Fotografia wojenna. Nachtwey, Bractwo Bang Bang, CapaRosenthal, Miller, McCullin. Niektóre nazwiska przewijają się zawsze i wszędzie. Ich zdjęcia nazywane są ikonicznymi, oni owiani legendą. Nie zastanawialiście się nigdy, jak to jest, kto decyduje kto jest ikoną a kto nie? Choć żyjemy w epoce mediów społecznościowych, szerokiego wyboru to i tak powtórzymy niczym mantrę kilka bezpiecznych nazwisk.

W sumie Lyinsey Addario to również znane nazwisko, nawet bardzo znane, ale rzadko przewija się w polskiej prasie fotograficznej. Zatem dziś kilka słów o niej i fotografii wojennej.

„Dla młodych chłopaków prawdziwą szkołą życia miało być wojsko przyuczające do porządku, obowiązkowości, patriotyzmu, sprawności, ale także, dla niewyedukowanych, będącą miejscem zdobywania zawodu na dorosłe życie. Opowieść o przemianie z młodzika w mężczyznę zaczyna się przed bramą koszar, gdzie młodzi poborowi, jeszcze zatopieni w cywilnym życiu, oczekują na przekroczenie namacalnego progu męskiej dorosłości. I tu następuje szok. Po drugiej stronie bramy koszar jest zupełnie inny świat, za nic mający człowieka.
Pierwszy krok to postrzyżyny, wraz ze spadającymi na posadzkę lokami ostatecznie kończy się czas niewinności. Następny krok to zbiórka na golasa przed medykiem, sprawdzającym przydatność kawalerki dla potrzeb armii. Zero intymności, każdy z przyrodzeniem na wierzchu. Ta nagość, zwracająca nachalnie uwagę na męskie genitalia, wręcz konfrontująca je, przypomina badanie prowadzone przez lekarza weterynarii sprawdzającego możliwości knura lub ogiera. To jeden z mocniejszych elementów dołowania młodych chłopaków już na wstępie ich obecności w Ludowym Wojsku Polskim.
A później szkoła życia w identycznych białych podkoszulkach z krótkim rękawkiem, „ruskich slipach” i mundurach, unifikujących wszystkich.
Wojsko czyni z nich anonimową masę bez znaków szczególnych.”


Andrzej Zygmuntowicz

Wojenko, wojenko,

nie wiem czy wszyscy trzecioklasiści musieli śpiewać tę piosnkę z I Wojny Światowej ale gdy padały słowa chłopcy malowani widziałem raczej stereotypowy obraz współczesnego komandosa przyczajonego gdzieś w krzakach niż romantyczny obraz, który chciała wywołać w nas wychowawczyni o dość dziwacznych z resztą poglądach. Nigdy nie pałałem miłością do wojny.

Podzielam zdanie pana Zygmuntowicza. Wprawdzie pochodzi z poprzedniej epoki, ale tak szczerze. Czy armia potrzebuje indywidualistów? Gdyby wierzyć współczesnej retoryce, każdy kto odbył służbę wojskową jest nienagannym dżentelmenem o muskulaturze greckiego boga, gotowym własnym ciałem bronić słabszych i bezbronnych, równocześnie z pamięci recytując Puszkina i Szekspira. Prawda zaś jest, jak to zawsze ona, bardziej podła. Zapytałem kilka osób, pogadałem. Do woja szło mięsko armatnie, którego zadaniem była obrana własną piersią Ducha Narodu, czyli tych którzy szeroką wiedzę na studiach mieli zdobyć. Po prostu zależy z kim gadacie

Problem w tym, że fotografia wojenna jest nawet dla osób przeciwnych służbie wojskowej – moje, a raczej zdanie, z którym się częściowo zgadzam  znajdziecie w tekście o Widoku Cudzego Cierpienia S. Sontag – dość fascynującą lekturą. Nie ma fascynujących książek o życiu fotografów aktu* albo koncertów. Jakoś nie widziałem, żeby znany fotograf koncertowy napisał dobrą książkę. Albo nie spotkałem, możecie mnie poprawić w komentarzach. W sumie przeczytałbym z chęcią pamiętając co do pokazania i powiedzenia o choćby Rolling Stones miała Annie Leibovitz 😉

Zatem dziś wojna z innej perspektywy.

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

fotografia wojenna

A mimo to, kobiety czasem mają swój udział w fotografii wojennej, jeśli już nie w samych działaniach militarnych jak zarzekała się S. Sontag Widoku cudzego cierpienia. Pierwszą fotografką, która zginęła na froncie była bodaj Gerda Taro. Czasem bywa lepiej znana, ze swojego związku z Capą niż z fotografią, zginęła gdy czołg zmiażdżył samochód z rannymi, w którym akurat jechała. Sam Capa poległ wszedłszy na minę lądową w 1954. Dzień po zakończeniu działań wojennych.

Jeszcze inni za pierwszą ważną korespondentkę uważają Margaret Bourke White a zaraz po niej Dickey Chapelle.

Biografie mają jedną ważną cechę. Można poznać zdanie zasiadających na ławie oskarżonych. Czytając a później oglądając Bractwo, naszło mnie dość pozytywne odczucie, że oni sami czują się rozdarci. Czują, że pieniądze, czasem sława, płyną z obrazowania cudzego cierpienia. To pocieszające, że żywią wątpliwości.

Pewną różnicą wnosi opowieść niejakiej Anny Wojtachy. Lektura trochę irytująca, bo główna bohaterka zachowuje się czasem nie gorzej niż Chłopcy Jakuba Ćwieka. Nie wiedziałem, jak traktować tę opowieść.

Jako przeciwnik fotografii wojennej, o której obecnie mam zdanie, że służy zdobywaniu nagród, byłem ciekaw jaka będzie inna niż męska perspektywa. I nie doczekałem się.
Biografię Addario warto przeczytać z kilku powodów: nie tylko panowie jeżdżą na obszary objęte wojną, co więcej uzależniają się od tego w bardzo podobny sposób.

Lynsey Addario a Bang Bang Club

 

A na wojnie, jak na wojnie,
Naboje, wódka, machorka w cenie.
A na wojnie niewielki trud,
A sam strzelaj, albo zabiją.
A na wojnie, jak na wojnie,
Kochana, wspomnij czasem mnie.
A na wojnie niejasny czas,
A może my, a może nas.

 

 

Lynsey Addario jest dość znanym fotografem**, jednak rzadko pojawia się w naszych rodzimych zestawieniach.  Początkowo myślałem, że perspektywa kobiety będzie zupełnie inna niż członków Bang Bang Club albo Milera. Okazało się, gdyby nie kilka bardziej osobistych wstawek i odpowiedni rodzajnik – niewiele różni się sposób mówienia o wojnie kobiet i mężczyzn. Marinovich i Sliva trochę bardziej angażują się w opis sytuacji politycznej. Powodem może być, że sam Marinovich, będący niejako narratorem książki urodził się w RPA podobnie jak trzech innych członków Bractwa.

Tylko Sliva urodził się za granicą, w Europie jeśli dobrze pamiętam. Dlatego dla Grega była to niejako wojna domowa, która go nie dotyczyła. RPA było bowiem podzielone. Biali mieszkańcy stanowili uprzywilejowaną część społeczeństwa. Znaczna część działań toczyła się pomiędzy czarnoskórymi mieszkańcami RPA z udziałem sił Apartheidu po jednej ze stron – silny udział policji. Byli oni niejako bezstronni a kolor skóry umożliwiał im łatwe poruszanie gdyż każdy rdzenny Afrykanin byłby automatycznie wrogiem lub przyjacielem. A dochodziło tam do wielu egzekucji na tle plemiennym. Takim zdjęciem Marinovich zdobył Pulitzera. Swoją drogą rzućcie okiem na książkę Doktryna Szoku – Naomi Klein. Jeśli wierzyć autorce, powojenne losy RPA nie napawają optymizmem. Tym bardziej wracanie do zdjęć tamtego okresu jest jeszcze bardziej dramatyczne, bo bez mała wiele tych tragedii było jeszcze bardziej daremnych. Choć nie przepadam za tą narracją…

 

Wróćmy jednak do Addario

 

fotografia wojenna

Jej perspektywa jest bardziej tymczasowa. Nie była bezpośrednio zaangażowana w żaden z konfliktów gdyż z pochodzenia jest Amerykanką. Tym samym mamy raczej bardziej subiektywny, intymny obraz jej relacji z różnymi ludźmi, którzy jej pomagali, porywali albo zwyczajnie próbowali zabić. W książce byłych członków Bang, Bang, również przewijają się takie historie  ale właśnie okraszone szerszą perspektywą.  W sposobie pisania Amerykanki jest być może więcej emocji, mniej brawury. Takiego wiecie, chłodu twardego fotografa wojennego.

Wóda i zioło

fotografia wojenna

Podoba mi się, że polscy korespondenci trochę bardziej przeżywają. Opowiadają o potrzebie picia, resetowania mózgu po doświadczeniach na froncie.

Amerykanie czy mieszkańcy RPA raczej o tym nie wspominają. Może to taka nasza cecha? Albo przesadnie popadamy w romantyczny patos albo od razu w turpizm.  Lubimy, bo jesteśmy zakochani w romantycznej śmierci za coś a równocześnie od razu skaczemy na drugi biegun.

Bez resetu nie podziałasz, takich twardych nie ma. Ponoć. Oczywiście książkowy sposób mówienia, zawsze jest trochę inny.

 

 

 

Fotografia wojenna

Przeczytajcie sobie biografię Lynsey. Choćby po to by poznać kolejnego dobrego fotografa, który nadal tworzy i ma coś do powiedzenia. Fotografia wojenna to nie tylko Nachtwey i Capa. Otwartym pytaniem pozostaje, czy obrazy wojny to kwintesencja humanitaryzmu, pragnienie by głos pokrzywdzonych usłyszał świat, czy też nic nie sprzedaje się lepiej niż śmierć i zniszczenie a fotograficy wojenni to hieny żerujące na trupach dzieci celem zdobycia jeszcze jednej nagrody. 

 

 

 

*ok, jest Jan Saudek ale to dziki ewenement 😛