Gdy kończy się fotografia, zaczyna się lifestyle

Gdy kończy się fotografia zaczyna się lifestyle

Gdy kończą się podstawowe tematy związane z fotografią zaczyna się pisanie o lifestylu.  Co jakiś czas fotograficznym bakcylem zarażają się kolejne grupy. Wówczas powstają dla nich nowe blogi o fotografii, które pomagają im rozwinąć skrzydła, dadzą porady w zakresie aktualnego sprzętu, podstaw kompozycji. Gdy zaś te tematy się wyczerpią zaczyna się zgrzyt.

Nie ma o czym pisać

Nie trzeba być wybitnym znawcą danego tematu, żeby robić dobre zdjęcia. Pisząc jednak o fotografii, trzeba zdawać sobie sprawę, że pula technicznych tematów jest ograniczona a te stanowią główną oś większości nowych tytułów poświęconych fotografii. Pojawiają się nowe gadżety, wyposażenie i powinny one nas interesować, bo bez aparatu to sobie wiele nie zdziałamy, natomiast nikt od pewnego czasu nie definiuje nowych zasad kompozycji obrazu. Można zatem wałkować w kółko te same a właściwie jedną, nudną, nieefektywną ale prostą do wyjaśnienia. Trzeba też rozróżnić osoby pasjonujące się aparatami od pasjonujących się fotografią. Nie zawsze idzie to w parze. Nie każdy pasjonat motoryzacji pasjonuje się prowadzeniem pojazdów mechanicznych. Jednak portali technologicznych jest masa, prezentują one wszystkie mniej lub bardziej szalone wynalazki inżynierów, którzy chcą ułatwić nam pracę za sowitą naturalnie opłatą.

Tylko co robić gdy opisane zostaną po raz milionowy wszystkie podstawy fotografii, zaczyna brakować pomysłów. O czym pisać? Wiele osób decyduje się na pisanie o tak zwanym lifestyleu czymkolwiek on jest. Blog stanowi bardzo osobistą formę wypowiedzi, więc autor zaczyna prezentować jakiś mniej lub bardziej wyimaginowany obraz swojej osoby. Naturalnie trzeba pałać odpowiednią miłością do minimalistycznego jabłkowego sprzętu, bo ponura czarna skrzynia raczej w post hipsterskiej rzeczywistości nikomu nie zaimponuje. Niezbędne są meble z Ikei. Przynajmniej w chwili gdy piszę te słowa. Osobiście zawsze miałem raczej upodobanie do ciężkich, gabinetowych klimatów albo japońskiej lekkości. Lifestyle, to przypisywanie sobie modnych rzeczy, jakby się było ich odkrywcą. Śledziłem kilka blogów o fotografii do czasu aż ich autorzy nie zaczęli publikować opowieści o tym, jak pomalowali sobie mieszkanie na szaro. Szkoda tylko, że robiła to wcześniej cała Polska i to od dobrych trzech lat. Tym jest właśnie lifestyle. Znalezieniem grupy odbiorców, dla których jest się pierwszym źródłem informacji i sprzedawanie powszechnej mody, jako swojego pomysłu. Tym bardziej, że poruszać się trzeba w zakresie bezpiecznych tematów, które się sprzedadzą.

Nie klikną…

Wielu twórców boi się, że jeśli napiszą coś, czego czytelnik nie oczekuje to nie będzie kliknięć. Rozumiem, że w XXI wieku pragnienie zarabiania na fotografii, pisaniu bloga, prowadzeniu kanału na YT jest bardzo, ale to bardzo silne, tylko skąd mam wiedzieć, że nie kliknie? A nóż temat go zainteresuje? Wyniki płynące z narzędzi analitycznych, informują nas czego ktoś szukał, bo posiadał o tym chociażby szczątkową wiedzę. Sam fakt posiadania wiedzy o istnieniu jakiegoś zjawiska jest podstawą do sformułowania zapytania do Wuja G. Tylko co zrobić w sytuacji gdy czytelnik nie wie o istnieniu zagadnienia, o którym chcemy napisać? Tak wiem, ludzie dzisiaj nie czytają, są egocentryczni bla bla bla. Znam to wszystko. Tylko co jeśli?

Skrajną formą jest przekuwanie siebie w obiekt atencji. Przestają się liczyć książki, fotografia, zaczyna się liczyć autor. Jak mieszka, jaki ma kubek do kawy, ile razy chodzi na siłownię bo musi chodzić na siłownię, zaczyna demonstrować mniej lub bardziej obnażone części ciała, które mogą przykuć uwagę w otoczeniu rzeczy, które wszyscy mają, o których wszyscy mówią, o których wszyscy wiedzą. Dodatkowo gdy mamy do czynienia z twórczynią, ważne by w którymś momencie pokazała się w czarnej, koronkowej bieliźnie. Czas mija, nagle okazuje się że pod spodem nic nie ma. Twórca lub twórczyni treści staje się tak bardzo zależny od atencji, że przeistacza się w coś w rodzaju przedłużenia systemu rekomendacji Facebooka czy YouTube. Zaczyna pojawiać się pytanie czy w ogóle czytają to o czym mówią, czy po prostu gadają byle gadać o tym co jest modne? Nagle okazuje się, że pod spodem nic nie ma. Jest tylko walcząca o atencję wydmuszka, która stara się przyciągać uwagę swoich odbiorców aby coś na tym zarobić, otrzymać natychmiastową gratyfikację w formie serduszek. Zachodzi podejrzenie, że to nawet nie jest przemyślana strategia tylko samonapędzający się mechanizm uzależnienia. Oczytany, elokwentny youtuber okazuje się kimś zupełnie innym. Jego medialna kreacja jest bardziej realna niż on sam.

Witajcie na pustyni rzeczywistości.

Kontrapunkt

Byłoby jednak niesprawiedliwym pozostawić wywód tak jednostronnie zakończony. Otóż ludzie przywiązują się do osoby autora bardziej, niźli do publikowanych treści. Taka nasza, z braku lepszego słowa, natura. Stąd też zjawisko celebrytyzmu. Bardziej też przywiązujemy się do osoby fotografa, niż jego twórczości. Jesteśmy najzwyczajniej ciekawscy. Ciekawość tę, należy sprawnie zagospodarować. Może się to odbyć na zasadzie właśnie wydmuszki, celebrytyzmu, który chyba jest niesłychanie kuszący, ale można też wpleść w swoją popularność jakieś sensowne treści. Treść staje się tym cenniejsza, im wyżej cenimy mówiącego. Gdy mówiący jest należycie popularny, jego wypowiedzi nabierają dodatkowej wartości, choć często gęsto pozornej. Bardziej cenimy recenzję książki popularnego twórcy, którego kojarzymy tak z wizerunku jak i głosu, niźli anonimowego recenzenta. Chyba, że tytuł dla którego pisze, cieszy się należytą renomą. Niemniej, bardziej przyzwyczajamy się do pojedynczych osób. Nie powinien dziwić fakt, że z czasem interesuje nas bardziej czym twórca myje zęby, jakiego telefonu używa, gdzie się strzyże, ubiera, jest zjawiskiem jak najbardziej zrozumiałym.

Dlaczego YT wiedzie prym ponad tekstem? Bowiem widzimy tam osobę autora, choć znajdą się kanały, które przyciągają miliony subskrybentów, pomimo braku bezpośredniej obecności twórcy. Da się? Oczywiście, że jest to wykonalne. Istotna jest forma. Najczęściej przebija właśnie pierwotna idea blogów, które miały być bardzo osobistą formą komunikacji. Trzeba też zauważyć, że nie każdy kto zakłada blog, kanał, cokolwiek o fotografii, miał różnorakie motywacje. Jeden chciał jednoznacznie być fotografem, drugi chciał być popularny. Na krótko fotografowie znów stali się sławni wśród szerszej publiczności. Często fotografia okazywała się chwilową pasją, która z czasem stawała się narzędziem komunikacji o kolejnej. Człowiek przecież się zmienia na przestrzeni lat. Blog zaś, nie może być aktualizowany raz na dwa lata, celem zaprezentowania jedno, może i błyskotliwego tekstu poświęconego jakiemuś egzotycznemu zagadnieniu. Lepszą formą rzadkiej komunikacji, przekazywania myśli, jest książka. Właściwie „blog o fotografii” to niejasne pojęcie. Chcę mówić o sztuce? Poddawać krytyce? Uczyć fotografować? Stąd też chyba zakładając Herbatę i Obiektyw postanowiłem sobie, że muszę zmienić podejście. Tutaj przyszła mi z pomocą socjologia wizualna, która połączona z blogową publicystyką pozwala snuć opowieści.

Wraz z pogłębianiem się więzi między twórcą a publicznością, następuje zmiana publikowanych treści, tematyki. Widzowie stają się bliżsi twórcy, podobnie jak twórca widzom. Może zaś wydawać się trochę dziwnym, przywiązanie do obcych osób, których nawet nie widzimy na żywo, komunikujących się z odbiorcą w sposób zapośredniczony. Nie ma w tym jednak absolutnie nic dziwnego, zwłaszcza w dobie fotografii, która jest komunikatem, skierowanym do tego, kto chce go odebrać. Tworzy się wówczas nic innego jak właśnie społeczność, wokół osoby prowadzącego. Niestety jako istoty o specyficznych potrzebach, często zadowalamy się coraz prostszą treścią. I choć potrafimy czerpać wiedzę, z różnych źródeł, zobaczcie jaką rolę odgrywa osoba autora. Susan Sontag, Ronald Barthes. Ich książki są tym lepsze, im lepiej znamy zasługi autora, im wyżej cenimy go jako autorytet. Staje się nam bliższy gdy widoczny na zdjęciu. Gdy zaś się zastanowimy, osoba autora jest równie ważna jak same jego zdjęcia, zwłaszcza w świecie mody. Nie znaczy to, że zdjęcie nie może żyć bez osoby swojego autora. Fenomenalne reportaże Eugenea Smitha, są tego przykładem. Tym jednak lepsze są zdjęcia Eugenea Smitha, gdy wiemy, że należą do Eugenea Smitha.

Patronite Herbata i Obiektyw

Słuchajcie założyłem sobie konto na Patronite, żeby trochę usprawnić prace nad treściami na blogu. Odrobina czasu i nowych, często rzadkich książek zawsze się przyda. Mój profil znajdziecie pod linkiem Patronite Herbata i Obiektyw

 

 

 

fot. w nagłówku freepik.com