Archiwum Burzowego Światła – Klasyczne od zera do bohatera okraszone odrobiną pozornej głębi?

Podobno książki wydawane przez MAG są ambitniejsze od tych z Fabryki Słów. Guzik prawda. Właściwie cały ten cykl niewiele różni się od tego, co zaserwował Brett ani tego co pamiętam z dzieciństwa, gdy zaczynałem wczytywać się w fantastykę. Jest szlachetnie, bohatersko, w słusznej sprawie i tylko z wierzchu ktoś wysmarował ziemią dla niepoznaki. Nie ma jednak takiego zabrudzenia, którego nie dało by się wyczyścić.

Książka z dużym potencjałem ale do Diuny czy Ubika jej daleko.

Biały Wilk

Wiecie za co tak kochamy Geralta z Rivii? Autor wprawdzie wyciąga na jaw pewne zdarzenia z przeszłości naszego białowłosego zabójcy potworów, ale gdy poznajemy Geralta jest już znany i mniej lub bardziej poważany. Autor nie opowiada nam całego jego dzieciństwa, dorastania, zmian jakie zachodziły w jego psychice. Jasne, postacie się zmieniają wraz z rozwojem fabuły, ale inaczej niż w zachodniej fantastyce. Wiedźmin żeby zrobić wrażenie na grododzierżcy Veleradzie ot tak trzech obwiesiów pochlastał. Ot tak. Dla rozgłosu.

Za bardzo podobne rzeczy polubiłem Reinmara z Bielawy. Zaczyna się od ucieczki i cudzej żony, później lawirowanie pomiędzy stronami, do tego kumple którzy nie specjalnie troszczą się o szczytne cele. Nie są jednoznacznie dobrzy ani źli. Po prostu są i mają swoje, cele które muszą zrealizować.

Żeby oddać sprawiedliwość dzięki Herbertowi świat zakochał się w przygodach psychopatycznego masowego mordercy, który poprowadził ludzkość do jakiegoś urojonego zbawienia, wcześniej sam siebie mianując mesjaszem. I w zachodniej i w polskiej fantastyce, sporo jest przykładów. Dobrych i złych. Jednakże jest coś w pisaniu części naszych rodzimych twórców, że sympatyzujemy z ich nie do końca szlachetnymi bohaterami. O Wędrowyczu nie wspomnę, bo pewnie właśnie z majhrem w łapie wybiera się odwiedzić plugawe plemię Bardaków…

Z drugiej jednak strony, równie wielu pała sympatią do użyjmy tego słowa, epickich opowieści podobnych do Władcy Pierścieni. Choć trzeba przyznać, że często gęsto ich bohaterowie są dość ludzcy. Nie miotają gromów, toteż wroga nie gromią a salwują się ucieczką. Archiwum Burzowego Światła jest…anie pomiędzy ani obok.

Syndrom Dragon Ball

Oj wielu autorów ma ten problem. Naprawdę ciężko się przed nim ustrzec. To też cecha za którą lubimy Sapkowskiego, Pilipiuka czy właśnie Tolkiena. Geralt został ranny w nogę i jedną z potyczek wygrał tylko przez narkomanię przeciwnika. Innym zabawnym przykładem niech będzie wlezienie na minę przeciwpiechotną przez przeciwnika Jakuba W, przed którym wszyscy obdarzeni trzęśli portkami 😉

Tymczasem wielu bohaterów takich powieści jak Malowany Człowiek czy Droga Królów nadludzkim wysiłkiem, dokonuje nadludzkich rzeczy. Ich moce zaczynają stawać się absurdalne. Tutaj jest to jeszcze całkiem jest to akceptowalne bo u Bretta myślałem, że Arlen zaraz zamieni się w Super Saiyanina i przywali Kamehameha. Prawda jest taka, że Royer zginął tylko dlatego, że bard zawsze ginie. Dobra drużna, każdy RPGowiec wam to powie, albo przynajmniej ja, składa się z maga, uzdrowiciela, łowcy i trzech brodatych bandytów, zwanych pieszczotliwie chłopcami. Nikt normalny nie gra bardem.

Sanderson popada w podobną manierę. Pierwszy z bohaterów, który otrzymał Boskie Moce uczył się ich krok po kroku. Pozostali zdają się wyskakiwać jak króliki z kapelusza, co więcej otrzymując coraz większą parę w łapie.

Droga królów

Nie mogę powiedzieć, żeby Droga Królów i całe Archiwum Burzowego Światła wpisywało się dokładnie w ramy klasycznego heroic fantasy. I choć część postaci zachowuje się niejednoznacznie albo raczej ocena ich moralności zależy od punktu widzenia to jednak ciąży w stronę usprawiedliwiania każdego z bohaterów.

Przez całą lekturę miałem wrażenie, że są zbyt krystaliczni. Tacy obrzydliwie złotowłosi i szlachetni a tylko dla niepoznaki obrzucono ich troszeczkę błotem. Całość to klasyczne od Zera do Bohatera, z tym że okraszone odrobiną pseudofilozofii.

Słowa światłości

I to był całkiem niezły zabieg. Trochę nadmiernie mędrkujące postacie, sprawiają że książka sprawia wrażenie oryginalnej. Ot, nie wszystko można załatwić naparzając to odpowiednio wielkim mieczem. Wprawdzie polityka, wszystkie jakoby intrygi wydają się w jakiś sposób nie trzymać z całością, to jednak jeśli nie myśli się o tym nadmiernie – można tego nie zauważyć.

Właściwie to postacie w kwestii polityki, sojuszy, więcej gadają niż robią i wszystko sprowadza się do trochę boskich interwencji nowych Świetlistych, to nie wnikając w mechanikę można mieć poczucie wielowymiarowości. Polityka, wojna, bardziej skryte działania i motywy.

Autor dawkuje nam pewne tajemnice, ale nie dają one Ojciec Burz raczy wiedzieć jakich zwrotów akcji. Właściwie to, że Ostrza Odprysku pojawiają się tak a nie inaczej było do przewidzenia, oraz że wszystkie postacie które poznamy w Drodze Królów będą towarzyszyły nam raczej długo.

Gadaj zdrów

Czasem można odnieść wrażenie, że autor za bardzo chciał nam przytoczyć przeszłe losy bohaterów ale nie wiedział jak to zrobić w dialogach to władował retrospekcje. Inną rzeczą, którą poczytuję za pewną wadę jest nieziemsko powolne toczenie się niektórych elementów akcji.

Właściwie można usnąć, czekając aż burzowy Kaladin w końcu zostanie burzowym Świetlistym a potem nagle bez mała z dnia na dzień wszyscy akceptują jego pyskówki wobec szlachty. O chłopie! Równy z ciebie gość! Napyskowałeś córce zmarłego króla? Chodź strzelimy kielicha!

Nieziemskie dłużyzny tam, gdzie można by przyspieszyć i takież same przyspieszenia, właściwie czasem 42 krotne, w miejscach które nie powinny być aż szarżować. Rozumiem, że postacie zmieniały się z czasem, ale tak łatwe akceptowanie byłych bandytów, jako królewskich koleżków wydaje się co najmniej naciągane.

Autor chce mi wmówić, że wielowiekowa tradycja, została ot tak odrzucona bo akurat zaszła taka potrzeba? Wiem, że fantastyki nie czyta się po ty, by była realna ale skoro już na pewne elementy się silimy…Prędzej można uwierzyć w odrodzenie mistycznych boskich mocy niż w to, żę podziały społecznej wynikające z prawa do panowania zostaną przezwyciężone z dobroci serca i szlachetności panujących 😛 Podobny błąd popełnił Brett od razu wpychając chamów, między panów.

No właśnie, dialogi. Można to ignorować, ale nagle staje się rażące. Bohaterowie należący do klasy panującej rozmawiają ze sobą jak gówniarze. Nadmierne nadęcie byłoby niewskazane – co z resztą spotkało Czerwonego Rycerza, gdzie wszyscy brzmią jakby im ktoś wsadził kij w tyłek a sam autor nie bardzo wiedział jak powinna brzmieć dystyngowana, średniowieczna rozmowa. Jest sztuczna – ale nadmierny luz… bardziej ten styl mówienia pasuje do bandy motocyklistów. Akurat nie czytałem, ale gdyby w taki sposób przepychali się na słowa Chłopcy Jakuba Ćwieka, to uznałbym że jest to bardzo na miejscu.

Moralność

Podoba mi podjęta z kolejnymi tomami próba pokazania, że zło jest złem w zależności od punktu widzenia. Historia Czarnego Cienia i jego podbojów dla samego faktu chlastania mieczem na lewo i prawo a później pewne rozterki co to właściwie jest słuszna sprawa. Naturalnie każdy autor sympatyzuje ze swoimi bohaterami i choć obarczył ich wątpliwościami, to czytelnik gdzieś w podświadomości cały czas czuje, że oni są dobrzy. Są postacie spisane na straty, które zrobiły coś złego, coś za co muszą zostać ukarane przejściem na Ciemną Stronę i zebraniem należytego łomotu, ale nie ci, których autor sobie upodobał.

Niewątpliwym plusem jest wielowymiarowość ludzi i jedno oblicze zła. Ludzie mogą stanąć po stronie dobra, albo wbijać noże w plecy. Tylko zło wydaje się być tym czym jest. Tylko czy aby na pewno?

Woal

No właśnie. Nasze szlachetne duszyczki, mogą nie być tym za kogo ich mamy. Czy chcąc sprowadzić Pustkowców i Heroldów, nie chcieli po prostu ponownie dostać w ręce prawdziwej Mocy? Może Duchokrwiści nie są tacy źli jak się pozornie wydają a raczej jak nam ich jednostronnie przedstawiono?

Co więcej, być może gdy poznamy tajemnicę Odstępstwa i zdrady Świetlistych okaże się, że musimy dokonać poważnej rewizji poglądów? Może się okazać, że Honor brzmi dumnie, ale nie jest imieniem jednoznacznego dobra. Być, może, po wiedźmińsku, Bardzo Wielkie zło może bohaterów zmusić do wyboru, które zło ostatecznie wybrać? Jest to kusząca perspektywa, ale w tym roku już się rozczarowałem i nie mam ochoty rozczarować się ponownie. Dlatego pozostanę sceptyczny.

Mam nadzieję że pod woalem świetlistości autor ukrył dla nas, czytelników taki zwrot akcji że Kaladinowi te błękitne oczęta jeszcze bardziej pojaśnieją z wrażenia.

Archiwum Burzowego Światła