vogue

Juergen Teller i polski Vogue

Polski Vogue. Jak długo na to czekaliśmy. W międzyczasie prasa umarła, pismo straciło praktycznie na znaczeniu, ale fani mody z utęsknieniem czekali na polskiego Vogue. Według speców od reklamy. Przyznam, że nie znam nikogo kogo by ta premiera obchodziła. Produkt trochę przeterminowany, niemodny, mający mniejszy wpływ na opinię konsumenta niż 16 latka ze snapa czy insta. Mimo to: Stało się. Mamy go. A raczej: macie, no ktoś go ma. Epoka gdy jarałem się “fociami z Vogue” minęła dawno temu. W międzyczasie dużo się zmieniło. Trochę szkoda, że pierwsza okładka polskiej edycji przypadła Niemcowi. Ochrzciłem ją sobie Widmem komunizmu krążącym po Europie. Czy słusznie?

Podejrzewam, że duży wpływ na ugrzecznienie miała redakcja w osobie naczelnego Filipa Niedenthala, który jest synem Tego Niedenthala, przez co mamy fotę w stylu słynnego Czasu Apokalipsy ze stanu wojennego w Polsce.

Juergen Teller

Kto zacz? Pierwszy raz twórczością tego faceta spotkałem się gdzieś w 2008 roku na łamach jednego z dużych portali fotograficznych. Muszę przyznać, że cechuje go niemała konsekwencja, bo od tylu lat brnie w jednym, konkretnym kierunku. I choć jego nazwisko nie błyszczy w tej kategorii wagowej jak Terrego Richardsona, to można w jakiś sposób dostrzec podobieństwa. Z pewną niechlubną chmurą nad nazwiskiem Amerykanina. Skorzystajcie z google aby znaleźć więcej jego prac. Tellera, nie Richardsona.

Polski Vogue
fot. Juergen Teller / Keira Knightley

I muszę jasno stwierdzić, że gdy pierwszy raz zapoznałem się z jego pracami uznałem, tak to jest to. Podoba mi się. Jego prace był dla mnie olbrzymim zaskoczeniem, czymś ożywczym. Dla znawców fotografii nie był nikim nowym, ale ja wówczas dopiero co skończyłem szkołę średnia w dodatku niezwiązaną ze sztuką. Bardziej irytuje Niemiec jako autor pierwszej polskiej okładki. W dobie gdy mówi się, że 90% polskiej prasy należy do Niemców miłym PRowym gestem byłby polski fotograf. Wiecie takie “Made in Poland z użyciem przedstawicieli polskiej mody i sztuki” 😉 Potem niech sobie będzie autorem okładek dowolny modny aktualnie fotograf, bo taka natura mody. Choć gdy o tym myślę, to wolę fotografa niż celebrytę znanego z przaśnych okładek tłuczonych na jedno kopyto i sędziowania w dennym reality show. Żeby też było jasne. Tak samo drażniłby mnie Francuz, Amerykanin a nawet Japończyk, choćby tu sprowadzili samego Daikichi Amano.

Do rzeczy!

Narobić zamieszania

vogue

Porównajmy ją z innymi edycjami tego czasopisma. Jeśli nasze oczekiwania poszły w ich stronę, czyli wtórnych, nudnych, nijakich portrecików mniej lub bardziej znanych kobiet, to nasza pierwsza edycja wypada źle, bardzo źle, postkomunistycznie. Zestawcie sobie ją z tym co widzicie powyżej. Minimalistyczna, rzucająca się w oczy, przyciąga uwagę swoją szarzyzną. Gdy do Polski wchodził pierwszy numer Harper’s Bazaar, to czy ktoś się o tym rozpisywał? Czy tamta okładka zapadnie w pamięci? Nie. Prawdę powiedziawszy, nie odróżniłbym jej od każdej innej gazetki dla pań, które smętnie leżą w kioskach i salonach prasowych czekając na zmiłowanie.

Dobra czy nie dobra?

Polski Vogue
for. Romuald Broniarek

Podobno nawiązuje do poniższej fotografii z lat 60 XX wieku.
Jednak to byłoby dość odległe nawiązanie. Takie dla historyków – teoretyków, tym bardziej że wspomniana fotografia pochodzi z czasów, gdy fotografia mody nie specjalnie należała do kategorii “sztuka”. Nawiązanie ryzykowne, bo okładka jakiegoś tam magazynu sprzed wielu lat, mogła zwyczajnie ujść bardzo wielu czytelnikom, tym bardziej że ta konkretna fotografia bardzo rzadko gdziekolwiek powracała. Rzadko?

Nigdy

Możemy uznać, że to jest właśnie zastosowany tutaj zabieg. Bierzemy starą fotografię z lat 60, tworzymy jawne nawiązanie do mało znanej pracy, czekamy na burzę, informujemy o fotografii poprzez prasę. Z miejsca wyrastają znawcy historii fotografii, którzy na oczy jej nie widzieli a z uczoną miną dowodzą jacy są obeznani. Ciężko uwierzyć, że był to nieświadomy zabieg i podobieństwo jest przypadkowe ale też nigdy nie miało być oczywiste. Nie przy Filipie Niedenthalu, synu tego Niedenthala, będącego autorem zdjęcia znanego jako “Czas Apokalipsy”, którego klimat dość wyraźnie tu czuć. Podejrzewam też, że pół redakcji musiało nadzorować zapędy Tellera. Patrząc na jego prace ta jest bardzo…wyważona. Rozsądna.

fot. Chris Niedenthal / Czas Apokalipsy

Niektórzy doszukują się tu komentarza na temat sytuacji w polskiej kulturze i polityce. Jakiegoś uwstecznienia oraz stwierdzenia “Polska jest szara, brzydka a my wszyscy zasuwamy w ciemnych paskudnych łachach”. Młodzi ludzie ubierają się raczej modnie, osoby które już dawno nie są nastolatkami też paradują ubrane coraz ciekawiej. Mamy być może pewną tendencję do ciut bardziej stonowanych barw, ale ciężko też oczekiwać, że wszyscy wskoczymy w łaszki niczym rajskie ptaki, bo tego oczekuje jakiś redaktoyna z biuletynu reklamowego. Z resztą, co to za brednie. Pół świata się ubiera podobnie a to, że ktoś ma kompleksy bo za bardzo wierzy własnym kolorowym wymysłom to nie mój problem.

Kompleksy

Kolejna gra, którą podejmuje redakcja wraz z fotografem to właśnie kompleksy. Kompleksy bez mała narodowe. Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, to kontrowersyjna budowla, której wyburzenie postuluje się raz głośniej, raz ciszej, ale od lat. Zamiast jednoznacznie przekształcić ją w symbol stolicy, pełni ona coś w rodzaju smutnego wspomnienia okupacji. Mam więc swoisty kompleks kolonialny względem Rosji, nie zwracając uwagi że stajemy neokolonią USA, ale to już temat na inny tekst. Identycznie sprawa ma się z ubiorem. Warszawa okresu PRL i jej neonami, była pod tym wzglem iście światową stolicą. Więcej, dzięki naczelnemu architektowi i plastykowi, każda reklama trzymała wyznaczony poziom. Idąc dalej, cierpiące na pewne braki w zaopatrzeniu kobiety, wykazywały się niezwykłą kreatywnością, przez co uchodziły za jedne z najelegantszych. Dzięki krawcowym, które miały ręce pełne roboty oraz własnej sprawności, każdy strój nosił znamiona indywidualności, o które w czach taniej ale drogo sprzedanej masówy ciężko. Widzimy tu kolejny prztyczek w nos, tym razem wymierzony naszym kompleksom oraz w gruncie rzeczy nieznajomości realiów epoki.

Co ciekawe, za naszymi granicami, tam gdzie wpływy ZSRR nie sięgały, to co nazywamy PRL urasta trochę do kategorii estetycznej. Właściwie PRL, choć nienawidzony i czy się to wam podoba czy nie, stał się epoką w historii mody i sztuki. Tym bardziej, że ta stylistyka – na przykład w meblarstwie – wraca. Popatrzcie na fotele i krzesła, które pojawiają się w popularnych salonach. Zobaczycie charakterystyczne elementy, zaczerpnięte żywcem tego co możecie pamiętać z mieszkań babć i rodziców, mieszkających w Wielkiej Płycie 😉

Fotografia

Sama fotografia wydaje się być beznadziejna. Krzywa, jakaś taka źle skomponowana. Są to charakterystyczne cechy twórczości Tellera. Z tą różnicą, że jego amatorski, a właściwie stylizowany na amatorski styl, jest przemyślanym zabiegiem. Swoista antyestetyka, o której na pewno kiedyś napiszę. Nie jest to winą jego nieoduczenia, braku warsztatu. On doskonale wie co robi odcinając się od popularnej, masowej twórczości.

Mówiący, że jest “źle skomponowana” nadal tkwią zapewne w przesądzie o złotym i trójpodziale. Tymczasem lekkie przekrzywienie nadaje jej dynamiki. Ciemne elementy i samochód, równoważą “uniesioną” lewą część Pałacu i przyciągają nasz wzrok. Następnie podążamy w górę, za wieżą, prosto do słowa Vogue gdyż skośne linie działają na nas skuteczniej. Trój podział, złoty podział to narzędzia dla początkujących. Właściwie jedne z gorszych ale za to banalne do zrozumienia. Naszym wzrokiem można kierować na setki rożnych sposobów. Tellerowi się to udało i okładka jest dobrze skomponowana. Widać, że autor potrafi operować liniami, ciężarem koloru.

Definitywnie nie stanowi krytyki polskiego sposobu ubierania, powszechnej szarzyzny, co jest przekonaniem zupełnie fałszywym. Tak samo jak obrazki pełne kolorowych ptaków z ulic Zachodu. Cóż, tak właśnie działają memy. Wrzuć jedną czy drugą brytyjską Tamarę Gonzalez i żyjesz w przekonaniu, że wszyscy się tak ubierają. Nie. Nie ubierają. Okładka jest raczej sprytnym budzeniem kompleksów, naszego własnego stereotypowego wyobrażenia o Polsce względem wspaniałego Zachodu. Zachodu, do którego tak bardzo chcemy należeć choć on postrzega nas jak Wschód i wcale nas nie chce. Pałac Kultury jawi nam się jako relikt, symbol opresji a może stać się elementem wizerunkowym, symbolem jak Empire State dla Nowego Jorku. Zapominamy, że to czego się wstydzimy, co bierzemy za relikty przeszłości, powód nerwowego jąkania się może być postrzegane przez obcokrajowców jako pewna forma egzotyki. Zwłaszcza w formie budynków określanych mianem socrealistycznych. Polska szarzyzna, przejawiająca się zwłaszcza w blokach potocznie zwanych wielką płytą nie jest zaś wcale polska, bo wypływa bezpośrednio z myśli francuskiej i niemieckiej, gdzie bloki się narodziły. Socrealizm zaś pełni rolę takiej samej ciekawostki jak budynki w stylu Art Deco, choć nurty te nie były sobie przeciwstawne. Najzwyczajniej nigdy się nad tym nie zastanawiamy, mając w głowie obraz świata przedzielonego murem berlińskim. Na zachó od muru, kolor, pieniądz, dostatek i śpiew, na wschód głód, smród, brud i komunizm.

Możemy jednak zinterpretować okładkę w kontekście nadchodzącej zmiany. Oto na ziemie Polan przybył Vogue i słowiańskie chamstwo zostanie oświecone. Nie wiem czy ta interpretacja mi się podoba. Nie podoba.

Podsumowanie

Radziecki samochód, na tle radzieckiego budynku w socrealistycznym stylu i Niemiec za aparatem. 

Wyrazista, minimalistyczna fotografia, z mnóstwem nawiązań. Na duży plus należy zaliczyć inspirację, tą fotografią z lat 60, bo jest naprawdę nieoczywista i doskonale sprawdza się jako zabieg wizerunkowy. Oczywiście kilku mądrali, wyskoczyło, że trzeba znać historię fotografii. Szkoda, że poznali ją po tym jak ktoś sprytnie podrzucił im tę informację. Ma kilka niewątpliwych zalet, ale też budzi kontrowersje. Radziecki samochód, na tle radzieckiego budynku w socrealistycznym stylu i Niemiec za aparatem. W Polsce uprzedzenia na tym tle są nadal bardzo żywe, bo należycie pielęgnowane, tymczasem, ja wspomniałem powyżej estetyka PRL staje się samodzielnym bytem w historii sztuki. Definitywnie długo pracowano nad koncepcją tej okładki. Widać to, z czego Teller zasłynął. Kadr pozornie lekko krzywy, pogoda taka sobie – każdy prawdziwy fotograf zaczekał by na lepszy dzień! Zabrał milion lamp! Cóż, Teller to fotograficzny anarchista, który doskonale zagrał na naszych narodowych kompleksach. Wołgi nie parkują pod Pałacem ot tak, rzadko kiedy jest tam tak pusto i raczej nie jest to fotka zrobiona na szybko w trakcie spaceru po Warszawie w towarzystwie dwóch top modelek. Wszystko zostało należycie zaplanowane, łącznie z historyjką o powstaniu zdjęcia. Okładka wywołała burzę, zobaczyła ją połowa internetów. Ktoś tam się zna na marketingu. Zapamiętamy ją na pewien czas.

fot. w nagłówku Juergen Teller/facebook/ okładka polskiej edycji magazynu Vogue.