane. Jednak te są chyba moimi ulubionymi, do których chętnie wracam co jakiś czas. Wspólną cechą pierwszych trzech tytułów jest ich…nawet nie wiem jak nazwać taką cechę. Opisują one inny, obcy kraj w sposób prawdziwy, czyli nie definiują niczego, nie definiują a jedynie zaznaczają pewne zjawiska, których może nie być już za chwilę a może już ich nie ma. Podobne podejście zaprezentowali autorzy mojej ulubionej książki o Indiach „Lalki w Ogniu”.

Japoński Wachlarz

japoński wachlarz

Prędzej znajdę Necronomicon na strychu niż przebiję się przez przeciętną książkę z zakresu nauk społecznych. 

Nie przepadam za książkami które napisał ktoś mianujący się „socjologiem” albo kogo tym słowem opisują. Znaczna część prac z tego zakresu to bowiem pseudo filozoficzny bełkot w którym prędzej czy później ktoś napisze coś o Marksie. Studia też przekonały mnie, że socjologii niewiele brakuje do czarnej magii. Zamiast ankiety „weźmisz czarno kure…”.  Jednak okazało się, że można napisać książkę, która coś opisuje w cywilizowany sposób.
W sumie zanim przeczytałem „Japoński Wachlarz” nie wiedziałem kim jest autorka. Sprawiło to, że czytałem bez uprzedzeń. Bardzo wiele prac o kulturze innych nacji, tworzy jakieś archaiczne wzory połączone z pragnieniem zachowania „tradycji”. A tutaj proszę, udało się. Wcześniej taki „rys” udało się stworzyć tylko autorce „Chryzantemy i Miecza”. Wskazówkę raczej. Czytając książki „o kulturze” innego kraju, które sprzedają wam pewniki…skończcie teraz i do wora. Są bezwartościowe.
Autorka „Wachlarza” nie prowadzi badań. Opisuje swój pobyt i raczej wrażenia. Zarówno te pierwsze, będące efektem gry specjalnie dla niej, oraz te drugie. Gdy nowi znajomi już do niej przywykli, przestali traktować jak kogoś zupełnie obcego przed kim trzeba grać.
W sumie tak samo jest u nas. Mamy jakieś „tradycje”, które są relatywnie wspólne, na przykład święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Jednak dwa sąsiednie miasta mogą mieć zupełnie różne potrawy i zwyczaje związane z ich obchodzeniem. O strojach „ludowych” nie mówiąc.
I właśnie to spodobało mi się w książce. Jest to maleńki wycinek rzeczywistości, który udało się zobaczyć autorce. Jasne zdarzają się ogólniki, ale nikt nie jest idealny. Tym bardziej warto rzucić okiem na tę pozycję. Lekkość opisu, brak dziwacznego bełkotliwego języka a już na pewno całkowity brak „socjologii”. Książka mnie zachwyciła. A potem przeczytałem…

Rekin z parku Yoyogi

rekin z parku yoyogi

O ile „Japoński Wachlarz” był całkiem niezły tak, tutaj pani Bator zaczęła mnie irytować. Mniej więcej w chwili gdy dumała z Japończykiem nad powojennymi losami jego kraju. Równie dobrze mogła smuteczek wylewać z Niemcem albo Włochem. Tekst o okupacji obcego mocarstwa stanowił już pełne przegięcie. Tak, my Polacy i Japończycy, bratnie dusze okupowane przez wroga…. serio? SERIO?! Może jeszcze niech napisze, że podli amerykańce biednym Japończykom… Równie dobrze mogła by rozpaczać z jakimś Jorge czy innym Hansem. W końcu im też kraj podzielili na strefy wpływów, do tego mur jeszcze dobudowali :/

Tym razem pani autorka przegina. W sumie nie tylko ona. Bardzo dużo osób które wyjechały do Japonii jawnie podziwia ich ksenofobię, niechęć do obcych, która może skutkować nawet tym, że wyproszą cię z restauracji. Wyobraźcie sobie, że wywalam Japończyka z np. knajpy bo przecież oni tylko sake i surowe ryby a u nas nie ma wina z ryżu a na wiśniówkę jeszcze się obrazi czy coś. Nie będzie umiał się zachować w Europie…wiecie jaki krzyk by się podniósł? Natomiast jak Europejczyk musi szukać to wszyscy to chwalą… czego nie rozumiem?

Z siłą wrócił też zachwyt na ryżem z octem vs śledź w śmietanie. Jakoby przaśny. Podaję za PWN

  • «zrobiony z niezakwaszonego ciasta»
  • «prosty, surowy, naturalny»
  • «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie»

Cywilizacyjne zacofanie czy może jednak nie? W końcu – patrz środkowy podpunkt – sashimi jest najbardziej przaśną rzeczą świata. Z resztą sam nie raz napisałem, że dla mnie kuchnia japońska zakrawa o okrucieństwo – „piekielne tofu”. O ile fascynacja czymś jest nie jest zła, to w tej książce pani Joanna przegina. Podejrzewam, że nie czepiałbym się jakoś bardzo, gdyby nie ta zaduma nad wspólnymi losami Polski i Japonii. Dalej jest równie irytująco. Tak na prawdę, to wcale nie jest książka o Japonii. To jest „stereotyp o Japonii”, kontra niemal zmyślone historie o Polakach. Przysłowiowe już rzucanie się na „szwedzki stół”, to nie cecha „cebulandi”. Przerobiłem to na ostatnich wakacjach w Chorwacji. Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi i Włosi, rzucają się na ten stół jak wygłodniałe zwierzęta. Jak któryś miał szerszą klatę to przepychał się nią jak lodołamacz i potem swojej kobiecie demonstrował upolowaną zdobycz. Dodać, że nie mówił po polsku? Może i „nasi” też gnali na punkt 19:00 do stołówki, ale karnie stali sobie w kolejce*
Co więcej, pani Bator chyba dawno w Polsce nie była, bo „włochatych brzuchów” to tutaj nie ma. Rzadko widuję otyłych ludzi po 60tce a tych młodszych pewnie znajdę na siłowni. Irytująca książka. Bardzo wielu fanów Japonii, uważa że Japonia jest tak bezpieczna, że można nocą nie bać się że dostaniesz po ryju. Ponoć 50% przestępstw jest niezgłaszanych. Te popełniane przez osoby do 20 roku życia z napaściami włącznie traktowane są jak te popełnione przez dzieci. Dostajesz w Tokio wklep od kilkunastu gówniarzy z pałami a oni traktują to jak wybryk. Dalej, niezgłaszane są nagminnie przestępstwa na tle seksualnym. Bo oznaczałoby to utratę twarzy kobiety i rodziny. Świat wam coś? Naturalnie nikt kobiety tam nie zabije ani nie wychłosta za to że zgłosiła napaść albo obmacywanie w metrze, ale….ale!

Jeszcze raz: to nie jest książka o Japonii. Joanna Bator napisała coś dziwnego. Socjolog pełen stereotypów i uprzedzeń. A ja ją pochwaliłem. Hańba mi. I na pohybel naukom społecznym.

 

 

*ale żeby być sprawiedliwym, doprowadzali mnie do szału gdy domagali się końca wycieczki pomiędzy wodospadami – oni przebiegli kilkukilometrową trasę po mokrych belkach sprintem! – żeby dopaść do autobusu, otworzyć schowane butelczyny i jazda na kolację na punkt 19!
Ale! Stali karnie jak ołowiane żołnierzyki. Żadnego chowania po torbach. 

Chryzantema i Miecz

chryzantema i miecz

To chyba klasyczna już pozycja jeśli chodzi o Japonię. Trzeba jednak brać pod uwagę bardzo ważny fakt. Autorka nigdy nie była w Japonii. Chyba nawet nie znała japońskiego. Książka jest z tego co pamiętam, raportem napisanym na potrzeby II Wojny Światowej. Siły zbrojne USA potrzebowały jakiegoś opisu, wskazówki jak postępować z Japończykami. Tym bardziej, że negocjacje z nimi były relatywnie trudne, gdyż nawet osaczeni i wycinani w pień nie mieli skłonności do poddania. Przypadki poddania się japońskich żołnierzy były rzadkie a przez wielu nie do końca zrozumiałe. Na przykład ponoć „za Chiny ludowe” nie rozumieli czemu po wzięciu do niewoli Amerykanie nie zabijają ich ani nie torturują do razu. Idea bycia jeńcem była – jakoby – dla nich totalną abstrakcją. Przynajmniej teoretycznie.
W pamięci zapadł mi szczególnie jeden fragment, którego mamy jakoby absolutnie nie zrozumieć. My, ludzie z Zachodu. Otóż – tu pada dużo japońskich nazw – istnieje kilka form obowiązku. Jeden wobec swojego pana, wobec cesarza i wobec szoguna oraz własnego imienia. Jeśli pan wydałby rozkaz przestawiający się dyrektywom szoguna, należało rozkaz spełnić, następnie popełnić samobójstwo a jeśli byłby on hańbiący – wcześniej zemścić, za zgodą szoguna. Tutaj idealnym przykładem będzie legenda o „47 roninach” których pan podstępem został zhańbiony i nakazano mu popełnienie seppuku. Wierni mu wojownicy postanowili – wbrew rozkazowi szoguna – dokonać zemsty na podstępnym urzędniku. Dopinają swego a w zamian za wierną służbę, mogą popełnić seppuku. Naprawdę nie wiem czego tu można nie rozumieć. Identyczny dylemat spotkał Antygonę. Nakaz bogów, nakaz ludzi. Ktoś, coś? To warto wrócić i sobie przypomnieć jeśli nie. Co więcej „obowiązek wobec imienia”, dawał w Europie szlachetnie urodzonym prawo dochodzenia satysfakcji. Regulowały to całkiem złożone kodeksy honorowe.
Ta konkretna książka, skupia się na tych elementach kultury, które mogą pomóc toczyć wojnę przeciwko komuś, kto myśli inaczej. Nie uznaje albo rozumie inaczej pojęcia takie jak „poddać się” albo „więzień”. Co oczywiście jest różnorakie. Teoria swoje a życie swoje. Zapewne archetyp samuraja jest tak samo bliski prawdzie jak archetyp „idealnego rycerza”. Jedni wcielali inni chlali i kombinowali. Jednak tak to jest. Kiedy żyje się w danej kulturze widzi się jej wady, zgrzyty i zardzewiałe tryby. Natomiast z zazdrością patrzymy na wypolerowaną PR i legendą kulturę innego kraju. Czy też religię. Mnich – wojownik z mistycznego Shao lin a nasz dobrotliwy braciszek – piwowar albo jakie tam kto ma złe zdanie 😀 Pojmujecie?

Imperium znaków

imperium znaków

Tu już mamy cięższą pozycję. Nie wiem jak odebrałbym tą książkę przeczytawszy ją na samym początku. Prawdopodobnie jako zbiór dziwacznych, bezsensownych przemyśleń, które autor stworzył nigdy nie będąc nawet w Azji a co dopiero w Japonii**. Praktycznie nie można powiedzieć „o co facetowi chodzi”***.  W zasadzie polecam przeczytać ją na końcu, aby móc wyrobić sobie jakieś zdanie na jej temat. Odnoszę też dość wyraźne wrażenie, że Francuz był zauroczony Japonią i jej pozorną odmiennością. Naprawdę dużo w tym pokrętnej filozofii i semiotyki. Jest to w zasadzie nie traktat o Japonii – żadnej wiedzy o tym kraju z tej lektury nie wyniesiecie – a traktat o znakach. O znaczeniu. Pewnych abstrakcyjnych bytach. Równie dużo tu analizy kultury Zachodu, jej zaborczości oraz pewnej przyjemności z podróżowania w nieznane, kiedy nie znamy języka, nie rozumiemy znaczeń.
Dobrym przykładem niech będzie zdjęcie ogrodu zen, opisane kilkoma słowami. „Gdzie jest człowiek? W pociągnięciu grabi, układzie kamieni”.
Barthes sprawia, że tą wyimaginowaną krainę, hipotetyczny byt, odbieramy jako przeciwstawny „przesyconemu” Zachodowi.

Z jednej strony autor opiewa pałeczki które „nie zadają gwałtu potrawie” a z drugiej omija „piekielne tofu” czy „skaczącą krewetkę”, czyli umiłowanie świeżości, będące dla nas najzwyklejszym okrucieństwem wobec zwierząt. Co bowiem krewetce czy innemu stworzeniu po tym, że go nie krają sztućcami skoro robią mu wiwisekcję, mającą na celu zadbanie by ciągle żyło kiedy będzie spożywane?
Jeśli tą książkę ominiecie, olejecie, lub zignorujecie to nic się nie zmieni. Poza waszym sposobem myślenia 😉 Jest to wysoce abstrakcyjny byt, z dziedziny „nauki” która wniesie coś do waszego życia wtedy i tylko wtedy, gdy bardzo lubicie myśleć, do tego na wysokim poziomie abstrakcji. Jednak w moim odczuciu należy ją przeczytać.

**był, ponoć trzy razy, łącznie przez kilka miesięcy.
***a i później nie bardzo. Autor nie prowadził badań, nie znał języka. Analizował Zachód przez pryzmat „wydaje mi się, że…”.

Kwaidan

kwaidan

Po japońsku słowo to znaczy chyba „opowieści o duchach”. Wszystkie upiorne opowieści o nadprzyrodzonych istotach to kwaidany. Ten cykl jest jednak szczególnie ważny, gdy jest jednym z pierwszych zebranych przez Europejczyka. Dokonał tego Lafcardio Hearn, z pochodzenia Grek a przynajmniej urodził się w Grecji jako syn Irlandczyka i Greczynki. W zasadzie Hearn był jednym z tych Europejczyków, którzy doczekali się w Japonii nawet muzeum a co więcej jest on autorem także licznych książek o samej Japonii, które podobają się samym Japończykom. To dość ważne, gdyż wiele poprzednich dzieł o tym kraju dokonywało ich oceny przez pryzmat kultury europejsko – chrześcijańskiej co było nie w smak głównym zainteresowanym.
Wracając do tematu, kwadian to zbiór opowieści o duchach, zjawach i upiorach. Na podstawie tychże opowieści dość znany reżyser Masaki Kobayashi, nakręcił swój film pod tym samym tytułem: „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Co w jakiś sposób świadczy o tej niepozornej książce. Skoro już jestem przy tym nazwisku Kobayashi, obejrzyjcie film „Bunt” a otrzymacie „ekranizację” antropologicznej książki Benedict – „Chryzantema i Miecz”.

Baśnie japońskie

baśnie japońskie

Nie mam pojęcia w jakim stopniu są one prawdziwe albo chociaż w jakim stopniu są naprawdę „japońskie”. Jest to zbiór dość „wiarygodnie brzmiących” przypowieści, baśni, historii, które bardzo dobrze się czyta. Nic poza tym 😉
Po prostu warto się z nimi zapoznać, podobnie jak z „Księga tysiąca i jednej nocy”.

Księga herbaty

Moja ukochana książka o Japonii. Jest to cieniutka książeczka, która swym tytułem może rodzić mylne wyobrażenia, sprawiając że przed oczami stanie nam monstrualne tomisko, mające bez mała tysiąc stron. Opisano w niej jedną z dwóch rzeczy, w których zakochała się japońska myśl, estetyka a nawet splótł Zen. Jest to traktat o herbacie i filozofii herbaty.
Już kilkukrotnie pisałem o tym swoistym zjawisku, które jest charakterystyczne dla Chin i Japonii.
Między innymi tutaj: Wielki Szlak Herbaciany i tutaj Szlakiem Herbaty. W tychże tekstach wspominam o samej „Księdze Herbaty”, która pozwala w pewien sposób przybliżyć sobie może po trosze kulturę a po trosze filozofię Japonii.
Nie raz pewne trafiliście na trzy elementy takie jak: haiku, herbata i kwiat wiśni. Są one w pewien sposób połączone, gdyż herbatyzm to właśnie filozofia bez mała „impresjonistyczna”. Zachwycenie się chwilą, jej przemijalnością. To poszukiwanie piękna w codzienności ze świadomością, że celem jest dążenie do perfekcji, której nie można odnaleźć ani osiągnąć. Nawet jeśli uda się to zrobić, dzieje się to raz, w danej chwili. Jednorazowo i należy szukać dalej. Nie oznacz to jednak konieczności szukania powiedzmy radości w smogu, bo taka jest codzienności. To umiejętność poszukiwania, zmieniania, lecz czasem w małych rzeczach. Takich właśnie jak czarka herbaty albo kwiat wiśni.
Nawet jeśli mój wywód nie jest wystarczająco „precyzyjny” to trzeba wam wiedzieć, że nie ważne ile przeczytaliście o Zen. Przyjdzie inny uczony mnich i powie jeszcze coś innego. Być może dlatego pojawiają się czasem żarty o mistrzach i uczniach:
„Mistrzu, czemu chrząszcz brzmi w trzcinie?”
„Gdyż żaba poszukuje gwiazd w strumieniu”
Co wcale nie jest nieprawdopodobnym dialogiem, gdy tak o tym czasem myślę.
Mimo to, polecam wam przeczytanie „Księgi herbaty” choćby dla relaksu. Jest to pozycja lekka, przyjemna a przy tym dość istotna nawet gdy od jej publikacji trochę już się zmieniło w Japonii i na świecie.
Na koniec dodam, że napisano ją dla Amerykanów, aby łatwiej zrozumieli Japończyków i nie należy jej mylić z potężnym dziełem Lu Yu poświęconym w całości herbacie.  Natomiast człowiek nazwiskiem Lu Tong, napisał „Pieśń o piciu herbaty”. Dowodzi to jak wielkie znaczenie miał ten niepozorny krzew w kulturze tych krajów. Zapewne wiele się zmieniło od czasów wydania najmłodszej z tych ksiąg. W końcu żaden kraj to nie skansen, który pozostaje niezmienny i obojętny na postęp i nowości.
Jednak chyba pewien sentyment im pozostał, ze względu choćby na lody i sernik – oraz wiele innych słodyczy*- o smaku zielonej herbaty.

*nie wiem czy to jest słodkie. Smak zielonej herbaty dla mnie jest zaprzeczeniem „słodkiego” ale nie jadłem tego to nie wiem 🙂

Na samym początku wspomniałem o pewnej wspólnej cesze trzech z wymienionych książek. Iż niczego nie „definiują”. Jest to o tyle istotne, że świat ciągle się zmienia i chyba byłoby wam…dziwnie, gdyby każdy przybywający do Polski turysta oczekiwał, że na każdym kroku będą siedzieć wąsaci panowie w kontuszach obżerający się pawiami i łabędziami. Przywykliśmy już do Anglii, Francji, Hiszpanii a mimo to dalej wiele osób wybierających się do Japonii oczekuje że po ulicach będą biegać samurajowie, wszyscy biegają w kimonach, a każdemu od razu zafundują gejszę.
Z opowieści wiem, że faktycznie pozostało im zamiłowanie do ich tradycyjnej** kuchni, która nie rzadko dla nas trąci okrucieństwem i bez mała barbarzyństwem.

**Trzeba pamiętać, że „tradycja” japońska została stworzona dekretem w XIX wieku, kiedy to Japonia postanowiła wyzwolić się od Zachodu, czyli USA, które swoimi wpływami wyparło wszystko co tradycyjne. Zebrano zatem najciekawsze elementy i stworzono „tradycję Japonii”. To trochę jakby powiedzieć, że „tradycja Polska” to od dziś wszystko co z regionu Podbeskidzia, pomijając całą resztę kraju.
Ciekawostka: słynne „ostre jak nie wiem co” wasabi to lekki przekręt, bowiem w 90% procentach oszukujemy sami siebie. Kuchnia japońska jest z opisu raczej mdła a ten ich chrzan łagodny. Żeby nam smakował i palił jak należy robią nam go nasze firmy z chrzanu pospolitego, zabarwionego na zielono oraz zaprawionego gorczycą. Ponoć nawet Japończycy mówią o „europejskim wasabi”. Ich nie jest taki ostry. Dlatego moja babcia rozrabiała starty korzeń chrzanu ze śmietaną a rodzice z żurawiną. Inaczej ciężko zjeść więcej niż odrobinę. Natomiast produkty sklepowe zawierają więcej jakiegoś kwasu niż korzenia, a wasabi dużo korzenia i barwnik spożywczy. Tego japońskiego chrzanu to u nas nie ma. A chińskie ciastka z wróżbą pochodzą z USA i w Chinach uchodzą z tradycyjny element kultury Zachodu. O.

Ktoś może zapytać o co chodzi w tej fascynacji tym krajem i tą kulturą? W zasadzie o nic. Nie ma tam chyba nic tak niezwykłego. Podejrzewam, że mi chodzi o herbatę. Nie interesowali mnie nawet zbytnio gdy zacząłem trenować karate. Samo karate wystarczyło. Dopiero herbata skłoniła mnie do bliższego zapoznania się z krajem, który zbudował filozofię i ceremonię wokół naparu, który od dziecka pijam do śniadania i o każdej innej porze dnia 🙂