Beztroskie dzieciństwo

Beztroskie dzieciństwo

Beztroskie dzieciństwo to częsty motyw czy to literacki czy fotograficzny. W chwili gdy osiągamy pewien wiek, mniej więcej lat dwadzieścia pięć, nasza pamięć zaczyna funkcjonować nieco inaczej. Zmienia się spojrzenie na czas dzieciństwa. Oprócz tego, jest to okres gdy uczymy się bardzo wielu rzeczy ale nie poprzez przynudnawe wykłady starych ale poprzez ich naśladowanie. Tak! Zgadliście, dziś znów krytykuję internetowych mądrali, którzy chcą chronić przyszłe pokolenia przed tym co sami robią ale nie wiedzą, że to robią czyli czemu ludzie kreują idealne instagramowe persony.

Gdy przypomnę sobie pajaca z aparatem, który doprowadzał mnie do szału jako przedszkolaka, rozumiem czemu żywię do fotografów dzieci jakąś antypatię. Dowiedziawszy się, że ktoś fotografuje dzieci instynktownie się odsuwam. Widzicie, nigdy nie lubiłem się uśmiechać. Nie żebym był niezdolny do wyrażania radości, ale nie lubię się uśmiechać a zwłaszcza na zawołanie. Jako introwertyk często pogrążony byłem i jestem we własnych myślach. Z perspektywy czasu zapewne infantylnych, ale wówczas moje przemyślenia musiały jawić mi się jako najdonioślejsze osiągnięcia filozofii, które przerywa jakiś typ, który ewidentnie bardzo nie ma ochoty fotografować stada gówniarzy bo wolałby nagie kobiety, ale trzeba coś do gara włożyć.

Miałem tego farta, że mój tata dużo czasu spędził z aparatem. Miał pewną manierę robienia zdjęć z zaskoczenia, przez co w domowym archiwum jest masa zdjęć na których fotografowany jest nieświadomy obecności fotografa. Czasem tylko od babci słyszałem, że na oficjalnych zdjęciach zawsze jestem smutny i to są brzydkie zdjęcia bo trzeba się uśmiechać. Inne dzieci są takie ładne, uśmiechnięte a ja…cóż. Nie ma się czym chwalić. Dziś gdy gdy robię sobie z kimś selfie częśto słyszę to sakramenckie uśmiechnij się. Najzwyczajniej nie nauczono mnie szczerzyć się do zdjęć jak końska dupa do bata.

Raz jeszcze chciałem pokazać, iż aby poddać krytyce współczesną kulturę doskonałości, należy sięgnąć wstecz. Już malarze idealizowali swych chlebodawców, aby potomni zapamiętali ich piękniejszymi niż byli za życia. Gdy fotografowanie stało się powszechnie dostępne, zaczęto kolejne pokolenia przyuczać jak zachowywać się przed obiektywem. Początkowo wystarczył idealny przyodziewek, bowiem nikt nie wytrzymałby ze sztucznym uśmiechem przez cały, długi czas naświetlania. Wraz z rosnącą szybkością migawek i czułością materiałów, zaczęła się epoka szczerzenia.

Symbol czystości

Dziecko jest jest symbolem czystości. Czystość owa trwa mniej więcej do czternastego roku życia. Właściwie ciężko powiedzieć jak wygląda psychika noworodka i niemowlęcia. Możemy jedynie spekulować, gdyż pewnych danych mieć jeszcze długo nie będziemy. W tym okresie, dziecko uchodzi za najczystsze, niewinne, nieskażone kulturą, cywilizacją. Znajduje się w stanie pierwotnym. Naturalnym jest, iż rodzice chcą ten stan utrzymać jak najdłużej, przez całe późniejsze dzieciństwo. Dzieciństwo nie jest jednak w żadnym wypadku czasem beztroski, niewinności.

Trud dorastania

Nad dzieckiem właściwie każdy dominuje. Babcia, ciocia, mama, tata, pani w szkole. Stanowi ono wprawdzie obiekt powszechnego zainteresowania i opieki, ale z czasem doskonale zdaje sobie sprawę, ze w hierarchii stoi najniżej i właściwie do pewnego momentu każda osoba ma prawo wydawać mu polecenia których niespełnienie spotka się z czyimś niezadowoleniem. Okazuje się, że czas dorastania to czas olbrzymiej ilości frustracji. Dziecko, pozornie istota niezbyt bystra, uczy się bardzo szybko, nierzadko będąc szalenie przenikliwym. Właśnie w tym okresie, dowiaduje się co to kłamstwo, dostrzega że otaczający ludzie nie traktują go poważnie, często wydając polecenia, które w założeniu mają chronić przed rzeczami, które to dorośli praktykują w wielkim upodobaniem. Chociażby obżeranie się słodyczami. Właściwie ma bardzo małą kontrolę nad samym sobą. Podejrzewam, że odkrycie hipokryzji albo kłamstw rodziców odbija się w młodym umyśle donośnym echem ale już tego nie pamiętam. Jakie zmartwienia może mieć dziecko? W naszym mniemaniu żadnych. Ono samo zaś odkrywa, że wszystko jest grą pozorów, trzeba uśmiechać się gdy jest się smutnym.

Uśmiech

Wspomniałem już, że nasza pamięć płata nam psikusy. Nie dlatego, że szwankuje. Trudny dorosłości, sprawiają że inaczej interpretujemy dzieciństwo. Wracamy doń pamięcią jako do okresu beztroski, gdyż nasz własny mózg eliminuje wszystkie złe wspomnienia, co ma również miejsce na późniejszych etapach życia. Zobaczcie, że osoby starsze, choć nie jest to zby precyzyjne określenie, bardzo łatwo wracają pamięcią do przyjemnych chwil z młodości. Rzeczy takie jak ból zacierają się, podczas gdy przyjemne smaki chociażby pierwszego piwa pamiętamy bardzo długo. Rozciągamy też okres dzieciństwa na dalsze etapy życia, które w teoretycznych rozważaniach do dzieciństwa już nie należą. Zapominamy o wielu frustracjach, których doświadczaliśmy jako dzieci albo o trudach bycia nastolatkiem. I choć powstaje cała masa tekstów o niepokojach tego okresu, my właściwie nie pamiętamy jak to było a tym samym bagatelizujemy je. Przecież prawdziwy problem to skąd brać na ZUS a nie jakieś pierdoły związane z dorastaniem i dojrzewaniem. Jak to mawiał mój dziadek, zapomniał wół jak cielęciem był.

Dlatego właśnie kochamy uśmiechnięte dzieci. Dzieciństwo to okres radości, niewinności, niewymuszonego uśmiechu. Przynajmniej my tak uważamy. Doskonałe zdjęcia, którymi rodzice zalewają Internet, mają poprawić ich samopoczucie, zadbać o wizerunek. Dziecko na zdjęciu ma się uśmiechać! Basta! Uśmiech dziecka dowodzi wspomnianego wewnętrznego szczęścia, które towarzyszy mu na każdym kroku oraz pozuje jak dobrych ma rodziców. Smutne dziecko oznacza złego rodzica. Takiego, który zniszczył ów beztroski czas, naturalnie w akompaniamencie cytatów z blogów parentingowych, o tym jak to źle rodzice traktują dzieci, stosują stare metody wychowawcze i w ogóle uważają się za wszechwiedzących. Efektem jest swoista tresura dzieci. Na widok aparatu fotograficznego na ich twarzach wyrastają uśmiechy tak sztuczne jak inteligencja niektórych polityków. Sprawia to przykre wrażenie.

Uczucia

Ludzie bywają smutni, przygnębieni, zmęczeni, zamyśleni. Nagle przychodzi jakiś obcy człowiek z aparatem i domaga się uśmiechu. Dobrze, że nie naśladuje kretyńskich amerykańskich komedii i nie każe mówić cheeeeeeeese. Choć… uczymy się uśmiechać na zawołanie. Nikogo nie interesuje nasz wewnętrzny świat. Ważne, że babcie i ciocie dostaną uśmiechnięte dziecko na zdjęciu. Teraz wraz z całym gronem znajomych na fb, ale ustaliliśmy już, że nie nam krytykować i właściwie nie ma w tym dzieleniu się nic złego. Może poza jednym drobiazgiem. Wszyscy uśmiechamy się do zdjęć.

Następnie obwiniamy ludzi wychowanych w kulturze uśmiechu na zawołanie, że mając depresję robią sobie radosne zdjęcia na Instagram albo inną modną platformę i udowadniają że ich życie jest ciekawsze niż jest naprawdę. Obwiniamy tak długo aż ktoś spróbuje się przełamać i pokazać to co czuje naprawdę. Wówczas niezadowoleni z tego stanu rzeczy domagamy się, by delikwent wziął się w garść. I tak w kółko. Piszemy jedno, robimy drugie. Ciekawe jak poczułyby się dzieci gdyby poczytały ten parentingowy bełkot w porównaniu z codziennym doświadczeniem? Z resztą te blogi też nie są o żadnych dzieciach, tylko o matce czy ojcu, którzy lansują się na wszechwiedzących, wyluzowanych, doskonałych. Rodzi się dziecko i z miejsca zamieniasz się w krynicę wiedzy? Nie. Tam gdzie jedni wykorzystują zdjęcia, inni wykorzystują tekst.

Doskonały świat

Wykonanie pamiątkowego zdjęcia wiązało się z przebraniem w najlepszy odświętny strój, wielogodzinnym przygotowaniem i w końcu naświetlaniem mającym utrwalić nasz wizerunek dla potomności. Po dziś dzień nic się nie zmieniło, może za wyjątkiem tego, że najmłodszych wsadza się do salaterki.

Od dziecka mamy się uśmiechać do zdjęć. Nikt nie chce smutnych dzieci na zdjęciach. Sztuczny, przyklejony uśmiech, wyrażający nie mniej sztuczną radość. Skoro uczymy się pozować, to jak możemy liczyć, że cokolwiek co widzimy na zdjęciach jest prawdziwe? Wykonanie pamiątkowego zdjęcia od początku wiązało się z przebraniem w najlepszy odświętny strój, wielogodzinnym przygotowaniem i w końcu naświetlaniem mającym utrwalić nasz wizerunek dla potomności. Po dziś dzień nic się nie zmieniło, może za wyjątkiem tego, że najmłodszych wsadza się do salaterki.

Dzieci dorastają, zakładają konta na instagramie. Jakże one podle kreują rzeczywistość. Wieczne uśmiechnięci, lansują się jako wiecznie radośni. Przecież, życie nie składa się tylko z radosnych chwil i nie wszyscy są doskonali! Opublikuj smutek, niepowodzenie, pokazać że nie masz płaskiego brzucha, spróbuj wyrazić stan prawdziwego dołka, albo co gorsza depresji. Czy mógłbyś, mogłabyś nie obnosić się z prywatnymi sprawami publicznie? Czy możesz nie promować otyłości? Naruszasz swoją prywatność, wystawiasz na pokaz! Tak na prawdę niszczysz moje wyobrażenie o świecie gdzie wszyscy są wiecznie roześmiani. Inna sprawa, że powód by się do kogoś przyczepić zawsze się znajdzie. Smutne dziecko = zła matka. Aj, ciężko będzie wymyślić coś lepszego niż zaproponowała Sontag w tym kontekście czterdzieści lat temu. Albo, patriotycznie trzeba, Polka była pierwsza!

Doskonali rodzice

Właśnie, rodzice! Znacie wszystkie memy o Januszu? Memy jako jednostka replikacji informacji kulturowej są Wam już znane, z łamów tego bloga. Wspomniałem o nich przy okazji omawiania zjawiska mody. Przygotowuję jednak poważniejszy tekst o memach ale wszystko zależy w jakiej kolejności się ukaże – przed tym, czy po tym tekście. Nadmieńmy jedynie, że oprócz swojej wartości rozrywkowej, memy o Januszu mają też wartość socjologiczną. Obrazują bowiem pewne zachowania, które zauważamy. Choć nie jesteśmy oryginalni, wszak pojęcie dulszczyzny funkcjonuje od dawna. Nie przyznawaj się u cioci Zosie jakie masz oceny, ja będę mówić.

Rytm nadają blogi parentingowe. Ich twórcy choć czasem korzystają ze zwrotów w stylu “nikt nie jest doskonały”, to uważają się za posiadaczy niepodważalnej, jedynie słusznej wiedzy.
Z teoretycznego punktu widzenia, pisanie o osiągnięciach edukacyjnych dzieci w postaci braku piątek, gdyż dzieci wcale nie muszą być piątkowe, może być próbą poszukiwania akceptacji dla ich, w rodzicielskich oczach porażek, ze strony society. Zwróćmy uwagę, że nigdy albo rzadko publikują zdjęcia swoich pociech gdy płaczą, stała im się jakaś krzywda, chociażby upadek na rowerku. Ich twórcy lansują się na doskonałych rodziców, którzy posiadają wystarczająco solidną wiedzę, by pouczać innych, choć sami swoich porad nie mieli jeszcze okazji zweryfikować. Gdy tak czytam, to mam wrażenie, że niektóre pełnią rolę autoterapii, radzenia sobie z problemami z dzieciństwa, jakimiś niedostatkami. Są próbą rozliczenia się z wymaganiami rodziców? Ich metodami wychowawczymi? Skoro zaś internetowi mądrale są doskonali, to przecież żadna mama czy tata nie powiedzą, że są gorsi. Dzieci zaś dorastają, przyswając pod rodze prosty schemat. Jestem szczęśliwy, uśmiechnięty – inni będą ze mnie zadowoleni. Będę smutny, rodizce będą się wstydzić.

Cóż, tutaj podzielę się z Wami swoją historią. Otóż pamiętam jak moja babcia wraz z innymi babciami licytowały się osiągnięciami swoich wnuków. Osiągnięciami, których nie mieliśmy. Byłem trójkowym uczniem. Natomiast pozostałe wnusie nie zdawały z klasy do klasy, ale były piątkowe. Trzeba się przed somsiadami pokazać! Żyjemy w kulturze, która nie toleruje niedoskonałości. Nie ma żadnej różnicy między pomiędzy babciami opowiadającymi sobie o kolejnych piątkach wnuków, kolesiami popisującymi się nowym autem przed sąsiadami ani fit instagramerami, wcinającymi instant pankejksy z dżemem. Żadnej. Chciałbym żeby jakiś blogman napisał za dziesięć lat, mój syn wrócił nawalony jak szpadel zarzygał podłogę i nie dostał się na studia. Ciekawe kto przyzna się do jakiejkolwiek porażki dzieci?