Millenialsi

Millenialsi jako pokolenie nierobów

Millenialsi są w chwili gdy to piszę pokoleniem kozłem ofiarnym. Ani się nie uczą, ani nie pracują. Siedzą w domach z rodzicami, zadowoleni z najniższej krajowej. Nie zdają sobie sprawy, że ich lenistwo godzi w nasze PKB i rozwój gospodarczy. Co gorsza, ta banda leni, nie lubi kupować nowych samochodów, domów czy mieszkań. To samo mówili o hippisach w latach 60 tych.

Millenialsi

Samochód na całe życie. W zasadzie na 3 – 5 lat, potem ma się zepsuć i musisz chcąc nie chcąc kupić nowy. Wiadomo, nie spłaciłeś jeszcze tych 50 000 zł, zatem dealer odkupi go od ciebie, właduje w nowy kredyt i da na 3-5 lat pojeździć nowym samochodem. I tak przez całe życie. Zaiste dealerzy.

Badacze różnych dziedzin, lubią dzielić społeczeństwo na przeróżne grupy. Jest to potrzebne celem jakiegoś usystematyzowania, nakreślenia sobie ram, które pomogą w dalszej analizie. Względnie sprzedaży czegoś, ale jak zaraz pokażę można się przez to srogo pomylić. Przy czym granice są płynne, gdyż rok w tą, tamtą nie robi różnicy. Cała współczesna rzeczywistość jest płynna. Milenialsi, Z, X, W, cała reszta alfabetu. W końcu NEET: neither in employment nor in education and training. Po naszemu Ani – Ani. Wysuwane są bardzo różne teorie na temat tego czym jest ta grupa nierobów. Jedni uważają, że to zakompleksiona banda nieudaczników a drudzy że po prostu zagubione duszyczki, które nie mogą się odnaleźć w XXI wieku.

Millenialsów można różnie definiować:
1984-1996
1984 – 2000
1988 – 2000
1980-2000 włącznie
ale do 2002 też może być, choć później to już nie.
Potem zaczyna się pokolenie Z. Czasem definiowane od 2000 do teraz, czasem od 1997 do 2012. Czemu? Nie wiem. Może uda nam się to wyjaśnić.

 

Mąż w kredycie

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

Kupiłem drogie auto w kredycie na 100 lat
Biblia dealera samochodów

Ci, którzy uważają że obecni 15 – 29/39, zależy, latkowie to banda leniwych obiboków przeważnie ma w głowie jakiś żal, o to że ci nie konsumują ich produktów. Co jest trochę absurdalne. Druga grupa to specjaliści do spraw społecznych, którzy atakują wspomnianą grupę za to, że nie pobiera nauk. Po pierwsze nie podejrzewam, żeby istniała duża grupa osób 15-18 lat nie spełniająca obowiązku szkolnego, jeśli się mylę to mnie poprawcie. Po drugie w jakiej epoce osoby w wieku szkolnym miały na dom i samochód? Rozumiem, że możemy czepiać się, czterdziestolatków ale…to dla odmiany idiotyzm. Czyli mamy już jakąś diagnozę co do stanu osób wygłaszających te mądrości. Zastanawiam się czy ludzie w ogóle słuchają tego co mówią. Pamiętacie złość jaka wylała się na jedną znaną markę motoryzacyjną w gdy zasugerowała, że dorosłość to zakup ich samochodu? Gdy kupujesz bryczkę tejże marki przeistaczasz się z dziecięcia w męża. Pytanie brzmi czy millenielsi nie kupują samochodów bo ich nie potrzebują? Czy ich na to nie stać? Jakie wyznają wartości?

Spróbujmy scharakteryzować pokolenie Y. Nielojalni pracownicy, o wysokich kompetencjach cyfrowych, żyjący w globalnej wiosce, przyzwyczajeni do realiów wolnego rynku oczekują, że pracodawca będzie ich prowadził za rękę. Przekonani o własnej wyjątkowości, są leniwi, aroganccy, samodzielni i oczekują kontroli, mieszkają z rodzicami, chcą żyć pełnią życia, nie chcą pracować, lubią często zmieniać pracę. Uf. Część z punktów tej charakterystyki wzajemnie się wyklucza. Samodzielni i potrafiący rozwiązywać problemy ale potrzebujący prowadzenia za rękę? Brzmi tak idiotycznie jak w praktyce jest.

I cóż ma czynić? Nasze pokolenie NEET wprawdzie kupuje i konsumuje, ale nie ma najmniejszej ochoty zadłużać się na potęgę. Kupują elektronikę, ciuchy, chętnie odwiedzają kawiarnie. Dobry obiad jest dla nich ważniejszy od znaczka na masce a fajny wypad istotniejszy od własnego lokum. Na pewno? A może po prostu nie mają zdolności kredytowej? Co ciekawsze, największym zmartwieniem większości krytyków naszych NEETów, jest brak zaangażowania tychże w kredyty na lata i zakup nowych aut i domów. W końcu co to za życie, gdy nie realizujesz celów działu marketingu i sprzedaży? Szkoda tylko, że działy te…oparły swoje strategie na stereotypach i memach!

Całe zło świata

Wszystko zależy od punktu widzenia. Ludzie tacy jak szanowny pan z YT będą optować, że owe nieroby istnieją, bo mamusie źle ich wychowały. Dziwnym trafem, jego mamusia była lepsza niż pozostałe, bo chłop ciągle mieści się we wszystkich przedziałach wiekowych dla Millenialsów. Rzadko się mówi, że too zmiany społeczno – ekonomiczne, wpłynęły na ich czy też nasze życie, w tym kryzys z 2008, który wstrząsnął światem, gdy mnie i moim kolegom, przyszło zdawać maturę i ruszać na rynek pracy. Pan z YT ma pewnie jakiś dochodowy biznes – i chwała mu za to – w którym jego pracowników nie stać na to co sprzedają albo stać, tylko musieliby się zadłużyć na całe życie. Pewien kłopot w tym, że taką łatkę otrzymało wiele grup poczynając od hippisów w latach 60tych. Wielce ciekawym okazuje się zaś, że w ruch hippisowski zaangażowana była nie tylko młodzież i nie miał on też takich rozmiarów jak się próbuje czasem sugerować. Więcej, częstokroć opinie młodzieży były bardzo podobne do opinii dorosłych, jakkolwiek to brzmi.

Padały uprawy rzepaku? Millenialsi nie chcą pracować fizycznie. Afrykański pomór świń? Millenialsi nie chcą studiować kierunków ścisłych w tym biologii i weterynarii. Głód w Afryce? Millenialsi zeżarli całe sorgo.

Dla publicystyki jest to pokolenie kozioł ofiarny. Padały uprawy rzepaku? Millenialsi nie chcą pracować fizycznie. Afrykański pomór świń? Millenialsi nie chcą studiować kierunków ścisłych w tym biologii i weterynarii. Głód w Afryce? Millenialsi zeżarli całe sorgo. Są roszczeniowi. Gdy słyszą, że dostaną najniższą krajową ale bez zakazu konkurencji bo szefowa słyszała, że muszą dorabiać, to się buntują. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta. Rzeczywistość stała się płynna. Jednakże nie tylko dla nich ale także dla pokoleń ich rodziców. Bądźmy bowiem szczerzy. Bardzo znamienne, jest też fakt, że osoby będące millenialsami myślą o innych dokładnie takimi kategoriami. Leniwi, roszczeniowi miłośnicy owocowych czwartków. Pojawia się zatem jakiś Inny. Pytanie czy ktoś te owocowe czwartki widział? Istotnym jest też, dlaczego osoba urodzona w 1996 roku wyznaje inne wartości, co osoba urodzona w 1997 roku oraz osoba urodzona w 1975 roku, choć razem pracują na tych samych kasach w markecie?

Spróbujmy rozprawić się mitami i stereotypami dotyczącymi millenialsów.

Fakty i mity

Rozczarowane pokolenie: fakt

W dzieciństwie powtarzano im że nauka sprawi, że “będą kimś”. To samo pokolenie ludzi, mówi im teraz, że są Piotrusiami Panami, którym wydaje się, że mają prawo zarabiać a po pracy mieć czas dla siebie. Pojawia się tutaj poważny konflikt, pytanie brzmi czy pokoleń? Osoby o stałej, pewnej i dochodowej pracy, oczekują od swoich pracowników elastyczności, dostosowania, choć pracownicy wychowani zostali w ich systemie wartości. Ucz się pilnie a czeka cię dobra, stała i dochodowa praca. Tymczasem praca to tylko przystanek w drodze do poszukiwania ciut lepszej pracy. I dotyczy to nie tylko pokolenia Y ale też pokolenia X czy Z. Przecież pokolenie Z nie pracuje tylko u przedstawicieli pokolenia Z, ale też X czy Y. Pomysły na prowadzenie firmy, polityka zmienia się na przestrzeni lat. Gdy pracodawcy zwęszyli, że taniej jest wymieniać niektórych pracowników co rok, dwa, trzy celem niepodnoszenia wynagrodzenia zaczęli to po prostu robić. Przecież nie ma osobnych miejsc pracy dla ludzi po czterdziestce i przed czterdziestką. Zachodzący tutaj konflikt ma charakter bardziej marksistowski niż pokoleniowy. Przecież wielu rodziców obecnych millenialsów po roku 89 zaczęło pracę w rodzących się korporacjach. Jedni dorobili się majątku inni nerwicy.

Oprócz tego powinni inwestować w firmę, tak? Dostają wynagrodzenie, tak? Zatem powinni w ramach czynu społecznego część przeznaczyć na wyposażenie potrzebne do pracy bo szef im tego nie zapewni a zarabiają cała najniższą krajową.  Co z tego, że wartość tego wyposażenia przekracza kwotę ich wygrodzenia brutto. Względnie mogą otrzymać najniższą krajową i zakaz konkurencji, bo i tak wypada zostać po godzinach. Gdybym tego nie przerobił, to bym w to nie wierzył. Uznałbym to za wymysł na potrzeby stworzenia dochodowej stronki na Fb. Tymczasem byłem tam. Siedziałem na takiej rozmowie i wybałuszałem oczęta.

Czas pracy: mit

Wielu przedstawicieli pokolenia Y zostało by z jednym pracodawcą na dłużej w przeciwieństwie do pokolenia X. Mam na myśli, że jeszcze dłużej. Tymczasem są wywalani na zbity pysk przy byle okazji. Czy inny los spotkał ich rodziców? Dodam od siebie, że spowodowane jest to kulturą wyzysku. Otóż bierzemy kogoś na najniższą krajową, karmimy tekstami, że dziś źle pracować w jednym miejscu dłużej niż trzy lata, eksploatujemy i fora ze dwora. Czyli mniej więcej to samo, co w poprzednim akapicie. Z tą różnicą, że dopiszemy tutaj iż niektórzy takie poglądy internalizują i zaczynają w to wierzyć. Zwolnienie nie jest dla nich kopem w pupę a “perspektywą rozwoju”. Przy czym ludzie w róznym wieku przyglądają się temu i dochodzą do nowych wniosków, że chyba coś jest nie tak. Można posegregować ludzi nie tyle wiekowo, co kulturowo. żyjący kulturą korporacyjną i sprzeciwiający się takiemu etosowi pracy.

Polityka koncernów początku lat 90, który odziedziczyliśmy jako spadek po Wuju Samie. Trzy do pięciu lat, tyle pracownik jest efektywny, potem się zużywa. Zatem widzimy, że nie można postawić wyraźnej międzypokoleniowej granicy. Dziś, bardziej świadomi przedsiębiorcy odchodzą od tego modelu na rzecz długoletniej współpracy i rozwoju. Serio, jest taki nurt! Tyle, że nie u nas. I faktycznie, w badaniach pracujący Millennialsi byli by bardziej skłonni zostać dłużej, właśnie za możliwość rozwoju kompetencji zawodowych, stabilność i bezpieczeństwo.

Preferencje zakupowe są zupełnie inne: mit

Zapomniano, że nie można do jednego wora wrzucać trzydziesto i piętnastolatków, co niestety się czasem zdarza. Więcej, nie można do jednego wora wrzucać trzydziestolatków z rodzin powiedzmy klasy średniej i trzydziestolatków żyjących na skraju ubóstwa. Do tego jeszcze dojdziemy. Okazuje się, że nasze Y dokonują podobnych decyzji zakupowych co X w sprzyjających warunkach tylko później. Świat się zmienił, na rynek pracy wchodzimy relatywnie dłużej albo dotykają nas kryzysy ekonomiczne jak ten 2008-2009. Zatem i nasze decyzje zakupowe są przesuwane. Powiedzmy tak przykładowo jedynie, że pierwszy dom przedstawiciele pokolenia X budowali w wieku lat 25. Zależy oczywiście, którzy. Y będą to robiły w przedziale 30-35. Wzrosła też ilość dóbr konsumpcyjnych. Na przestrzeni lat mogą zmieniać się preferencje zakupowe ale też zakupy będące długoterminowym obciążeniem budżetowym chętniej dokonywane są w perspektywie stałego dochodu. Zatem wszelkie zawirowania rynkowe powodują, że takie decyzje są po prostu odkładane w każdej grupie wiekowej jeśli ich dotyczą. W kwestii zaś priorytetów, również podlegają one pewnym modom, nastrojom, zmianom. O ile trzydzieści lat temu dom i samochód były priorytetem i demonstracją statusu społecznego, tak dziś ludzie mogą inaczej podchodzić do chociażby samochodów. W dużych aglomeracjach gdzie transport publiczny umożliwia jego nieposiadanie albo nie skłania do tak częstej wymiany, może da się zauważyć zmianę nastrojów? I znowu nie uwzględniono żadnych zjawisk społecznych, ekonomicznych, kulturowych, demograficznych ani nawet faktu rozwoju transportu publicznego. Mieszkańcy centrum Warszawy mogą nie posiadać samochodu tak w wieku lat 60 jak 20. Mieszkańcy przedmieść  to auto czy dom kupią ale przedsiębiorca nie był gotowy na pewne zmiany i musi poczekać. Jakie zaś to były zmiany? Chociażby wydłużający się czas nauki, kryzys ekonomiczny. Próby zaś wprowadzania marek “dla Millenialsów” okazały się spektakularną klapą, bowiem popełniono mały błąd przy kategoryzowaniu ludzi.

Kryzys z 2008 wpłynął na rynek, zatem także na konsumenta. Skoro na skutek tegoż kryzysu, wiele osób nie mogło znaleźć pracy umożliwiając wyprowadzę z rodzinnego domu, to po co kupować samochód, skoro można pożyczyć od rodziców? Zakładamy, że to lenistwo, rozlazłość igreków, powoduje ich problemy a odrzucamy zupełnie mechanizmy społeczne czy ekonomiczne, popełniając podstawowy błąd atrybucji! Gdy pracodawca obniża wynagrodzenie – to wina rynku! Gdy człowiek nie może kupić samochodu za 100 000 – jest leniwy, nie chce pracować!

Poza tym, nie da się sklonować pokoleń, ale w gruncie rzeczy nie bardzo się od siebie różnią. Każde ma swoje pomysły, aspiracje, mody, bowiem działy sprzedaży walczą o klienta zawzięcie. O ile rynek samochodowy pompuje masę kasy w tworzenie automobilistycznego stylu życia, tak branża deweloperska bazuje raczej na kulturowo – ekonomicznym micie własnego lokum. Z czasem się zadłużą. Polacy są najbardziej zadłużonym hipotecznie krajem Europy. Zrobią wiele by powielić zachowania rodziców, ale naturalnie nie wszyscy. Zawsze jest grupa, która nie spełnia pewnych oczekiwań, w tym wypadku oczekiwań działów sprzedaży. Nie chcą kredytu na sto lat na samochód i mieszkanie. Tyle, że to jest całkowicie normalne zjawisko bo różne grupy, wyznają różne wartości.

Weźmy też jako przykład chociażby parcie moje i moich kolegów w wieku lat piętnastu na sprzęt komputerowy. Procesory, karty graficzne, więcej ramu, słuchawki, głośniki, ekrany. Nasi rodzice byli trochę zdziwieni tą dziwaczną pasją, która dla nas była całym życiem a dla nich bezsensowym wydawaniem pieniędzy. I mieli rację. Graliśmy dużo, ale w gruncie rzeczy chodziło o popisywanie się przed kolegami jaka najnowsza gra może zostać uruchomiona na mojej konfiguracji sprzętowej. Tak wyglądało nasze FOMO. Nudziły nas często z resztą po kilku godzinach i wielu zwyczajnie nie ukończyliśmy. Obecnie młodzież nie ma takiego parcia na posiadanie wypasionych komputerów, co świetnie widać w forumowych potyczkach i chociażby popularności streamerów. Po co inwestować kupę kasy w gamingowego peceta skoro można pooglądać jak ktoś gra? Zatem tak, poszczególne pokolenia mają różne swoje bziki i fiksacje. Natomiast po rozmowie z tatą okazuje się, że on i jego rówieśnicy marzyli o adapterach, aparatach Zenit zaś mający majętniejszych rodziców wzdychali do zachodnich produktów firmy Leica lub dalekowschodnich Nikonów. Choć raczej rzadziej. Wtedy prym wiódł sprzęt niemiecki, Practica, wspomniana Leica czy Rolleiflex.

Okazuje się, że preferencje na przykład w kwestii marek są u Y są raczej podobne do tego co kręciło poprzednie pokolenia. Faktem jest że zaczyna być widoczna pewna tendencja powrotu do rękodzieła, wyrobów rzemieślniczych. Małe kawiarenki, zamiast koncernowych gigantów. Burgery robione na oczach zamawiającego a nie rozmrażany szajs z Łuków. Nastąpił pewien zwrot, ale ciężko powiedzieć czy jest chwilową modą czy trendem, który się utrzyma i co najważniejsze nie jest to cecha tylko ludzi pomiędzy osiemnastym a trzydziestym piątym rokiem życia. Podziały na preferencja zakupowe to wytwór działów marketingu, które bardzo często próbują coś narzucić zamiast zbadać.

Coca – Cola z butelki i noszenie Buszującego w Zbożu pod pachą. Każde pokolenie, jak wspomniałem, miało swoje zajawki. Tata i mama opowiadali mi o swoich czasach szkolnych. My mieliśmy styl hipstera, oni mieli poppersów. Istniała cała i to spisana lista zasad, jakie fajki wolno palić, jaką fryzurę nosić, jakie jeansy, buty, co pić. Podobny szał ogarnął USA w latach 50 XX wieku, na ni to subkulturę, ni to ruch literacki – beatników. Każe pokolenie, przeżywa taką jazdę. Nagle modne zrobiło się sojowe latte, broda i torba vintage. Tamci zaś nosili się cali na czarno i udawali jakichś poetów wyklętych, choć żadnej poezji nie tworzyli. Po prostu naśladowali Ginsberga. W kwestii “owocowych czwartków”, to wcale jakieś biurowe atrakcje nie zostały stworzone dla zdziecinniałych igreków. Jedną z firmą, która słynęła z takich pomysłów było Apple. Jobs miewał takie pomysły. A to kontraktował dostawy soków owocowych, a to wody jakiejś fikuśnej marki. I to już w latach 80. Byli tego częściowo prekursorami, tym bardziej że co jak co ale Steve miał świetne wyczucie co ukraść i jak robić wrażenie. Nie oznacza to, że inne firmy tego nie robiły, tylko w bardziej prymitywniejszy sposób. Apple pomimo mobbingu wszelkiej maści ze strony Jobsa, miało pewne atuty jako pracodawca i muszę mu przez zaciśnięte zęby przyznać, że raz jeszcze wyprzedzając epokę. Z czasem okazało się, firmowa kuchenka jest jednym z najważniejszych miejsc w firmie i Jobs raz jeszcze udowodnił, że na ludziach się zna. Choć miał dwa oblicza i był strasznym ciulem. W każdym razie, gdy wiele firm zaczęło robić cięcia budżetowe, objęło to między innymi zaplecza socjalne dla pracowników. I nagle okazało się, że ludzie tracą ze sobą kontakt. Kichania, w której pracodawca zapewni kubeczki, kawki, herbatki i ciasteczka są świetnym miejscem do pogaduch. Dzięki temu można się odprężyć, zintegrować z kolegami ale co najważniejsze kolegami z innych działów. Kuchnia to miejsce gdzie programista spotyka marketingowca. Wymiana informacji w firmie staje się dzięki temu szybsza i wydajniejsza niż gdy wszystko idzie oficjalnymi kanałami a odbiorcy praktycznie się nie znają.

Leniwe pokolenie: mit

Coraz częściej mówi się o work – life balans czyli balansie pomiędzy życiem a pracą. Teksty te kierowane są nie tylko do ludzi pomiędzy piętnastym a trzdzysiestym piątym rokiem życia ale też do osób po czterdziestce i starszych. Początkowy entuzjazm wolnorynkowej harówki przemija na rzecz innych wartości. Żyję nie po to by pracować ale pracuję żeby żyć. Sukcesem nie jest już dorobienie się majątku i cieszenie się nim w wieku lat siedemdziesięciu. Korzystanie z życia, podróże, dobre jedzenie, stają się obszarem zainteresowań kolejnych grup. Oczywiście z punktu widzenia narracji wolnorynkowej, jest to przejaw lenistwa. Coraz częściej czytam o pomysłach skrócenia tygodnia pracy, dochodzie podstawowym jako stymulatorze rozwoju społecznego ale kult zapierdolu ma się dobrze.

Gdy porównamy czas pracy osób, które na rynek pracy weszły powiedzmy w 1990 a tych, które weszły nań w 2000 dostrzeżemy oczywiście różnice. Gdy zaś sami zainteresowani popatrzą, może pojawić się mała zawiść, złość, że oni musieli a młodsi pracownicy nie mają ochoty godzić się na to samo. W końcu są dokładnie w tym samym miejscu a żeby nie było tak pesymistycznie, bywa że młodzi zaczynają na lepszych warunkach. Jak wspomniałem dobrze patrzy się na ludzi przez pryzmat Innego.

Dziecka nie chcom pracować

Panie Dzieju, jak to jak miołem 14 lat to żech musioł przy gnoju robić, coby na swoje zarobić!

Jest w tym jakaś przewrotność. Znosimy przymusową pracę dzieci, żeby wprowadzić dobrowolną pracę dzieci. Wiadomka, chcesz kompjutry? To woź gnój! Mogę zrozumieć i jasnym jest że niektórzy pochodzą z rodzin gdzie zwyczajnie na wszystko nie było. Konieczność by 15-16-17 latek dorobił sobie w wolnej chwili na “swoje potrzeby” jakimiś lekkimi dorywczymi pracami można, w ten właśnie sposób uzasadnić.

Oczywiście każde pokolenie stara się, żeby jego pociechom było lepiej. Jeśli ja zbierałem truskawki – nie zbierałem, nie musiałem – żeby dorobić sobie do wymarzonego komputera, to moje dzieci nie powinny tego robić. Bo niby dlaczego? Żeby poznać smak ciężkiej pracy? Nauczyć się pracowitości? Niby sensowne, ale bez sensu. Wolę żeby poświęciło czas na naukę i rozwój niż na bezsensowną pracę w polu. Pracy też się nauczy. Takie brednie opowiadają ludzie, których znaczna część dochodu pochodzi z kręcenia głupawych filmików na YT.
Z jednej strony cały otaczający nas szajs jest coraz bardziej dostępny i nie trzeba już ciułać dwadzieścia lat na telefon, komputer czy samochód.

Mentalnościowy wymóg, by każdy zaczynał od zera, wpajany jest najczęściej przez ludzi, którzy sami nie zaczynali, dostali może dom od rodziców, może samochód, może znajomości a czasem wszystko na raz. Mamy tutaj dwie ścieżki myślowe. Skoro ja nie dostałem nic od rodziców, to ty też powinieneś zacząć od zera. Twój ojciec ma świetnie prosperującą firmę? Spal ją! Zacznij coś własnego! Inaczej nie zrozumiesz ciężkiej pracy. Druga ścieżka to chęć postawienia się w lepszym świetle. Żyjemy w kulturze, w której chwalenie się tym co się dostąło jest troszeczkę nieprzyzwoite, ale tylko wobec prekariuszy. Nie ma żadneg problemu w chwaleniu się i dzieki znajomościom poszło się do elitarnej skzoły, która zapewnia kontakty, niezbędne do odniesienia życiowego sukceu.

USA vs PRL

Zapomniano też, żeby nie wzorować się na badaniach z USA. Polskie marki przyjęły strategie w oparciu o zachodnie stereotypy. Tymczasem każdy kraj ma swoją specyfikę i warto pokusić się o badania własnego podwórka. W USA przedstawiciele tego pokolenia, lubią podróże, nie kupują a wynajmują domy…zaraz, chwila. Przecież to samo robili ich rodzice. Jak się okazuje w USA, nie w każdym stanie a w niektórych, częściej wynajmuje się domy niż je kupuje. Zatem raz jeszcze widzimy, iż pokolenie Y nie różni się tak bardzo od pokolenia X. Zatem sama definicja pokolenia wystawiona jest na ciężką próbę i wszystko co napisałem powyżej trzeba na nowo zinterpretować. Pamiętam jeszcze ze starych szkoleń, że w niektórych stanach działa to jeszcze inaczej: kupujesz dom, mieszkasz 5-10 lat i sprzedajesz. Dotyczy to osób, których mobilność zawodowa jest duża i są co jakiś czas przenoszone z miejsca na miejsce. Stąd kwitnący rynek pośredników – ostatnio trochę zdołował ale który tego nie zrobił – bo ciężko samemu latać po całym USA i szukać domu. Czy jest to cecha charakterystyczna jakiejś grupy wiekowej? Nie. Zawodowej? Owszem.

Polscy Millenialsi też podejmują podobne do swoich rodziców decyzje zakupowe. Naturalnie muszą pojawiać się różnice, ale część ich mentalności jest efektem dorastania w latach bezpośrednio po transformation ustrojowej. USA miała swoje problemy, my swoje. Przekładanie wyników badań z USA na polskie warunki czasem zrządzeniem losu zadziała a czasem pozwoli zaliczyć spektakularną biznesową klapę. Z czasem pewnie okaże się, że pokolenie Z, dokonuje podobnych przewartościowań. Pewnie ci, którym urodzą się dzieci kupią sobie domy i samochody. Może się to jednak wydarzyć w zupełnie innym, późniejszym, momencie życia. Trzeba tylko słuchać i z uwagą obserwować a nie tworzyć stereotypy oparte o własne uprzedzenia.

Prekariusze płynnej rzeczywistości

Płynna rzeczywistość to termin zaproponowany przez Zygmunta Baumana. Prekariat ukuł chyba Guy Standing, ale przyznaję się, że nie pamiętam a jako, że jestem millenialsem, to nie chce mi się sprawdzać. Napisałem, że konflikt jest bez mała marksistowski i nadal dotyczy posiadania ale stabilności i niestabilności. Otóż osoby posiadające pewną stałość zatrudnienia domagają się od swoich podwładnych życia w notorycznym stresie i niepewności. Niepewność zaś nie sprzyja lojalności. Pracownik nie będący pewnym czy rankiem nie znajdzie na biurku wypowiedzenia umowy, nie będzie lojalny. Praca jest dla niego przystankiem w poszukiwaniu lepszej pracy. Zatem powstaje konflikt antagonizujący pracodawców i pracowników. Jak bowiem wymagać zaangażowania, lojalności i pracowitości od kogoś, kto z założenia jest tu tylko na chwilę, przechodem i nie ma pewności co czeka go jutro?