Czajnikowy.pl opublikował swego czasu niezły tekst o fałszowaniu herbaty. Jako towar luksusowy warta była ryzyka odsiadki a nawet i trupów. Często gęsto aby spreparować liście używano chemicznych ingrediencji takich jak ołów aby nadać pożądany kolor. Czytając takie doniesienia, można uwierzyć, że nasi sąsiedzi zza Olzy podrabiają whisky spirytusem, aromatem i wyciągiem z rdzy. Z resztą ilość trujących mieszanek była spora. Nie zawsze zabójcza, ale na pewno nie wychodziło to na zdrowie. A czy dziś ktoś jeszcze fałszuje herbatę? 

Jak drzewiej bywało

Macie tutaj albo tutaj. Natomiast dziś sytuacja wygląda troszkę inaczej, bo nie fałszuje się już liści herbaty prażonymi liśćmi czarnego bzu a zwyczajnie kiwa klientów na składzie herbaty.

Angielskie śniadanko

Cholera jasna, jedno jest pewne! Herbata z tą nazwą nie może składać się z herbaty afrykańskiej wyłącznie! 

Zacznijmy od najpowszechniejszych prób wprowadzenia nas w błąd. Herbata znana jako Angielska Śniadaniowa albo Angielskie śniadanie, powinna składać się ze herbaty… no właśnie jakiej? Przepis na herbatę pochodzi jakoby z USA a nie ze Zjednoczonego Królestwa, co więcej jedni mówią Indyjska, Lankijska i Afrykańska ale data pierwszego sporządzenia przeczy dacie założenia pierwszych plantacji w Afryce. Zatem może Chiny i Indie? Indie i Sri Lanka? Cholera jasna, jedno jest pewne! Herbata z tą nazwą nie może składać się z herbaty afrykańskiej wyłącznie! 

Tymczasem nie dość, że w sklepach dostępne są herbaty afrykańskie, których nazwa wskazuje na inną zawartość, to jeszcze jest tam tylko 98% herbaty! Reszta to aromaty. Z bardzo podejrzanym aromatem z esencji liści herbacianych na czele. Co to jest? Naturalny – słyszałem o takim – czy jakiś dziwny wyrób? Aromacik ów ma sprawić, że mieszanka nabierze charakterystycznego przyjemnego zapachu i smaku. Bo smakuje to troszkę podobnie do mieszkanki Chiny – Indie, a równocześnie diametralnie inaczej od mieszanki tych samych afrykańskich herbaty z tych samych plantacji tegoż producenta. Zatem oprócz aromatu, jest tam jeszcze jakiś składnik zapewniający smak, o którym producent nie zająknął się nawet pisząc skład na opakowaniu.

Herbata z Czarnego Lądu jest raczej płytka w smaku, bez jakichś walorów do rozwodzenia się nad nimi. Ot, parzysz, pijesz, dziękuję. Dobra do cukru i cytryny. Zdecydowanie nie może jednak być herbatą z English Breakfast w nazwie.

Aromaty

Черный чай с ароматом бергамота

No właśnie, co z nimi? Można trafić na rynku na herbaty aromatyzowane całkiem nieźle np. mleczny oolong. Ten prawdziwy, swój aromat zawdzięcza warunkom i ewolucji szczepu herbacianego. Jednakże nie ma go na świecie zbyt wiele. Pozostaje zatem aromatyzowanie. Pół biedy gdy korzystają z mleka. Ot gotują mleko pod herbatą, ta naciąga jego zapachem. Gorzej, gdy używają sztucznych aromatów o zapachu gumy do żucia. O ile osobiście aromatyzowanie mlekiem nie jest przeze mnie uznawane za fałszerstwo, tak dodawanie jakichś chemicznych związków już tak. Tymczasem producenci skąpią nam informacji co z tą herbatą robili. A to bardzo nie ładnie.

Najgorszym aromatem jaki spotkałem było coś o zapachu gumy balonowej. Miała być bergamotka a wyszło jakieś dziwo. Co więcej, wiele herbat tak ulepszonych opisanych jest sporymi bukwami naszego wschodniego sąsiada. Jest to o tyle nieprzyjemne, że znam wiele herbat paczkowanych, które są naprawdę smaczne i również posiadają opis tylko po rosyjsku.

Sencha z Indii

Indie o ile wiem, nie produkują Senchy. Jest to herbata charakterystyczna dla Japonii, wytwarzana także w Chinach. Jednakże chińska Sencha różni się od japońskiej zapachem i smakiem. Tymczasem ostatnio dostałem torebkę japońskiej Senchy ze znanej sieci herbaciarni i trochę zgłupiałem.

Smakowała i pachniała jak najtańsza lankijska, sprzedawana w marketach. Zaparzyłem kilka razy, wąchałem i próbowałem. Nadal to samo. Zero charakterystycznego warzywnego – choć moja mama zawsze mówi, że jej ta herbata śmierdzi rybą 😛 – aromatu i smaku. Cholera wie co to były za liście. Wiem, że herbaty są kapryśne i pomiędzy rocznikami, zbiorami, różnią się smakiem. Jednak tak drastyczna różnica, żeby japońska Sencha smakowała jak najtańsza cejlońska? Bardzo nie ładnie.

Herbata z…

skąd tam lubicie. Patrzcie jednak na skład, bo widywałem już paczki w których główna herbata, czyli ta której nazwa znajdowała się na opakowaniu, stanowiła tylko 51% zawartości opakowania. Wiem, że dużo osób lub herbatę ekspresową, bo idealnie nadaje się do bura, do termosu czy na ognisko, właśnie przez wygodę transportu. Problem w tym, że herbata indyjska powinna składać się z herbaty indyjskiej. Dowolnej indyjskiej, ale bez dodatków np. lankijskiej, afrykańskiej i chińskiej czy co tam producent tanio kupił! To już jakieś przegięcie 😉 Herbaty mają swoje niejasne podziały, ale bez przesady. Formalnie herbata lankijska to herbata po prostu ze Sri Lanki.

Może być mieszana ze zbiorów z różnych okresów, różnych plantacji. Może pochodzić w całości z jednej plantacji. Nie może być tak, że herbata lankijska oznacza 51% ze Sri Lanki a resztę kto tam wie skąd. A i takie patenty się zdarzają. Naturalnie jest to zapisane tak małymi literkami, że nie większość osób tego nie odczyta. I potem mamy coś na kształt Rosyjskiej Karawany. Wszystko w jednym 😉

Fałszerze herbaty

Nie fałszuje się już dzisiaj liści a wprowadza w błąd kupującego poprzez skład mieszanki, rodzaj, jakość. Zawsze przed zakupem herbaty przeczytajcie jej skład

 

Choć dziś nikt trocinami herbaty już nie rozcieńcza, czarna jest czarna, zielona zielona, to często może się zdarzyć, że dostaniemy dużo tańszą herbatę w miejsce lepszej. Czasem też producent herbaty postanowi sprzedać swoją niezbyt smaczną mieszkankę pod szlachetną nazwą a do tego dowali nam jeszcze aromatów, chwaląc się tym na opakowaniu jakby podnosił jakość bogowie wiedzą jak. Taniej po prostu aromatyzować herbatę nadając jej pożądane walory niż stworzyć uczciwą mieszkankę, której grupa docelowa mogłaby nie kupić.

fot. w nagłówku freepik.com