galeria sztuki

Wyprawa do galerii – czyli gdzie obcować ze sztuką

Internet to cudowny wynalazek. W zasadzie nie ma nic lepszego. Tym bardziej jeśli ktoś przejawia silne zachowania introwertyczne i nie specjalnie radził sobie w czasach przed. Patrz ja. Zastanawiam się, czy w dobie powszechnej cyfryzacji wyjście do galerii ma jeszcze sens?

Galeria sztuki

Coraz więcej galerii udostępnia swoje zbiory online. O ile pamiętam to chyba Walter Beniamin, uważał że swoista aura dzieła sztuki rozmywa się poprzez powielanie. Widać nie do końca przemyślał ideę fotografii. Tymczasem możliwość obejrzenia zbiorów tego czy innego muzeum dzięki chociażby wirtualnej wycieczce, sprawia że więcej osób ma do nich dostęp. I wcale nie chodzi o kwestie finansowe, ale najzwyczajniej o miejsce i czas. W tym wypadku akurat w przeciwieństwie do niemieckiego filozofa nie mam na myśli nic wzniosłego. Serio, nie mam czasu żeby co chwila jeździć do Warszawy, tym bardziej że wyprawa do stolicy tego cudownego kraju kosztuje krocie. Zatem jednak chodzi o kwestie finansowe. No proszę.

Zacznijmy od galerii jako takiej. Instytucje kultury, mają teoretycznie jedną zaletę. Możemy liczyć na lepszy niż w Internecie wybór prac i artystów. Media społecznościowe takie jak YT czy Instagram, nie próbują nas zaskoczyć. Coraz lepsze algorytmy, będą niezmordowanie starały się utrzymać twoją uwagę dzięki czemuś, co można określić efektem czystej ekspozycji. Bodziec nie musi być ten sam, może być bliźniaczo podobny. Zobaczcie, czym bombardują nas portale fotograficzne. Chodzi tylko o utrzymanie naszej uwagi. Za wszelką cenę, nie można dopuścić by czytelnik poczuł się źle, chyba że wyczują spadek zainteresowania w postaci interakcji. Wówczas porzucą coś kontrowersyjnego.

Niezależna – czytaj niezależna od prawideł rynku – instytucja kultury, nie musi walczyć o zysk. Przynajmniej nie powinna. W idealnym świecie, pozwala jej to na promowanie takich artystów, których twórczość może nie trafiać do popularnych mediów. Wyprawa do instytucji jaką jest galeria sztuki to pewien przymus oglądania co kurator uznał za warte obejrzenia. I tyle by było w kwestii ideałów. Większość z nas nie lubi eksperymentów. Zatem ma galeria nad Internetem przewagę. Co w sytuacji gdy galeria przenosi swoje zbiory, wystawy do Internetu?

Dres kontra koszula

Ma zatem galeria czy muzeum przewagę nad wszelkimi masowymi formami informowania w postaci tego, że nie musi się liczyć z dyskomfortem widza. Może narażać go na dyskomfort obcowania z czymś nieprzyjemnym. O ile wystawa może zostać dobrze i podstępnie rozpromowana zachęcając do wejścia, tak po przekroczeniu progu galerii może już widza zaskoczyć. Z budynku ciężej wyjść zaraz po wejściu. Przeważnie widz musi tam chwilę spędzić. W Internecie wystarczy zamknąć kartę by opuścić nieprzyjemne miejsce.

Cała radość z wyjścia do galerii wynika z tego, że trzeba wstać i wyjść, jest to czas, pozwalający wpatrywać się w jedną pracę i po prostu o niej myśleć nie będąc ponaglanym informacją o nowych postach. Pozorne towarzystwo innych jest mniej rozpraszające niż oglądanie w Sieci. Z drugiej strony, wystawę trzeba zorganizować, trzeba się do galerii dostać. Zatem jesteśmy ograniczeni osobą gatekeepera, który decyduje co i kiedy oglądamy. Algorytmy FB pełnią podobną zasadę. Właściwie ciężko się tego strażnika pozbyć. Nie ważne gdzie w Internecie szukacie nowych nazwisk, ale zawsze jest ktoś albo bezosobowe coś, kto decyduje o kim przeczytacie o kim usłyszycie. Zatem na jedno wychodzi.

Kolejną kwestią jest, że tak to ujmę, głębokość szukania. Surfowanie w Sieci okazało się jedną z najtrafniejszych metafor jakie kiedykolwiek ukuto. Początkowo termin ten miał być raczej modną nazwą, nowej aktywności, formy spędzania czasu. Tymczasem surfowanie polega przeważnie na ślizganiu się po powierzchni. Bywa niebezpieczne, emocjonujące ale to co najciekawsze kryje się w głębinie. Internauci ślizgają się po falach informacji dostępnych w Internecie, nie potrafiąc często gęsto ich szukać. Zatem dla nich galeria często bywa pewnym odkryciem. Ci, którzy szukać potrafią często są znudzeni, bowiem znają prace artysty od dłuższego czasu i ekspozycja nie robi na nich większego wrażenia.

Rytuały podziwiania

Być może wszystko rozbija się o podejście. Jakby nie było, wystawa prac w galerii ma w sobie coś magicznego. Niby archaiczne, niby niedzisiejsze ale ma w sobie taką dozę…ekskluzywności, pewnego rytuału. Sam zawsze powtarzam, że gdyby nie cyfra to omijałbym fotografię szerokim łukiem. Nie lubię babrać się w odczynnikach i siedzieć w ciemni. Nie lubię i już. Jednak dobra odbitka ma w sobie “coś”. Swoje zdanie o papierze wyraziłem już kiedyś w innym wpisie. W galerii prace są zazwyczaj dobrze przygotowane i wyeksponowane. Żaden Eizo czy inny LaCie nie da Wam tej radości. Choćby i 50 calowy – a bez urazy, raczej niewielu z nas ma do dyspozycji 50 calowe wypasione ekrany. Zastanowiwszy się jednak nad postulatem z pierwszego akapitu, być może jest to przeżytek. Snobizm, który warto odstawić do lamusa? Czas pokaże, choć podejrzewam że wielu twórcom przejście na cyfrowe ekspozycje będzie nie w smak, zważywszy na filozofię ich twórczości. Często fotografowie pracujący z technikami analogowymi lub jak kto woli tradycyjnymi nie przepadają za cyfryzacją ich prac, przez co w Internecine dostępne są jedynie promujące wystawy reprodukcje pojedynczych dzieł albo te zamieszczane w tekstach na ich temat.

Myślę, że źle stawiamy pytanie, zła jest argumentacja. Nie o to bowiem chodzi by spierać się co jest lepsze, co bardziej wygodne, co elegantsze. Chodzi o rozwój ilości doświadczeń. Oba są różne jakościowo, towarzysko a tym samym społecznie. Nie rezygnuję z kina bo mam kino domowe, nie rezygnuję z koncertu bo mam transmisję na żywo albo odtwarzacz. Być może zamiast w benjaminowskim kontekście materialności powinniśmy galerie i muzea rozpatrywać w kontekście towarzyskości, ale bez wdawania się w jałowe spory o tym czy media społecznościowe zabijają kontakty międzyludzkie. Nie w tym rzecz. Raczej w ilości możliwych doświadczeń.