Japonia utracona

Japonia Utracona

Japonia Utracona to jedna z tych książek, które warto przeczytać, choć dla Wielu będzie to przykre przeżycie. Najczęściej bowiem gdy piszemy o kulturze jakiegoś kraju, chcemy pokazać to co w nim najlepsze. Czasem pomijamy pewne rzeczy, elementy historii a gdy trzeba to i współczesne dziwactwa kultury, które mogłyby mieć niekorzystny wpływ na obraz danego narodu.

I tak przeważnie jest z Japonią. Opisujemy Japończyków jako kochających przyrodę, naród nowoczesny ale pełen miłości do swojej tradycyjnej kultury. Bardzo chcemy, żeby ta romantyczna kraina przetrwała. Pełna herbaty, przechadzających się ulicami gejsz obok których spacerują samurajowie. Cóż, przeciętna studentka informatyki w Tokio ma takie samo pojęcie o tym czym się różni komon od yukaty jak my o tym czym jest jakiś lejbik albo jak powinien poprawnie wyglądać żupan.

Zatrzymać w czasie

Jaka wielka szkoda, że ten świat przemija, odchodzi.

Dość często można przeczytać takie komentarze pod zdjęciami, które przedstawiają coś przemijającego. Styl życia, jakieś ginące obrzędy. Wyrażamy wielki smutek, że to odchodzi, że tego już nie będzie. Wszędzie tylko pęd życia XXI wieku. Cóż, tam też wcale często sielsko nie było, ale takie mamy wyobrażenie. Taka trochę romantyczna potrzeba znalezienia sobie jakieś utopii. Jest o tyle ciekawe, że my sami nie chcemy żyć bez naszych telefonów o mocy większej niż komputer który zaprowadził człowieka na Księżyc, GPSu, setek koni mechanicznych pod maską. Chcemy żeby ktoś się poświęcił o ocalił ten kawałek niknącego świata abyśmy jako turyści mogli mogli rzucić okiem pomiędzy jednym piwem a drugim.

Początkowo można odnieść właśnie takie wrażenie. Kerr jest obrażony, bo Japończycy przestali latać z katanami po ulicach a on nie może się cieszyć widokiem gejsz ani scenami z filmów Kobayashiego czy Kurosawy. O ile nie przeczytało się…wstępu. Dziwna uwaga, prawda? Cóż, gdy szukałem opinii o tej książce wyszło że chyba nikt tego nie zrobił.

Alex Kerr

Romantyczna historia autora zaczyna się, gdy ojciec zabrał go do Japonii w wieku 12 lat. Był on oficerem stacjonującym w jednej z baz w Jokohamie. Czasem w życiu liczy się szczęście oraz wygrana w wojnie 😉 Był rok 1964 a obecność wojsk USA w Japonii była konsekwencją wieloletniej okupacji. Z tym że dla Japończyków zasłużonej. Kto im kazał przyłączać się do Państw Osi? No kto? Oni sami.

Zatem czytając pamiętajcie, że czasem w życiu potrzebny jest łut szczęścia i obywatelstwo kraju, który wygrał wojnę. Kerr jakoś specjalnie się tym nie chwali, bo próbuje się lansować jak wielki, samodzielny podróżnik. Są wzmianki, jasne, ale warto podkreślić genezę sukcesu Amerykanina.

Japonia Utracona

Alex Kerr dorzuca jeszcze garść informacji o współczesnej Japonii. Kiedyś już wspomniałem Wam, że kraj ten przeszedł kilka faz, rewolucji kulturowych. Jedną z nich była XIX wieczna amerykanizacja. Mniej więcej to, co widzicie w filmie Ostatni Samuraj. Obcinanie koczków, modernizacja armii na wzór zachodni, zachodnie stroje, obyczaje. Obraz w filmie jest o tyle romantyczny, że ci wierni samurajowie to byli tak wierni jak im pasowało. Potrafili jednego dnia popierać cesarza by drugiego dostarczyć do sigunowi związanego jak baleron i bezceremonialnie rzucić na podłogę. Jak się zaś zadłużyli nadmiernie u kupców, to cięli ich tak długo aż im siogun długi anulował. Taki szlachecki obyczaj. Niby kupiec profesja nikczemna, ale bez kupców stoły będą pustkami świecić to nadmiernie ich szlachtować też nie można pozwolić. Z resztą zdrady, intrygi, bunty, rebelie i rokosze były na porządku dziennym.

Nagle! Ktoś powiedział dość! Japonia musi być Japonią! Tyle tylko, że w szale niszczenia padło praktycznie wszystko. U nas przetrwały jakieś obrzędy ludowe. W Japonii stworzono nową tradycję bez mała dekretem. I bądź tu mądry. Dowiadujemy się od pana Kerra że Japonia raz jeszcze chciała być zachodnia. Wycięli co się dało, zalali betonem co się dało, zburzyli co się dało. Więcej, właściwie nie byli gotowi na nic. Tworzyli ekonomiczne bańki, nie mieli pojęcia o nowoczesnym zarządzaniu. Dzieła sztuki oddawali za bezcen, właściwie na wyprzedażach garażowych.

Jeśli chodzi o wszelkiej maści biurokratyczne ministerstwa, to podejmują one co najmniej dziwne decyzje. Raz wycięli 300 letnie sosny i zasypali plac białym piaskiem przed zabytkową świątynią. Bo tak. Takie jest ich poszanowanie dla tradycji o której tyle piszemy. Innym razem nastawiali w miastach jakichś dziwacznych konstrukcji, które miały zaburzyć albo zniszczyć ich panoramy. Podobno sam Akira Kurosawa w wywiadzie stwierdził, że Japonia jest coraz brzydsza i trzeba kręcić poza krajem, bo wycięto w pień wszystkie wspaniałe i malownicze miejsca. Gdy będziecie czytać o tym jak Czarne Złoto będzie zasilało ich kraj, to przypominam że oni potrafią tysiącletnie lasy wyciąć i zasadzić nowe. Ich związek z naturą jest taki, że Wyspy Japońskie są na najlepszej drodze do zostania zanieczyszczoną, betonową pustynią. Ekologia nie jest ich mocną stroną. Jeszcze mniej niż naszą.

Trafimy też do dzielnicy Shinsekai w Osace, która pokazuje, że tak bardzo bezpieczne dla obcokrajowca jest właściwie Tokio. Tutaj zaś można dostać w dziób i stracić dobytek. Nie jest niczym dziwnym człowiek wskakujący pod koła samochodu by domagać się odszkodowania. Co ciekawe wszyscy solidarnie zaświadczą, jak kierowca stojącego pojazdu potrącił biedaka. Choć dzielnica wygrzeczniała z biegiem lat, nadal cieszy się niechlubną sławą. Warto, na końcu wprawdzie akapitu zaznaczyć, że trafiamy do Japonii lat 70, 80, trochę 90. Więc sytuacja ekonomiczna trochę się zmieniała. Nas interesuje jednak bardziej kwestia szeroko najrozumniej kultury. Widać pokłosie tego o czym pisze Kerr. Japonia na arenie eksportu kultury od lat ma do zaproponowania lolitki, mangę i pokemony.

Teoria japońskości

Kerr wspomina o czymś, o czym już kiedyś słyszałem. O ile wydziały nauk społecznych, antropologii, przeważnie zajmują się zmianami w kulturze, jej aktualnym stanem, nowymi zjawiskami, tak Japończycy upodobali sobie dowodzenie dlaczego Japonia jest dominującą kulturą świata. Jest to swoista próba udowodnienia wyższości kulturowej a czasem i rasowej oraz próba pogodzenia się z historycznymi wpływami.

Ogólnie przyjmuje się, że kultura Kraju Kwitnącej Wiśni to zlepek wpływów Chińskich oraz Koreańskich. Następnie zalany olbrzymią falą kultury Zachodu. Zatem mieszkańcy Kraju Wschodzącego Słońca udowadniają w sążnistych akademickich wywodach wyższość swoją ponad narodami świata 😉 Właściwie niewiele różniło się to przed II Wojną Światową od poglądów głoszonych w nazistowskich Niemczech. Wszystko zaś zaczyna się od autora książki, którą bardzo lubimy…Księgi Herbaty. Niestety jest to nacjonalistyczny, infantylny przewodnik dla zagranicznych tumanów żeby cokolwiek zrozumieli. Ten sam człowiek odpowiada zaś za jedno z ponoć najważniejszych dzieł nacjonalistycznych Przebudzenie Japonii. Mówię ponoć, bo znam tylko opracowania na ten temat ale nie znam samej książki.

Teraz wyobraźcie sobie przewodnik po Japonii, który pokazuje Wam ten kraj jako zamieszkany przez bandę ksenofobów, zahukanych nacjonalistów, gdzie prawa kobiet są uznawane za niesmaczny żart z Zachodu a większość z nich nie lubi gdy ktokolwiek włada ich językiem uchodzącym w ich mniemaniu za możliwy do opanowania tylko przez Japończyka.

Kultura pachinko

Autorka Japońskiego Wachlarza, Joanna Bator, pisze o kulturze kawaii, natomiast Kerr o kulturze pachinko. Pachinko, co potwierdza wiele opisów jest grą, która sprowadza się do pociągnięcia wajchy, względnie naciśnięcia przycisku i zadania się na los. Problem w tym, że hazard jest tam nielegalny. Zatem za  zdobycie odpowiedniej porcji kulek, można otrzymać różne drobiazgi, które następnie można wymienić na drobne kwoty – gdzieś w zaułku. Problem w tym, że wygrane nie są emocjonujące. Nie ma tym znanych mi tylko z opisów emocji gry hazardowej. Wiele nie stracisz, wiele nie zyskasz.

Autor bardzo złośliwie zauważa, że gra jest taka jak ludzie w tym kraju. Nijaka. Siedzą z tępymi minami, wgapiając się w nijaką grę, z nijakimi emocjami. Autor upatruje w tym zwycięstwa japońskiego systemu edukacji. Narzekamy na nasz, ale podobno japoński, o! to jest dopiero tresura klonów. Osiągnięto tam ponoć coś, o czym nierzadko marzyli moi koledzy i koleżanki w trakcie studiów. Uczelnia nie tyle ich edukuje co programuje do przyszłej pracy w korporacji, gdzie zaczyna się właściwa nauka. I później rzędy smutnookich sararīmanów, siedzą jak w fabryce przed maszynami do pachinko, tak samo bezwolni jak te automaty.

Cieszy mnie, że dążycie do bycia przydatnymi. Podoba mi się tak pojęty utylitaryzm, gdzie celem życia staje się programowanie jednostki, by od kołyski aż po grób bez słowa sprzeciwu pracowała, starała się zaspokoić potrzeby pana w zakresie zasobów ludzkich. Już nawet nie pracowników, o ludziach nie wspominając. Zasobów ludzkich. Cóż, ma to też i dobre strony. Człowiek przygotowywany od dziecka na nijakie życie, będzie się nim cieszył. Człowiek kultury zachodniej, gdzie panuje kult indywidualizmu (ale jak nie raz pisałem, złudnego), będzie cierpiał  gdy przyjdzie mu żyć przeciętnym życiem które w gruncie większość z nas wiedzie. Możliwe, że stąd wszelkie emocjonalne problemy związane z oglądaniem doskonałego życia innych na Instagramie chociażby. Właściwie w mojej opinii, żyjemy w czymś pomiędzy. Nasz system edukacji jest dość dziwny. Mówiąc nam, że dzięki ciężkiej edukacji i pracy możemy być kim chcemy, wpisują nas w ramy bezwolnych golemów. Brzmi jak proces wycięty rodem z powieści Huxleya. Mamy wierzyć, że miejsce w które nas wepchnięto jest aszym życiowym marzeniem. Udało nam się połączyć najgorsze cechy szkolnictwa Wschodu i Zachodu.

Tutaj taka anegdota. Gdy w 2015 gruchnęła wieść, że lekko utykająca gospodarka Nipponu, ratowana będzie wygaszaniem studiów z zakresu nauk humanistycznych i społecznych na rzecz kierunków technicznych, ale też nie tych teoretycznych a w 100% praktycznych. Dołożono do tego plotkę iż nielegalne stanie się wszystko co związane z gender i też powinniśmy pójść tą drogą, ale to już osobny temat. No, cóż. Z tą małą różnicą, że w tam jeszcze znajdą zatrudnienie, natomiast w większości miast Polski pracę można znaleźć jako programista albo kasjer w markecie, bo przypominam że u nas prawie nic się nie rozwija. Prócz tego rynek musi wchłonąć wszystkich z takowym technicznym wykształceniem. Co za różnica, czy Pod Złotymi Łukami będzie więcej metalurgów czy filologów? Powiecie tylko wybrani, reszta do fabryk i na kasę? To ciekawe za co będą konsumowali 🙂 Warto też dodać, że ekonomia nie jest nauką ścisłą. Podobnie prawo, które również miało zostać wygaszone. O ile ekonomiści potrafią cudownie wpędzać nas w kłopoty ich absolutny brak doprowadził już do spektakularnego krachu w Japonii o czym możecie poczytać właśnie w omawianej książce. Widzicie, władze Japonii nie chciały wcale ratować gospodarki. Oni dążyli do tego, żeby kraj zamieszkiwała banda techników – analfabetów o zerowym poziomie kreatywności ale gotowa perfekcyjnie wykonywać polecenia klasy Alfa ++ i Kontrolerów 😉

Podoba mi się też stwierdzenie, że aby znać historię nie trzeba jej studiować przez 5 lat. Wystarczy sobie przeczytać. Ciekawi mnie, jak osoby komentujący w ten sposób wyobrażają sobie powstawanie książek traktujących o historii tego czy innego okresu? Muszę kiedyś zapytać, bo nagle zaczęło być to żywo interesującym zagadnieniem.
Warto dodać, że rektor uniwersytetu albo Kioto albo tokijskiego nazwał rząd bandą antyintelektualistów i nieuków.

Krytyka

Nie żeby Europa była święta. Zanim powstała idea zabytków, zachowania dziedzictwa kulturowego po prostu burzyliśmy i stawialiśmy to czego akurat potrzebujemy. Właściwie ciężko powiedzieć, żeby u nas nie było dokładnie tak samo. W laicyzującym się społeczeństwie coraz częściej pewne obrzędy teoretycznie religijne niewiele już zachowały ze swojego pierwotnego znaczenia. Mamy taki sam związek z kulturą przodków jak ci Japończycy.

Popatrzmy na siebie. Mieszkańcy wsi przeprowadzili się do miast. Gdy mieszkańcy miast ochłonęli a mieli wystarczająco zasobne portfele, zaczęli tworzyć satelity – sypialnie na terenach wiejskich. Jaki związek ma obecny mieszkaniec wsi z kulturą agrarną? Rok w rok, w okolicach 14 lutego, 31 października podnoszą się głosy, że należy kultywować NASZE tradycje. Tylko co to w ogóle znaczy? Dorzucają, że mamy swoich, słowiańskich, bogów. Tyle tylko, że cholera wie czy aby połowa z nich nie jestem importem, a to od Celtów, a to od potocznie rozumianych wikingów. Nie wiadomo czy w ogóle nasi przodkowie (z tym też jest problem) czcili którekolwiek z tych bóstw. Jeśli zaś popatrzycie ponownie na Japonię, to zobaczycie że Buddyzm przybył z Chin, tempurę wymyślili Jezuici, malarstwo, herbata, również przybyły z Chin. Zatem jasne, jednoznaczne stwierdzenie, że to a to, jest tworem danej kultury, jest bez mała niemożliwe.

Mamy bardziej świadomych muzealników, którzy dbają o artefakty przeszłości. Natomiast nie wiem jaki jest związek statystycznego Kowalskiego z Bitwą pod Grunwaldem. No złapcie kogoś na ulicy i zapytajcie o coś, na przykład o ważne obrazy, elementy folkloru, cokolwiek. Ciężko oprzeć wszystko na anegdocie zabytkowego kufla w barze gdzieś na Oxfordzie. Zatem można założyć, że mieszkańcy Europy czy Ameryki są już tak samo odcięci od tradycji jak Japończycy, ale możemy na plus policzyć sobie lepiej działające instytucje mające na celu ochronę owego dziedzictwa.

Ciekawostka

Nie bardzo wiedziałem gdzie umieścić tę, uwagę ale uznałem ją za interesującą. Kerr wspomina, że Japończycy część – sporą – dobytku, przechowywali w specjalnych budynkach obok właściwego domu. Podejrzewam, że adekwatnie do zamożności, bo głodujący wieśniak z najgorszego zadupia raczej zadowalał się trzymaniem wszystkiego w lichej chatynce o ile w ogóle ją miał. Nie każdy miał komfort życia w myśl nowomodnej filozofii. Z resztą i dziś tak jest. Mniejsza jednak o to. Kerr, jako Amerykanin z pochodzenia nie miał okazji się z tym spotkać.

Tymczasem wiele dworów, z czasem budynków wiejskich posiadało coś, co nazywano lamusem. Był to rodzaj budynku gospodarczego, gdzie przechowywano żywność albo cenne przedmioty, takie jak zbroja czy dokumenty. W przypadku Kerra brzmi to jakby dzielił się naprawdę unikatową informacją, tymczasem ja zareagowałem myślą w stylu “Też coś”. 

Okiem gaikokujina

Zważcie proszę, że książka ta a właściwie zwarte w niej felietony napisane zostały po japońsku, dla Japończyków. Nie powstały z myślą o zachodnim czytelniku, jak wiele innych. Pokazują jak obcokrajowiec postrzega Japonię i jej mieszkańców głównym zainteresowanym. Wersja polska, jest tłumaczeniem z anglojęzycznej, która została nieco przerobiona na potrzeby niejapońskiego czytelnika.
Stanowią one pewien wyraz krytyki. Oczywiście możemy zarzucić autorowi, że domaga się by z Japonii uczynić skansen, który będzie cieszył oko turysty kolorowymi kimonami i dźwiękami shamisenu. Nie wydaje mi się by tak było. Wydaje się on tęsknić za romantycznym wyobrażeniem Japonii, które od lat żywe jest w kulturze Zachodu. Właściwie od czasu pierwszych kontaktów Europy i USA, z tym dziwnym krajem który tak chętnie poddawał się izolacji.

Nasz przewodnik zauważa, że wyspiarze chętnie sięgają po nowinki, ale nie zawsze im to wychodzi. W ogóle nie zrozumieli zasad modernizmu i właściwie stawiają szare beznamiętne kloce gdzie popadnie. Nikt nie zaprotestuje. Felietony te z jednej strony są wyrazem tęsknoty za

Tutaj pojawia się porównanie do małża. Specyficznego małża. Japonia pragnie nowinek, ale każda rzecz która się tam znajdzie zostaje otoczona warstwami masy perłowej, która sprawia że pierwowzór w ogóle niepodobny jest do oryginału. Zatem sam Kerr przyznaje, że potrafią tworzyć swoiste kulturalne perełki, ale niestety czasem bardzo barroco.   

 

Sięgnijcie po tę książkę jakbyście byli Japończykami.