O dobrej robocie – spotkałem Janusza Kotarbińskiego

Dziś pogadamy sobie o dobrej robocie a raczej wyobrażeniu dobrej roboty wśród co poniektórych grup. Będzie trochę o mentalności, trochę o moralności a przede wszystkim o dziwacznych negocjacjach mających na celu deprecjonowanie cudzej pracy celem otrzymania jej za najniższą możliwą cenę.

Istnieje specyficzna kategoria ludzi, których mentalność, jest dla mnie zagadką. Rozwodzą się o uczciwości, honorze, zasadach i wartościach moralnych, których my, kolejne gorsze pokolenie nie znamy. Dowodzą jak należy postępować, próbują nas przekonać do swoich racji. Dziś moi kochani, opowiem Wam jak spotkałem Janusza Kotarbińskiego i jak wysłuchałem wywodu o dobrej robocie 😉

O dobrej robocie

Wąsaty jegomość, tłumaczył mi był za co chętnie zapłaci. Żadna z czynności przeze mnie zaoferowanych z racji wykonywanego zawodu, nie została uznana za godną otworzenia portfela ani wykonania przelewu. Patrząc mi prosto w oczy, choć moje spojrzenie coraz bardziej traciło na ostrości, oraz wymownie gestykulując tłumaczył mi czymże jest dobra robota. A powiem Wam, że przygotowany miał traktat nielichy, oj nielichy.

Padały argumenty, oblicze Janka radowało się coraz bardziej, gdyż widząc moje zniechęcenie był coraz bardziej przekonany, że udało mu się mnie przekonać. Przekonywał mnie, że moja praca, praca fotografa pracą nie jest i nie powinienem z przyzwoitości brać za to pieniędzy. Nie czuje on bowiem za co płaci. Wykładał mi, iż nie jest moralnym domagać się pieniędzy za coś takiego. Dowodził był, iż są rzeczy za które on płaci i są rzeczy które człowiek mojego pokroju winien dlań za darmo wykonać. Dobra robota uważacie, to taka gdzie pot, krew i łzy mieszają się hukiem i trzaskiem maszyn jakowychś, przy których chłop powinien stać. Ożywiłem się na chwilę, gdy nieopacznie wyjawił iż sam piastuje raczej kierownicze stanowisko, które utrudnia mu brudzenie sobie rąk.

Mina moja smutniała z każdą chwilą, traciłem kontakt wzrokowy. Podobno gdy w trakcie rozmowy opuszczamy wzrok, jest to znak iż nasz mózg nie nadąża za interlokutorem. Fakt, ilość bzdur która padała z jego ust mnie przytłoczyła. Roztrząsałem wówczas wielce doniosły problem soclologiczno – psychologiczny, który ubrany w formę referatu z całą pewnością przysporzyłby mi pewnego uznania.

Tytuł jego brzmiał: co ja tu jeszcze robię?

Niestety moja nieobecność i umysłowe niedomaganie zostały wzięte przez domorosłego logika, za dobrą monetę. Zaproponował wysokość mojego wynagrodzenia gdzieś na poziomie złotych dwustu, brutto, i jął dowodzić dalej, iż niegodnym jest się nachapać. Kto to bowiem widział by za jedno zlecenie, tyle brać! Toż trzeba się narobić, lepiej zrobić dwadzieścia zleceń po dwieście niż jedno za kwotę większą.

Janusz

Zawsze mnie zastanawiało, skąd biorą się ludzie, którzy uważają, że należy im się coś za darmo. Rozumiem negocjować, targować się. Jest to w jakiś sposób naturalna rzecz, znana od chwili gdy wymyśliliśmy jako gatunek – handel. Nie rozumiem jednak, co kieruje ludźmi by obrażając drugą stronę, dowodzą iż to co robią nie jest pracą i należy wykonać ją nieodpłatnie.
Żeby tylko to robili! Widziałem jak na kalkulatorach obliczają prowizje, z oburzeniem rzucają iż tak dużo to wstyd, nie wolno tyle zarabiać. Grzech. Następnie dowodzą iż nalezy im podnieść pensyje, najlepiej urzędowo, bo praca za darmo to nie praca!

No właśnie, grzech. Osoby te zawsze kreują się na bardzo bardzo moralne, cokolwiek to znaczy. Ich życie nacechowane jest honorem godnym rycerza idealnego, tymczasem to najczęściej oni odwołując się do sumienia, poczucia wstydu i godności próbują wyżebrać coś za darmo. Bogaty nie jestem, dużo nie zarabiam ale nigdy mi przez gardło nie przeszło czy mógłbym dostać coś za darmo.

W pełni rozumiem negocjowanie ceny czy warunków współpracy. Nie potrafię jednoznacznie zrozumieć potrzeby otrzymywania czegoś za darmo. Właściwie nawet pytanie o coś “za darmo” nie jest tak irytujące jak długi umoralniający traktat o dobrej robocie, do której wasza, nasza, moja się nie kwalifikuje, przez co jest niegodną otrzymania zapłaty z rąk jaśniepana. Zdarzają się jeszcze telefony z hojną ofertą

Chcę Pana zatrudnić, ale niech kupujący Panu zapłaci

I wystarczy wtedy odłożyć słuchawkę, albo chwilę pogadać by sprawę wyjaśnić. Tymczasem gdy musi człowiek posłuchać, patrzącego prosto w oczy, cynicznie uśmiechającego się jegomościa, który dowodzi jak bardzo jesteś z jednej strony bezwartościowy a z drugiej bez mała grzeszny i amoralny to coś się w człowieku gotuje.

Dobra robota

Dobra robota, to moi mili jak wspomniałem krew pot i łzy. Już kiedyś wspomniałem o takim przypadku w innym, tekście gdy opowiadałem Wam o pijackich wywodach jednego dżentelmena, który domagał się czterdziestu tysięcy zdjęć w ramach reportażu ślubnego. Chodzi bowiem nie o efekt pracy, ale robotę samą w sobie. Wypadałoby tego elektryka pogonić, bo instalację w kuchni położył kilka godzin. Tymczasem robić, powinno się od 8 do 16, byle robić. Co z tego, że zrobił to dobrze i szybko – potrafię to w miarę ocenić – dzięki czemu mogłem zabrać się za remont kuchni? Nie narobił się! Wypadałoby nie zapłacić…

Nie chodzi zatem o jakość pracy. Chodzi tylko i wyłącznie o to, by wykonawca był zmęczony, styrany, zharowany. Pomyślcie jak nieefektywna musi być praca kogoś, kto wprawdzie ze swoją robotą uwija się w dwie godzinki, ale siedzieć musi bezproduktywnie od tej ósmej do szesnastej i ciągle powtarzać, jak bardzo jest zarąbany robotą. Dobra robota, szanowni Państwo nie koniecznie jest produktywna. Dobrą jest taka, która daje poczucie, że płaci się za czyiś wysiłek, ciężką fizyczną pracę.

 

fot. w nagłówku Designed by www.slon.pics / Freepik