Bajki Robotów Lem

Stanisław Lem – agent KGB

Stanisław Lem

Philip Dick powiedział o nim, że musi być komórką KGB. Lem zaś podobno nie wiedział o tych słowach i chwalił Dicka za jego twórczość.
Jednak dość powszechnie znanych anegdot. Popatrzmy na kilka rzeczy, które sprawiły że Stanisław Lem ciągle jest aktualny.
No i nie zapominajmy o fakcie, że Lemem zastąpiłbym wszystkie lektury szkolne, podręczniki do socjologii 🙂

Symulakry – fantomaty

Summa Technologiae. Dość ważna ale mało popularna książka polskiego autora. Simulacra and Simulation Jeana Baudrillarda, została wydana po raz pierwszy w roku 1981. To właśnie w tej książce Francuz rozpisuje się o symulakrach. Czym dokładnie one są, nie bardzo wiadomo. Gdy – wówczas jeszcze – bracia Wachowscy ogłosili, iż jedną z głównych inspiracji była książka Baudrillarda, ten miał jakoby stwierdzić, że wypaczono jego wizję. A poza tym nigdy filmu nie widział.

Stanisław Lem natomiast, opisał coś bardzo podobnego w książce wydanej po praz pierwszy w 1964 roku. Nazwał to fantomatami. Czym one w ogóle są? Tutaj jest jasna i przejrzysta odpowiedź. To po prostu systemu „sztucznej rzeczywistości”. Lem, jak później Baudrillard, jako przykład podaje Disneyland. Polak jednak poszedł w swoich rozważaniach znacznie dalej. Opisał system, który stymulując odpowiedni ośrodki nerwowe, zaprezentować nam może nieodróżnialną od „prawdziwej” rzeczywistość. Czyli opisał maszynę znaną nam z filmu Matrix. Ot. Wszystko jasne.

Dlatego też niesamowicie dziwi mnie, że ten autor nie pojawia się w ogóle na polskich uczelniach a przerabiany i wałkowany jest bełkotliwy Francuz, który i tak jak sam twierdzi, nigdy nie miał komputera – a przynajmniej takowe informacje można o nim przeczytać. Biorąc pod uwagę cykl felietonów Lema jak choćby „Bomba megabitowa”* można by nim zapełnić program wielu kierunków studiów 😉

Sztuczna inteligencja

Obecnie wiele firm zaczyna „poważnie” bawić się sieciami neuronowymi, pracuje nad sztuczną inteligencją. Jak zawsze pojawia się wówczas wiele dylematów moralnych czy etycznych. W jednym z rozdziałów Summy, Lem rozważa właśnie czym różni się inteligencja od świadomości.
W którym momencie maszyna staje się świadoma?

Jeśli pierwsza maszyna, z 10 ustawionych w rzędzie, jest nieświadoma a ostatnia z całą pewnością świadoma, to w którym momencie zaczyna się świadomość? Od 8 czy 7? A może już 5?
Zdecydowanie, pomimo upływu tytlu lat, warto przeczytać ten rozdział. Pozornie książka jest przestarzała. Jej warstwa technologiczna, no nie ukrywajmy, ma swoje lata. Jeśli jednak w takcie czytania dopasujemy sobie „przesłanie” do współczesnych osiągów inżynierii? Przeczytałem ją w dwie godziny 🙂

Psychemia stosowana

Dzięki transmutynie może pan mieć romans z kozą, sądząc, że to sama Wenus z Milo.

Stanisław Lem nie był futurologiem. Sądząc po wypowiedziach, raczej gardził tą „nauką”, która nie bazuje żadnych solidnych przesłankach a jedynie na pomysłowości ludzkiej. Nawet jeśli Kongres Futurologiczny to żart czy też żartobliwie opisane obawy autora co do przyszłości, to jest to książka bez wątpienia dość aktualna.

W kosmos nie latamy, nie wiem jak z rakietami a i komputery nie stały się mózgami elektronowymi. Nie ważą kilku ton i nie zajmują dużych powierzchni. Ale leków produkujemy więcej niż potrzeba. Na wszystko znajdzie się specyfik. Nie chce ci się jeść ani gotować? Oto „zdrowa dieta w proszku”. Przecież musisz być fit! Pracowałeś 24h non stop, wróciłeś do domu i nie masz siły na zabawę z dziećmi? Weź sobie to i zaraz ci się zachce. Jesteś zły, rozdrażniony i agresywny? Co z tego, że właśnie zalałeś sobie nogi wrzącą kawą bo jakiś matoł jeździ po biurze na desce? Weź pastylkę i będzie szczęśliwy i pozytywnie nastawiony. Trochę tabsów na ból i nawet wrzątek na nodze przestanie ci przeszkadzać!

Jest środek na wszystko. Na szczęście nie doszliśmy jeszcze do etapu, w którym aerozolem lub tabletkami zamaskujemy wygląd całego świata, choć jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, preparat taki na 100% znajdzie się na rynku.

i związki partnerskie

Tytuł notatki miejskiej kroniki w „Heraldzie”: Od półmatka do półmatka. Mowa w niej o
jakimś jajkonoszu, który pomylił jajnię. Odpisuję z dużego Webstera: Półmatek, jak półbabek,
półgęsek. Jedna z dwu kobiet, kolektywnie wydających na świat dziecko. Jajkonosz — od
(anachr.) listonosz. Euplanista dostarczający licencyjnych jajeczek ludzkich do domu. Nie
powiem, żebym to rozumiał.

Jeśli nawet nie o to chodziło to wydaje się być adekwatne. Brzmi to też trochę jak invitro, w bardzo swobodnym wydaniu. Choć fakt, też tego do końca nie rozumiem.
Kongres Futurologiczny został wydany około roku 71. Płyną z tego dwa wnioski: że miał facet wyczucie, oraz że ostatnie lata nie są pełne nowych odkryć w tym temacie.

Obcość

Stanisław Lem nie raz zadawał pytania o obcość. Eden, Niezwyciężony czy Głos Pana, to najlepsze przykłady. Oczywiście można przełożyć ową „obcość” na kontakty międzyludzkie i na wszelkie zajścia w obrębie naszej planety.

Wystarczy tego. Uznałem, że w tym akapicie oderwę się od Ziemi i tylko sparafrazuję fabułę książek. Otóż, we wszystkich wymienionych tytułach, obcego życia już nie ma. Wyginęło. Zostały po nich tylko bliżej nieokreślone urządzenia lub automaty, które samoistnie wyewoluowały a co gorsza są wrogo nastawione. Tylko Głos Pana różni się tutaj znacząco. Ktoś tam jest czy nie ma? A może ten ktoś jest tak obcy, że żadne sygnały nie są możliwe do odebrania lub zrozumienia? Może i ślemy sygnał w Przestrzeń, ale cywilizacje, które gdzieś tam są nie mogą go odebrać?
Popatrzmy na nasze „planetarne podwórko”. Dla żołnierza armii USA wyciągnięta przed siebie dłoń znaczy „stój!”, a jadący w pobliże Irakijczycy często odbierali to jako powitanie, „proszę podjechać, podejść” i byli dziurawieni z broni automatycznej**… To jak możemy liczyć na to, że jakakolwiek wiadomość wysłana w przestrzeń, zostanie odczytana?

Szczypta krytyki

Przykłady wyrwałem z kontekstu. Ot, moje ulubione. Można doszukać się również przyszłych wynalazków, takich jak, czytnik książek czy audiobook. Lem nazwał je bodaj optonami i lektonami. Można takowych odkryć doszukiwać się całej masy. Trzeba jednak pamiętać, że Lem nie żył w oderwaniu od rzeczywistości, tylko wymyślając kolejne wynalazki przyszłości. Nie przyszedł mu bowiem nigdy do głowy mikroprocesor, który odmienił nasz świat.

Trzeba też pamiętać, że…czytał. Dużo czytał. Pasjonował się wieloma rzeczami, więc „przyszłe urządzenia”, mógł planować na podstawie cudzych zamysłów i odkryć. O ile jest wkład w polską literaturę pozostaje bezsprzeczny, to raczej wszystkie opisane procesy społeczne, nie są tylko tworem jego wyobraźni. Trzeba pamiętać, że w czasach gdy Lem tworzył w Polsce, na Zachodzie tworzył Philip Dick, trwała rewolucja seksualna a środki „poszerzające świadomość” były na porządku dziennym.

*tytuł książki, będącej zbiorem felietownów w czasopisma komputerowego, którego nie pomnę. Rok wydania 1999 i choć ciut niedzisiejsze, to zawsze 1000% lepsze niż to co serwują nam na socjologii, medioznawstwie, dziennikarstwie i innych takich.

** tak, wiem

Szlakiem herbaty

28Szlakiem herbaty

Herbatyzm i Zen są nierozłączne.
Nie sposób też wspomnieć o haiku.

O ile pierwsze słowo jest raczej mało znane, to zen i haiku są zdecydowanie bardziej popularne.
Pawilon herbaciany, jeśli wierzyć źródłom można zapisać jako „siedziba pustki” lub „siedziba wyobraźni” a nawet „siedziba niesymetryczności”
Jest to surowe miejsce służące kontemplacji. Zen, herbata i ogród przenikają się tutaj wzajemnie.

Mógłbym próbować wyjaśnić czym jest zen, ale mija się to z celem, gdyż nawet wielotomowe dzieła nie były w stanie tego dokonać.
Zen trzeba „czuć”. Stąd nieraz surrealistyczne rozmowy mistrzów i uczniów, z których pozornie nie wynika absolutnie nic.
Dla niektórych w Zen jest coś co upodabnia ją do filozofii Platona, iż rzeczywistość jest bezpośrednio niedostrzegalna. Najgorzej jest gdy dyskusja o Zen sprowadza się do cytowania fragmentów książek.

„Tłumaczenie jest jak oglądanie drugiej strony brokatu. Widzisz wszystkie detale, ale nie dostrzegasz całości”.
I być może dlatego praktykowanie tej filozofii, ścieżki czy jak to nazwiecie na podstawie opracowań mija się z celem.

Mimo to, ogród, ogród Zen, herbata i haiku są ze sobą połączone. Można odnieść wrażenie że krótkie „wiersze” to forma impresji. Nie należy jednak łączyć tego z europejskim impresjonizmem.

Drzewa na tle Księżyca

Grupka jesiennych drzew.
O
drobina wiatru.
Blady księżyc wieczorny. 

 

 

 

 

 

 

 

Powinno zostać nieuchwytne wrażenie intencji autora, jednak żadna dosłowna interpretacja nie powinna być możliwa.
Aby dostać się do pawilonu, należy zacząć od altany. Następnie ścieżką przez ogród, który symbolizuje niemal cały świat, wchodzi się do asymetrycznego budynku jakim jest pawilon herbaciany. Pozbawiony ozdób, z wyjątkiem jednej kompozycji kwiatowej „Ka do” oraz kakemono.
Ikebana również jest związana z zen. Pełna zasad a jednak ich pozbawiona. Dobrze jest mieć zasady i wytyczne, jednak chodzi bardziej o wrażenie, możliwość kontemplacji niż zasadę.
Podobnie jest z ogrodem. Są zasady i wskazówki, jednak nie są one precyzyjnym planem. Istnieje wiele szkół zakładania ogrodu w ramach których bardzo istotne jest to co się czuje, wyczucie.

I co teraz? Jak wytłumaczyć sens stojący za herbacianym pawilonem? Herbatyzm to filozofia codzienności. Skup się na niej. Nie zapominaj o przeszłości ale nie myśl za nadto o przyszłości. Istotne jest tu i teraz, które trwa, bo „teraz” ma wpływ na jutro. Jednak nie myśl o tym co będzie „jutro” bo ono nie istnieje. Jednym co istniej jest „teraz”.

 

 

 

O naparach – herbata i jej historia

O naparach – herbata i jej historia

A zacznę od kawy.

Zawsze gdy przychodzą wakacje, pojawiają się w naszych rodzimych mediach tematy typu „jak nie urazić Włochów – zamawiaj cappuccino tylko do 12”. Zawsze wtedy lekko mnie coś drażni, bowiem nim Włochy zasłynęły ze swojej tradycji picia kawy, zasłynął z niej Wiedeń a jeszcze wcześniej…Polska.

Takiej kawy jak w Polsce nie ma w żadnym kraju:
W Polsce, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;
Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,
Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.

Kawiarnie zaś powstawały najpierw w Krakowie*, gdzie kawa przybyła właśnie z Wiednia, po dość znaczącej bitwie.  Dlatego zawsze drażni mnie, że wszystkie kraje na około wiedzą jak pić kawę lepiej od nas i sami im to przypisujemy.

Nie wiem czemu.

Nie rozsmakowaliśmy się jednak od razu w innym popularnym naparze zwanym potocznie „herbatą”. Herbata, czyli napar z liści „herbaty chińskiej” – „Camellia sinensis”, przybył do nas ponoć w XVII wieku. Nie ma pewności kiedy wypito pierwszą czarkę czy filiżankę herbaty na terenie Polski. Nie wiem też czy wyrosła z odciętych powiek Bodhidharmy a następnie wpadła do czarki z gorącą wodą cesarza Shennonga… Wiem natomiast, że nim przybyła do nas, wędrowała Wielkim Szlakiem Herbacianym.

Pierwsze wzmianki o herbacie dostępne dla Europejczyków to relacja iż po roku 879r. wielkie dochody czerpano w Kantonie z cła na sól i herbatę. Napisał to ponoć pewien arabski podróżnik nieznany z imienia. W XVI wieku Holendrzy przywieźli zaś wieści o przyjemnym naparze sporządzanym przez Chińczyków z liści pewnego krzewu. Jednak to nie oni rozpowszechnili ją w Europie.  Najprawdopodobniej herbata dotarła do Polski z Rosji, gdzie do dziś jest bardzo lubianym napojem, pomimo tego, że najwięcej herbaty sprzedawanej w naszym kraju pochodzi z Indii i Sri Lanki, a która zawędrowała tam dzięki ekspansji Imperium Brytyjskiego. U swych początków, herbata była napojem cesarzy Chin, którzy niechętnie dzielili się nią. Z czasem stała się przysmakiem dworu i arystokracji. To ponoć legendarny cesarz Shennong nakazał tworzenie plantacji tego cudownego krzewu w Chinach. To także Chińczycy, przed Japończykami opanowali sztukę jej przetwarzania, tworząc herbaty czarne i czerwone. Zwyczaj jej picia sięga 4000 p.ne.

Niektórzy uważają, że herbata powinna być podawana tylko swojej „czystej” postaci. Dla jednych jest to herbata zielona, dla innych „przywilej cesarzy” czyli herbata biała. Jeszcze inni uważają, że jest to herbata czarna, bez żadnych dodatków. Tymczasem to Chińczycy jako pierwsi gotowali herbatę z ryżej, imbirem, jaśminem a ponoć nawet z cebulą. Być może stąd zwyczaj ponoć nadal żywy w Japonii wrzucania kilku ziaren ryżu do imbryka lub czarki herbaty? Zwyczajnie takie jak gotowanie herbaty z masłem w Tybecie czy w kotle po baranienie, popularna w Mongolii, ciągle są żywe. Rosjanom należą się podziękowania za cudowną czarną herbatę z cytryną i cukrem albo z konfiturą. Czarna i mocna, parzona w niezwykłym urządzeniu jakim był samowar. Podobno, w czasach gdy biały cukier był domeną ludzi bardzo zamożnych, a ten tańszy brązowy gościł w mniej zamożnych domach, herbatę pijano trzymając małą bryłkę tegoż brązowego cukru w ustach przy policzku. Pamiętam ile kostek z cukiernicy babci poświęciłem na przeprowadzenie eksperymentu i dziwiłem się, ileż ci Rosjani jedzą cukru.

Nim jednak w herbacie zasmakowali Rosjanie, przeszła ona z Chin do Japonii.
To jednak w czasach dynastii Sung, narodziła się herbata ubijana, która tak bardzo przypomina w swojej formie japońską metodę picia herbaty.
Wielki poeta i mistrz parzenia herbaty Lu Wu, używał herbaty prasowanej, w postaci małych kostek, z której przygotował napar. To on jako pierwszy wyeliminować miał wszystkie przyprawy oprócz soli, oraz dać początek wspaniałym technikom przyrządzania herbaty. Wsławił też swe imię poematem o herbacie:

Lu Tong, XI wiek, fragment „Poematu o Herbacie”:

Pierwsza czarka wilży me wargi i gardło,

Druga czarka rozpędza smutek i samotność,

Trzecia wpływa w me wnętrze, pilnie je przeszukując,

I znajduje tomidła pełne wyrazów obcych,

Wypiwszy czwartą czarkę zaczynam się lekko pocić,

Co było złe w mym życiu wypływa przez skórę,

Piąta czarka obmywa każdą cząsteczkę ciała,

Po szóstej słyszę wezwanie do kraju nieśmiertelnych,

A siódma czarka… niestety! Już więcej pić nie mogę!

Czuję chłodny wiaterek dmący przez me rękawy.

Gdzie Wyspy Nieśmiertelnych, na które się wybieram?

Wietrzyk mnie tam zaniesie, o Mistrzu Źródła z Nefrytu.”

Pawilon herbaciany

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomimo tego, że herbata odkryta została w Chinach i tam też swe początki ma ceremonia picia herbaty, to Japonia w oczach Zachodu stała się jej stolicą. Nie wiem dlaczego. Być może w ostatnich czasach po prostu wzrosło zainteresowanie tym krajem a skończyła się moda na Chiny. Warto o tym pamiętać popijając czarną dajeerling.
To jakoby mnich Dengyō Daishi, za życia znany jako Saichō, w 802 naszej ery przywiózł sadzonki do Japonii. Na szczęście sam Okakura Kakuzo, autor słynnej „Księgi Herbaty”, przyznaje że to Japonii dane było kontynuować tradycję Sungów[1]. Oni też zapoczątkowali swoistą filozofię, która przeplata się z buddyzmem zen i zwie się herbatyzmem lub filozofią herbaty.
Ta jakże prosta filozofia to umiłowanie codzienności. Dążenie do doskonałości, ze świadomością, że nie można jej osiągnąć. Każda ceremonia herbaty dąży do perfekcji, którą może osiągnąć w jednej tylko chwili, by przy następnej okazji wznieść się wyżej.
To też w Japonii powstały słynne pawilony herbaciane, które służyły tylko jednemu: ceremonii parzenia herbaty.

Chiński skarb

Chińczycy z zazdrością strzegli swojego skarbu. Za wywożenie jedwabników, sekretu tworzenia porcelany oraz sadzonek herbaty groziła śmierć. Nie powstrzymało to jednak ani Saichō ani Roberta Fortunea. Napisałem wcześniej, że to dzięki ekspansji Imperium Brytyjskiego herbata zawędrowała do Indii. Na pewno w XIX wieku, dzięki Kompanii Wschodniorosyjskiej rozprzestrzeniły się uprawy w Darjeeling i Assamie. Jednak przez wiele lat Kompania Rosyjska,, handlująca z Rosją sprowadzała herbatę z Chin przez Wielki Szlak Herbaciany.
Kontakty Japonii z Indiami były natomiast wcześniejsze. W końcu japońscy mnisi wędrowali do Indii aby poznawać buddyzm a przecież to ponoć hinduski mnich zawitał do Chin i tam wspomógł leniwych mnichów, tworząc dla nich system ćwiczeń, oparty na ruchach dzikich zwierząt dając tym samym początek sztuce znanej u nas jako „kung ­– fu” i legendzie klasztoru Shao Lin.
Hindusi chętnie piją herbatę słodką, połączoną z imbirem, kardamonem czy goździkami. Także słowo „ćaj”, brzmi bardzo podobnie do chińskiego „cza”, do których znów bardzo zbliżone jest rosyjskie „czaj”. Także w tym kraju, herbata zyskała sobie licznych zwolenników a w końcu stała się czołowym producentem. Na świecie większość herbaty pochodzi właśnie z Indii, następnie z wyspy Cejlon, obecnie państwa Sri Lanka. Wystarczy chwila by się pogubić. Nazwa Cejlon – wywodząca się z greki i do 1972 roku nazwa państwa, to obecnie Demokratyczno – socjalistyczna republika Sri Lanki, która już wywodzi się z sanskrytu. Zapewne z powodów marketingowych widzimy nazwy „herbata lankijska” a innym razem „cejlońska liściasta”.
Indie nie wykształciły niczego na wzór chińskiej czy japońskiej ceremonii herbaty.  Wiadomo jednak, że napar jest tam ceniony nie tylko ze względu na eksport. Chętnie dodają melasę, imbir, miód, kakao i inne wymyślniejsze przyprawy. Być może ktoś powie tutaj, że Brytyjczycy również chętnie piją herbatę z mlekiem, która w Polsce znana jest pod nazwą bawarki . Do bawarki i 5 o
clock tea jeszcze długa droga. Bardzo podobne zwyczaje mają Turcy, którzy również uwielbiają słodką i mocną herbatę. Choć nie zawsze nadaje się ona do picia „sama w sobie”. Jednak nie potrzeba najwyższej jakości herbaty aby dobrze smakowała z cukrem i przyprawami.
Historia herbaty w Rosji i Anglii, ma wiele wspólnych elementów. O ile na samych Wyspach herbata pojawić się miała około 1658 roku, czyli w XVII wieku. Kompania Rosyjska otrzymała prawo do handlu z Rosją w połowie XVI wieku. Jednak sama historia Rosji i herbaty łączy się z  Wielkim Szlakiem Herbacianym i sięga aż wieku XIV kiedy zaczęto przecierać szlaki na wschód. Nie znaczy to, że już wtedy szlak istniał. Jego powstanie łączy się z właśnie z wiekiem XVI i poszukiwaniem lepszej drogi do nowego obiektu zainteresowania Europy – Chin. Nie chcę skupiać się na historii oraz polityce. Chciałem tylko zaznaczyć, że herbata w Anglii i Rosji ma wspólną historię, choć u naszych wschodnich sąsiadów zaczęła się ona niewątpliwie wcześniej. Ciekawostą jest, że w Rosji nie daje się napiwków – drobnych kwot na piwo, ale czajewyje, czyli drobne na herbatę.
Do Polski herbata przybyła właśnie w wieku XVII, na pewno w XVIII była pomimo wcześniejszej niechęci, powszechnym napojem bezalkoholowym. W przeciwieństwie do kawy, bardzo cenionej nad Wisłą, herbata potrzebowała odrobiny czasu by stać się jednym z głównych napojów. Od bardzo dawna napar z liści chińskiego krzewu spotyka się z krytyką. Właściwie nigdy nie udało się udowodnić żadnych szkodliwych cech tego napitku, tak jak nie udało się udowodnić pozytywnych aspektów palenia tytoniu.
Osobiście uwielbiam herbatę. Zieloną czerwoną, czarną. Uwielbiam też, że jest różnorodna tak jak ludzie a za razem łączy wszystkich, którzy mają ochotę się przy niej spotkać. Jej parzenie to forma sztuki, najwyższego kunsztu połączonego z refleksją nad światem a innym razem kilka szybkich łyków, gorącego słodkiego naparu przed wyjściem do pracy alb wypitego by odpocząć, odetchnąć i pomilczeć wraz z przyjaciółmi. Sporo w tym romantyzmu. Wydaje się to co najmniej nie realne. Jednak skoro herbata stała się sztuką, to opowieść o niej może być trochę nierealna i romantyczna.

Siedem kroków w górę i musisz odpocząć.
Osiem kroków w dół i musisz odpocząć.
Jedenaście kroków po płaskim i musisz odpocząć.
Tylko głupiec nie odpoczywa.[2]

Tak ponoć brzmiała prosta przyśpiewka, którą tragarze wspomagali się w drodze do Tybetu z ładunkami herbaty. Szlak zanika. Ciężarówki zdolne przewozić tony zdjęły z barków tragarzy cenny ładunek. Wielu z nich jednak ciągle pamięta jak przemierzali tą trasę albo jej fragmenty, starając się przenieść tak dużo jak tylko się dało. Im większy ładunek tym większy zarobek.

Nie ma jednego szlaku herbacianego. Pierwszy, to licząca 2255 km droga z  Ya’an w Syczuanie do stolicy Tybetu. Jeszcze 1949 wędrowali nim tragarze. Czasem i 100 kg na plecach, drobnego, bosego człowieka, ważącego może 60 kg.[3] Drugi liczył sobie 9 – 10 tysięcy kilometrów i przez blisko dwieście lat był jedną z najważniejszych tras handlowych, łączących cywilizacje, kraje i kultury. Było tak aż do XIX wieku gdy Kompania Wschodnioindyjska stworzyła prężne plantacje w Indiach i na Cejlonie. Był to drugi po Szlaku Jedwabnym najdłuższy szlak handlowy. Słynny Szlak Bursztynowy liczył z obecnego Rzymu do Gdańska około 1800km. Jest to pewna różnica.
Chiny, Japonia, Indie, Rosja, Wielka Brytania. Z tymi krajami związana jest historia herbaty. Jednak To nie koniec pomysłów na jej wykorzystanie. Tybetańczycy oprócz picia herbaty – ciągle wykorzystują prasowaną herbatę w formie kostek – dodają ją do potraw z jaczego mleka i masła. W Japonii popularnością cieszy się sernik herbaciany.

Warto jeszcze raz zastanowić się nad herbatą w Polsce. O ile przeżyliśmy fascynację kawą, jako jedni z pierwszych w Europie otwieraliśmy kawiarnie aby setki lat później podawać paskudną lurę, zalaną zimnawą wodą… Oczywiście dziś to już przeszłość, praktycznie w większości miejsc dostaniemy bardzo dobrą kawę a i na prawdę rewelacyjną nie trudno, to herbata ciągle traktowana jest po macoszemu. Dobrze jest gdy podadzą ją w osobnym imbryczku, a do tego przyzwoitą filiżankę.
Gorzej, gdy dostajemy zieloną, która z natury jest delikatna, zalaną wrzątkiem w jakimś szklanko kubku. Wbrew pozom dobra herbata nie wymaga tylu zabiegów co kawa. Wszystko czego potrzebuje, to dobra woda, dobrana do rodzaju herbaty i wygodne naczynie. Z drugiej strony kawę może bez problemu przygotować maszyna zaś do herbaty zawsze potrzebny jest człowiek. O ile zła kawa, to zawsze zła kawa, to nawet kiepsko podana herbata może mieć w sobie coś urokliwego jeśli pije się ją w dobrym towarzystwie lub w samotności przy dobrej książce. Nasz nastrój ma olbrzymie znacznie dla jakości herbaty.

Już sama historia handlu herbatą wydaje się być pasjonująca. Coś tak zwykłego, co gości niemal w każdym domu. Służy rozmowie, spotkaniom towarzyskim, latem orzeźwia, zimą dodaje romantyzmu długim wieczorom albo prozaicznie gasi pragnienie podczas kolejnej godziny za biurkiem. Parząc kolejną filiżankę, warto pomyśleć o niej przez chwilę.

 

*Można natrafić na źródła, podające że nie cały ładunek kawy spod Wiednia, przypadł Jerzemu Franciszkowi Kulczyckiemu. Stąd informacja, że równocześnie lub nawet przed słynnym Polakiem**, kawiarnie otwierano w Krakowie. Naturalnie jeśli chodzi o kawiarnie w ogóle, prym wiodą Turcy.

**W wieku XVII miało to ciut inne znaczenie niż dziś. Jeśli zaś uważał się za Polaka, to Wiedeń zawdzięcza już nie tylko odsiecz 😉

 

herbata herbata

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Lub Songów. Podejrzewam, że jest to kwestia zapisu i tłumaczenia. W „Księdze Herbaty”, wydanie polskie 1986, „Dynastia Sung” natomiast obecnie częstszy zapis to „dynastia Song”.
[2] National Geographic http://www.national-geographic.pl/historia/zapomniany-szlak-herbaciany
[3] Tamże

Herbata i Obiektyw

Herbata i Obiektyw

Poprzedni blog stał się zbyt chaotyczny. Zbyt wiele rzeczy się na nim przeplatało. Dość trudno było go już łączyć z moją stroną na facebooku. Po prostu przestał pasować.
Przyszła pora na małe zmiany.  Po pierwsze – i w zasadzie niezbędne – własna domena. Cała minuta. Włącznie z instalacją. Cóż za sukces.

Po drugie, choć to powinno być pierwsze, jakaś oś tematyczna. Znaczna część zdjęć które mi kiedykolwiek zrobiono jest albo z backstagu sesji zdjęciowej, albo z księgarni. Zatem mam już jakąś z grubsza określoną oś tematyczną. Fotografia i literatura. W połączaniu z herbatą. Bez herbaty się nie obejdzie.

Punkt trzeci, bezpośrednio połączony z punktem pierwszym. Wybrać nazwę. Niby prosta rzecz, mógłbym użyć imienia i nazwiska. Od tego pomysłu odwiodły mnie pamiętne przeżycia z dyktowaniem mojego służbowego adresu. W zasadzie 70% wiadomości do mnie nie docierało a ludzie skarżyli się, że nie potrafię poprawnie podyktować własnego nazwiska. Facet nie wie jak się nazywa.

Lepiej nie.

 

Fotograficzne przedstawienie (w środowisku naturalnym)

 

Aparat – jest. Kawa – jak przystało na blog o herbacie – jest.

 

I zapraszam do lektury przyszłych wpisów 🙂