Fotografia analogowa - materialność medium

Fotografia analogowa – materialność medium

Nie ma piękniejszego stwierdzenia niż “medium jest przekazem”. Właściwie kryje się za nim prawdziwy geniusz i choć odeszliśmy w dyskursie od myśli McLuhana, to stwierdzenie iż medium jest takim samym przekazem jak treść dzieła, jest zaprawdę genialne. Pojmują je także fotograficy, którzy wybierając fotografię analogową manifestują swoje poglądy, podejście do sztuki. Tak, fotografia analogowa czy cyfrowa sama w sobie jest informacją dla oglądającego.

Podobnie jak we wszystkich dziedzinach sztuki tak i w fotografii istnieją różne nurty, które często wzajemnie się zwalczają, dowodzą swojej wyższości. Jest to zupełnie naturalne zjawisko. I tak jeden będzie uważał, że jedyną słuszną drogą jest cyfra, gdyż pozwala ominąć żmudny etap mechanicznej pracy i skupić się na poszukiwaniu nowych obszarów widzialnego, ingerować w obraz tworząc bajeczne fotomontaże, tak inni wybiorą właśnie pracę na materiałach pracochłonnych. Bardzo ciężko jest też przyznać wszystkim rację i z każdym się zgodzić. Jedne nurty uważamy za gorsze, drugie za lepsze, bliższe temu co chcemy robić.

Fotografia analogowa – materialność obrazu

Medium, nośnik, technika, wydają się być ważniejsze od tego co zawrzemy na fotografii. Osobiście nie przepadam za tym podejściem, bo redukuję fotografię do sprzętu fotograficznego i technikaliów. Nie dlatego jednak, że wybór takiej drogi jest świadomy. Po prostu są to elementy bardziej wymierne, pozwalające na dyskusję. Tymczasem bywa tak, że

Medium jest przekazem
Marshall McLuhan, lata 60te XX wieku

Poprzedni wpis był dość, krytyczny wobec fotografujących z użyciem materiałów tradycyjnych. Niektórzy z pełną rozwagą sięgają po wszystkie niecyfrowe formy fotografii, gdyż stanowią one swoisty manifest. Same w sobie są przekazem, który artysta serwuje odbiorcy. Fotografia komercyjna jest szybka. Musi być tworzona szybko, masowo, na czasie. Masowość fotografii stanowi jeden z jej postulatów, który dziedzina ta osiągnęła wraz ze swoją dojrzałością w XXI wieku i cyfryzacją, choć era analogowa wcale nie była gorsza.

Tak, fotografia potrzebowała długiego czasu by sprostać swoim szumnym założeniom z chwili narodzin. Jednakże! Praca na analogowym materiale światłoczułym jest podporządkowana pewnemu rygorowi. Nie ma opcji cofnij, nie ma możliwości bezpiecznego zapisania plików. Decyzja zapada i mamy efekt. Czasem można zacząć od nowa, na przykład klisza, pozwala nam wykonać wiele różnorakich odbitek, ale już techniki takie jak dagerotypia pozwalają stworzyć jeden unikatowy egzemplarz.

Nie traktuję poważnie osób, które łapią za analoga i nie potrafią zachwycić się chwilą. Widzicie, współczesna fotografia jest dynamiczna ale w trochę innym sensie niż myślicie, jej zadaniem jest przemijać tak szybko jak powstaje. Fotografia cyfrowa chociażby w mediach społecznościowych ma za zadanie przepaść, zniknąć. Fotografia na materiale niecyfrowym ma za zadanie trwać, choć początkowo pełniła taką samą funkcję. Magazyn związany czy to z polityką czy modą musiał serwować co miesiąc coś nowego. Z czasem zrodziło się nowe zastosowanie, nowe podejście. W końcu i wspominany dagerotyp miał swoje zastosowanie użytkowo – komercyjne. Pracując z materiałem światłoczułym, zwłaszcza w tych technikach które nie pozwalają tworzyć tysięcy odbitek artysta daje sobie czas. Następnie robi coś, czego współczesna fotografia już nie czyni. Zatrzymuje go. Idea polega na tym, by obcować z unikatem. Efektem świadomego procesu twórczego od tematu aż pod namacalny efekt. Niestety na to czasu nie macie, by rocznie robić 12 dobrych fotografii. Tylko jak pogodzić instagramowy pęd, w którym walka o uwagę jest bardziej zażarta niż swego czasu o ogień z wymagającą czasu i refleksji ideą? Cóż, zrezygnować, pogodzić się, że inni mają więcej followersów albo kłamać. Pokazywać się z analogiem na ramieniu, następnie skanować, obrabiać w Photoshopie i publikować na instagramie zdając kłam wyznawanym wartościom.

Podziwiając odbitkę

Nie zawsze jest to “papierowa dobitka”, bo nie każda technika na to pozwala, ale bardzo ważne jest samo obcowanie z finalnym obrazem. Chodzi o jego fizyczność, namacalność nie może to być cyfrowa kopia wyświetla na ekranie telefonu z #analogphotography pod spodem. Nie, to zdecydowanie za mało, tu potrzeba czegoś więcej. Istotny jest także sam etap tworzenia, sama praca która przebiega od chwili gdy naciśniemy spust migawki aż do chwili uzyskania rezultatu. Finałem jest właśnie kontakt widza ze zdjęciem, ze świadomością ile pracy włożył w nią twórca. Stanowi ona zapis całego tego procesu, są ze sobą nierozerwalne i żadnego nie można pominąć. Kontakt mamy nie ze świecącymi pikselami a ze zdjęciem w jego fizycznej formie. Mamy tutaj zupełnie inne podejście do samego procesu twórczego, stanowiące kwintesencję pracy na “analogowym” materiale światłoczułym. Po żmudnej pracy, pełnej niebezpieczeństw, musi powstać fizyczny, namacalny nośnik, który będzie cieszył oko odbiorcy. Będzie on stanowił jeden z ważnych elementów interpretacji dzieła. Dlaczego twórca zdecydował się na ten aparat, ten obiektyw, ten materiał? Co nim kierowało? Czy sam proces był istotny? I tak dalej. Buduje to zupełnie nową perspektywę.

Przeciw spektaklowi

Fotografia zwana analogową była kiedyś taką samą masówką jak obecnie fotografia cyfrowa. Iluzja iż kiedyś zdjęć robiono mniej, wywołana jest przez cykl wydawniczy magazynów
i czasopism oraz przez ilość miejsca, którą można było fotografii poświęcić. Wraz z nastaniem wieku XXI oraz powszechnej cyfryzacji fotografia z użyciem bardziej szlachetnych czy czasochłonnych materiałów, stanowi swoisty bunt przeciwko rosnącemu tempu publikacji. Ot zmieniła się filozofia, podejście. Niestety, nie jest to droga dla każdego. Aby zbudować swoją renomę na czymś takim, trzeba mieć niesamowity zmysł marketingowy, potrafić dotrzeć do osób które “rządzą sztuką”. Można oczywiście próbować schlebiać gustom masowego odbiorcy, produkując przy pomocy aparatu analogowego dokładnie to samo co przy pomocy cyfrowego i nobilitować to wyborem medium, ale nie okłamujmy się. Nie tędy droga. Większość twórców z tego nurtu już wyrobiło sobie nazwisko, więc mogli obejść się bez Internetu. Ich domeną są galerie, mają uznanie kuratorów, marszandów i kolekcjonerów. Nie oznacza to, że było im łatwiej. Na swoją pozycję musieli zapracować, tak czy inaczej.

Praca traktowana jest tutaj jako wartość sama w sobie. Odbitka nie jest efektem a składową całego efektu jakim proces twórczy. Przy czym praca nie jest tutaj próbą zatuszowania braku wiary, próbą nadania jakiejś szlachetności w oczach klasy średniej jak ma to miejsce u twórców masowych. Praca w ciemni, jest nie tyle pracą co doświadczeniem artystycznym. Nie ma na celu sztucznego podniesienia wartości i jak już wspomniałem, ma zapewnić trwanie. Zatem jeśli jesteście gotowi z pełną świadomością i pewną odpowiedzialnością, wrócić skorzystać z tych niecyfrowych rozwiązań, to czemu nie? Może zaprowadzi Was to w nowe, rejony które dotychczas nie były zbyt interesujące.

ps.

Akurat gdy piszę sobie te słowa, gdzieś tam ponoć w szerokim świecie ktoś zadał pytanie odnośnie serialu Stranger Things.

A cóż to za czerwony pokój, gdzie moczą coś w wodzie i pojawia się zdjęcie?
(parafrazuję)

I oczyścicie obudzili się mędrcy fotografii, dowodząc tez różnorakich i oczywiście zaczęli mnie irytować. Wszyscy jak jeden mąż publikują swoje prace w Internecie, ale każdy jest wielkim orędownikiem ciemni a każdy młody fotograf powinien się z ciemną zaznajomić. Równie dobrze można by wymagać od każdego programisty aby korzystał z taśm perforowanych a każdy malarz przynajmniej raz sporządzić musiał farbę z jakichś toksycznych składników w domowym zaciszu. Bez środków ochronnych. Tak samo jak specjaliści, którzy wprawdzie nie mają aparatu, nie wiedzą jak działa, nie mają bladego pojęcia o podstawach fizyki, ale doskonale wiedzą jak zachowuje się światło w szczątkowej atmosferze Księżyca a tym samym lądowanie to spisek a sam Księżyc to hologram.