książki o japonii

Książki o Japonii

Książki o Japonii mają pewną małą wadę: to są książki o Tokio. W zasadzie nawet nie o Japończykach, kulturze, tylko o Tokio. Japonia to bardzo mały kraj i nie może konkurować z USA. Jednak powiedzieć, że Japonia równoznaczna jest z Tokio to jak powiedzieć, że kultura Nowego Jorku jest wiodąca dla całego kraju i pominąć przesiąknięty voodoo folklor mokradeł Luizjany.

Co więcej, specyficzne dla Tokio zachowania, czy zjawiska – lolitki, dziwaczne kawiarnie gdzie nerdów obsługują poprzebierane za XIX wieczne pokojówki kelnerki nie muszą być pochwalane przez mieszkańców Sapporo czy Kogoshimy. Pamiętajcie, 90% informacji poniżej to informacje o Tokio. Naprawdę nie cała Japonia biega z aparatami za lolitkami względnie marzy o pilotowaniu Eva. Spośród wielu wybrałem kilka – w tym dwie „klasyczne” pozycje, ale wszystkie wymienione warto przeczytać, choć z dużą dozą sceptycyzmu Nie sposób bowiem opisać kultury innego kraju w sposób prawdziwy, pozbawiony stereotypów. Stworzyć można jedynie pewien rys kulturowy, który może posłużyć za wprowadzenie. I tak jak żaden Japończyk prawdziwie nie zgłębi kultury Polski, tak my nie zgłębimy prawdziwie kultury Japonii. Kultura bowiem jest doświadczeniem. Najlepszy opis kumite nie odda kumite.

Japoński Wachlarz

japoński wachlarz

Autorka teoretycznie jest socjologiem, choć źródła używają rożnych określeń. Trochę psuje to odbiór książki bo jest w niej kilka uwag…co najmniej dziwnych, a na temat których napisano już nie jedno i to przez ludzi, których przygoda z Japonia jest dłuższa i poważniejsza, ale do tego zaraz dojdziemy. Autorka „Wachlarza” nie prowadzi badań. Opisuje raczej wrażenia z pobytu. Oczywiście obserwacja tego typu jest bardzo ważnym elementem, ale mam wrażenie, że część nie została należycie przemyślana. Zarówno te pierwsze, będące efektem gry specjalnie dla niej, oraz te drugie, gdy nowi znajomi już do niej przywykli, przestali traktować jak kogoś zupełnie obcego przed kim trzeba grać. Czyli mniej więcej tak jak u nas. Problemy z książką są trzy. Jest o Tokio, jest gloryfikująca pomimo kilku krytycznych uwag oraz zawiera sporo mądrzenia się.

Pani Bator należy do „zachłyśniętych Japonią”. Z chwilą gdy próbuje sushi zaczyna jej się wydawać, że spróbowała najwykwintniejszej potrawy świata. Od tego momentu patrzy na ten kraj przez różowe okulary. Co więcej, nie udaje jej się dotrzeć jakoś bardzo daleko w głąb japońskiej kultury. Głównie dlatego, że jest kobietą. Japonia to kraj gdzie kobieta ma raczej niewiele do powiedzenia, choć ulega to zmianom. Mimo to, mężczyznom jest znacznie łatwiej. Zatem to nie jej wina. Tylko Japończyków. Gdy będziecie z zachwytem patrzeć na ten kraj przypomnijcie sobie obserwację, którą poczyniła sama autorka ale którą zignorowała. Japonia to kraj gdzie prawa kobiet są bez mała dopiero w powijakach.

Na plus należy zaliczyć swoistą „impresję”, której ulega autorka. Jest to bardzo subiektywny zapis doznań, przeżyć, wrażeń. Nie można tej pozycji traktować jako przewodnika po Japonii. Raczej po wrażeniach i wyobrażeniach obcej w Japonii. Niestety, Japończyk w Polsce będzie się czuł lepiej, niż Polak w Japonii. Wszystko za sprawą życzliwości samych Japończyków, którzy najzwyczajniej są jednym z najbardziej ksenofobicznych społeczeństw świata. Do jej ważnych obserwacji zaliczyć należy, iż współczesna Japonia jest kawaii. Chodzi o kulturę infantylności i słodyczy, która ogarnia zapracowanych Japończyków. Ich system szkolnictwa sprawia, że wszyscy są identyczni. Robi to ponoć nawet lepiej niż polski, zabijając jakąkolwiek indywidualność. Zatem gdy przedstawiciele kultury zachodniej czasem śnią o powrocie do czasów nastoletnich, Japończycy woleliby wrócić do czasów bez mała niemowlęctwa.

Rzeczą, która podważa zaangażowanie jest wywód o języku angielskim w Kraju Kwitnącej Wiśni. Otóż Japończycy szukając ucieczki, kulturowej wolności i trochę wstydząc się swojej kultury, zaczęli przekształcać język angielski wedle znanych sobie tylko potrzeb i zasad. Małą wpadkę Bator zalicza pisząc o Pocari Sweat. Okazuje się, że nazwa ta, stanowi sprytny zabieg marketingowy. Pozostałe informacje na temat języka znanego jako japanglish, nie są niczym nowym. Choć Japończycy uczą się angielskiego od ponad stu lat, są najgorzej mówiącym w tym języku narodem. Powstał cały specyficzny słownik, zrozumiały głównie dla Japończyków, choć niektóre wyrażenia adaptowane są przez kraje anglojęzyczne. Słowo „anime”, to zjaponizowane „animation”, które następnie wróciło do nas, jako określenie rdzennie japońskich animacji o charakterystycznej stylistyce. Tymczasem w swej ojczyźnie słówko to odnosi się do każdej produkcji animowanej. Osobną kategorię stanowią słowa zapożyczone w prost z języka angielskiego i przekształcone na potrzeby japońskiego sylabiariusza. Hamburger brzmiący jak hambaga, bus brzmiący jak basu czy  beer – biru. Japończycy używają angielskiego bardzo, ale to bardzo specyficznie. Mam wrażenie, że wynika to ze struktury zdania w ich języku, bardzo odmiennej od naszej, przez co my również mówimy dość zabawnie po Japońsku. Z tą różnicą, że my z czasem jesteśmy w stanie opanować gramatykę a przede wszystkim dźwięki. Natomiast Japończycy mają najzwyczajniej problem z nauką wymowy. Słyszałem nawet, że sieć barów szybkiej obsługi „First Kitchen”, znana jest jako, uważajcie, Fakkin. Stanowi to najzwyklejszy skrótowiec, taki sam jak „makudo”, czyli Mc’Donlad’s.

Rekin z parku Yoyogi

rekin z parku yoyogi

O ile „Japoński Wachlarz” był całkiem niezły tak, tutaj pani Bator zaczęła mnie irytować. Mniej więcej w chwili gdy dumała z Japończykiem nad powojennymi losami jego kraju. Równie dobrze mogła smuteczek wylewać z Niemcem albo Włochem. Tekst o okupacji obcego mocarstwa stanowił już pełne przegięcie. Tak, my Polacy i Japończycy, bratnie dusze okupowane przez wroga…. serio? SERIO?! Może jeszcze niech napisze, że podli amerykańce biednym Japończykom… Równie dobrze mogła by rozpaczać z jakimś Jorge czy innym Hansem. W końcu im też kraj podzielili na strefy wpływów, do tego mur jeszcze dobudowali.

Tym razem pani autorka przegina. W sumie nie tylko ona. Bardzo dużo osób które wyjechały do Japonii jawnie podziwia ich ksenofobię, niechęć do obcych, która może skutkować nawet tym, że wyproszą cię z restauracji. Wyobraźcie sobie, że wywalam Japończyka z np. knajpy bo przecież oni tylko sake i surowe ryby a u nas nie ma wina z ryżu a na wiśniówkę jeszcze się obrazi czy coś. Nie będzie umiał się zachować w Europie…wiecie jaki krzyk by się podniósł? Natomiast jak Europejczyk musi szukać miejsca gdzie łaskawie zostanie obsłużony, to wszyscy to chwalą… czegoś nie rozumiem?

Z siłą wrócił też zachwyt na ryżem z octem vs śledź w śmietanie. Jakoby przaśny. Podaję za PWN

  • «zrobiony z niezakwaszonego ciasta»
  • «prosty, surowy, naturalny»
  • «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie»

Cywilizacyjne zacofanie czy może jednak nie? W końcu – patrz środkowy podpunkt – sashimi jest najbardziej przaśną rzeczą świata. Z resztą sam nie raz napisałem, że dla mnie kuchnia japońska zakrawa o okrucieństwo – „piekielne tofu”. O ile fascynacja czymś jest nie jest zła, to w tej książce pani Joanna przegina. Podejrzewam, że nie czepiałbym się jakoś bardzo, gdyby nie ta zaduma nad wspólnymi losami Polski i Japonii. Dalej jest równie irytująco. Tak na prawdę, to wcale nie jest książka o Japonii. To jest „stereotyp o Japonii”, kontra niemal zmyślone historie o Polakach. Przysłowiowe już rzucanie się na „szwedzki stół”, to nie cecha „cebulandi”. Przerobiłem to na ostatnich wakacjach w Chorwacji. Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi i Włosi, rzucają się na ten stół jak wygłodniałe zwierzęta. Jak któryś miał szerszą klatę to przepychał się nią jak lodołamacz i potem swojej kobiecie demonstrował upolowaną zdobycz. Dodać, że nie mówił po polsku? Może i „nasi” też gnali na punkt 19:00 do stołówki, ale karnie stali sobie w kolejce. Doprowadzali mnie do szału gdy domagali się końca wycieczki pomiędzy wodospadami. Oni przebiegli kilkukilometrową trasę po mokrych belkach sprintem, żeby dopaść do autobusu, otworzyć schowane butelczyny i jazda na kolację na punkt 19! Ale! Stali karnie jak ołowiane żołnierzyki. Żadnego chowania po torbach. Co więcej, pani Bator chyba dawno w Polsce nie była, bo „włochatych brzuchów” to tutaj nie ma. Rzadko widuję otyłych ludzi po 60tce a tych młodszych pewnie znajdę na siłowni. Irytująca książka. Bardzo wielu fanów Japonii, uważa że Japonia jest tak bezpieczna, że można nocą nie bać się że dostaniesz po ryju. Ponoć 50% przestępstw jest niezgłaszanych. Te popełniane przez osoby do 20 roku życia z napaściami włącznie traktowane są jak te popełnione przez dzieci. Dostajesz w Tokio wklep od kilkunastu gówniarzy z pałami a oni traktują to jak wybryk. Dalej, niezgłaszane są nagminnie przestępstwa na tle seksualnym. Bo oznaczałoby to utratę twarzy kobiety i rodziny. Świat wam coś? Naturalnie nikt kobiety tam nie zabije ani nie wychłosta za to że zgłosiła napaść albo obmacywanie w metrze, ale…no nie wypada. Bardzo nie wypada. Najlepiej, żeby nie przynosiła tym ujmy ojcu, mężowi, szefowi i wszystkim dookoła. Aha, w Japonii nie ma właściwie czegoś takiego jak prawa kobiet. Joanna Bator napisała coś dziwnego. Socjolog pełen stereotypów i uprzedzeń. A ja ją pochwaliłem. Hańba mi.

Chryzantema i Miecz

chryzantema i miecz

Chyba klasyczna już pozycja jeśli chodzi o Japonię. Idzie ona w parze z publikacjami Lafcadia Hearna, zwłaszcza Rzut oka na nieznaną Japonię albo Japonia, próba interpretacji czy Kokoro, które to uchodzą za wyjątkowe nawet wśród ksenofobicznych Japończyków. Trzeba jednak brać pod uwagę bardzo ważny fakt. Autorka nigdy nie była w Japonii. Nawet nie znała japońskiego. Książka jest z tego co pamiętam, raportem napisanym na potrzeby armii USA, dokładnie okupacji Japonii po zakończeniu II Wojny Światowej. Siły zbrojne potrzebowały jakiegoś opisu, wskazówki jak postępować z Japończykami. Tym bardziej, że ci okazali się bardzo dziwni. Wzięci do niewoli nie chcieli kontaktować się z rodzinami, natomiast bez większych oporów udzielali informacji na temat rozmieszczenia sił Cesarstwa. Zachowanie takie w Europie postrzegane byłoby jako jawna zdrada. Tymczasem część najzagorzalszych japońskich nacjonalistów uznała, że teraz staną się wzorowymi więźniami aby udowodnić japońską wyższość. Przyznacie, że zachowanie takie jest conajmniej dziewaczne. Nie była to bowiem typowa kolaboracja, celem zdobycia powiedzmy dodatkowej miski ryżu a niejako całkowite przyjęcie nowej linii postępowania.

W pamięci zapadł mi szczególnie jeden fragment, którego mamy jakoby absolutnie nie zrozumieć. My, ludzie z Zachodu. Otóż – tu pada dużo japońskich nazw – istnieje kilka form obowiązku. Jeden wobec swojego pana, wobec cesarza i wobec szoguna oraz własnego imienia. Jeśli pan wydałby rozkaz przestawiający się dyrektywom szoguna, należało rozkaz spełnić, następnie popełnić samobójstwo a jeśli byłby on hańbiący, zemścić się, naturalnie za zgodą sioguna. Gdyby ten zaś zgody nie wyraził, należało zemsty dokonać, licząc na możliwość popełnienia seppuku. Tutaj idealnym przykładem będzie legenda o „Czterdziestu siedmiu roninach” których pan podstępem został zhańbiony i nakazano mu popełnienie seppuku. Wierni mu wojownicy postanowili, wbrew rozkazowi sioguna, dokonać zemsty na podstępnym urzędniku. Dopinają swego, w zamian za wierną służbę, mogą odejść z honorem. Czyli z życiem nie ujdą ale ładnie ich zapamiętano, równocześnie nie skazując ich rodzin na hańbę, życie w nędzy. Naprawdę nie wiem czego tu można nie rozumieć. Ludzie w każdej epoce mieli podobne dylematy. Ktoś pamięta Antygonę? Nakaz bogów, nakaz ludzi. Przy czym ów konflikt nie narodził się wraz z tragedią Sofoklesa. On dał tylko mu tylko wyraz. Warto wrócić i sobie przypomnieć. Co więcej „obowiązek wobec imienia”, dawał w Europie szlachetnie urodzonym prawo dochodzenia satysfakcji. Regulowały to całkiem złożone kodeksy honorowe, a nawet gdy formalnie zakazano pojedynków w tym czy innym kraju, szlachetnie urodzeni panowie mieli w zwyczaju ignorować go, właśnie z poczucia obowiązku wobec własnego imienia. Szkoda, że Benedict nie rozwija tego wątku. Ale, pamiętajcie, że książka jest dla Amerykanów na potrzeby wojny. W Europie może łatwiej by było wpleść elementy kultury szlacheckiej w formie wyjaśnienia.

Kolejna rzecz, samurajowie to była naprawdę wredna banda. Cała ta ich wierność wyglądała tak samo jak u nas. Archetyp rycerza idealnego. Najpierw chłopaki zadłużały się u kupców do takiego stopnia, że kupiec stawał się posiadaczem całego majątku takiego delikwenta a następnie umierał. Kupiec. Dobrze cięty. Otóż samurajowie organizowali regularne bunty i rebelie, mające na celu zmuszenie władyków do anulowania im długów. Trzeba też pamiętać, że siogunaty, zwłaszcza Asikaga, bywały chwiejne i słabe. Więc szlachta wyczyniała co się jej żywnie podobało. Jak przegrali? W najlepszym wypadku seppuku. Jak wygrali? Kto osądza zwycięzców. Widzicie, jedna rzecz usprawiedliwia bunt przeciwko panu. Zwycięstwo.

Ta konkretna książka, skupia się na tych elementach kultury, które mogą pomóc toczyć wojnę przeciwko komuś, kto myśli inaczej. Nie uznaje albo rozumie inaczej pojęcia takie jak „poddać się” albo „więzień”. Co oczywiście jest różnorakie. Teoria swoje a życie swoje. Zapewne archetyp samuraja jest tak samo bliski prawdzie jak archetyp „idealnego rycerza”. Jedni wcielali, inni chlali i kombinowali. Jednak tak to jest. Kiedy żyje się w danej kulturze widzi się jej wady, zgrzyty i zardzewiałe tryby. Natomiast z zazdrością patrzymy na wypolerowaną PR i legendą kulturę innego kraju. Czy też religię. Mnich – wojownik z mistycznego Shao lin a nasz dobrotliwy braciszek – piwowar albo jakie tam kto ma złe zdanie. Pojmujecie? Dodatkowo Benedict miała swój olbrzymi udział w tworzeniu się wyobrażenia Japończyka, potomka samurajów, które po wojnie przeniknęło między innymi do teorii japońskości „nihondziron”. Część współczesnego spojrzenia Japończyków na siebie samych stworzyła Amerykanka na potrzeby sił okupacyjnych. Ot, globalizacja.

Imperium znaków

imperium znaków

Tu już mamy cięższą pozycję. Nie wiem jak odebrałbym tę książkę przeczytawszy ją na samym początku. Prawdopodobnie jako zbiór dziwacznych, bezsensownych przemyśleń, które autor stworzył nigdy nie będąc nawet w Azji a co dopiero w Japonii. Okazuje się, że był i to kilka miesięcy. Praktycznie nie można powiedzieć „o co facetowi chodzi”. W zasadzie polecam przeczytać ją na końcu i to z dwóch powodów. Ona nie jest o Japonii. „Imperium znaków” to dzieło z zakresu filozofii i semiotyki. Japonia zaś pełna jest wieloznacznych znaków, które są trudne do odczytania. Odnoszę też dość wyraźne wrażenie, że Francuz był zauroczony Japonią i jej pozorną odmiennością. Żadnej jednak konkretnej wiedzy o tym kraju z tej lektury nie wyniesiecie. O znakach, o znaczeniu już owszem. Pewnych abstrakcyjnych bytach. Równie dużo tu analizy kultury Zachodu, jej zaborczości oraz pewnej przyjemności z podróżowania w nieznane, kiedy nie znamy języka, nie rozumiemy znaczeń. Dobrym przykładem niech będzie zdjęcie ogrodu zen, opisane kilkoma słowami. „Gdzie jest człowiek? W pociągnięciu grabi, układzie kamieni”. Barthes sprawia, że tą wyimaginowaną krainę, hipotetyczny byt, odbieramy jako przeciwstawny „przesyconemu” Zachodowi.

Z jednej strony autor opiewa pałeczki które „nie zadają gwałtu potrawie” a z drugiej omija „piekielne tofu” czy „skaczącą krewetkę”, czyli umiłowanie świeżości, będące dla nas najzwyklejszym okrucieństwem wobec zwierząt. Co bowiem krewetce czy innemu stworzeniu po tym, że go nie krają sztućcami skoro i tak robią mu wiwisekcję, mającą na celu zadbanie by ciągle żyło kiedy będzie spożywane? Jeśli tą książkę ominiecie, olejecie, lub zignorujecie to nic się nie zmieni. Poza waszym sposobem myślenia. Jest to wysoce abstrakcyjny byt, z dziedziny „nauki” która wniesie coś do waszego życia wtedy i tylko wtedy, gdy bardzo lubicie myśleć, do tego na wysokim poziomie abstrakcji. Jednak w moim odczuciu należy ją przeczytać.

Kwaidan

kwaidan

Po japońsku słowo to znaczy chyba „opowieści o duchach”. Wszystkie upiorne opowieści o nadprzyrodzonych istotach to kwaidany. Ten cykl jest jednak szczególnie ważny, gdy jest jednym z pierwszych zebranych przez Europejczyka. Lub Amerykanina. Dokonał tego Lafcardio Hearn, z pochodzenia Grek a przynajmniej urodził się w Grecji jako syn Irlandczyka i Greczynki. W zasadzie Hearn był jednym z tych Europejczyków, którzy doczekali się w Japonii nawet muzeum a co więcej jest on autorem także licznych książek o samej Japonii, które podobają się samym Japończykom. Głownie dlatego, że rozpływa się w zachwycie. To dość ważne, gdyż wiele poprzednich dzieł o tym kraju dokonywało ich oceny przez pryzmat kultury europejsko – chrześcijańskiej co było nie w smak głównym zainteresowanym. Hearn raczej stara się tego unikać, co trochę balansuje jego zachwyty. Wracając do tematu, kwadian to zbiór opowieści o duchach, zjawach i upiorach. Na podstawie tychże opowieści dość znany reżyser Masaki Kobayashi, nakręcił swój film pod tym samym tytułem: „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Co w jakiś sposób świadczy o tej niepozornej książce. Skoro już jestem przy tym nazwisku Kobayashi, obejrzyjcie film „Bunt” a otrzymacie „ekranizację” antropologicznej książki Benedict – „Chryzantema i Miecz”. Nie wiem czemu wybrałem akurat Kwaidan, bo na zdecydowanie większą uwagę zasługują Rzut oka na nieznaną Japonię albo Japonia, próba interpretacji. Są jednak na tyle interesujące, że postanowiłem poświęcić im osobny wpis.

Baśnie japońskie

baśnie japońskie

Nie mam pojęcia w jakim stopniu są one prawdziwe albo chociaż w jakim stopniu są naprawdę „japońskie”. Jest to zbiór dość „wiarygodnie brzmiących” przypowieści, baśni, historii, które bardzo dobrze się czyta. Nic poza tym. Po prostu warto się z nimi zapoznać, podobnie jak z „Księga tysiąca i jednej nocy”.

Księga herbaty

Podziwiając kulturę Japonii, podziwiasz kulturę niechęci wobec Ciebie

Moja ukochana książka o Japonii, choć być może nie powinna. Autor bowiem stoi też za ważniejszymi nacjonalistycznymi dziełami ówczesnej Japonii, okresu Meji. Już ta pozycja zawiera pewną dozę wyższości nad innymi kulturami. Tyle tylko, że Japończycy na wydziałach nauk społecznych długo a w tamtym okresie szczególnie, ukochali sobie opracowywanie teorii japońskości, czyli dlaczego Japończycy rządzą światem pod każdym względem. Ot, taki tam naukowy rasizm połączony z nacjonalizmem.

Jest to cieniutka książeczka, która swym tytułem może rodzić mylne wyobrażenia, sprawiając że przed oczami stanie nam monstrualne tomisko, mające bez mała tysiąc stron. Opisano w niej jedną z dwóch rzeczy, w których zakochała się japońska myśl, estetyka a nawet splótł Zen. Jest to maleńki przewodnik o herbacie i filozofii herbaty. Już kilkukrotnie pisałem o tym swoistym zjawisku, które jest charakterystyczne dla Chin i Japonii. Właściwie kultura herbaty ma swoje korzenie w Chinach. Japończycy mówi się, doprowadzili do perfekcji osiągnięcia Chińczyków, ale ich książki a raczej broszurki o herbacie nijak mają się do wielkich filozoficznych dzieł Chińczyków.

Między innymi tutaj, Wielki Szlak Herbaciany i tutaj Szlakiem Herbaty. W tychże tekstach wspominam o samej „Księdze Herbaty”, która pozwala w pewien sposób przybliżyć sobie może po trosze kulturę a po trosze filozofię Japonii. Nie raz pewne trafiliście na trzy elementy takie jak: haiku, herbata i kwiat wiśni. Są one w pewien sposób połączone, gdyż herbatyzm to właśnie filozofia bez mała „impresjonistyczna”. Zachwycenie się chwilą, jej przemijalnością. To poszukiwanie piękna w codzienności ze świadomością, że celem jest dążenie do perfekcji, której nie można odnaleźć ani osiągnąć. Nawet jeśli uda się to zrobić, dzieje się to raz, w danej chwili. Jednorazowo i należy szukać dalej. Nie oznacz to jednak konieczności szukania powiedzmy radości w smogu, bo taka jest codzienności. To umiejętność poszukiwania, zmieniania, lecz czasem w małych rzeczach. Takich właśnie jak czarka herbaty albo kwiat wiśni.
Nawet jeśli mój wywód nie jest wystarczająco „precyzyjny” to trzeba wam wiedzieć, że nie ważne ile przeczytaliście o Zen. Przyjdzie inny uczony mnich i powie jeszcze coś innego. Być może dlatego pojawiają się czasem żarty o mistrzach i uczniach:

„Mistrzu, czemu chrząszcz brzmi w trzcinie?”
„Gdyż żaba poszukuje gwiazd w strumieniu”

Co wcale nie jest nieprawdopodobnym dialogiem, gdy tak o tym czasem myślę.
Mimo to, polecam wam przeczytanie „Księgi herbaty” choćby dla relaksu. Jest to pozycja lekka, przyjemna a przy tym dość istotna nawet gdy od jej publikacji trochę już się zmieniło w Japonii i na świecie. Na koniec dodam, że napisano ją dla Amerykanów, aby łatwiej zrozumieli Japończyków i nie należy jej mylić z potężnym dziełem Lu Yu poświęconym w całości herbacie.  Natomiast człowiek nazwiskiem Lu Tong, napisał „Pieśń o piciu herbaty”. Dowodzi to jak wielkie znaczenie miał ten niepozorny krzew w kulturze tych krajów. Zapewne wiele się zmieniło od czasów wydania najmłodszej z tych ksiąg. W końcu żaden kraj to nie skansen, który pozostaje niezmienny i obojętny na postęp i nowości. Jednak chyba pewien sentyment im pozostał, ze względu choćby na lody i sernik, oraz wiele innych słodyczy, o smaku zielonej herbaty. Nie wiem czy to jest słodkie. Smak zielonej herbaty dla mnie jest zaprzeczeniem „słodkiego” ale nie jadłem tego to nie wiem.

Podsumowanie

Na samym początku wspomniałem o pewnej wspólnej cesze trzech z wymienionych książek. Iż niczego nie „definiują”. Jest to o tyle istotne, że świat ciągle się zmienia i chyba byłoby wam…dziwnie, gdyby każdy przybywający do Polski turysta oczekiwał, że na każdym kroku będą siedzieć wąsaci panowie w kontuszach obżerający się pawiami i łabędziami. Przywykliśmy już do Anglii, Francji, Hiszpanii a mimo to dalej wiele osób wybierających się do Japonii oczekuje że po ulicach będą biegać samurajowie, wszyscy biegają w kimonach, a każdemu od razu zafundują gejszę. Z opowieści wiem, że faktycznie pozostało im zamiłowanie do ich tradycyjnej kuchni, która nie rzadko dla nas trąci okrucieństwem i bez mała barbarzyństwem. Trzeba pamiętać, że „tradycja” japońska została stworzona dekretem w XIX wieku, kiedy to Japonia postanowiła wyzwolić się od Zachodu, czyli USA, które swoimi wpływami wyparło wszystko co tradycyjne. Zebrano zatem najciekawsze elementy i stworzono „tradycję Japonii”. To trochę jakby powiedzieć, że „tradycja Polska” to od dziś wszystko co z regionu Podbeskidzia, pomijając całą resztę kraju. Ciekawostka: słynne „ostre jak nie wiem co” wasabi to lekki przekręt, bowiem w 90% procentach oszukujemy sami siebie. Kuchnia japońska jest z opisu raczej mdła a ten ich chrzan łagodny. Żeby nam smakował i palił jak należy robią nam go nasze firmy z chrzanu pospolitego, zabarwionego na zielono oraz zaprawionego gorczycą. Ponoć nawet Japończycy mówią o „europejskim wasabi”. Ich nie jest taki ostry. Dlatego moja babcia rozrabiała starty korzeń chrzanu ze śmietaną a rodzice z żurawiną. Inaczej ciężko zjeść więcej niż odrobinę. Natomiast produkty sklepowe zawierają więcej jakiegoś kwasu niż korzenia, a wasabi dużo korzenia i barwnik spożywczy. Tego japońskiego chrzanu to u nas nie ma. A chińskie ciastka z wróżbą pochodzą z USA i w Chinach uchodzą z tradycyjny element kultury Zachodu. O.

Ktoś może zapytać o co chodzi w tej fascynacji tym krajem i tą kulturą? W zasadzie o nic. Nie ma tam chyba nic tak niezwykłego. Podejrzewam, że mi chodzi o herbatę. Nie interesowali mnie nawet zbytnio gdy zacząłem trenować karate. Samo karate wystarczyło. Dopiero herbata skłoniła mnie do bliższego zapoznania się z krajem, który zbudował filozofię i ceremonię wokół naparu, który od dziecka pijam do śniadania i o każdej innej porze dnia.