Lifestyle – fotografia lifestylowa

Fotografia lifestylowa czyli jaka? Reporterska? Ależ skąd! Serwująca wyimaginowany, nierealistyczny obraz życia. Gdy zaś fotograf lifestylowy krytykuje ludzi za to co sam robi, czuję się nieco dziwnie.

Fotografia lifestylowa

Nie lubi social mediów, influencerów i obsesji na punkcie “idealnego życia”. / fotograf lifestylowy dla National Geographic Traveler Poland

Czyli jaka? Fotografia obrazująca styl życia. High life. Czy będziemy się oszukiwać? Life style oznacza pieniądze. Life style masz wtedy gdy stać cię na drogie rzeczy, które ładnie na tobie leżą i pasują do bardzo drogiego i bardzo zbędnego notebooka. Life style masz wtedy gdy po dniu ciężkiej wspinaczki, wygodnym, turystycznym szlakiem, grzejesz cztery litery w wannie z bąbelkami. Jedne w wannie, drugie w kieliszku. Wtedy masz life style. Stworzyłeś go nie ty, ale trendseterzy, marketingowcy, spece od reklamy. Nie sprzedają ci butów, bokserek, skarpetek i spodni snowboardowych. Sprzedają ci styl życia, który przyjmujesz i myślisz że jesteś indywidualistą. Czy człowiek tworzy siebie, czy jest tworzony przez reklamę?

Mieć czy być?

Nawet sięgając po aparat, sięga się po związany z nim styl życia, czyli piękne wnętrza, kobiety, przygoda w górach 😉 I co taki fotograf chce nam pokazać? Jak żyją przedstawiciele finansowej klasy średniej i wyższej? Może swoje aspiracje? Osiągnięcia? Jak bowiem para, powiedziałbym przyodzianych, ale to nieadekwatne sformułowanie, o! wyeksponowanych przez seksowną bieliznę pośladków, należących do dziewczyny leżącej na hotelowym łóżku w wydaniu fotografa różni się od twórczości instagirl? Cóż, niczym. Pan Fotograf serwuje nam “idealne życie”, w najbardziej instagramowym wydaniu jakie można sobie wyobrazić. Drogi sprzęt, drogie miejsca. Powiem więcej. Lansuje nierealny styl życia fotografa. Spójrzcie jaki jestem fajny. Nie siedzę w biurze, jeżdżę w outdoor (cokolwiek to znaczy), bujam się tu i tam. Opowiadam Wam przerysowaną historię o sobie samym, udając że wcale nie. Nie mam nawet pewności, że pozornie reporterskie zdjęcia nie są ustawione.

“Nie rozumiem tego konceptu instagramowych selfiaków, które mają po kilkadziesiąt tysięcy followersów” – mówi Marek Ogień / Nat Geo

Specyficzne zastosowanie zwrotu nie rozumiem. Jest to swoisty eufemizm gdy nie chcemy wprost powiedzieć, że uważamy coś za głupie lub bezwartościowe a fani tych dziwaków, mogliby przenieść swoją atencję na nas. Tylko po co? Czym różni się zdjęcie twarzy od selfie? Niczym. Portret, w wydaniu na przykład Gierałtowskiego, to trochę inna kategoria wagowa. Większość fotografów bazuje tylko na atrakcyjności swoich modeli. To chyba John Berger powiedział

Namalowałeś nagą kobietę, bo sprawiało ci to przyjemność. Dałeś jej lustro do ręki i zatytułowałeś obraz “Próżność”, dokonując moralnej oceny osoby, którą namalowałeś dla własnej przyjemności. 

Nie dostrzegam specjalnej różnicy w zachowaniu fotografów walczących z selfiaczkami.

Intymność

Wszystko zależy od perspektywy, którą przyjmiemy. Wykorzystując wyświechtaną jak stara szmata sentencję, iż poprzez fotografię wyrażamy siebie to wychodzi, że jesteśmy tacy sami. Tak samo płytkimi tworami kultury konsumpcyjnej i nie ważne czy zwiemy się influencerem, instagramerem czy fotografem. Różnica pomiędzy fotografem, który znika ze zdjęcia a osobą, która poprzez te zdjęcia lansuje swój wizerunek jest taka, że ten pierwszy udaje, że to nie o niego chodzi równocześnie wyrażając…siebie. Twórcy selfie albo pozujący do zdjęć, są zdecydowanie uczciwsi, co przysparza im fanów. Nie ukrywają, że chcą stać się rozpoznawalni, sławni i na tym zarobić.

Mamy uczcie, że te osoby  sprzedają nam swoją intymność. Ciągle jeszcze sami siebie okłamujemy, że to co widzimy na zdjęciach to prawda, albo rzeczywistość. Cóż, jakaś prawda i jakaś rzeczywistość. W przypadku fotografa, często już z góry zakładamy nieautentyczność, reżyserskość sceny. Stąd też duża popularność grupy twórców, których zdjęcia noszą ślady amatorskości, która w podświadomym przekonaniu łączy się z naturalnością, prawdziwością.

Gdybyśmy porównali estetykę części zawodowych fotografów z tą stosowaną przez instagramowych influencerów, to okaże się że ciężko powiedzieć co jest czyim dziełem. Zatem dlaczego fotografowie przegrywają to starcie? Odpowiedź jest przecież banalna. Z tej samej przyczyny dla których wcześniej popkultura zachłysnęła się celebrytami. Choć oczywiście są pewne różnice, bo jakby nie było wielu internetowych twórców, ma do zaoferowania coś interesującego i wartościowego, ale ci popularniejsi stosują celebryckie zabiegi.

Co zaś robi fotograf? Zdjęcia. Genialnie to wywiodłem, ale jakie zdjęcia? Różne. Różnych ludzi, różnych miejsc, różnych rzeczy. Ciężej się do fotografa przywiązać. Można to łączyć z efektem czystej ekspozycji. Zobaczcie, że najpopularniejsi blogerzy/instagramerzy nawet związani z literaturą, nie prezentują książek tylko swój dziób. Czyta taki w kółko Kinga, przeplecie płytkim omówieniem dwóch wałkowanych od pięćdziesięciu lat powieści i wraca do promocji siebie. Popularność buduje się w okół powtarzalnego bodźca. Żaden fotograf nie zdobył takiej sławy jak top modelka. Co w pewnym momencie zaczął robić Richardson albo Tyszka? W efekcie bardziej kojarzy się ich twarze niż zdjęcia które robią. Najbardziej ikoniczne zdjęcia w historii żyją własnym życiem w oderwaniu od twórcy o którym często nikt już nawet nie pamięta. Gdy zaś widzimy inne prace twórcy owego genialnego dzieła, nie towarzyszą temu żadne emocje. Tutaj wypadłoby poruszyć temat naszego postrzegania owej wielkości, której nie potrafimy uzasadnić ale jak papugi powtarzamy, że ten czy ów fotograf jet wielkim artystą był. I nas wzrusza. Moglibyśmy szukać innych mechanizmów: mniej lub bardziej powszechne pragnienie sławy, utożsamianie popularności z sukcesem, ciekawość, autorytet, łamanie niektórych norm, swoisty wojeryzm.

Ekonomia uwagi

Cała zabawa sprowadza się więc do walki o popularność a tym samym o pieniądze. Popularność oznacza rozpoznawalność, rozpoznawalność oznacza zdolność do przyciągania uwagi konsumenta a ta oznacz walutę. Przedstawiciele nauk społecznych zakładali, że XXI wiek będzie okresem gdy przetwarzanie informacji będzie podstawą bogactwa nardów. Tymczasem stała się nią walka o uwagę. Fotografowie są zbyt mało elastyczni, fotografia staje się czymś tradycyjnym w zmieniającym się świecie mody, który nie toleruje zastoju i stagnacji. Lubię pisać, ale nie mogę mieć pretensji do ludzi że nie chcą czytać w dobie Tik-toka, instagramu, You – Tube i całej reszty mediów, które już same w sobie a poprzez nie każdy twórca walczy o chwilę naszego skupienia. Możemy skorzystać z terminu ukutego przez Guy’a Debord’a: społeczeństwo spektaklu. Ten zaś musi trwać a najlepszą metodą jego napędzania jest powtarzalny bodziec w osobie prowadzącego, który musi być w nieustannym ruchu.

Cierpienia starego fotografa

Zwróćcie uwagę jaką mamy mentalność. Gdy dwóch kolesi ze smartfonem, robi sobie dziwne zdjęcie to, cytuję

Cały świat się z nich śmieje!

fotografia lifestylowa
Źródło: Influencersinthewild

Ale gdy dokładnie to samo robi zawodowy fotograf – jesteśmy wzruszeni. Wszak z tak prozaicznej sceny wydobył tak wspaniałe zdjęcie!

fotografia lifestylowa
Źródło: Bored Panda

Na zakończanie

Nie ważne jak długo będziemy marudzić i starać się zdeprecjonować przeciwnika. Nie zmieni to nastawienia do fotografii, jeśli fotografowie nie zaczną zastanawiać się co można zaoferować oglądającym. Tymczasem chcemy, jako fotografowie, serwować ludziom sny ale bez konkurencji. Powołujemy się na badania psychologiczne, że fotografowanie zmniejsza poziom uczestnictwa, powoduje problemy z zapamiętywaniem. Naprawdę? A jeszcze niedawno fotografowanie również, wedle badań psychologicznych zwiększało satysfakcję i powodowało, że uczestniczy się bardziej. Identycznie rzecz miała się gdy powstał druk. Kopiści, iluminatorzy krzywili się, że księga utraci swój rękodzielniczy i artystyczny charakter, stanie się towarem. Przestanie być unikatem. Jeszcze gorzej! Każdy błazen będzie mógł wydać drukiem swoje wypociny. Zaleją nas drukowanie stronice, przesycą się ludzie słowem pisanym.

– Ale używasz czasami takiej krwi, prawda? Do niektórych zaklęć, jak słyszałem, ani podejdź bez krwi dziewicy, najlepiej zabitej w czasie pełni księżyca piorunem z jasnego nieba. W czym, ciekawość, krew taka lepsza jest od krwi starej gamratki, która po pijanemu spadła z ostrokołu?
– W niczym – zgodził się czarodziej z miłym uśmiechem na ustach. – Ale gdyby się wydało, że tę rolę może praktycznie równie dobrze spełnić krew wieprza, o ileż łatwiejsza do zdobycia, wtedy byle hołota zaczęłaby eksperymentować z czarami. A gdy hołocie przyjdzie nazbierać i użyć owej tak fascynującej cię dziewiczej krwi, smoczych łez, jadu białych tarantul, wywaru z obciętych niemowlęcych rączek lub z trupa, ekshumowanego o północy, to niejeden się rozmyśli. 

Fotograficzna brać pragnie wyłączności. Marzy im się świat gdy ludzie na widok ruchomych obrazów przedstawiających nadjeżdżający pociąg uciekają z kina z wrzaskiem i paniką w oczach. Przykro mi, te czasy minęły. Taka jest moja opinia o marudzących fotografach. Chcą by fotografia była sztuką tajemną, alchemią dwudziestego wieku. Stąd tęsknota za ciemną, magią halogenków srebra, tym właśnie alchemicznym procesem, który pozwalał zatrzymać, uwięzić światło dzięki odczynnikom dostępnym tylko wtajemniczonym.

Wiecie dlaczego kiedyś zazdrośnie strzeżono tajników wu-shu? Gdyż już wtedy wiedziano, że człowiek to zmyślny stwór i jak mu pokazać, to powtórzy. Kreacja, tworzenie rzeczy nowych to już inna bajka. Naśladownictwo nie stanowi żadnego problemu.

 

 

fot. w nagłówku freepik.com