To taki zwrot, który wyrobił sobie pewną popularność w Polsce, ale nie dorobił się żadnego sensownego tłumaczenia. W skrócie jest to zestaw praktyk, które mają na celu przygotowanie wnętrza do sfotografowania i sprzedania.  Wybaczcie mi też, jeśli reszta wpisu będzie zawierała dobrną dozę lokowania usług, ale to są rzeczy przy których pracuję więc trochę mi ciężko zupełnie to oddzielić. Wybaczycie? To zapraszam dalej.

Gdy zaczynałem przygodę z fotografią architektury, nie spodziewałem się że regularnie będę zaglądał do sklepów z wyposażeniem wnętrz i magazynów tzw. wnętrzarskich. Serio. Zaczynając miałem na myśli bardziej to

niż to.

W końcu gdy pierwszy raz sięgasz po aparat to nie pragniesz fotografować dla Tu Jakiś Tytuł. A może chcesz? Jak chcesz to sorry, czasem introspekcja sięga zbyt głęboko 🙂
Jednakże marzyłem raczej o wyszukiwaniu niezamierzonych form przestrzennych, które architekci czasem bezwiednie wplatają do naszego krajobrazu niż takie suche fotografowanie wnętrz. Ani do głowy mi nie przyszło, że poniesie mnie przez jakieś domy otwarte i inny home staging.

Dość jednak o tym. Co to właściwie jest ten cały home staging?

Home Staging

To wszystkie czynności jakie podejmujesz by przyciągnąć kupca bądź najemcę. Na szczęście obrazki takie jak ta seria zaprezentowana przez F5 odchodzą do lamusa – ale ciągle się zdarzają – i poziom atrakcyjności mieszkań na wynajem i sprzedaż rośnie. Reklama jest dźwignią handlu. Po prostu poziom rośnie. Kiedyś wystarczył wazon na stole, teraz trzeba pójść trochę dalej. Czasem oznacza to by w pomieszczeniu rozchodził się zapach dobrej kawy a czasem wyprawę do sklepu meblowego celem wyboru wszystkich elementów do mieszkania poglądowego. Zdarza się to nie rzadko. Oczywiście z rozmarzeniem czytam blogi czy oglądam kanały fotografów z UK czy USA, którzy są fotografami i pracują z których określa się mianem “home stagers”. Naturalnie nasza Polska też nie jest jakaś bardzo gorsza pod tym względem, tylko dużo, dużo mniejsza, przez co czasem trzeba być 2w1.  No trudno 😀 Zawsze też chciałem być tylko fotografem i copywriterem, ale musiałem zająć się też marketingiem. A że wszystko poszło w stronę wnętrz? Czasem tak jest 🙂

No ale dobra? Co z tym home stagingiem?

 

Widzieć wnętrza

Cała zabawa zaczyna w dekorowanie to tak naprawdę układnie planu zdjęciowego. Wszystko trzeba potraktować jak układanie scenografii na sesji. I tyle. Aż tyle. Trzeba sobie tworzyć jakiś obraz. Najprościej jest gdy klient ma fajne, plastyczne wnętrze w którym zgrasz tylko detalami. Inaczej jest gdy musisz dobrać kolor ścian 😀 Oczywiście nie rzadko pracuje się z architektem wnętrz, bo akurat jest to jakiś duży deweloper.

Często jak wspomniałem, pracuje się z tym co klient ma w domu. Z pustego i Salomon nie naleje, ale bardzo często wystarczy zmienić detale, by nadać całości przyjemny charakter. Bywa też tak, że do danej nieruchomości wraca się kilkakrotnie, tylko po to by odświeżyć jej wygląd albo klient postanowił zmienić jej wystrój więc warto wówczas przyłączyć się do tego etapu.

Złe zdjęcia

Od czasu jak zacząłem bardzo dużo się zmieniło. Nadal jednak pokutuje stwierdzenie “dobry apart = dobre zdjęcia”. Wiele osób, które muszą fotografować wnętrza a fotografia nie jest nawet ich pasją, podchodzi do tematu znacznie lepiej niż kiedyś. Coraz mniej na zdjęciach bielizny w łazience, garnków w zlewie. Jest to jednak zasługa klientów, którzy bardzo często rozwijają się szybciej niż profesjonaliści i sami dbają o to, żeby ich nieruchomość była dobrze zaprezentowana. No ale.

Prof. E. Sjonaliśći zaś nadal bardzo często potrafią zainwestować w aparat + obiektyw dużą kasę, taką że czasem czuję się bardzo zazdrosny o to co przyjechało. A mówię wam, przyjeżdża czasem taka kolubryna, że samo szkło zapewniło by mi z Kasią dobre wakacje w dobrym hotelu. I wielkie zdziwienie operatora tegoż, że foty jakieś mdłe, dziwne, poruszone. Przecież tyle kasy z to dałem? I mieszkanie samo się nie ogarnęło? Jak to tak?

Wygląd wnętrz nadal jest częściej zasługą klienta niż fachowca, co widać po zdjęciach. A dlaczego nie wszyscy zatrudniają zatem fotografów, którzy mogliby się tym zająć? Temat zimnej wojny zostawiam sobie na osobny wpis, natomiast dziwi mnie, że nie bardzo chcą poświęcić 15 minut dziennie na małe teoretyczne douczenie. Bądźmy szczerzy. Podstawy warsztatu można opanować przy odrobinie dobrej woli i Google 😉