Homofobia

Homofobia

Homofobia to w mojej opinii nietrafione określenie. Potocznie oznacza bowiem w pełni świadomą nienawiść a w praktyce, paniczny, irracjonalny strach nad którym nie sposób zapanować. Arachnofobia, klaustrofobia, arachnofobia czy kynofobia wywołują w nas zrozumienie. Wiemy, że człowiek dotknięty fobią, nie panuje nad sobą. Boi się rzeczy, zjawisk, które dla osób zdrowych są obojętne. Nienawidzimy natomiast osób dotkniętych panicznym strachem przed homoseksualizmem albo osobami transseksualnymi czy transgenderowym.

Pewien bloger bardzo regularnie publikuje teksty o homoseksualizmie a dokładnie aktualnym stanie badań czym jest on powodowany i czemu mógł służyć. Równie interesujące jak obliczenia wskazujące na istnienie jeszcze jednej planety na obrzeżach naszego Układu Słonecznego. Nas interesuje coś innego. Otóż, blog ten zrzesza fanów nauki. Niestety, czytelnicy często nie chcą wierzyć że jest tak, jak autor mówi. Nauka swoje, oni swoje. Cóż, nauka już dawno dowiodła, że ludzie wierzą nauce o tyle, o ile im to pasuje. Pytanie brzmi czemu łatwiej było zaakceptować kolejną planetę w Układzie Słonecznym niż naturalność homoseksualizmu?
fobia «chorobliwy lęk przed jakimiś przedmiotami lub sytuacjami» PWN
Odpowiedź jest bardzo prosta. A co kogo obchodzi planeta? Fajnie, że jest ale w codziennym życiu nie zmieni się absolutnie nic. Skoro jest, to była zawsze i świadomość jej istnienia niczego nie zmieni. Czyli właściwie jak z homoseksualizmem. Prawie. Ze sprawami, które mogą dotykać nas osobiście rzecz ma się trochę inaczej. Akurat gdy pracowałem sobie nad tym tekstem Oko.press opublikowało wyniki sondażu, stwierdzając że homofobia nie działa. Tak i nie. Otóż nie tyle nie działa “homofobia” co straszenie jakimiś wrażymi ideologiami. Wcześniej była to ideologia gender, teraz próbowano z LGBT. Coraz mniej ludzi w nie wierzy, bo choć politycy ciągle o nich plotą, to nie udało się zaobserwować żadnego wpływu tychże na życie codziennie. W kwestii zjawiska zwanego homofobią, również coś się zmieniło. Homoseksualizm zaczął przesuwać się z marginesu do centrum, choć nie bez oporów ze strony społeczeństwa, te zaś można wytłumaczyć.

Homofobia

Zjawisko dość ciekawe, odnoszące się w znacznej mierze do homoseksualnych mężczyzn oraz małżeństw osób tej samej płci. Wprawdzie istnieją osobne określenia, takie jak lesbofobia, transfobia czy bifobia, ale właściwie nie są używane. Zbiorczo wszystko określane jest homofobią. Trzeba jednak przyznać, że ostatnimi czasy poziom akceptacji dla wspomnianych związków związków, znacząco wzrósł. Zmiana taka nie nastąpiła z dnia na dzień. Ludzie oswajają się z widokiem osób o odmiennej orientacji, zwłaszcza młodsi, którzy w atmosferze walki o równouprawnienie dorastają i widzą, że nikt im nie zabrania brać ślubów, płodzić dzieci. Ciężko nazwać ich fobicznymi.

Wprowadzenie terminu homofobia miało olbrzymie znacznie w walce o równouprawnienie. Pozwoliło bowiem odwrócić perspektywę, zwłaszcza w czasach oficjalnego uznawania homoseksualizmu za chorobę i bezpośrednio po. Niestety, takie terminy a raczej ich nadużywanie nie ułatwiają budowania świadomości co do poważnych problemów, jak chociażby depresja. Termin homofobia nasuwa skojarzenia z innymi fobiami, archanofobią, agorafobią, kynofobią. Osoba nią dotknięta nie panuje nad swoim lękiem, jest on paraliżujący, irracjonalny. Nie zawsze łatwo powiedzieć co go wywołuje.

Najgorszym zaś tłumaczeniem jest, iż paniczny irrationality strach, wywołany jest niezrozumieniem a przecież boimy się tego czego nie znamy. Zatem wystarczy zostać arachnologiem by wyzwolić się od arachnofobii i geologiem by zwalczyć agorafobię? Fobia a strach przed zmianą to dwie różne rzeczy. Możemy spróbować zrozumieć ten drugi.

Świadomość, że ten czy inny, odległy projektant czy muzyk jest homoseksualistą była i jest akceptowalna. Gwiazda filmowa, muzyk, pisarz, może być gejem. Nawet dobrze, żeby muzyk był gejem, bo to trochę dziwne a artyści są dziwni

Do niedawna osoby z tzw. społeczności LGBT+ żyły na marginesie metaforycznie a czasem dosłownie. Łatwość, z jaką przychodziło budzenie wrogości wobec nich, było spowodowane tym, że z owego marginesu gdzie byli jako tako tolerowani, chcieli i nadal chcą wejść do głównego nurtu. Naruszyć codzienność, trzon, którzy wielu przyjmuje albo przyjmowało jako “normę”. Wokół “normy” dającej bezpieczeństwo mogą dziać się różne rzeczy. Rodzić się i gasnąć młodzieżowe subkultury, nurty muzyczne czy malarskie. Obcowanie z nimi jest akcydentalne, rzadkie. Podobnie jak z orientacją seksualną inną niż hetero. Strach przed widzeniem, które może zostać odebrane jako oznaka własnego homoseksualizmu, połączony ze strachem przed uznaniem za obiektem zainteresowania.
Świadomość, że ten czy inny, odległy projektant czy muzyk jest homoseksualistą była i jest akceptowalna. Gwiazda filmowa, muzyk, pisarz, może być gejem. Nawet dobrze, żeby muzyk był gejem, bo to trochę dziwne a artyści są dziwni. Z artystami nasz kontakt jest ograniczony. Nie spotykamy ich osobiście, na koncercie oddzieleni są od nas barierkami. Scena – widownia. Właściwie nawet na spotkaniu z fanami mamy pewne symboliczne granice. Jakaś odległa osoba, z którą jako taką kontakt jest żaden a jej twórczość stanowi marginalny składnik codzienności, i może ona czy ona sobie być homoseksualist(k)ą. Gorzej, gdy homo jest piekarz. Albo sąsiad…
Gdy pan Jan i pan Krzysztof otwarcie wprowadzają się do domu obok, budzić to może niepokój.
Przywykliśmy do tego, że gdzieś są, ale “codzienne życie” toczy się inaczej, wedle innych zasad. Chociażby definicja rodziny. Nagle poszerzona, obszerniejsza, uderza w wyobrażenie o świecie. Nie mówiąc już o wyobrażeniu męskości.

Społeczność LGBT

Druga sprawa to właśnie nazewnictwo. Społeczność LGBT. Wszyscy tworzymy jakieś społeczności. Na przykład fotografowie, ale rzadko stosujemy ten termin. Gdy piszę o fotografach częściej mówię “fotograficzna brać” niż “społeczność fotografów” albo “fotograficzna”. Określenie społeczność LGBT powoduje wyobcowanie. Chcą oni i to słowo warto podkreślić, oni, być traktowani równo, ale nie chcą być częścią społeczeństwa, choć ono samo w sobie jest bardziej kategorią teoretyczną. Sprawia to, że wydają się tworzyć enklawę, ale tylko pozornie. Pozory jak to one, bywają mylące. Społeczeństwo jako takie, jest zbiorem grup, często zantagonizowanych.

Nie mówię już o terminach typu “mniejszości seksualne”. Fortunny to on nie jest. Powoduje dziwne skojarzenia. Mniejszość seksualna jak mniejszość etniczna? Do tego dochodzi flaga, która pojawia się przy różnych okazjach. Przecież osoby LGBT też były prześladowane, trafiały do obozów koncentracyjnych, czy walczyły co jeszcze potęguje owe etniczne, narodowe skojarzenia. Powstaje też wyobcowanie, ale tym razem w bardziej drażliwej sferze bo seksualnej. Rodzi się pojęciowy miszmasz, na którym ciężko zapanować. Miłośnicy praktyk BDSM też stanowią mniejszość względem całego społeczeństwa, właśnie pod względem seksualnym, przez co bardzo łatwo kreować bi czy homoseksualizm jako formę preferencji, czegoś dobrowolnego. Zbyt dużą rolę w tym sformułowani odgrywa z kim dana osoba uprawia seks a przede wszystkim jak a oliwy do ognia niezrozumienia dolewają sami zainteresowani, co z resztą jest im nierzadko wytykane w postaci zdjęć ze słynnych już niemieckich parad równości.

Być w mniejszości, można odczytać jako być w opozycji. Przegłosowane! Normą jest heteroseksualizm. Tymczasem chodzi o to, by w powszechnej świadomości homoseksualizm zagościł jako coś naturalnego, a nie coś nad czym można głosować czy wydawać pozwolenia. Rodzi to pomysły, że można w formie referendów decydować kogo można formalnie kochać czy też możliwości rozszerzenia definicji małżeństwa. Kolejna zagwozdką jest, co z transseksualizmem, który często wymaga interwencji lekarskiej? Skoro osoby trans tworzą z homo i bi, jakąś wspólną społeczność to jak to rozumieć? Dostrzegacie problem? Samo L, G, B czy T bez pozostałych literek byłoby zbyt słabo słyszalne ale za to skutkiem ubocznym jest dostarczanie przeciwnikom amunicji.

I tutaj poruszyć trzeba kolejną sprawę, czyli kwestię osób transseksualnych. Bardzo często pojawia się podkreślenie, że rozmówczyni jest osobą trans, czyli kiedyś była biologicznym mężczyzną. Nie chodzi tutaj ponownie o to, by na ten temat milczeć, ukrywać ten fakt. Samookreślanie trans-mężczyzna/kobieta powoduje wrażenie powoływania nowego bytu. Określenie trans zaś kojarzy się jednoznacznie z transwestytyzmem który tutaj nie ma nic do rzeczy. W dotychczasowej sieci pojęć bardzo łatwo się zgubić. Tymczasem odnoszę wrażenie, że mnóstwo działaczy LGBT+ nie robi nic innego, tylko tworzy coraz bardziej zawiła terminologię, celem wywołania dyskomfortu i poczucia zagubienia u osób, których nastawienie chcą zmienić. Nie jest to najlepsza droga.

Małżeństwo i rodzina

W informacyjnym chaosie, który nas otacza, w dobie gdy tekst przekraczający pół strony jest już wyzwaniem, bardzo łatwo okłamywać wyborców. Tyle tylko, że w końcu się połapią. Zauważą, że nikt ich nie napada, wszystko jest po staremu. Co najwyżej w kreskówce, jeden z bohaterów będzie miał dwóch ojców. Każdy wie, że nie ma rodzin idealnych. Zatem diabolizacja tych nietradycyjnych, pomagała ukoić sumienie. Rozwody, zdrady, przemoc domowa, nieobecni ojcowie. Typowe problemy prawdziwej, tradycyjnej polskiej rodziny. Ale jest ktoś gorszy, straszniejszy. To, że młody człowiek wychowuje się ojcem spędzającym całe dnie na kanapie przed TV, bo przecież kiedyś dzieci same sobie radziły i wychodziły na ludzi, jest mniej groźne niż gdyby miał dwóch. Pytanie dla kogo najbardziej przerażająca a może raczej kusząca jako punktu odniesienia jest perspektywa takiej alternatywnej rodziny?

Cóż, raz jeszcze to nie żadne elgiebety ani gendery a rząd i jego polityka podkopują fundamenty rodziny. I jeszcze zalewają piwnicę.

Gdyby się nad tym zastanowić z innej perspektywy, znam pewną zideologizowaną instytucję, która skutecznie zniechęciła mnie i wielu moich znajomych do ślubu. Poza tym, to się zwyczajnie nie opłaca, system często premiuje slalom a gospodarka leży i kwiczy. Podejrzewam, że perspektywa posiadania dzieci jest przyjemniejsza gdy wyjście do kina i na lody raz w tygodniu nie pochłonie 1/4 pensji. Dodawszy do tego ostatnią aktywność pewnego nader świeckiego ale bardzo pro religijnego ugrupowania, to widzę już trzy instytucje, uderzające w małżeństwo i rodzinę, wszystkie zaś bardzo wrogie osobom spod znaku LGBT. I żadna propagandowa karta rodziny nie pomoże, dopóki będzie przegrywać z kartą na punkty z Biedronki. Tylko co zrobić, żeby ludziska nie zaczęły się upominać o tę zapisaną w konsytuacji ochronę? A zwrócimy im ochłapy w postaci 500 zł i powiem, że może i są biedni ale za to są ostoją tradycji, coś tam, coś tam.

Rację miał Zygmunt Bauman, gdy tworzył swój koncept płynnej rzeczywistości. Prekariat – termin ten nie należy do Baumana – może albo tworzyć stabilne związki oparte na karmieniu się mitem, bo jeśli nie stabilizacja ekonomiczna to chociaż uświęcona tradycja osłodzi wspólne życie, albo skupić się na pracy dla poszukiwania pracy, rezygnując tym samym z życia rodzinnego i zaangażowania w związek. Cóż, raz jeszcze to nie żadne elgiebety ani gendery a rząd i jego polityka podkopują fundamenty rodziny. I jeszcze zalewają piwnicę.

Seks na ulicy

Częstym warunkiem tolerancji, jest nieobnoszenie się, że swoją seksualnością na ulicy. Ani gdziekolwiek indziej. Normalni nie chcą wiedzieć, co odmienni robią w łóżku. Pewne tematy muszą pozostać tabu. Problem w tym, że formalnie wszyscy to robimy. Gdy facet idzie z dziewczyną za rękę, gdy później publikują zdjęcia ze ślubu albo wspólnych wakacji, stanowi to manifestację, patrzcie, jesteśmy heteroseksualni, zgadnijcie co robimy w łóżku! Znamy zatem orientację delikwentów oraz częściowo ich preferencje. Czy to nie jest obnoszenie się? Deklarują wszem i wobec, co robią w nocy czy o innej porze, która im tam odpowiada, w łóżku czy też innym meblu. Nikt im do mieszkania nie zagląda, sami to upubliczniają. Obnoszą się.

Następuje rozdźwięk. Homoseksualizm traktowany jest nadal jako preferencja, jakaś dziwna aktywność, o której nie powinno się informować otoczenia. Podejrzewam, że bardzo ciężko to zwalczyć we własnej głowie. Tym bardziej, że jest to trudne do wyobrażenia. Najchętniej osądzamy wszystkich na podstawie własnego Ja, które zbudowane jest wokół różnorakiej wiedzy, przekonań, upodobań. Jeśli jakaś czynność, nie sprawia mi przyjemności, zatem nie może sprawiać jej też innym. Stąd częsty i idiotyczny argument, że homoseksualizm zwłaszcza męski, jest nienaturalny bo obrzydliwy. Gdy zaś sprawia wizualną przyjemność – damski – to jest naturalny i nie ma sensu dyskutować.

Zdjęcia z partnerem czy partnerką, subtelnie wplecione w tekst, czyli na całą stronę albo i rozkładówkę, jak w przypadku osób heteroseksualnych.

Można jednak podejść do tej kwestii z innej strony. Poprzez obnoszenie się można rozumieć chociażby nagłówki artykułów w stylu “homoseksualna fotografka” albo “homoseksualny architekt”. Czy ktoś widział kiedyś tekst zatytułowany “heteroseksualny fotograf”? Nie, nigdy. Tymczasem wiele tekstów, których bohaterem jest osoba ze społeczności LGBT zaczyna się właśnie w ten sposób, choć nijak ma się to do treści artykułu, poświęconemu chociażby współczesnym nurtom w parkietowaniu wnętrz, ale wątek ich orientacji jest wpychany niczym lokowanie produktu… i to stało się wodą na młyn najzajadlejszych wrogów, pozwalając stworzyć mit “promocji homoseksualizmu”. Z resztą oni potrafią zrobić wroga nawet z ryżu, który wypiera nasze tradycyjne, od wieków rosnące w Polsce ziemniaczki…

Być może łatwiej by było metodą małych kroków? Formami już znanymi i akceptowanymi? Zdjęcia z partnerem czy partnerką, subtelnie wplecione w tekst, czyli na całą stronę albo i rozkładówkę, jak w przypadku osób heteroseksualnych. Chodzi o słowa i w żadnym wypadku o ukrywanie. Przeciwnie, mówienie wprost ale tak, jak jest, czyli jak o najnormalniejszej rzeczy pod słońcem. Trzymanie się za ręce, pocałunek w miejscu publicznym. Osoby hetero tak właśnie manifestują swoją seksualność, zatem naśladowanie powszechnie akceptowalnych gestów mogło okazać się lepszą drogą. Pozornie wydaje się to sprzeczne z tym, co napisałem powyżej, ale tylko pozornie. Otóż większość osób nie dostrzega w tych czynnościach manifestacji swojej seksualności. Jednak to tylko luźne rozważanie. Cała nasza kultura przesiąknięta kategorią grzechu chyba potrzebowała pod tym względem terapii szokowej.

Aktywiści

Niestety i po tęczowej stronie barykady znalazły się osoby, które zrobiły trochę złego, dla całego procesu i sprawy o którą walczyły. Zwłaszcza ci, którzy nie są ani L, ani G, ani B, ani T, ani Q, ani +. Są tak bardzo H jak to tylko możliwe. Tyle, że są też jak stado wściekłych dobermanów, wyzywając od debili każdego, kto o coś zapyta albo zwyczajnie się boi i nie rozumie.

Ty zaściankowy debilu! Nauka! Nauka!

Robią oni dużo złego, bowiem jeśli ktoś, kto uważa że całą społeczność LGBT najlepiej wystrzelić na orbitę i tam zostawić – które to stwierdzenie trochę mnie rozbawiło w kontekście tekstu, który ukazał się chwilę po tym jak przyszły mi do głowy– zostanie zwyzywany od debili, nieuków, raków + masa innych inwektyw, tylko się zradykalizuje. Fakty, nie zmieniają naszego sposobu myślenia, przekonań. Nauka tego dowodzi, co wiele osób ma niestety dokładnie gdzieś. Wyzwiska tym bardziej nie pomogą. Widziałem niejedną dyskusję w której agresja biła od osób hetero wspierających LGBT. Patrzcie na mnie jak Was bronię! Forma transcendencji wyrażona w formie akceptacji dla osób ze społeczności LGBT, istne naukowe oświecenie. Chodzi o pokazanie całemu światu, jacy to są tolerancyjni, oświeceni, pronaukowi. Udostępniają masę postów na Facebooku, zarzucają każdemu trans czy homofobię i na tym się kończy. Po raz kolejny, niezbyt fortunne. Z resztą jest to cecha właściwa każdej grupie czy społeczności. Gdybyśmy przeanalizowali ich wiedzę, mogłoby się okazać że równocześnie z mają w głową całą masę antynaukowych poglądów.

Ich najbardziej dobijającym argumentem jest

Doucz się!

Gdyż bardzo często nie potrafią wyjaśnić różnicy, pomiędzy na przykład osobą transseksualną a transgender albo transwestytą. Po prostu sami nie mają pojęcia co te słowa znaczą, ale atakują każdego, kto chciałby dopytać. Nie neguję faktu, że sprytni manipulatorzy próbują ich podejść, ale gdy terminy te stają się jasne, zrozumiałe dla pytanego, nie ma żadnych problemów z odpowiedzią. Przynajmniej do pewnego stopnia, bo dziewięćdziesiąt procent tych terminów nie ma jednej, jasnej definicji.

I tu raz jeszcze powtórzę, fragment jednego z poprzednich akapitów. Niestety, działacze LGBTQ+ kochają się w zawiłych terminologiach, poczynając od rozbudowywania tego skrótowca a kończąc a na utrudnianiu komunikacji poprzez tworzenie niezrozumiałych konfiguracji związanych z tożsamością, których jedynym celem jest wywoływanie dezorientacji otoczenia oraz wyzywania ich od homofobów. Sorry. Środowiska psychiatrów czy psychologów, też nie są zgodne co do potrzeby ich systemowego tworzenia, które to tworzenie nazwać można szatkowaniem. Jak bowiem można być osobą genderfluid skoro definicji męskości i kobiecość w swych skrajnych, “binarnych” wydaniach jest tyle ile grup społecznych a w nich ludzi. Osoby o takiej tożsamości, muszą zatem posiadać wiedzę której pragniemy. Uniwersalny wzorzec, którego poszukujemy.

Kulturowe zmiany

Wbrew pozorom nie lubimy zmian. Regularność, powtarzalność, sprawiają że łatwiej nam oceniać świat. Nie musimy wówczas poddawać zbyt wielu nowych faktów analizie, która może być zbyt trudna. Wiąże się to z naszą potrzebą bezpieczeństwa. Są takie zmiany, które łatwiej akceptujemy, jak choćby nowe uczesanie. Z większością można się z czasem oswoić, co też się stało. Często złośliwie mówi się, że najbardziej homofobiczne środowiska często same składają się z homoseksualistów, zwłaszcza męskich i za to nienawidzą tych, którzy jawnie się do tego przyznają. Do pewnego stopnia. Nierzadko ich strach spowodowany jest utratą gruntu pod nogami. Koniecznością lawirowania w kulturze, w której wiele nurtów jest równorzędnych. Ich wizja świata przestaje być, jedyną słuszną. Zaburzony zostaje po raz drugi chociażby ich grupowy stereotyp prawdziwego mężczyzny – zdobyć żonę, zbudować dom, spłodzić syna, posadzić drzewo. Poprzednio podważyły go feministki.

W żaden sposób nie rozgrzesza to z nienawiści dla samej nienawiści, dehumanizacji i przemocy. Taka bardzo krótka analiza pozwala spróbować zrozumieć niektóre osoby z drugiej strony. Nie wszyscy bowiem są bandą bezrozumnych troglodytów. Czasem się boją, chociażby zmian w kulturze i codziennym zakresie widzialnego ale nie chcą nikomu celowo robić krzywdy. Tych da się przekonać, tylko trzeba to robić spokojnie, bez wyzwisk, sprawić by zrozumieli bo to jest najistotniejsze.

Odrobina polityki

Pomijając kwestie kulturowe, mamy jeszcze kwestie polityczne. Lewica nie wie co robić, prawica nie wie  co robić, kościół w ogóle nie wie co robić za to dorobił się poważnego problemu wizerunkowego, przez wszystkie afery pedofilskie. Coraz odważniej mówi się, że Złota Era kościoła przypada na czasy PRL, gdy kościoły były pełne, gdyż polska dusza uwielbia robić na przekór władzy. Większych szykan ze strony władzy nie było więc hulaj dusza… tymczasem PRL upadła, ludzie odeszli. Wciągnięto więc, dobre trzydzieści lat po tym jak emocje opadły kwestie gender. Tyle, że ciężko było zorganizować wrogów tejże ideologii, bo ludzie podświadomie dostrzegali, że ma to pewien sens. W końcu nie będę się z dresiarzem bratał… Z LGBTQ+ poszło lepiej, gdyż udało się stworzyć dwa obozy normalni – nienormalni, względnie naturalni – nienaturalni. Lewicy było to na rękę, bo mogła sobie kogoś bronić, kościół mógł wróci do roli wojującej wiary, równocześnie odwracając od siebie uwagę, prawica ma wroga, z którym trzeba się uporać zanim zbuduje nowe Imperium Lechickie. Aktywiści z lewa i bojownicy z prawa, nie zamierzają dopuścić do polskiego Stonewall, bo wszyscy mają za dużo do stracenia. Na walce, fundacjach, wychodzi się zdecydowanie lepiej niż na przejęciu władzy, bowiem z władzą trzeba coś zrobić a nikt nie wie co.

Tylko ludzi po środku szkoda.

Zdjęcie w nagłówku jak poprzednio: Robert Mapplethorpe