Rynek pracownika

O zepsutym rynku – uzupełnienie – rynek pracownika

Dużo się mówi, że rynek fotografii jest zepsuty. Tutaj też o tym już trochę powiedziałem. Głównie, że nie jest, a raczej nie jest w taki sposób jak często się uważa. Zepsute jest coś innego. Mentalność. I to nie naszych nieszczęsnych millenialsów, którym obrywa się za koklusz i gradobicie. Dobra, za koklusz to może trochę im się należy z tymi antyszczepionkowymi pomysłami. Jednak to nie oni odpowiadają za rynek pracy i na pewno nie są winni takim dziwactwom na rynku fotografii komercyjnej albo na rynku pracy w ogóle.

Born in PRL I Was

Cóż, bardzo wiele miejsc pracy tworzą osoby które swoją karierę zawodową zaczynały w słusznie minionym ustroju. Chyba miał na nich bardzo zły wpływ i choć jak jeden mąż cieszą się z jego obalenia to niestety wywarł na niejednym niezatarte piętno*. Pytanie brzmi: czy młodzi pracodawcy będą inni? Niby jak? Nauczą się i będą powtarzać te same wzory. Choć patrząc wstecz…

— Ja go nie stosuję do pana, ani do pańskich niektórych, uważasz pan, mówię, niektórych kolegów, tylko do tej czarnej, roboczej masy…
— I ta robocza masa to ludzie.
— Bydło, bydło — wykrzyknął, bijąc kijem w taburet z całych sił. — Pan się tak nie
patrz na mnie, ja tak mówić mogę, bo గa ich wszystkich żywię.
— Tak, ale oni pracują dosyć dobrze na to żywienie, zarabiają.
— U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo
jakbym im nie dał roboty, to co?
— Toby sobie znaleźli gdzie indziej — szepnął, bo złość nim miotać poczynała.
— Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy

…to okaże się, że jest to chlubna tradycja, tylko później należycie utrwalona.

Wszyscy na pewno znacie teksty tego typu:

My pracowaliśmy dla samej pracy a wy jesteście roszczeniowi. Chcecie pieniędzy.

Wszak wiadomo, że ideą jest zarobić Panu na nowy powóz.

albo inny przykład

Czy może być za darmo? Będzie Pan/Pani miała do portfolio?

Cóż, nie wiem jak im się wtedy pracowało, ale wielu, bardzo wielu pracodawców uważa, że kontynuujemy rynek niewolnika z początku lat 90 a nie rodzi się żaden rynek pracownika. Naprawdę nie są niczym niezwykłym teksty że pracownika trzeba eksploatować do granic możliwości. W takich tekstach przoduje pewien wąsacz, który wprawdzie wyborów nie wygrywa ale wydaje się mieć wierne grono słuchaczy. Fanatyczne bym rzekł.

Mentalność

Pracownik musi być wyeksploatowany bardziej niż przeciętny Passat w dieslu u Janusza.

Obrywa się millenialsom. Wiecie dlaczego? Bo nie chcą już być pokoleniem bez mała niewolników właśnie, pracujących za przysłowiową miskę ryżu. Tymczasem największym problemem jest mentalność ludzi, których nazywamy “Januszami Biznezu”. Właściwie “Januszami” bo to samo pokolenie ciągle wymienia się na rządkowych stołeczkach, w głowach mając dokładnie to samo. Nikt nie oczekuje, że oni będą się “dzielić” swoim majątkiem. Ludzie oczekują szacunku, niczego więcej. Tego zwykłego, należnego każdemu normalnemu człowiekowi z zasady. Wystarczy zaś udać się na kilka rozmów kwalifikacyjnych by odechciało się żyć. 

Niestety.

Ich mentalność na to nie pozwala. Oni doskonale wiedzą jak tu okraść fotografa, grafika. Jak wyzyskiwać kelnera. Uważają, że lepiej zmieniać pracownika co roku niż zainwestować w rozwój osoby skorej do tegoż rozwoju i pracy. Uważają, że dając zarobić – tracą.

Piszemy miliony tekstów, że praca w jednym miejscu dłużej niż rok jest źle widziana. Jeśli popracujesz dłużej, może dość do niebezpiecznego punktu, gdy poprosisz o podwyżkę z najniższej krajowej. Prośba o pomoc, drugą osobę w dziale, kończy się wezwaniem wszystkich pracowników na dywanik z pokazówką: którego zwalniamy, żebyś ty nierobie nie musiał siedzieć w pracy do 21. Naturalnie za nadgodziny nie płacimy, bo robisz to bo chcesz. Zachować pracę.

Oni naprawdę uważają, że pracownik jest pasożytem żerującym na przedsiębiorczości pracodawcy. Ciągle widzą się w roli panów, którzy rozdają bez mała jałmużnę. Co z tego, że ponad 30 lat rozwija się u nas rynek usług, jeśli dla nich są bezwartościowe? Nie dostrzegają, że zatrudniając parę osób ds. promocji kupują coś. Inwestują. Ich krótkowzroczność jest oszałamiająca. Tymczasem badania jasno wykazują, że pokolenie Y w przeciwieństwie do pokolenia X, chętniej zostałoby z pracodawcą dłużej w zamian za stabilność zatrudnienia. Chętniej się uczą, rozwijają a równocześnie mnie zależy im na notorycznej zmianie pracy. Bzdurą, powielaniem stereotypów jest iż pokolenie Y znane jako Millenialsi podejmuje jakieś inne decyzje życiowe i zakupowe niż X. Podejmują takie same!

Wielu pracodawców doskonale opanowało sztukę kłamstwa i wyłudzania. Żeby utrzymać się na upragnionej pozycji np. w marketingu taki młody naiwniak gotów uruchomić wszystkie kontakty, wybłagać od znajomych pomoc byle tylko zyskać w oczach Pana i Władcy. Bo jak spiąć budżet na nadchodzący kwartał mając do dyspozycji 1500 zł a oczekiwania za 15 000?

Znajdź takiego frajera, co robotę za 5000 zrobi za 500 zł. Lepiej za darmo.

Powiedział Pan Zastępca Szefa

W mentalności takich szefów niczym klin wbita jest myśl, że dają. Pracując dla nich już coś otrzymałeś. Prawo do pracy dla kogoś lepszego, którego renoma cię opromieni. Właściwie nie rozumiem powiem Wam, po co oni w ogóle zatrudniają pracowników? Pracownik jest dla nich ciężarem, kosztem, pijawką. Zatem po co?

Rynku pracy, w tym rynku usług fotograficznych, nie psują osoby pracujące po 500 zł. Więcej, w ogóle nie chodzi o kwestię psucia, tylko brak tworzenia. Powstaje taki cudny miks. Mamy w nim coś co nazwanym kulturą bylejakości – o tym za chwilę – postkolonialna mentalność i pogrzany system podatkowy.

Prekariat

Magazyny branżowe, biznesowe, rozpisują się jak traktować Millenialsów, bo oni szukają wyzwań, potrafią pracować góra roki i szukają nowych, są mobilni, przemieszczają się, podróżują. Bzdura. Jest to tzw. odwracanie kota ogonem. Otóż, nasze igreki, tak samo jak rodzice kupują samochody, domy. Czyli często podejmują takie same decyzje jak ich rodzice. Różnicą pomiędzy X a Y jest niechęć do zadłużania się na całe życie. Chcieli by otrzymać godziwe wynagrodzenie, w zamian za rzetelną pracę i pewne nazwijmy to oddanie pracodawcy, czyli praca przez rok a lat na przykład 5 albo i dłużej.

Tymczasem gdy zostaną wyeksploatowani są zwalniani. Nie czują stabilizacji, której szukają. Gdy obawiasz się o dochód to nie konsumujesz tyle, gdy czujesz się pewnie. Nie mając stabilności zatrudnienia stają się takimi nomadami rynku pracy. Pracują gdzieś przez chwilę, ale nawet nie zostawiają na biurku rzeczy osobistych i nie zmieniają tapety na firmowym komputerze bo już są gotowi szukać nowego miejsca pracy. Nie dla tego, że taka ich natura a dlatego, że gdy kończy się okres próbny lub przychodzą po podwyżkę są automatycznie zwalniani. 

Portale, czasopisma i eksperci, raczej samozwańczy, opisali to zaś w sposób iście marketingowy, językiem korzyści. Tyle tylko, że żadne korzyści dla pracowników z tego nie płyną. Dla pracodawców owszem. Wytworzył się fałszywy obraz współczesnego pracownika z pokolenia Y. Człowieka, wolnego, który szuka wyzwań. Eufemistyczny opis dla kategorii ludzi zatrudnianych na chwilę i wywalanych na zbity pysk, gdy skończą im się możliwości dokładania do biznesu szefa. Gdy uruchomią już wszystkie znajomości – precz.

Kultura bylejakości

Nie ważne czy jest to prawdziwa włoska pizza
z wyrobem seropodobnym i salami z plastiku czy zdjęcia pracowników Renomowanej Firmy robione w kiblu komórką.

Koszty obniżać trzeba, wówczas zysk jest większy. Jest jednak taki próg krytyczny, gdy cena pożądanej rzeczy obniżona zostaje tak bardzo, że otrzymujemy…szajs. Nie ważne czy jest to prawdziwa włoska pizza z wyrobem seropodobnym i salami z plastiku sprzedawana później za horrendalną cenę czy zdjęcia pracowników Renomowanej Firmy robione w kiblu komórką. Tak, tak. Szefo był tak skąpy, że zamiast umówić wszystkich na sesję w lokalnym studiu dał komórę z obiektywem jakości tostera i kazał wszystkich obfotografować. Znośne światło było w kiblu. Dzięki temu załoga wyglądała jak listu gończego za zgrają perwersów. Zatem po co komu dobry copywriter – humanista wredny, stereotypowy – gdy na stronę szefostwu wystarczy tekst

My som fajni! Kup u nas!

Naprawdę myślałem, że te cytaty choćby ze strony Co Znosi Psychika Grafika, to ściema a załoga to wymyśla. Tymczasem woła mnie Szefo do gabinetu oznajmić, że jestem analfabetą, bo tekst który wstawiłem jest tragiczny i za takie coś może mnie co najwyżej zwolnić. Skopiowałem go z firmowej WWW. Pisała go córka, żona albo kolega. Nie pamiętam, jedno z trojga. Ich min nie kupiłbym nawet Mastercard.

Chcecie więcej?

Klient jest tempy, dobre jest.

Takie słowa padają, gdy otwierasz “ekskluzywny prezent dla klienta” i nie wiesz, czy to ktoś wyrzucił czy to ma iść na przemiał? Czy to brelok? Co to w ogóle jest? Nie wiem. Nie twierdzę, że gdzieś tam na świecie jest lepiej, bo wszędzie jest tak samo zapewne. Tanio, taniej, gorzej. Nazywam to kulturą, choć kult byłby lepszym słowem. Kult bylejakości. Byle co, byle jak, byle było. Składa się to między innymi na sytuację na rynku fotograficznym. Widoczny brak chęci rozwoju sprawia, że rządzący nami nie widzą potrzeby a co ważniejsze nie czują nacisku do jakichkolwiek zmian. W połączeniu z tą dziwaczną mentalnością pracodawców, żaden rynek usług się nie rozwinie, nie rozkwitnie. Będzie tam sobie wegetował. Jest naprawdę mnóstwo firm, które chciałby mieć Wizerunek, ale nie stać ich na stworzenie czytelnego menu do kary dań. Mentalnie nie stać.

 

On jako pierwszy rozpoczął robić tandetę, obniżać jakość produkcji łódzkiej, która do jego czasów cieszyła się dobrą opinią. On prawie pierwszy wprowadził, rozwinął i udoskonalił cały system wyzysku wszystkich i wszystkiego.

 

Kronikarski obowiązek

Faktem jest, że lwią część wynagrodzenia zabiera nam tzw. rząd. Dociska on też przedsiębiorców, zwłaszcza tych malutkich, którzy może i mając kasę zainwestowaliby w różnorakie usługi mające poprawić ich pozycję na rynku, ale nie mają z czego bo sami 90% oddają państwu, żeby to mogło dalej prowadzić swoje populistyczne rozdawnictwo.
Natomiast ci, których kieszenie raczej nie świecą pustkami, mają coraz więcej. Mamy sytuację, w której niesamowicie rosną dysproporcje między biednym a bogatym.

Pierwszym krokiem jest poluzowanie fiskalizmu aby uwolnić trochę grosza. Następnie ujednolicenie i uproszczenie przepisów dotyczących działalności gospodarczej. Znaczna część czasu, którą mały przedsiębiorca poświecą to lawirowanie w przepisach, mogła by zostać spożytkowana na pracę. Nie każdy lubi lawirować. Chcę zarobić – rozliczyć. Tymczasem strach jest podstawowym elementem prowadzenia działalności. Ukarzą? Przyjdą Pany i ukarzą? Ci zaś, którzy są cwani i spokojnie robią wszystko wbrew prawu śpią spokojnie! W Polsce to uczciwy musi się bać a nie złodziej. Płacimy daniny i choćbyśmy chcieli wydać pieniążki żeby się odciążyć, czyli skorzystać z cudzych usług – nie mamy ich. Nasi politycy kierują się tą samą mentalnością. Byle jak, byle było.

Dobrze prosperująca częśc pracodawców nie widzi powodu by coś zmieniać. Pracownicy nie są w pozycji by zmusić rząd do obniżek coraz bardziej zarzynającego nas fiskalizmu a pracodawcy tego, zwłaszcza ci zarabiający dużo albo bardzo dużo, nie chcą. Mogą wówczas zrzucić na rząd winę, że zabiera, równocześnie pokazując ile naprawdę płacą – fakt, wychodzi dużo – za pracownika i pracownikowi, równocześnie mając prekariat na swoje usługi. Poprawienie sytuacji pracownika jest im nie na rękę. Mając dobre zarobki, prawdziwie dobre zarobki mogliby naprawdę zacząć stawiać żądania albo co gorsza przestać się zarzynać byle tylko pracę zachować. Później już tylko wszyscy się dziwią dlaczego ludzie zaczynają zalotnie spoglądać w stronę jakichś “sprawiedliwych” doktryn ekonomicznych celem rozpoczęcia romansu. Na koniec zaś jest tylko płacz i zgrzytanie zębów…

 

*czysta złośliwość i tyle