Pan S przedstawia Babis i Staśko w dziwnej sprawie lewicowych wartości

Gruchnęła raz wieść w Sieci, że lewicowa aktywistka się sprzedała. Fala gniewu ją zalała. Druga będzie w mordę lała. Genialnie mi to wyszło dumny z siebie jestem. W dzisiejszym odcinku pomówmy sobie o sprzedaży lewicowych wartości na wolnym rynku.

Prosta sprawa Kasi B.

„Cykl wybijania się na krytyce społecznej i popadania w niełaskę przypomina bez mała żniwiarskie najazdy na Drogę Mleczną.”

Zaraz po tym wydarzeniu pojawiły się dwa głosy. Że się sprzedała jak nie przymierzając dz…choć to jej nie znieważy, bo przecież praca seksualna to na lewicy powód do dumy. Więc jak ją tu obrazić? Zwyczajnie, po chamsku. Głosy drugiej strony broniły jej, że przecież trzeba jakoś zarabiać. I mieli rację. Lewica zaś nie dąży do ustanowienia systemu komunistycznego czy jakiejś anarchii tylko pewnych modyfikacji, chociażby wymuszenia przestrzegania prawa pracy, czy też wspólnego dla neoliberalnego kapitalizmu, który sam w sobie jest przedziwacznym tworem myślowym i tego drugiego izmu, czyli komunizmu, każdemu wedle jego pracy. Widzicie, oba systemy to wizje utopijne, które z natury rzeczy nie mają prawa zaistnieć. W obu przypadkach jakaś nadludzka siła, moc sprawcza, wola ludu albo inny kretynizm doprowadzi do powszechnej szczęśliwości. Mniejsza jednak o to. Innym razem.

Aby zrozumieć co Katarzyna B. zrobiła, lub raczej czego właściwie nie zrobiła ale jej się oberwało, trzeba przybliżyć jej poglądy. Silnie lewicowe, często krytykujące świat fast fashion jako formy wyzysku, współczesnego niewolnictwa oraz zguby środowiska naturalnego. Ze współpracy z wielkimi firmami musiało wycofać się kilka znanych osób w tym Krzysztof Gonciarz reklamujący Amazona, ale jego kariera nie ucierpiała tak bardzo jak Babis, która pozostała aktywna tylko na FB. Zaprzestała publikowania na YT pod własnym nazwiskiem oraz współprowadzenia „Powiedz Siostro”. Do kwestii współpracy Gonciarza z Amazonem odniosła się druga bohaterka tego wpisu, czyli Maja Staśko. Krytykowała firmę nazywając „współczesnym obozem pracy”. Gonciarz uszedł, Babis nie, co samo w sobie jest ciekawe. I szkoda, bo pomijając dość denne analizy zjadanych przez mole czytadeł fantasy, miała kilka interesujących filmów, zawierających celne przemyślenia. Względnie jestem zły, bo byłem pierwszy ale mnie czyta mniej osób. Otóż po Piekarze przejechałem się w marcu a Babis w grudniu tego samego roku. O! Foch.

Zabawa polega na tym, że sądy intenauckie nie są do końca sprawiedliwe. Właściwie w ogóle nie są sprawiedliwe. Zarzut o „sprzedaniu się” jest w tej kwestii nieziemsko bezmyślny. Nie wzięto pod uwagę, że skoro Babis trafia tylko do antykorporacyjnych, lewicowych odbiorców, to zainwestowane przez Zalando środki, zwyczajnie się nie zwrócą. Polityka firm tego typu pozostaje pewną tajemnicą, bowiem poprzez influencerkę tego typu nie mają większych szans trafić do nikogo zainteresowanego. Na średnio bystrych wyszli zatem fani Babis. Zamiast uśmiechnąć się jeden do drugiego z pełnym zrozumienia błyskiem w oku, zarzucili jej sprzedaż ideałów, która nie miała miejsca. Z poglądami tego typu zawsze jest problem, bowiem w swej najprymitywniejszej formie tworzą chore paradoksy. Zbieranie kasy od fanów to żebractwo i niechęć do uczciwej pracy, praca to sprzedaż ideałów, choć w projektach żadnego systemu ekonomicznego, póki co, nie ma żadnych postulatów o całkowitym zbawieniu ludzkości od powodu, dla którego konie zdychają. Tutaj pojawia się pewna specyficzna rzecz. Tworzenie treści zamieszczanych w Internecie to przede wszystkim praca umysłowa. Wielu zaś odbiorców tychże treści pracuje fizycznie, jako chociażby magazynierzy, kierowcy, dostawcy. Inną grupę stanowią wykonujący pracę bez sensu, która nie wiadomo czemu służy. Wszystko w duchu Świętego Zapierdolu. Stąd też przyjemnie im się słucha jak to są wyzyskiwani. Chociażby tyle, żeby sobie ulżyć w niedoli. Cała zabawa polega na tym, że ludzie nie bardzo chcą coś robić. Chcą żeby ktoś do nich mówił, to co chcą usłyszeć. Pochylił się nad ich niedolą, pogłaskał dobrym słowem, pokrzepił gromkim krzykiem krytykującym pracodawcę. Natomiast nie bardzo mają ochotę coś z tym faktem zrobić. Nikomu nie zależy na podrywaniu ludzi do działania, bowiem oni sami tego nie oczekują. Zależy im na dobrym kontencie. Mile widzianym byłoby aby infeluencerka, szła na dwanaście godzin do magazynu by później oddać się ideowej pracy umysłowej, co niewiele różni się od światopoglądu krytykowanych przez nich „Januszy biznesu”. Pani Ksieńko, pani to ogarnie w wolnym czasie. Zarobienie też jakichkolwiek większych pieniędzy, zwłaszcza w kapitalizmie, traktowane jest jako przyłączenie się do burżuazji, klasy wyzyskiwaczy i posiadaczy. Bez mała sprzedaż duszy diabłu, kolaboracja z wrogiem.

Jakby tego było mało, osoby takie jak Kasia B. stanowią najczęściej usprawiedliwienie własnego zamawiania cichcem na Amazonie czy Zalando. Śledzi się je celem wygłuszenia własnego sumienia po tym jak przeczyta się, że ktoś zmarł na hali. Na której, być może, samemu nadal się pracuje nie odchodząc w ramach protestu. Pierwszy raz uderzyło mnie to gdy byłem jeszcze studentem, który naoglądał się dziwnych filmów dokumentalnych. Wprawdzie obnażały problemy kapitalizmu, systemu, rządów i korporacji ale z jakiejś przyczyny wszyscy antyglobalistyczni wojownicy o środowisko naturalne, mieli bardzo ładne notebooki. Wysokiej klasy sprzęt firmy Apple, który idzie w parze ze świetnymi stylizacjami. Jasne, świat brudasów się skończył i nikt nie potraktuje poważnie niechlujnego czterdziestolatka z przetłuszczonymi włosami. Mimo to do pracy przy tekście albo prostych grafik propagandowych nie potrzeba nowego notebooka o mocy pozwalającej montować filmy w rozdzielczości 8k. No, wtedy to góra full HD, ale potrzebujemy jakiegoś przełożenia. Studiowałem już ponad dekadę temu. Notebook może być nawet dziesięcioletni. Nie potrzeba też nowiusieńkiego smartfona do zwykłych rozmów głosowych. I choć to tylko anegdota, zawsze bawili mnie znajomi, którzy drą ryja, że trzeba znacjonalizować wszystkie firmy prywatne albo dać pracownikom równy udział w zyskach, walczyć o środowisko naturalne a którzy kupują ciągle nowe graty technologicznych gigantów w dniu premiery, choćby się mieli zadłużyć. Giganci owi śledzą ich swoją drogą. Dybią na ich prywatność. Myślicie, że jakiemuś przejdzie przez pusty łeb kupić starszego lapa i zarzucić, na przykład, Talisa? Żeby jeszcze wiedzieli, że system taki istnieje. Trzeba też pamiętać o innych współpracach niektórych infeluencerów, zwłaszcza z gigantami z branży elektronicznej. Czy notebooki produkowane są z poszanowaniem praw pracowników? Gdzie trafiają ich szczątki? Notebooków, nie pracowników. Pytania o warunki pracy można by zadać przedstawicielom wielu koncernów, ale Amazon stał się po prostu symbolem. Ucieleśnia to co złe , równocześnie odwracając uwagę od całej reszty. Na przykład logo Apple zaklejonego gruszką albo śliwką. Jakimś owocem. Ironicznie.

Każda też krytyka decyzji o podjęciu współpracy przeważnie płynie od osób aspirujących do roli influencerów. Ocena decyzji przez pryzmat moralny, możliwa jest jedynie w sytuacji prawa do rzucenia kamieniem. Nie ma pewności, że kolejni krytycy nie ulegną z czasem pokusie. Istotne jest nie podejmowanie współpracy z Symbolami Zła. Inne kwestie wydają się być pomijane. Odwoływanie się do kwestii moralnych, również jest co najmniej niepoważne. Nawet jeśli influencer zawodzi, podejmuje współpracę z marką, która jest takim Symbolem Zła, to przecież widownia nie zarzuca wszystkich wartości, ot tak, jak siedzi na dupach. Autorytet upadł, idziemy skórować małe pieski. Wywody na temat kapitalizmu wchłaniającego wszystkie zjawiska i idee, celem utowarowienia to jeden z Praktycznych Paradoksów, które są pieczołowicie napędzane przez każdego twórcę czy myśliciela. Najlepsze zaś jest, że oni są tego w pełni świadomi, gdyż popełniają teksty temu zagadnieniu poświęcone, równocześnie lansując swoją krytyczną osobę. Rzut oka do Wikipedii by przekonać się, że towarzysz krytyk kapitalizuje kapitał! Społecznokulturowy, bo społecznokulturowy, ale kapitał! Godzi się tak, nawet nazwiska nie zmienić? Nie zaczynać od zera w innym mieście, kraju, bez zaplecza w postaci kapitału społecznokulturowego rodziców?! Orzekam, nie godzi! Poprzednie zdanie jest oczywiście pierwszej wody idiotyzmem, ale pojmujecie złośliwość w niej zawartą.

Cykl wybijania się na krytyce społecznej i popadania w niełaskę przypomina bez mała żniwiarskie najazdy na Drogę Mleczną. Przynajmniej tak długo, jak uważamy „lewicowe wartości” za jakąś formę komuny, wspólnoty, braku własności prywatnej. Choć de facto współcześnie dąży się raczej do pewnych regulacji, w myśl nowych koncepcji wolnego rynku. Dowodzi to jak lewicowa publika postrzega lewicowość. Czemuś tam kibicują, ale boję się wnikać co to jest, bo wyjdzie gospodarka centralnie starowana. Nawet praca dla dowolnej japońskiej korporacji może być etycznie niebezpieczna, wiedząc że w kraju tym mamy liczne przypadki mobbingu, przemocy, samobójstw na tym tle a kraj ten od zajmuje ostatnie miejsca w rankingach równości płci. Raz jeszcze. Jaki pożytek Wielkiej Korporacji z osoby, która dociera tylko do osób przeciwnych tejże korporacji? Fakt brania od nich kasy może oczywiście drażnić, ale przy przyjętych założeniach, jest to kasa wyrzucona w błoto. Nie powinna bowiem przynieść żadnego zwrotu.

Problemem jest brak jednoznacznego remedium i niechęć do posiadania dziesięcioletniego notebooka jakiejś kijowej marki. Tak swoją drogą swojego kupiłem w 2008. Jest symbolem. Jestem fajny. Taki ekologiczny. Natomiast gdyby tak wpadło parę złotych to miałby mały dylemat. Nowy, japoński korpus bezlusterkowy czy może nowy śliczny rowerek z amortyzowanym zadem, co to się do mnie uśmiecha…I nowy kask. Wprawdzie mój jest nowiutki, ale nadruk mi się nie podoba i chciałbym odpinaną szczękę. I ochraniacze. W sumie jakaś szpanerska bluza, też by się przydała. Wyczaiłem ostatnio dwie fajne marki, które mają spoko ciuszki. Bluza snowboardowa z wilkiem jest moim numero uno na ten sezon.

Myślę, że zawieszenie przez Babis części, bo nie całości, swojej działalności nie było spowodowane głupotą posunięcia ale pewną naiwnością, która doprowadziła do srogiego rozczarowania publicznością. Otóż osoby tego typu, choć zgrywają bardzo logiczne i pragmatyczne, pokładają pomimo hejtu z jakim się spotykają na co dzień, sporą dozę wiary w swoich fanach. I zwyczajnie nagle się okazało, że wcale nie są tak fenomenalni jak się jej wydawało. Co ciekawe, na temat mniej popularnej Babis pojawiło się trzykroć więcej analiz, w znaczniej bardziej popularnych kanałach wszelkiej maści niż na temat Krzysztofa G. Udzielił kilki wywiadów, przeprosił i poszedł sobie dalej nie niepokojony przez nikogo, podejmując kolejne współprace. Ostatnio chyba z jakimś browarem. Może po prostu łatwiej rzucić się na mniej popularną twórczynię? Nie chodzi nawet o płeć, tylko popularność samą w sobie, czy też bardziej umiejętne wykorzystywanie elementów lewicowego światopoglądu w tworzeniu własnego wizerunku.

Dziwna sprawa Maji S.

„Skoro państwo nie zapewnia wsparcia najbardziej potrzebującym – wywalczę je”

Maja S. naraziła się światu startując w jakiejś federacji MMA, High League. Zdaje się, że to konkurencja dla Fame MMA. Zarzucono jej zaprzedanie wszystkich wartości o jakie walczyła. Tyle tylko, że nic z tych rzeczy. Nim jednak dojdzie do wyjaśnienia, lecimy po kolei. Przeważnie zarzucała twarzy tejże, raperowi, seksizm i poniżanie kobiet. W walce weźmie udział by przekazać pieniądze na szczytne cele. Trzeba zacząć od kwestii przemocy. Z definicji, przemoc występuje tylko tam, gdzie jedna ze stron nie wyraża zgodny na określone zachowanie. O użyciu przemocy fizycznej mówimy wówczas, gdy kończyna górna jednej osoby, zostaje bez zgody drugiej przyłożona z pewną siłą do twarzy drugiej osoby, która ni jak nie ma na to ochoty. W sportach walki mamy obopólną zgodę na tego typu zachowanie zatem z formalnego, definicyjnego, punktu widzenia nie ma mowy o przemocy. Nie do końca.

Nawet jeśli cel jest szczytny, taki jak wsparcie organizacji antyprzemocowych dedykowanych mężczyznom, o czym rzadko się mówi, tak pozostaje kwestia pozyskania tychże środków. Podejrzewam, że gdyby zdecydowała się na udział w amatorskiej gali boksu albo MMA, to nie byłoby z tym aż takiego problemu. Sama w sobie rywalizacja sportowa jest jak najbardziej w porządku, choć powiem Wam że wolę boks albo judo od MMA, jakoś mi estetycznie nie leży. Sporty walki, nie są też jako takie formą przemocy. Mimo to, zbieranie czy pozyskiwanie środków na cele charytatywne przez wymianę razów ma jakieś dziury logiczne. Dziurą logiczną jest walka. Sporty walki opierają się na walce. Misternie żem to wywiódł, przyznacie. Kolejną sprawą, choc do sztuk walki drobiono masę ideologii, to jak mawiał Masutatsu Ōyama, twórca Kiokusin Karate,

Nie ma karate, bez kumite.

Oznacz to ni mniej, ni więcej, że można sobie gadać o samodoskonaleniu, ale nie ma sportów walki, bez celnego kopa. Chyba, że w boksie, to wtedy nie ładnie. Chcesz samodoskonalenia bez prawdopodobieństwa, że ktoś ci przygrzeje, przewróci, kopnie? Wybierz taniec, ale też można nabawić się kontuzji. Podobnie jest z MTB. Jedną z cech patriarchatu jest konieczność walki, wywalczania pewnych spraw, poświęcenia własnego życia i zdrowia, które uchodzi za przejaw toksycznej męskości. Przeciwko temu występuje część środowiska lewicowego. Samo MMA zaczęło budzić pewne kontrowersje. Coraz silniej widać ponowny zwrot w stronę większego wyrafinowania i powrót do zajęć z bosku, judo a nawet wing chun. Powodem tego było coraz gorsze zachowanie części zawodników, których do pewnego stopnia rozumiem. Pies z kulawą nogą by się tym nie interesował, gdyby nie cała medialna otoczka, która temu towarzyszy.

Walki freaków mają trochę inny cel. I prawdę powiedziawszy nie chodzi o okładanie się po ryjach totalnych amatorów. Można być amatorem. Mówiąc amatorem, rozumiemy osobą bez profesjonalnego przygotowania. Gdyby bowiem, i używam tego określenia zbiorczo, fame MMA było taką amatorską galą internetowych sław, nie byłoby żadnego problemu. Gawiedź lub też widownia, wybierzcie sobie określenia, miałby rozrywkę, startujący kasę i dodatkową oglądalność a być może ktoś z amatorstwa przeszedłby z czasem na zawodowstwo. Niestety Ci, którzy wkręcają się zanadto i zaczynają praktykować sztuki walki, stając się zawodnikami tracą na popularności. Przechylając szalę na korzyść określenia „gawiedź” najzwyczajniej lubi takie nieporadne, agresywne bijatyki, w których emocje biorą górę nad wykalkulowaną precyzją ciosów. Oprócz tego, obserwowalny jest pewien odwrót w stronę bardziej wyspecjalizowanych sztuk walki, o którym wspomniałem dwa zdania wyżej. Nie dodałem jednak dlaczego. Cechuje je pewna elegancja. MMA zapoczątkowało niestety pewien negatywny nurt a Fame MMA i High League doprowadziły do skrajności. Chodzi o wzajemne obrażanie się, agresję słowną przed każdą walką, która to agresja wraz z całą medialną otoczką są istotniejsze od samej wymiany razów. Tak ująwszy sprawę, dochodzi do tego totalny brak jakiegokolwiek kunsztu walczących. Nie w MMA a we freakach. Rozpaczliwe machanie łapami, nawalanka jak pod monopolowym, czysta niekontrolowana agresja. Największą chlubą bokserów, karateków czy adeptów muay-thai zawsze była samokontrola. Agresji, siły. Zatem mamy zatwardziałą feministkę, lewicową aktywistę, walczącą z toksyczną męskością, która będzie miotać się w klatce z drugą skąpo odzianą dziewoją w zamian za sporą kasę, minimum czterdzieści tysięcy złotych. Plotki zaś mówią nawet o osiemdziesięciu czy stu. Czy to wypada tyle zarabiać? Przy czterdziestu, daje to wynagrodzenie 3333 zł miesięcznie, którego wielu nie osiąga. Że rozda? Cóż z tego. Przy stu, należy pierwszą trójeczkę wpleść w objęcia koleżanki, otrzymując rubensowską ósemeczkę. Trzeba też pamiętać, że część ataków na piłkarzy, którzy zarabiają na wolnym rynku, gra na stadionach zbudowanych za pieniądze podatników. Jeśli nie dostrzegacie tu pewnej niesprawiedliwości, to szkoda. Ze wszystkich postulatów przeciwko klubom milionerów, Maja zwraca uwagę na zegarek ale nie on jest tu problemem, podobnie jak niechęć posiadacza do rozdawnictwa. Maja potrzebuje afery, natomiast fakt, że wasza kasa jest inwestowana w infrastrukturę, która po kilku meczach jest wam totalnie na plaster, nie macie z tego żadnej korzyści i jeszcze musicie zapłacić za bilet, jest trochę dziwna. Koniec końców facet kupuje zegarek wartości mieszkania w Wy, na mieszkanie nie macie.

Wróćmy jednak do skąpości ciuszków. Dobrze by było wystąpić w keikogi. Wprawdzie w MMA, boksie czy wielu innych sportach walki, także mężczyźni występują niemalże nago, ale czemu nie zrobić na złość organizatorom i nie zażądać bardziej okrywającego przyodziewku? Kwestia ciała rzadko jest poruszana. Maja bardzo broni osób otyłych, samej obnosząc się z gołym brzuchem. Doskonale wie, że przesadna tusza nie jest najzwyczajniej wygodna, więc uprawia sport. Nie powiedziała nawet słowa na temat ubioru zawodniczek, które nie tyle chcą co muszą. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że w MMA coś ponad majtasy będzie stanowiło nielichą pomoc dla przeciwnika w wywalczeniu uchwytu albo duszeniu, bowiem kołnierz doskonale nadaje się do duszenia przeciwnika a rękaw do chwytu, ale chodzi o sam fakt latania pół nago w opiętych ciuszkach. Natomiast w judo czy jujutsu keikogi daje niesamowitą frajdę. Ostatnimi czasy trochę psutą przez coraz ciaśniejsze oraz sztywniejsze stroje. Cała bowiem zabawa w tym, żeby próbując chwycić, nie zostać chwyconym.

Jeśli wierzyć zapewnieniom mediów, Staśko miała wyrazić, być może w formie żartu, chęć walki z Ogórek czy Godek. Gale fame MMA wszelkiej maści i federacji przeważnie oparte są o rozwiązywanie problemów na pięści. Zestawia się dwie osoby o przeciwstawnych poglądach i zezwala na napierdalankę. Ciekawe czy przegrana w takiej gali spowoduje, że ktoś zmieni poglądy? Stanowi to również klasyczny przykład „patriarchatu w spódnicy” o czym z resztą pisze Bell Hooks. Kobiety otrzymały społeczną legitymizację przemocy w formie fizycznej więc po prostu ją stosują, nie różniąc się tym od mężczyzn. Możemy sobie redefiniować przemoc, dowodzić, że sporty walki nie są przemocowe, ale kwestia wywalczenia kasy na wspierane przez siebie cele, wydaje się już taką być. Rozważmy jeszcze inną kwestię. Oto mężczyźni mają się nie poświęcać, nie podejmować głupich  ryzykownych działań ale kobieta już może? Jedną z form udowodnienia swojej męskości są chociażby sporty ekstremalne. Chętnie uprawiane przez kobiety i mężczyzn. Sporty walki mają w sobie jednak dodatkową symbolikę, jaką jest bezpośrednia rywalizacja. O ile kolarstwo górskie czy swnoboarding mogą być uprawiane w zupełnej samotności, tak sztuki walki muszą być uprawiane w formie rywalizacji.

Sam trochę się bawię w MTB i prę razy już wykorbiłem jak dzik w sosnę. Z tą różnicą, że dzikowi sosna nie straszna a mnie bolało. Niemniej sporty tego typu wiążą się z możliwością trwałego uszkodzenia ciała. Jeden niewprawny cios, błąd i katastrofa gotowa. Tymczasem Maja gotowa jest poświęcić zdrowie dla szczytnych celów. Przecież to typowe zastosowanie narracji patriarchalnej przez kobietę zwalczającą patriarchat. Poświęcenie dla czyjegoś dobra, w którym to głupim poświęceniu, przodować mieli panowie. Walka, wywalczyć. Dość znamienne określenia w kontekście walki w klatce o pieniądze. Równie dużo zarobiłaby organizując event polegający na rzucaniu w nią pomidorem. Powiedzmy dycha z możliwość rzucenia nadgniłym pomidorem. Nadgniłym, bo mniej boli. Rzucanie świeżymi skończyłoby się sińcem. Z punktu zaś widzenia patriarchalnego mężczyzny całość jest koszmarnie upokarzająca. Podświadomie większość zdaje sobie sprawę, że ktoś sobie z nich jaja robi. Postulat fizycznej obrony kobiet, jest przejawem patriarchalnej toksycznej męskości. Sporty walki można jednak analizować jako systemowo legitymizowaną przemoc. Tym samym w pełnym przemocy akcie bicia drugiej kobiety po twarzy, w dodatku do momentu gdy ta nie straci przytomności lub się nie podda, Maja będzie walczyć o pomoc dla mężczyzn. MMA jako dyscyplina, w której dwóch półnagich mężczyzn, ciora się po podłodze we wzajemnym uścisku, próbując zmusić drugiego do uległości nabiera ciekawego wydźwięku w tej sytuacji. Dwie skąpo odziane kobiety, wymienią razy, starając się zmusić przeciwniczkę do uległości, poddania się, by móc wesprzeć organizacje zajmujące się przemocą wobec mężczyzn. Naprawdę znamienne, gdy w tle toczy się, co prawda bardziej prawicowa, ale toczy się, debata o kryzysie męskości. Mężczyźni nie są w stanie zawalczyć sami o siebie, musi to zrobić za nich kobieta. Przepraszam. Nie mogą. Zmiana ról. Na pawdę, ciężko się wtedy chłopakom dziwić, że patrzą na feminizm jak Klub Miłośniczek Ziemniaczanych Obierek.

Hejt, to kolejna sprawa. Hejtem, jest tak zasadna krytyka czy polemika z jej działaniami, jak nazwanie ją jakimś brzydkim słowem. Sorry ale nie. Osoby, które racjonalnie, bez agresji polemizują z jej decyzją, której nie mają żadnego obowiązku szanować, bowiem mają pełne prawo uważać ją za głupią, szkodliwą i podszytą hipokryzją jak wieprz tłuszczem, jednakże wyrażające swoją opinię w sposób właściwy cywilizowanej dyskusji, nie zalewają Mai hejtem. Problem w tym, że Staśko kocha być ofiarą. Ofiarą walczącą. Stanowi to część jej budowanego przez lata wizerunku, medialnej persony. Różnica polega na tym, że ona na tym koniec końców dobrze wyjdzie, jeśli jeszcze to pociągnie. Trochę siekierą cięta kreacja ale ujdzie. Nie takie rzeczy da się sprzedać. Może zrobi barwną karierę w polityce? Stanie się takim lewicowym Koriwnem, którą będą na starość odmrażać gdy słupki skoczą za wysoko? Kto wie, kto wie. Tak czy siak, jest waleczną ofiarą. Ciągle ktoś ją atakuje. W chwilach wolnych, szuka sobie chyba agresorów z którymi mogłaby się zmierzyć. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie cyrk z tym całym Malikiem, wybaczcie, ale mam ochotę pozostać ignorantem w tej kwestii, który jest cyrkiem przemyślanym, z pełną premedytacją odegranym przez oboje przedstawieniem…no i sam siebie rozjechałem argumentację. Jak mam teraz z tego wybrnąć? Cóż, po prostu. Walcząc w dowolnej freak fightowej gali, mogła tylko zarobić. Więcej, mówiąc nie mam, potrzebuję kasy więc biorę co jest…byłoby źle! Bez szumu, rozgłosu. Maja zarobi według doniesień jakieś osiemdziesiąt tysięcy złotych. Połowę rozda na piwo, bo za dwadzieścia tysięcy to sobie można w uchu patyczkiem podłubać a nie pomóc ofiarom przemocy. Resztę zachowa. I wiecie co? Spoko. Fakt, że dokonując największych intelektualnych wygibasów nie sposób spleść tego w jedną całość z tym co mówi, to większa winę ponoszą osoby, które ją hodowały. Drugą połowę winy ponoszą osoby, które naprawdę uważają, że ona jest lewicową działaczką czy aktywistką. Oraz, że w ogóle rozpatruje się ją w tym kontekście. Ci z prawa są usprawiedliwieni, ci z lewa nie. No i gdyby nie ta cała analiza samoprzecząca w kontekście lewicowym to tekst byłby dość ubogi. Nie ma zatem w postępowaniu Staśko żadnej winy, sprzedaży, zaprzedania duszy i ideałów.

Wystarczyło się, ze strony lewicujących, raz a dobrze odciąć od jej osoby, niech sobie szuka atencji gdzie indziej. Lewicowo zorientowane tytuły potrzebowały jednak takich (o)szołmenów i (o)szołmenek jak Staśko czy Kapela, bo pod ich tekstami o wegańskim karmieniu psa czy drogich zegarkach Lewandowskiego gromadzi się tłuszcza. Inaczej pies z kulawą nogą bym tam nie zaglądał. I na nic samokrytyka, bowiem autorzy „Krytyki Politycznej”, często krytykują się wzajemnie na jej łamach. Może jak raz trzeba było sobie darować? Związek pozostał, lekki niesmak też. Choć nie znaczy to, że żadne z nich, nigdy nie powiedziało niczego z sensem. Kapela miał parę sensownych tekstów, tylko działał metodą „na Korwina”. Trzy razy z sensem i raz tak bez sensu, że przekreślał przyszłe sześć sensownych wypowiedzi. I tyle. Próbuję sobie przypomnieć owe teksty, wypowiedzi, ale w głowie został mi dość dziwny wizerunek obojga i pamiętam tylko to, o karmieniu psa cebulą. Dobry jest. Względnie, to tak, na potrzeby FB, bo tam się wrzuca najbardziej kontrowersyjny szajs na przemiał algorytmom i czytelnikom, którzy od biedy czytają nagłówki. W efekcie kopiąc w dupę wszystkie wartości, o których produkuję się przez cały ten tekst. Ja zaś mogłem sobie tekst napisać i liczę, że fraza „Maja Staśko High League” przyniesie mi paru czytelników. Tym jest paradoks lewicowego krytyka. Potrzebuje tego typu jazd, żeby móc je krytykować by następnie zostać zaproszonym do robienia czegoś bardziej lukratywnego. Naprawdę chcę ten rower. Tym jest właśnie społeczeństwo spektaklu.

Jeśli chodzi o całe Fame MMA, High League, freak fighty, to ocenić negatywnie trzeba jak zawsze widzów, nie twórców. Twórcy świadomie wykorzystuję fakt popularność, często skandaliczności, walczących. Nieświadomie, potrzebę ludzi do tego by poczuć się lepszym od dziwoląga, który idzie brać w tym udział. Oto można wskazać palcem i powiedzieć, co za idiota! Tworzy to pewien zamknięty krąg. Odbiorcy nie mogą się zeń wyrwać, bo nie mają czasu, ochoty, zaplecza by rzucić się w wir ciekawszych doznań. Tutaj można pogrozić palcem Babis za tą krytykę fantastyki. No wzięła na warsztat proste dzieła, które służą temu żeby się pobawić i zapomnieć, jakby była to bóg wie jakich lotów literatura. Każdy potrafi wskazać i powiedzieć to jest złe. Względnie nie za dobre. Złe to trochę za dużo powiedziane, bowiem w czasach licealnych dobrze się przy Ziemiańskim czy Pilipiuku bawiłem. Tymczasem siłę i środki można by poświęcić na promowanie dobrej literatury. Tylko kto w to kliknie? Można sobie pierdzielić o Shin’ichi Hoshi. Kogo obchodzi pisarzyna, którego nikt nie zna? Aby na coś zareagować, trzeba mieć do tego jakiś emocjonalny stosunek. Ergo, już znać i szanować. Każdy mi kliknie w coś o Lemie. Motojirō Kajii? Nie znam

W ramach zaś czegoś pozytywnego, obejrzałem sobie jeden z wywiadów, udzielony przez przyszłego zawodnika. Wylewne wyznanie wprowadziło mnie w dobry nastrój. Nie bardzo wiem co to ma na celu. Idzie sobie facet ulicą i wylewa jakieś żale. Chyba że…? Czy Wam tez kojarzy się z wystąpieniem chłopaków na W.T.F.?

Maja Staśko High League
They took my job!

Lewicowe wartości

W polnecie utarło się, że osoby prawicowe, to osoby konserwatywne, religijne, tradycjonalistyczne oraz liberalne. Gospodarczo. Lewica natomiast to osoby przychylne prawom pracowników, mniejszości, przeciwnicy religii, obrońcy środowiska. Ich wzajemne postrzeganie również jest specyficzne, bowiem lewica postrzega prawicę jako bandę zatwardziałych faszystów, natomiast prawica lewicę jako bandę komunistycznych hippisów, chcących żerować na cudzej pracy. Automatycznie każda partia prawicowa, która przebąknie cokolwiek o programach socjalnych, staje się z miejsca lewicowa. Tymczasem podział na prawo i lewo jest uproszczeniem identycznym jak wyraźny podział na dobro i zło. Będąc w teorii, przedstawicielką lewicy, należy być feministką zwalczającą toksyczną męskość. Brak poglądów feministycznych, automatycznie plasuje bowiem człowieka jako siedzącego okrakiem na płocie zwolennika tradycyjnych ról płciowych, czyli faszystę. Uproszczenia są do tego stopnia idiotyczne, że jeśli ktoś rzuci hasłem, że płacenie tak kochanych przez lewicowców podatków, jest przejawem patriotyzmu wszyscy głupieją. Bowiem podatki na rzecz budowy dróg należy płacić z pogardą dla państwa, rządu cichutko szepcząc, „niech żyje towarzysz Che”, w trakcie wykonywania przelewu. Samo w sobie jest dość jajcarskie, bowiem faktycznie patriotyzm niektórych ludzi sprowadza się do szanowania idei a drogi mogą być dziurawe, szpitale dla wybranych a ludzie niech się walą. Mogą sobie nawet zdechnąć z głodu. Byle nie aborcja!

Wielkim zaś problemem aktywistów lewicowych są hasła typu „redystrybucja dóbr”, które nie do końca wiadomo co znaczą. W teorii, chodzi o to, by wolny rynek w końcu ruszył. Kapitalizm i wolny rynek nie są bowiem synonimami. Wolny rynek oznacza przepływ wartościowych papierków a kapitalizm trzymanie ich w skrzynce pod kluczem albo akumulację kapitału w takim stopniu, by kapitał pracował na kapitał. Żadne „skapywanie nie zachodzi”. Każdy to musiał sam sobie kupić sprzęt Apple, bo to standard w firmie, żeby pracować za darmo, to wie czym jest owa redystrybucja. Zwyczajną, uczciwą pensją połączoną z nie zażynaniem podatkami najbiedniejszych, żeby bogaci nie mieli dziur w drogach a miasta nie ociekały syfem. W Polsce poglądy lewicowe przyjmuje się jednak z trochę innych pobudek. Otóż gdzieś w głębi naszej świadomości, niedobrze jest mieć za dużo. Prawdziwy człowiek pracy haruje fizycznie, zarabia niewiele i ledwo wiąże koniec z końcem. Nie chodzi zatem, żeby prekariusz dostał umowę o pracę, tylko żeby szefa dojechali tak, że przestanie mu się opłacać tę firmę prowadzić. Natomiast poglądy prawicowe, wybiera się żeby mieć prawo krzyczeć, że się kogoś nienawidzi. Powód bazowy jest dokładnie ten sam, czyli kiepska praca i płaca, ale za to można ulżyć sobie nienawidząc gejów, jako kułaków winnych niepowodzeniom wolnego rynku. Ciekawostką historyczną jest, że nie ważne czy wprowadza się komunizm czy gospodarkę wolno rynkową, gdzieś do kogoś strzela.

Tyle w kwestii wspomnianego polnetu. W głowach internautów miesza się to straszliwie na najniższym możliwym poziomie. Wyższe poziomy abstrakcji są im przeważnie niedostępne. Metafora surfowania jest tutaj jak najbardziej adekwatna. Prześlizgiwanie się po powierzchni wszystkich możliwych tematów. Zebranie zaś tej powierzchownej warstewki tworzy niesamowitą miksturę. Pomiędzy dowolną roprawą ekonomiczną a tym co trafia do końcowego odbiorcy mamy niesamowitą różnicę. W procesie przechodzenia z góry na dół, jest mielona, przetwarzana, miksowana. Zatem nie ma żadnego znaczenia co autor miał na myśli, ważne co czytelnik z tego wyniósł. Potrzeba uczestnictwa w spektaklu, jest tak silna, że prześlizgujemy się po masie tematów, żadnego nie zgłębiając. Nie ważne, czy to jest kino, polityka, kwestie środowiska czy pomoc ofiarom przemocy. Poglądy lewicowe nie są negacją wolnego rynku jako takiego. Są przeważnie negacją wolnego rynku w drapieżnym, potocznym ujęciu neoliberalnym. Mówiąc precyzyjnie, że każdy sam sobie radzi albo zdycha. Uderzające jest to zwłaszcza w kontekście matek z dziećmi. Za biedna na bachory? Trzeba było nie robić. Że wyrzucono z pracy jak zachorowała? Wolny rynek. Zatem chodzi bardziej o sprzeciw wobec darwinizmu społecznego, niż wolnego rynku jako takiego, bowiem nikt nie postuluje wprowadzenia gospodarki centralnie sterowanej. Mamy zatem dychotomię, lewo – prawo, w której każde jest dla drugiego złem, choć mamy też pewną liczbę odcieni szarości.

Patronite

Jeśli tekst przypadł Wam do gustu i chcielibyście mi pomóc stworzyć kolejne – zajrzyjcie na mój profil na Patronite. Sztuka i socjologia bez małego wsparcia „same się nie robią” 😉