Bańki informacyjne to termin, który zrobił pewną karierę w mediach. Niestety od chwili jego wymyślenia, nie udało się jednoznacznie potwierdzić działania tego mechanizmu.
Bańki informacyjne
Większość źródeł jest zgodna, iż termin bańka filtrująca lub bańka informacyjna, ukuł w 2010 Eli Pariser, aktywista internetowy, opisywany w mediach oraz Wikipedii jako przedsiębiorca, aktywista oraz autor. Od tamtej pory, pojęcie baniek informacyjnych robi karierę w mediach, jak swoista odpowiedź na wszystko. Hipotetyczne zjawisko, stało się łatwym, wygodnym i chwytliwym wytłumaczeniem wszystkich sposobów zachowania Internautów, którymi naturalnie manipulują wielkie korporacje. Owi Internauci zaś, to klasyczny przypadek Innego. Założenie jest bardzo proste. Mechanizmy filtrowania informacji, w oparciu o preferencje użytkownika, zamykają go pod metaforycznym kloszem, przez który nie przenikają informacje, które mógłby być dlań niekomfortowe, niezgodne z aktualnym stanem wiedzy lub poglądami. Pariser tłumaczy możliwość działania tego zjawiska kilkoma błędami poznawczymi i mechanizmami psychologicznymi, których siła oddziaływania już w 2010 roku była poddawana w wadliwość. Niestety, robi to na poziomie studenta pierwszego roku psychologii, w dodatku bardzo buntowniczo nastawionego.
Trochę teorii
- Bańka filtrująca odnosi się do warstwy technologicznej. Wszelkiej maści rozwiązań dbających o to, by użytkownik dostawał spersonalizowane, odpowiadające upodobaniom treści
- Echo chambers to dla odmiany zjawisko społeczne. Informacja powraca do nas jak echo, wzmacniając nasze przekonanie. Istotną cechą nie jest zamknięcie na prawdę a silna potrzeba prawdy. Nasza echo komora powoduje jednak uwarunkowanie polegające na odrzucaniu wszystkiego spoza, jako nieprawdy.
- Epistemic bubbles stanowi efekt samodzielnych poszukiwań. Izolujemy się od innych poglądów. Załóżmy, że zainteresowaliśmy się literaturą fantastyczną, prawdopodobnie na własną rękę. Zaczynamy zatem szukać ludzi, grup o takich samych zainteresowaniach, odcinając się od innej literatury, muzyki, poglądów. Efekt ten jest całkowicie nieświadomy.
- Nowoplemiona, grupy powstałe w wyniku wspólnych zainteresowań. Tworzą się bez względu na wiek czy klasę społeczną.
- Post-prawda – epoka albo zjawisko, gdy liczy się nie tyle prawda, czy fakty co racja, przekonania, emocje. Muszę mieć rację, wymyślę fakty.
- Gatekeeping – termin trochę niefortunny, bowiem może kojarzyć się ze „strażnikiem”, niedopuszczającym do wiedzy, informacji. Tymczasem jest trochę na odwrót. Chodzi raczej o „selekcjonera”, bowiem poprzez żadne medium, twórca nie jest w stanie przepuścić wszystkich informacji, które pozyskał. Na przykład Ja, autor tego bloga, selekcjonuję dla Was informacje. Mam ich bardzo wiele, ale muszę wybrać. W tym, odrzucić te które są sprzeczne z moim światopoglądem, przekonaniami. Nie napiszę o fotografie ślubnym, bo to bez sensu. Mogę napisać o fotoreporterze albo fotografie konceptualnym. Bez owego „gatekeepingu” blog musiałby zamienić się w kompletny śmietnik bowiem usiałbym opublikować każdy strzęp informacji, napisać o każdym nawet najgorszym fotografie.
Najczęściej, bańki informacyjne służą jako wytłumaczenie zjawisk z zakresu polityki, ale sam autor odnosi się też do potocznie rozumianej kultury. Hipotetycznie, powodują one silną polaryzację społeczną oraz zatrzymanie jednostek w rozwoju, gdyż uniemożliwiają zamkniętym w nich ludziom dostęp do informacji spoza ich obszaru wiedzy i zainteresowań. Powinny zatem utrzymywać zamkniętych w nich konsumentów na stałym poziomie, prezentując ciągle te same informacje, bowiem sam fakt, utknięcia w fotograficznej bańce informacyjnej, nie oznacza jeszcze zatrzymania się w rozwoju. Mogą one również sprzyjać rozwojowi populizmu, choć nie wiadomo jak miałyby tego dokonać. Padają proste stwierdzenia, że bańki filtrujące sprzyjają rozwojowi populizmu. Winne temu są mechanizmy filtrujące portali społecznościowych, takich jak Facebook oraz wyniki wyszukiwania Google. Pariser podaje przykład koncernu BP, na temat którego dwoje jego znajomych otrzymało bardzo różnorodne informacje. Jedno na temat wycieku ropy naftowej, drugie jakieś informacje inwestycyjne. Później dziennikarze próbowali dokonać tej samej sztuki, nawet z pomocą osób o różnym zapleczu ideologicznym, ale się to nie powiodło. Trzeba też pamiętać, że algorytmy poszczególnych platform ewoluują i nawet jeśli działały w określony sposób w 2o10 roku, to w 2022 mogą działać całkowicie inaczej.
Kolejny problem w tym, że o uwagę walczą sprzeczne teorie na ten sytuacji politycznej, chociażby w naszym kraju. Pierwsza, iż społeczeństwo, chociażby polskie, jest silnie spolaryzowane, podczas gdy przedstawiciele konkurencyjnego poglądu, starają się wykazać, że prawie dwie trzecie Polaków w poważaniu ma kwestie polityczne. Jak mawiał poeta, bądź tu mądry i pisz wiersze. Patrząc na frekwencję wyborczą na przestrzeni lat, ta druga opcja wydaje się być dużo bardziej prawdopodobna. Co gorsza, wyborcy zawsze bardziej się mobilizują, gdy w grę wchodzą kampanie silnie nacechowane emocjonalnie, za to pozbawione merytorycznego przekazu. Zatem owa polaryzacja, nie musi oznaczać, że społeczeństwo podzielone jest na dwa lub więcej wrogich obozów, ale że dotyczy to części społeczeństwa, czyli grupy aktywnych wyborców. Oznaczałoby to, że spolaryzowana jest mniej niż połowa naszego społeczeństwa. Największym osiągnięciem Parisera, ma być przewidzenie wyników prezydenckich w USA, w postaci populizmu Trumpa i właśnie polaryzacji społecznej, której źródłem okazały się medialne bańki informacyjne. Ciężko jednoznacznie odnaleźć fragmenty książki popierające tę tezę.
Sama teza, może i całkiem niezła, jednakże w Stanach, o głosy wyborców walczą dwie liczące się partie. Polaryzacja może być wielobiegunowa, ale w środowisku dwupartyjnym może nastąpić z przyczyn technicznych. Zwłaszcza jeśli poglądy dwóch wiodących partii, skrajnie się rozjeżdżają. Ażeby polaryzacja nie nastąpiła, dwie partie powinny mieć programy i poglądy nakładające się na siebie, różniące subtelnymi niuansami, ale i to stanowi problem. Załóżmy bowiem, że do gry o władzę zasiadają dwie partie praktycznie nieróżniące się poglądami, poza kwestią aborcji, która zawsze rozpala emocje. Kwestie obyczajowe, związane ze sferą seksualną, religijną, zawsze budzą większe, emocjonalne zaangażowanie, niż cokolwiek innego. Kwestia godziwego wynagrodzenia czy godzin pracy, nie spędza z powiek snu tak skutecznie, jak kobieta decydująca o własnym ciele. Świetnie jest to widoczne w Polsce na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Zawsze gdy brakuje emocjonalnej dopałki, z szafy wyciągany jest a to gender, a to aborcja, a to neomarksizm, to znów aborcja. Wracając do przerwanego wątku, partie różnią się poglądem na prawdo dostępu do aborcji. Jedni uważają, że jest ona prawem człowieka, drudzy, że powinna być zakazana. Pod tym względem nie koniecznie następuje radykalna polaryzacja społeczna, ale przy dwóch graczach można opowiedzieć się tylko za jedną z dwóch opcji. W Polsce, ogólna sytuacja po wyroku trybunału konstytucyjnego była dość złożona, ale ogólne poparcie dla protestów oraz niezgodę na działania rządu wyrażało 70% ankietowanych. Popierający protesty różnili się w ocenie propozycji dalszych działań, mianowicie przywrócenia stanu sprzed wyroku czy liberalizacji przepisów aborcyjnych. Ciężko zatem mówić o polaryzacji, nawet wielobiegunowej i dezintegracji grup. Nastąpiło coś wyraźnie przeciwnego, mianowicie pewna integracja społeczna wobec wyroku trybunału. Jeśli zaś polaryzacja to zjawisko faktyczne, to pytaniem, które dręczyć będzie każdego socjologa i psychologa, będzie, czy jest to efekt pierwotny czy wtórny oraz do jakiego stopnia odpowiada potrzebom społecznym.
Co nie oznacza, że ludzie szczerze się nie nienawidzą. Doktorka Paulina Górska, w swoim badaniu z 2019 roku, wykazała, że zwolennicy PiS są mniej nienawistnie nastawieni do opozycji, niż opozycja do partii rządzącej. Co więcej, zwolennicy partii Kaczyńskiego, chętniej wchodzili w interakcje z przedstawicielami opozycji, niż opozycjoniści z nimi. Dość zaskakujące wyniki, które można tłumaczyć na różne sposoby, chociażby zajmowaną pozycją, w tym wypadku pozycją władzy. Wykazują się zatem wielkodusznością w kontaktach z prostym ludem. Zwolennicy partii PiS nie są mniej nienawistni, niż zwolennicy liberalnej, postępowej opozycji. Choć z kronikarskiego obowiązku trzeba dodać, że jest to taka sama różnica jak między minus trzydziestoma a minus trzydziestoma pięcioma stopniami Celsjusza. Jest, ale nieodczuwalna.
Po cóż jednak zagłębiać się w takie kwestie, skoro można odwołać się do pięciu błędów poznawczych na krzyż, jakichś wymyślonych naprędce koncepcji „Ja” oraz sfingowanych eksperymentów. Dokładnie tak, bowiem w 2012 Pariser odwołuje się to słynnego eksperymentu Milgrama, którego wyniki okazały się taką samą manipulacją, jak osiągnięcia Zimbardo. Gina Perry w roku 2000 poprosiła o uzyskała dostęp do archiwów Yale, podobnie jak wielu innych zainteresowanych. Nie są one bowiem żadna tajemnicą, tylko przez lata eksperyment ów stanowił satysfakcjonujące wytłumaczenie, zatem nikt nie miał ochoty go analizować. Okazało się, że większość uczestników odmówiła zaaplikowania najwyższego woltażu, co więcej, podejrzewała, że znajduje się w ukrytej kamerze a całe przedsięwzięcie jest farsą. Bardzo podobnie było w przypadku eksperymentu znanego jako „Robbers Cave”, do którego Muzafer Sherif podchodził trzy razy, byle tylko cokolwiek wykazać. Pieniądze na badania przekazała Fundacja Rockefellera i oczekiwała za nie rezultatów. Mówiąc kolokwialnie, eksperyment to realistyczna wersja „Władcy Much”. Autor za wszelką cenę starał się sprowokować chłopców do wzajemnej wrogości i przemocy a ci jak na złość nie mieli ochoty się pozabijać. Podobno nawet planował podpalić las byle tylko uzyskać wymarzony efekt.
Specjalizujący się w kwestiach politycznych antropolog, profesor Jan Kubik definiuje populizm, jako obietnicę demokracji, dla wybranej części społeczeństwa. Mówiąc dosadniej, populiści obiecują odebrać głos „gorszemu sortowi” obywateli oraz elitom, na rzecz „soli ziemi”. Partia populistyczna obiecuje lub realnie odbiera prawo głosu jednej grupie, przekazując je innej, chociażby konserwatywnym mężczyznom. W tym przypadku chodzi chociażby o nieszczęsną aborcję, ale to właściwie jedyny temat jaki wyciągany jest z szafy od dwudziestu lat, gdy tylko zachodzi potrzeba. Nie poprawi to ich statusu ekonomicznego, ale zagwarantuje władzę nad Innym. Zatem by populizm mógł zadziałać, musi pojawić się jakiś Inny albo Obcy. Tym pierwszym jest kobieta lub homoseksualny mężczyzna a drugim imigrant. Co więcej, partie populistyczne chętnie korzystają z usług spin doktorów, czyli często niezłych psychologów i socjologów. Potrafią oni zdiagnozować aktualne trendy, które następnie można zagospodarować. Ergo, populista powie to, co odbiorca chce usłyszeć. W ramach projektu POPREBEL, Kubik wykazuje, że w Czechach, na Węgrzech i w Polsce niechęć wobec zmian kulturowych a zwłaszcza odejście od tradycyjnych sposobów rozumienia ról płciowych i modeli rodzinnych. Właśnie to stało się podstawą udanego wprowadzenia do dyskursu politycznego nieszczęsnego gender, początkiem stulecia.
Populizm jest zatem odpowiedzią na potrzeby ludu. Musi tlić się niechęć jednych grup wobec innych, albo potrzeba znalezienia winnego. Osoba ulegają populizmowi, czuje się pokrzywdzona, czuć, że coś traci. Istnieć zatem muszą wywodzące się z frustracji przesłanki społeczne, ekonomiczne i psychologiczne by populizm mógł zadziałać. Jak pokazuje nieudany a może właśnie udany eksperyment Sherifa, nie łatwo jest stworzyć sytuację jawnej wrogości pomiędzy dwiema grupami. Wymaga to niemałego wysiłku, który nie zawsze jest zwieńczony sukcesem. Nie wystarczy zatem także proste filtrowanie wyników w Google, potrzeba jest czegoś więcej. Nie oznacza to, że nie jest to możliwe. Ruchy populistyczne żerują jednak na istniejącej potrzebie, rzadziej wydają się je stwarzać. Co więcej, ludzie czerpią też informacje od innych ludzi, chociażby współpracowników. Trzeba zatem założyć, że w takich sytuacja też powstają swoiste „bańki informacyjne”, którymi nie manipulują wielkie korporacje. Zatem być może efekt ten istnieje, ale wpisany jest w naszą naturę. Tylko czy w miejscu pracy można odciąć się o innych poglądów?
Zdecydowanie obarczone błędem będą analizy przyczyn zachowania ludzi w tłumie czy w trakcie „rozmowy” zapośredniczonej. Często można zwrócić uwagę na silną agresję bijącą z komentarzy. Agresja w przestrzeni komunikacyjnej jaką jest Internet czy wydzielone zeń media społecznościowe, nie daje się zaobserwować przestrzeni publicznej, biurowej czy prywatnej. Bardzo możliwe, że odpowiadają za nie z jednej strony boty, tak zwane trolle, czyli jednostki czerpiąca przyjemność z wywoływania awantur oraz najradykalniejsi zwolennicy poszczególnych ugrupowań. Internet nie jest dobrą przestrzenią do badań, które dałby obraz całej populacji, bowiem w starciu z chamstwem wiele osób się wycofuje. Obraz rzeczywistości prezentowany przez radykalnych Internautów może być całkowicie zakłamany. Bardzo możliwe, że Pariser, nie będący socjologiem, psychologiem a aktywistą i przedsiębiorcą, popełnił najzwyklejszy błąd obserwacyjny, którego efekty przypisał całej populacji, nie uwzględniając, że pomimo najczarniejszych scenariuszy rysowanych od dwudziestu lat, ludzie nadal spotykają się w kawiarniach.
Autor książki tworzy hipotetyczny byt, który nigdy nie doczekał się potwierdzenia empirycznego. Koncepcja bańki informacyjnej jest kusząco prosta. Zakłada, że wyniki wyszukiwania w Google, feed na Facebooku tworzą jednorodny przekaz, równocześnie uniemożliwiając kontakt z przekazem spoza owej bańki. Nie wiadomo czy Google współpracuje z Facebookiem w tym zakresie, ale oficjalnie firmy konkurują ze sobą. nieprawdopodobną jest też sytuacja, w której ktoś korzysta tylko z Google albo tylko Facebooka. Może gdyby G+, portal społecznościowy Google wypalił mogło by się tak stać, ale nadal jest to mało prawdopodobne. Raz jeszcze warto odnieść się do pytania, czy fakty zmieniają nasz światopogląd. Jak się okazuje nie, bowiem człowiek w swym uporze dąży do komfortu informacyjnego i psychologicznego. Skoro istnieje szereg czynników, opisanych na długo przed propozycją baniek internetowych, które sprzyjają utwierdzaniu się w dotychczasowych przekonaniach, czy też zwalczaniu poglądów wywołujących dyskomfort psychiczny, to można zastanowić się, czy bańki nie są po prostu szkodliwym uproszczeniem. Bańka filtrująca działa bowiem zawsze, natomiast zjawiska psychologiczne działają w zależności od naszych indywidualnych potrzeb. Tragedie w postaci szkolnych strzelanin w USA, pokazują, że w zależności od przynależności etnicznej sprawcy, media i komentatorzy szukają różnych czynników. I tak, jeśli sprawcą był przedstawiciel mniejszości etnicznej, najprawdopodobniej było to spowodowane indywidualnymi cechami charakteru, natomiast w przypadku sprawców białych, starano się zrzucić winę chociażby na gry komputerowe, czyli czynniki zewnętrzne. Zatem, w zależności od żywionej do danej osoby czy grupy sympatii, gotowi jesteśmy przypisywać różne motywacje.
O ile jako ludzie, mamy tendencję do otaczania się podobnymi do nas ludźmi, tak bańka informacyjna jest pojęciem niejasnym. Zjawiska tego typu, należą do dziedzin takich jak psychologia i socjologia, jednak tym konkretnym zagadnieniom nie poświęcono więcej czasu. Można zaobserwować pewne tendencje, ale nie sposób zgodzić jednoznacznie się z tezami Parisera. Stwierdza on bowiem kategorycznie, tak jest i już, nie bacząc, że tak jest, ale w określonych warunkach i nie zawsze. Eksperymenty Sherifa, Milgrama i Zimbardo, pokazują, że mimo wszystko ludzie są domyślni, nie dają się aż tak łatwo antagonizować z byle powodu i często są w stanie przejrzeć intencje. Historia dla odmiany pokazuje, że w pewnych okolicznościach, potrafią dopuścić się najgorszych zbrodni. Tylko do dziś do końca nie wiemy czemu, jakie mechanizmy tym kierują, co determinuje rozwój skrajnej przemocy. Wszystko jest bytem hipotetycznym a sam autor opiera się na badaniach, często bardzo strych, dotyczących torowania czy przekazu podprogowego. Chociażby te dwa mechanizmy są przedmiotem sporu i właściwie nie udało się jednoznacznie wykazać by działały. W najlepszym przypadku ich efekt utrzymuje się przez kilka sekund. Trzeba też pamiętać, iż pomimo wieszczenia upadku bezpośrednich kontaktów międzyludzkich na rzecz zapośredniczonych, nadal się to nie stało. Można zauważyć, że w zależności od miejsca i formy wypowiedzi ludzie zachowują się w inny sposób.
Opis Parisera sprowadza się do zacytowania kilkunastu starych badań, opinii, prognoz i właściwie tyle. Postawił tezę, ale nie udało się wykazać, by owe bańki informacyjne miały jakiś większy wpływ na kształtowanie poglądów, zwłaszcza politycznych jednostek. Odwołuje się on także do algorytmów, chociażby Netflixa oraz rzekomych wyborów użytkowników. Posługuje się tutaj przykładem „Listy Schindlera” oraz „Bezsenności w Seatle”. Jakoby użytkownicy odkładają na później filmy, które należy obejrzeć. Nie wiadomo dlaczego i wedle kogo, ale należy. Dlaczego ktoś miałby oglądać te starocie jest niejasnym, w dodatku często bezrefleksyjnie powtarzanym stwierdzeniem.
Bańka informacyjna, zaistnieć może jedynie w sytuacji całkowitego odcięcia się od bodźców zewnętrznych, opinii innych ludzi. Do tego, trzeba zaniechania korzystania z jakichkolwiek innych mediów, niż wyszukiwarka Google albo Facebook, bowiem nawet wywiad z dwojgiem polityków, może narazić na kontakt z niechcianym światopoglądem. Wystarczy, że w studiu pojawi się polityk nastawiony socjalistycznie a drugi neoliberalnie i katastrofa gotowa. Sama polaryzacja również jest wątpliwa, bowiem czymże jest polaryzacja? Poglądy poszczególnych osób, znajdują się na przeciwległych biegunach, jak w przypadku owego socjalisty i neoliberała, jednak tak rozbierze poglądy polityczne to rzadkość, właściwa partiom skrajnym. Ich zwolennicy mogą być od siebie światopoglądowo daleko, lecz przecież w politycznym ekosystemie Polski, funkcjonują też inne partie. Zatem, skrajne partie mogą znajdować koalicjantów wśród partii mniej radykalnych a ich zwolennicy mogą się dogadywać. Ponownie, sprawia to, że nieco ciężko bronić owych szczelnych baniek informacyjnych. To o czym pisze Pariser, odnosi się do czegoś zupełnie innego.
Strefa komfortu
Wszyscy chcemy być ludźmi, którzy obejrzeli „Rashomon”, ale oglądamy „Ace Ventura” po raz czwarty. Argument opierający się na słynnym filmie Kurosawy, wywołuje oklaski. Dlaczego, nawet dwanaście lat temu, gdy Pariser prowadził swoje wystąpienie, ktoś miałby oglądać ten staroć, ciężko powiedzieć. Film ten miał premierę w 1950 roku, czyli sześćdziesiąt dwa lata przed przemową aktywisty. Czyżby od tamtej pory nie nakręcono żadnego wartościowego filmu? Prawdopodobnie nie miał on żadnego lepszego przykładu, bowiem zaciął się na pewnym etapie kulturalnego rozwoju. Otóż od czasów premiery filmu japońskiego reżysera, pojawiła się cała masa świetnych produkcji. Żaden nie możne jednak liczyć na podobne uznanie, podobnie jak żaden zespół nie zyska sobie już sławy the Beatles. Nie dlatego jednak, że nie ma już dobrych zespołów, ale że jest o niebo więcej. Cóż, prawdopodobnie w czasach czwórki z Liverpoolu, grała cała masa fenomenalnych zespołów, które nigdy nie wykroczyły poza obskurne sceny lokalnych klubów. Z resztą gdyby nie odświeżenie wizerunku przez Epsteina a później zdjęcia Astrid Kirchherr, prawdopodobnie nie wyszliby poza fazę teddy boys. Dystrybucja informacji była jednak szalenie ograniczona, więc z niszowymi zespołami zapoznać mogła się garstka zapaleńców, częstokroć sięgająca po efemeryczne periodyki zajmująca się chociażby londyńską sceną muzyczną. Dokładnie tak samo jest z filmem Kurosawy. Wprawdzie nikt nie słucha Beatlesów na co dzień, za to w kinach można obejrzeć „Ostatni Pojedynek”, którego historia mocno kojarzy się z opowieścią opartą na tekstach Akutagawy.
Wielokrotnie powtórzona informacja, jest traktowana jako istotniejsza niż nowo zasłyszana. I sam Pariser pisze o tym w swojej książce. O filmie czy też filmach Kurosawy, można usłyszeć na każdym kroku, bowiem weszły one do swoistego kanonu filmowego dwudziestego wieku. Sprawia to, że znajomość dzieł tego reżysera jest dalece bardziej ceniona, niż Wong Kar-waia czy Kenjiego Mizoguchi Nie oznacza to, że ci dwaj cenieni, przez chociażby Internautów, nie są. Najzwyczajniej w stopniu mniejszym, niż Kurosawa, bowiem informacja na jego temat, jest częściej replikowana. Pariser myli tutaj zjawiska, w dodatku wplata w to swoje oczekiwania, czyli dokonuje oceny na podstawie własnych przekonań. Łatwiej też zainteresować odbiorcę czymś o czym już słyszał. Stąd „Sny wędrownych ptaków” mogą być dalece mniej interesujące niż nowa wersja King Konga czy filmów spod znaku Transformers. Obserwowalne jest zjawisko, iż pod postami wielu domorosłych publicystów chętniej komentowane są te posty, które informują o tym, co odbiorca już wiem, częstokroć z innego źródła. Osoba prowadzącego, jak w każdym przypadku kreacji medialnej, staje się osią pewnej społeczności. Dużo ciężej efekt ten osiągnąć jako redakcja. Stąd też komentując wchodzi się w pewną jednostronną polemikę z autorem danego kanału. Powstaje wówczas specyficzna społeczność, bowiem jest ona mało ze sobą zżyta. Określenia relacja paraspołeczna będzie tutaj jak najbardziej adekwatna choć nie jest ona negatywna, jak wielu próbuje dowodzić. Mianowicie, relacja wytwarza się z prowadzącym, który ma wielu fanów, zatem staje sią autorytetem a pozostali źródłem społecznego dowodu słuszności. Nie może on jednak pisać o rzeczach, które odbiorcom nie są znane. Łatwo obserwowalny jest, że komentujący już w chwili publikacji postu posiedli wiedzę o nowej grze, filmie, książce albo nawet mają wyrobione o niej zdanie. Zatem nie czerpią oni informacji z jednego źródła, choć one same bywają wtórne. Paradoksalnie, może to wskazywać na tworzenie się bańki informacyjnej. Nie jest ona jednak tworzona przez złe algorytmy, tylko ludzką potrzebę wspólnoty. Publicyści ci, raz po raz wspominanają filmy, chociażby Monty Pythona czy kilka innych staroci, które dobrze wspominają z czasów nastoletnich, względnie wczesnej młodości. Gratyfikacją dla ich starań będą łapki w górę, które posłużą jako społeczny dowód słuszności. Masa ludzi zakochała się bowiem w filmach Kurosawy, wspomnianej brytyjskiej grupy komików, ale już „Lancelot z Jeziora” nie zyskał sobie popularności, choć znajduje się na pewnej liście najlepszych filmów. Mało też kto łączy fakt, że wybitny Kurosawa zekranizował dwa opowiadania jednego z wybitniejszych pisarzy japońskich Ryūnosuke Akutagaway. Cóż bowiem komuś mówi to nazwisko? Najprawdopodobniej niewiele albo wręcz nic.
Zjawisko opiera się na regule autorytetu oraz stałej ekspozycji, sprawiając, że powtarzana w kółko, przez autorytety, informacja nabiera większego znaczenia. Dokładnie to samo dzieje się z informacją o istnieniu baniek informacyjnych, która powiązana jest z efektem potwierdzenia. Nie bez znaczenia, pozostaje sposób przekazywania informacji na temat owych baniek, zwłaszcza, że jest to kolejna informacja z cyklu „ludzie są głupi”. Sztuczka ta należy do najnośniejszych w Internecie. Wystarczy słuchaczom zasugerować, że są inteligentniejsi, należą do jakiejś elitarnej oświeconej grupy, posiedli większą wiedzę niż Inni i zalążki kultu gotowe. Gdy ludzie zafiksują się na jakiejś idei, to zrobią wszystko by znaleźć dowody popierające ich sposób myślenia. Paradoksalnie, czymś takim jest idea baniek informacyjnych, które nie istnieją, ale potrzeba ich istnienia, zwłaszcza w kontekście Innych, głupszych użytkowników Internetu, sprawia, że efekt potwierdzenia przybiera na sile. Opisywane efekty psychologiczne działają często wtedy i tylko wtedy, gdy my sami bardzo chcemy by działały a wynika to z niskich pobudek. Żadne racjonalne argumenty nie mogą wygrać z prymitywnymi potrzebami.
O filmie czy też filmach Kurosawy, można usłyszeć na każdym kroku, bowiem weszły one do swoistego kanonu filmowego dwudziestego wieku. Sprawia to, że znajomość dzieł tego reżysera, jest dalece bardziej ceniona, niż Wong Kar-waia czy Mizoguchiego. Nie oznacza to, że ci dwaj cenieni, przez chociażby Internautów, nie są. Najzwyczajniej w stopniu mniejszym, niż Kurosawa. Pariser myli tutaj zjawiska, w dodatku wplata w to swoje oczekiwania. Rozważmy to na bardziej aktualnym przykładzie. W 2021 roku, gdy wielu domorosłych publicystów rozwinęło swe blogi o rzeszę obserwujących, raz po raz wspominają filmy chociażby, Monty Pythona czy kilka innych staroci, które dobrze wspominają z czasów nastoletnich, względnie wczesnej młodości. Gratyfikacją dla ich starań będą łapki w górę, które posłużą jako społeczny dowód słuszności. Masa ludzi zakochała się bowiem w filmach Kurosawy czy wspomnianej brytyjskiej grupy komików, ale już „Lancelot z Jeziora” nie zyskał sobie popularności, choć znajduje się na pewnej liście najlepszych filmów. Współczesna kultura, jest nieco bardziej zatomizowana, co nie znaczy, że jest gorsza. Wręcz przeciwnie, oferuje znacznie większa ilość dzieł dobrych, ale to my, odbiorcy mają poważny problem. Przesadnie polegają na zdaniu innych ludzi, które jest dla nich ważniejsze niż samo dzieło. Odwołując się do zbiorowego doświadczenia czytelników „Herbaty i Obiektywu”, mogę zapytać, czy ktoś potrafi uzasadnić dlaczego Lem to wybitny pisarz? Prawdopodobnie nigdy nie doczekam się żadnego przekonującego argumentu, bowiem tych siermiężnych książek niemal nikt nie czyta. Mało też kto łączy fakt, że wybitny Kurosawa, zekranizował dwa opowiadania jednego z wybitniejszych pisarzy japońskich, mianowicie Ryūnosuke Akutagaway. Cóż bowiem komuś mówi to nazwisko? Najprawdopodobniej nic, choć pozostaje liczyć, że chociażby niewiele.
W ten sposób powstaje bardzo komfortowa i zabawna sytuacja. Publicysta, prezentuje to, co odbiorcy świetnie znają, on jest dumny z ich zachwytu a oni z faktu, że „internetowa perosna” lubuje się w tym co oni. W ten sposób informacja zostaje ponownie wzmocniona, przekonanie o wybitności Kurosawy szybuje w kosmos. Takich publicystów jest cała masa i co słusznie zauważa Pariser już w 2010 roku, nie wytwarzają oni żadnych nowych treści. Przede wszystkim kopiują informacje od większych podmiotów. Dokonuje on prostej, poprawnej obserwacji, że większość informacji prezentowanych przez takie osoby, pochodzi z prasy albo telewizji. Wprawdzie pisze on o bloggerach, ale w 2012 byli oni popularniejsi niż prowadzący strony na Facebooku albo kanały na YouTube w 2021. Idea pozostaje ta sama. Wychowani w podobnym środowisku, zachwycają się podobnymi produkcjami. Nie oznacza to, że żyją w bańce informacyjnej. W grę wchodzi mechanizm grupotwórczy a grupy dla człowieka to świętość. Dużo łatwiej jest być fanem metalu w grupie fanów metalu, niż miłośnikiem Czajkowskiego w grupie fanów metalu. W dodatku, filmy Kurosawy, to punkt węzłowe kultury.
Ażeby lepiej zobrazować to czym są, można wyobrazić sobie najzwyklejszą sieć, na której łączeniach, znajdują się mniejsze lub większe węzełki. Kryją się w nich różnorakie treści kultury, pomiędzy którymi użytkownicy mogą się poruszać. Jedne znajdują się bliżej centrum, inne dalej. Im dalej od centrum się znajdują, tym więcej wysiłku wymaga dotarcie do nich, cieszą się mniejsza popularnością. Im zaś są popularniejsze, tym większą uwagę przyciągają i można w nich spotkać więcej osób. Nie oznacza to, że użytkownicy, nie opuszczają poszczególnych węzłów. Poruszają się między nimi, ale efektem jest rozproszenie. Wprawdzie ta sama osoba, może wędrować między bardzo odległymi węzłami, ale w określonym kierunku, natomiast druga osoba, uda się w przeciwną stronę. Rzadko też wędruje się pomiędzy bardzo odległymi jakościowo i tematycznie węzłami. Mówiąc prościej, mało prawdopodobnym jest, by fan japońskiej nowej fali, z utęsknieniem wspomniał „Świat według Bundych” albo rodzimych Kiepskich. Te dwie, pośledniej z resztą jakości seriale, stanowią wyraziste punkty węzłowe, z których ścieżki prowadzą do kolejnych niebanalnych dzieł, choć nie wszyscy podążą tym samym tropem. W efekcie, taki popularny węzeł, dzieło, stanowić będzie wspólny temat dla większej grupy. Bańki informacyjne są zatem pewnym złudzeniem, które powstaje na podstawie błędów obserwacyjnych. W dodatku, człowiek ceni różne rzeczy w różnym stopniu i w zależności od tegoż stopnia, dysponuje swoim czasem. Oglądanie popularnych seriali na którejś z platform, ma zapewnić rozrywkę i przyjemność. Oglądanie „Listy Schindlera”, nie należy do takowych doznań, choć kwestia przyjemności jest niejasna. Tego typu emocjonalna i intelektualna stymulacja, stanowi dla niektórych źródło przyjemności. Trzeba się jej jednak nauczyć.
Pariser stosuje the oldest trick in the book, polegający na podsycaniu przekonania, że kiedyś było lepiej. Wspomniany film, ukazał się tego samego roku co „Park Jurajski” i nie zarobił nawet połowy tego, co opowieść o dinozaurach. Wszystko to działo się roku pańskiego 1993, gdy o Netflixie jeszcze nikt nie słyszał. Internetowe portale informacyjne dostępne dla szerokiego grona odbiorców, zaczną rodzić się w 1994 roku a samo Google powstanie w 1998. Zatem ludziska mogą czerpać informacje z radia, telewizji, ale w recenzjach filmowych specjalizowała się prasa. Teraz, widz musi przeczytać ten tytuł, który poleci mu „Listę Schindlera” a nie „Park Jurajski”. Zapewne jest to wina baniek informacyjnych, tyle, że analogowych. Wyobraźmy sobie prostą sytuację, w której ktoś decyduje się na przeczytanie wszystkich gazet w kiosku. Brzmi to i jest absurdalnym. Informacje trzeba filtrować w ten czy inny sposób. W dodatku pomiędzy tym do czego się przyznajemy a tym co robimy zieje pewna przepaść. Proste ustalenia na podstawie list Netflixa czy innych portali stramingowych, nie wystarczy bo powiedzieć jednoznacznie jakie są ludzkie motywacje, potrzeby, tło społecznokulturowe, zwane nieraz kapitałem. Wszystko to, ma realny wpływ na decyzje konsumenckie.
Poziom wejścia
Praktycznie każdy zaczął korzystać z Internetu, w tym Facebooka czy Google a nawet bibliotek na innym poziomie. Jeden z wykształceniem wyższym, drugi z wykształceniem średnim a trzeci pił przez całe gimnazjum. Zatem strony internetowe, które śledził przed rejestracją i które polubił nasz magister gdy tylko stworzyły swój profil były zupełnie inne, niże te które polubili pozostali użytkownicy. Model, jak każdy model, stanowi uproszczenie, ale oddaje to sytuację. Teoretycznie Internet pozwala nam na wybór ale wyborów dokonujemy na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Załóżmy, że jest rok 1971, gdy „Life” ukazywał się w rekordowym nakładzie bodaj ośmiu milionów egzemplarzy. Niesamowity wynik, zważywszy, ze ówczesna populacja Stanów Zjednoczonych wynosiła 207 372 000. Czasopismo zyskało sobie wiernych odbiorców za sprawą najwyższej jakości fotografii, jaką można było w tamtym czasie zaoferować. Niemniej, uchodził on za dość lekki w odbiorze w przeciwieństwie do bardziej wymagających tytułów takich jak „the New Yorker”. Dlaczego jeden sięga po „Life” a drugi po „New Yorkera”? Powodem może być chociażby moda panująca w danym środowisku, chociażby na fotografię, która była bardzo popularnym medium, choć opinie na jej temat były podzielone. Podobnie jak na temat samego „Life”, które uchodziło za straszny miszmasz. Nie był to też zapewne magazyn popularny wśród robotników a białych kołnierzyków z klasy średniej.
Sama wyszukiwarka Google, to narzędzie indeksujące około cztery miliardów stron. Na pierwszej stronie pojawia się dziesięć wyników wyszukiwania. Mogłoby milion, ale nie zmienia to faktu, że czynnik jakoś musi decydować o wyborze. Może to być najtrafniejszy nagłówek albo całkowita losowość. Poza tym użytkownik najczęściej nie zna zawartości wybranego odnośnika. Można to porównać do wejścia do biblioteki. Książki posegregowane są gatunkowo i ułożone alfabetycznie. Wybór spoczywa tylko i wyłącznie na użytkowniku, który w zależności od tego z czym przyszedł do biblioteki, będzie wybierał kolejne tomy do przeczytania. Książki będą źródłem informacji, na temat kolejnych książek. Tutaj kluczem będą chociażby przypisy bibliograficzne, o ile czytelnik sięgnie publikację, je zawierającą albo skrótowce często reklamujące inne książki autora czy wydawcy na okładkach.
Nie będą jednak źródłem jedynym, bowiem zapalony czytelnik będzie korzystał także z prasy specjalistycznej, grona znajomych, które polecać będzie kolejne pozycje, ale też Internetu. Wszystkie jednak informacje muszą zostać przefiltrowane. Rocznie ukazuje się około od pół do miliona książek, co oznacza, że przeczytanie ich wszystkich jest niemożliwe. Zgodnie z ideą baniek informacyjnych, czytelnik winien sięgać raz po publikacje popularnonaukowe, innym razem po detektywistyczne a jeszcze innym razem po romanse. Wszak romanse, też mogą być przednią lekturą. Cała idea polega na filtrowaniu informacji, tak by wybrać te najbardziej interesujące. Wyobraźmy sobie sytuację, w której czytelnik rozmiłowany w fantastyce, będzie raz sięgał po science fiction a raz po dzieła pornograficzne. Wszak trzeba wyjść ze swojej bańki, strefy komfortu i zmierzyć się z informacjami niezgodnymi z aktualnymi preferencjami czy światopoglądem. Rozwój jednostki to nie chaos, polegający na czytani i konsumowaniu czego popadnie, w myśl całkowicie nieznanego klucza. Pomija się w tym trzeci wymiar, bowiem przygodę z samą fantastyką zaczyna się najczęściej od dzieł popularnych, ale im dalej w głąb króliczej nory, tym cięższe dzieła można spotkać. Efektem walki z filtrowaniem, jest powierzchowne prześlizgiwanie się po powierzchni licznych tematów. Możliwe, że jest to gorsze od utknięcia w jednym czy dwóch. Stojąc przed okładkami dwóch całkowicie losowo wybranych książek, nie sposób powiedzieć która jest bardziej wartościowa. Wracając do przykładu z fantastą, ten sam czytelnik może poruszać się w kilku obszarach. Może bowiem, lubować się w naukach przyrodniczych, dokładnie ich gałęzią związaną z ruchami ciał niebieskich albo teoriami na temat obcych cywilizacji. Nie są to jednak obszary całkowicie odległe. Ażeby zaistniała postulowana przez Pariser bańka informacyjna, czytelnik musiałby dorzucić wszystko na, rzecz Google albo Facebooka, skąd czerpałby sto procent satysfakcjonujących go informacji. Wydaje się to być całkowicie niedorzecznym stanowiskiem.
Zatem, nawet gdyby celowe, makiaweliczne filtrowanie informacji przez Google czy Facebook było prawdą, to dotykałoby jedynie pewnej grupy użytkowników, która wcześniej nie korzystała z żadnych innych źródeł wiedzy. Co gorsza, osoby te musiałby wyrzec się kontaktów międzyludzkich. Wówczas prawdopodobnie byłoby to możliwe do uzyskania. Na przestrzeni lat zaobserwowano jednak, że zwłaszcza Facebook lubuje się podsuwaniu informacji sprzecznych ze światopoglądem użytkownika, celem wywołania żywszego zaangażowania. Chociażby fani samochodów spalinowych, otrzymują informacje o elektryfikacji. Co równie ciekawe, początkowy, choć chłodny, entuzjazm, w ostatnich latach zaczął zmieniać kierunek. Zatem ciężko podejrzewać, że ktokolwiek żyje w owej bańce i czerpie informacje tylko z Facebook, w dodatku o jednorodnej charakterystyce. Użytkownicy w różnym stopniu zainteresowani są poszczególnymi tematami. Nie ma możliwości, by we wszystko być na tak samo wysokim poziomie zaangażowanym. Wysokie zaangażowanie emocjonalne, nie zawsze jest zaangażowaniem intelektualnym. Istnieją osoby zaangażowane w dany temat, nie mające zielonego pojęcia o czym mówią. Postawa ta obserwowalna jest w każdym rodzaju komunikacji, tak zapośredniczonym jak i nie. Zaangażowanie emocjonalne, jest właściwie człowiekowi, bliższe dalece bardziej niż intelektualne. Człowiek w ogóle operuje emocjami niż intelektem, co zadaje kłam nazwie gatunkowej. Dziś dalece słuszniejszym byłoby nazwanie naszego gatunku „człowiekiem emocjonalnym”, niźli rozumnym. Stąd też chwytliwymi nagłówkami można manipulować emocjami panującymi w niektórych grupach, ale raz jeszcze muszą istnieć ku temu możliwości. Uczucie strachu, bezradności, frustracji narasta nie zawsze w wyniku politycznych przemów oraz informacji medialnych. Co gorsza, ludzie nie przepadają za informacjami niezgodnymi z ich dotychczasową wiedzą, bowiem wywołuje w nich ona dysonans poznawczy. Wówczas bez względu na to, co zostanie zaprezentowane użytkownikowi, ten sam wyszuka sobie to, co popiera jego przekonania. Przy czym, najczęściej działa to w sprawach bliskich, przyziemnych. na temat fizyki czarnych dziur można poglądy zmieniać dwa razy dziennie. Na temat tradycyjnych ról płciowych, zdecydowanie nie. Co nie oznacza, że zwolennicy tych nietradycyjnych nie są zacietrzewieni w swoich, często nie potrafiąc uzasadnić o co im chodzi. Działa to dokładnie tam samo. Masa użytkowników jest emocjonalnie zaangażowana w tematy, o których nie koniecznie posiada jakąś pogłębioną wiedzę, czy możliwość argumentacji. I ponownie, poziom emocjonalny, nie oznacza, że dana osoba nie ma całkowicie pojęcia o czy mówi. Emocje nie pozwalają się wyrazić dostatecznie precyzyjnie a skoro zostały poruszone, uaktywnione, oznacza to, że dany przekaz ich dotknął. nie działa once bowiem całkowicie w oderwaniu o owej rozumności. Najzwyczajniej, gdy rozumność nie do końca sobie racji, emocje biorą górę. Co samo w sobie nie zawsze jest złe. Możliwe, że czasem lepiej się rozpłakać, niż szukać logicznego wyjścia z sytuacji. Logicznym zachowaniem po śmierci psa, jest kupić albo przygarnąć kolejnego. Nie zagłuszy to jednak straty po pupilu, z którym związek budowany był na przykład przez piętnaście lat.
Sam fakt korzystania z mediów społecznościowych podyktowany jest różnorakimi potrzebami. One naprawdę są społecznościowe nie tylko z nazwy. Nie można stwierdzić, że wszyscy pragną tego samego, interesują się tym samym i chcą rozwijać w tym samym kierunku. Czy też nie chcą rozwijać, co również trzeba brać pod uwagę. Potrzeba utrzymania grupowego komfortu, jest bardzo silną motywacją do konsumowania identycznych co grupa treści, by czuć się częścią jakiejś większej całości. Nie oznacza to, że poza sferą grupową, poszczególne osoby nie należą do innych grup, w których realizują inne potrzeby. Trzeba też brać pod uwagę, że czas na poszczególne aktywności jest ograniczony, trzeba wybrać co obejrzeć, przeczytać, innymi słowy skonsumować. Pariser dokonuje więc oceny na podstawie swoich własnych przekonań, co jest jednym z najpowszechniejszych błędów poznawczych. Większość piszących o bańkach to robi, mimowolnie argumentując, że skoro ktoś nie interesuje się tym co Ja, to znaczy, że jest głupi albo utknął w bańce, co właściwie oznacza dokładnie to samo. Jako publicysta związany z fotografią, chciałbym by wszyscy interesowali się fotografią i to dokładnie taką samą. Czułbym się wówczas lepiej.
Kolejna sprawa, to zrzucanie odpowiedzialności na Google czy Facebooka. Dlaczego platformy tego typu mają dbać o rozwój użytkowników nie jest do końca jasnym. Począwszy od faktu, że stworzenie algorytmu, który potrafiłby dokonać merytorycznej oceny wyników wyszukiwania celem zaprezentowania najlepszego będzie niemal niewykonalne, tak wyszukiwarka ta oferuje różne wyniki. Pytania z zakresu polityki generują odpowiedzi tak z BBC, CNN, Al Jazeera a nawet Fox News, co daje sporą różnorodność. Nie oznacza to, że dużym podmiotom nie należy nieustannie patrzeć na ręce, ale związane z ich działaniami rzekome zjawiska mogą najzwyczajniej nie istnieć, albo nie istnieć w takiej postaci, w jakiej zostały zaproponowane. Ciągłe budowanie poczucia zagrożenia, związane z jest z budowaniem kultury i społeczeństwa zagrożeń.
Najczęściej, gdy mowa o niechęci do promowania owych dobrych, rzetelnych treści, chodzi o te publikowane przez osobę piszącą o bańkach. Niestety, wiele pozycji wymaga jakiejś wiedzy. Blog z zakresu kultury wizualnej najprawdopodobniej nie wzbudzi w całkowitym laiku większego entuzjazmu. Wiele pojęć, odniesień z krótkiego nawet artykułu, będzie całkowicie niezrozumiałych, przez co będzie on nieprzystępny. Bardzo podobnie będzie z tym tekstem. Ktoś całkowicie niezainteresowany psychologią, będzie miał mały problem ze zrozumieniem całości, bowiem nie wszystkie błędy poznawcze zostały dokładnie omówione. Gorzej, kwestia ta może dla odbiorcy być całkowicie nieinteresująca z dowolnych dlań przyczyn. Ponownie, jest to efekt ponadprzeciętności połączony z błędem poznawczym, polegającym na ocenianiu cudzych zainteresowań przez pryzmat własnych. Ten pierwszy sprawia, że każdy piszący przekonany jest o wysokiej jakości swych treści, które nie koniecznie takimi są. Jeśli już, często na piszących ciąży przekleństwo wiedzy, bowiem są oni w stanie zrozumieć wyrwany z kontekstu artykuł, gdyż posiadają kompetencje potrzebne do jego zrozumienia. Trzeba też brać pod uwagę sytuację przeciwną, gdy polecona treść jest nieakceptowalna przez odbiorcę. Wielu publicystów pisze pod tezę i wprawne oko wyłapie manipulacje, uprzedzenia, niską jakość materiału. Wówczas zasięgi takiego delikwenta spadają a on zaczyna krzyczeć o bańkach. Każdy uważa, że jest nieomylny, wyjątkowy, najważniejszy i to co go interesuje, winno interesować każdego Internautę.
Są sytuacje, gdy można winę zrzucić na korporacje, są takie gdy nie jest to dobry argument. Przykładem odpowiedzialności dużych podmiotów, jest nadprodukcja lukratywnych w utylizacji śmieci. Użytkownicy powinni dbać o środowisko rezygnując z plastiku ale ten jest wszechobecny. W ten sposób firmy dowodzą, że tego konsument chce i trzeba mu to zaoferować, na przykład brzoskwinie w plastikowych koszykach, obleczonych w siateczkę. Wina spada na konsumenta, który jest nieświadomy swojego wpływu na planetę. I tu okazuje się, że jest świadomy, ale jego głos jest niedostatecznie doniosły. Konsumenci widzą też powszechną hipokryzję producentów, chwalących się ekologią w nylonowej siatce. Po pierwszej fali zachwytu słomkami z makaronu czy samochodami elektrycznymi, poziom entuzjazmu znacznie spadł, bowiem sklepy oferują coraz więcej plastiku a i świadomość problemów związanych z wydobyciem części do baterii wzrosła. Jakoś do użytkowników dociera, jak wydobywany jest kobalt, że samochody te są toksyczne, nietrwałe, astronomicznie drogie w naprawie, eksplantacji i z tego powodu praktycznie jednorazowe. Poziom reakcji na te informacje, będzie jednak różny w zależności od poziomu użytkownika. Wracając do przerwanego wątku, ciężko oczekiwać, że Facebook czy Netflix będą podsuwać użytkownikowi pod nos gotowe rozwiązania. Dlaczego użytkownik ma dokonać wyboru owej „Listy Schindlera”, skoro jest w stanie dokonać innego wyboru, adekwatnego do chwili, chociażby pozycji rozrywkowej albo rewelacyjnego anime. Ergo, wszyscy chcą dokonywać filtrowania treści konsumowanych przez użytkownika.
Prasa
Media społecznościowe obwinia się czasem o spadek jakości dziennikarstwa czy publicystyki w ogóle. Przyjrzawszy się historii prasy, mediów, sprzed powstania Internetu dostrzec można, że często, zwłaszcza w kwestiach politycznych, redakcje obierały pewne linie programowe. Niekiedy była to rola krytyczna, wobec każdego znajdującego się u władzy albo pretendującego do jej objęcia. Dużo częściej jednak, redakcje zajmowały się agitacją na rzecz danego światopoglądu i negowaniem posunięć przeciwników. Takim przykładem będą czasopisma antykapitalistyczne, lewicowe, prorobotnicze. Zorientowane bardziej socjalistycznie, nie były skłonne dowodzić, że mechanizmy wolnorynkowe czy kapitalistyczne są dla kogokolwiek a zwłaszcza dla czytelników czyli robotników korzystne. Co więcej, zrodziły się one na fali rosnącego niezadowolenia klasy robotniczej. Zgodnie z koncepcją medialnych baniek informacyjnych, robotnicy nie dostrzegali swojego położenia, dopóki do gry nie włączyły się niegodziwe media. Pytanie, czy prasa socjalistyczna, miała jednoznacznie negatywny wpływ na świat, przy całkowitym negowaniu dziewiętnastowiecznego kapitalizmu? Reprezentowały interes pewnej grupy, który był sprzeczny z interesem innych grup. Robotnicy żyjący i pracujący w nieludzkich warunkach, nie mają wspólnych interesów z ludźmi, którzy opływają w dostatki. Można zatem bezpiecznie założyć, że była to bańka informacyjna polaryzująca społeczeństwo. Tyle tylko, że społeczeństwo już było spolaryzowane i to znacznie bardziej niż obecnie. Skutkiem, bywały nierzadko brutalnie tłumione strajki robotnicze, których członkowie chcieli wywalczyć lepsze jutro.
Rozwój prasy zaczyna się już w XVII wieku, jednak prawdziwa masowość przypada na wiek XIX. Media, masowość, powszechność, zaczynają się rozwijać właśnie w tym stuleciu. Początkowo prasa zwana dziś brukową, służyła reprezentowaniu interesów robotników. Pierwszym, który sięgnął po krzykliwe, sensacyjne nagłówki był Benjamin Day, wydawca nowojorskiego „the Sun”, ukazującego się od 1833 roku. Z tym że jego działanie było dobrze uzasadnione. Działał w interesie klasy robotniczej, dostarczając informacji w formie łatwej do przełknięcia, osobie pracującej dwanaście godzin na dobę, bez sensownego wykształcenia. Najczęściej wiadomości związane były z codziennym życiem robotnika oraz ewentualnymi działaniami mającymi jeszcze je pogorszyć. Po cóż publikować publikować pogłębione analizy ciężkiego życia fabrykanta, który nie wie co z pieniędzmi zrobić, wysyła dzieci na Stanford czy Harvard, podczas gdy robotnik wysyła dzieci do pracy w kopalni, gdzie być może zemrą na pylicę? Robotnicy doskonale znali jednak poglądy właścicieli fabryk, nie byli od nich odcięci w wyniku działania bańki informacyjnej. Fakt, że wiadomości te były bardzo krzykliwe, zdawkowe, nie oznacza że były nieprawdziwe. Dostosowane były do poziomu odbiorcy. Równocześnie, rozbieżności zarówno interesów obu grup jak i ich sytuacja społecznoekonomiczna, były zbyt duże by robotnik żywo interesował „prasą burżuazyjną”. W uproszczeniu, dowiadywał się z prasy, że klasa posiadaczy walczy o to, by nie zniesiono prawa do niewolniczej pracy dzieci, co było faktem. Klasa ta, upatrywała wielkich strat w perspektywie zakazu wykorzystywania dzieci jako taniej, łatwo odnawialnej siły roboczej.
Zatem to, co brane jest za bańki informacyjne, bywa skutkiem sytuacji społecznoekonomicznej. Oznacza to, że polaryzacja społeczna nastąpiła, ale z innych przyczyn niż mechanizmy medialne. Decyzje polityczne również mogą prowadzić do podziałów, bowiem bardzo podobna sytuacja nastąpiła za rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Historia zna pogromy, rzezie i ludobójstwa, które miały miejsce wiele lat przed wydaniem pierwszej gazety. Nie można jednak powiedzieć, że wrogość jest pierwotna, bowiem najwcześniejsze ludzkie społeczności, nie mogły sobie pozwolić na masowe, ludobójcze konflikty. Byłby by one zbyt kosztowne pod każdym względem. Systemowa wrogość rodzi się wraz z samym rozwojem systemów i struktur społecznych. Nie ma odpowiedzi, dlaczego ludzie zaczęli dzielić się na Swoich, Innych oraz Obcych. Dostrzec można jednak, że zjawiska obserwowalne w mediach są wtórne, nie zaś pierwotne. Zgodnie z tezą o bańkach informacyjnych, robotnicy powinni zastanowić się, czy w umieraniu ich synów na raka moszny w wieku piętnastu lat, nie ma by czegoś korzystnego dla społeczeństwa.
Współczesne newsy, czyli krótkie wiadomości bez pogłębionej analizy mają swoje korzenie właśnie w gazetach określanych mianem jednocentówek. Czynnikiem który to umożliwił, były chociażby reklamy, dzięki czemu cena egzemplarza mogła spaść z pięciu do jednego centa. Istniały wcześniej rubryki towarzyskie, plotkarskie ale „the Sun” bez złych intencji, zapoczątkował nową erę. Pod identycznym tytułem zaczął się w 1969 roku, na terenie Wielkiej Brytanii ukazywać tabloid, który otwarcie promował plotki, czasem kłamstwa i korzystał przy tym z krzykliwych i chwytliwych nagłówków. Nie jest jednak winą odbiorcy, że sięgał po tego typu tytuły. W potocznym i błędnym wyobrażeniu, ludzie byli kiedyś inteligentniejsi, przez co sięgali tylko po najwyższych lotów publikacje, omijając wszelkiej maści gazety brukowe. Nie wiadomo jak się utrzymywały, ale tego typu braki logiczne są częste tam, gdzie w grę wchodzą silne emocje. Tak dziś jak wówczas, gros odbiorców nie odróżniało informacji wartościowej od bezwartościowej ani prawdziwej od nieprawdziwej. Tak chociażby w ujęciu Daniela Boorstina narodzili się celebryci znani z tego, że są znani. Co więcej, prasa, słowo drukowane cieszyło się wielkim autorytetem i skoro ktoś, o czymś pisał, to musiało być ważne. Co gorsza, klasa robotnicza nie miała wielu rozrywek. Picie, przesiadywanie w pubach czy barach albo rzadkie spotkania z kompanami z pracy, również zakrapiane alkoholem, to raczej ograniczona pula, w dodatku mało stymulująca. Stąd też jednoznacznie odróżnienie prawdy o fikcji, bywało i po dziś dzień bywa trudne. Możliwe, że interesującym faktem, będzie iż tytułem, który lubił żerować na skandalu, seksie, był „New York World”, wydawany przez człowieka, który pośmiertnie ufundował nagrodę za wybitne osiągnięcia dziennikarskie, Josepha Pulitzera. Ciekawostką jest, że prasowa wojenka z Williamem Hearstem i jego „New York Journal”, stworzyła termin yellow press, będący amerykańskim odpowiednikiem prasy brukowej albo brytyjskich tabloidów.
Sytuacja medialna, często stanowi odzwierciedlenie sytuacji społecznoekonomicznej. Claude Lévi-Strauss napisał kiedyś, że powszechna nauka czytania to kolejne narzędzi do manipulowania społeczeństwem, sprawowani nad nim kontroli. Można się z takim tokiem myślenia zgodzić, na co zresztą wskazuje przykład Parisera, który manipuluje ludźmi poprzez swoje książki, wmawiając im, że istnieją bańki informacyjne. Każdy kto potrafi czytać, ma dostęp do informacji. Informację tworzy jednak ten, kto ma jakąś władzę, możliwości techniczne. Dziś niemal każdy może tworzyć, pytanie czy ma ku temu predyspozycje. Jako, że prawda przestaje mieć znaczenie a liczy się racja, dopuszczamy się każdego szwindlu byle osiągnąć zamierzone cele. Ci, którzy myślą, że władza nie manipulowała prasą przed wynalezieniem mediów społecznościowych, niech pomyślą jeszcze raz.
Manipulacje owe, doprowadziły do sytuacji, gdy zbyt często przyłapywano kogoś na kłamstwie. Efektem jest notoryczna próba dostrzeżenia drugiego dna. Chyba William Davies, publicysta the Guardian, zauważa, że czytelnik odbiorca, domaga się obiektywizmu na poziomie przekraczającym czyjekolwiek możliwości. Tym bardziej, że odbiorca potrafi w całkowicie niezrozumiały sposób, łączyć ze sobą fakty i wydarzenia nie mające ze sobą żadnego związku. Nie ma też takiej możliwości, by jeden tekst zawierał wszystkie punkty widzenia. Nie ma możliwości by nawet najambitniejszy portal internetowy przedstawił wszystkie wiadomości ze świata. Nie ma możliwości by je przeczytać i przeanalizować. Im bardziej zaś, najrzetelniejsze nawet badania będą odbiegać od poglądów czytelnika, tym bardziej będzie zarzucał brak obiektywizmu. Nie ma ani jednego badania, które wykazywałoby na istnienie baniek informacyjnych. Mimo to zwolennicy tego wytłumaczenia, będą uważali, że publikacja jest nieobiektywna. Do prezentowania suchych danych służy statystyka, cała reszta to kwestia interpretacji. Bańki informacyjne to bardzo eleganckie wytłumaczenie, bowiem nie wymagające wielkie wysiłku.
W sposób niezwykle wyraźny przybrało na sile zjawisko taniej prześmiewczości. Co wielce interesujące, osoby, które żywo deklarują iż posiadły wiedzę i intelekt, na poziomie pozwalającym im wyrwać się z hipotetycznych baniek informacyjnych, karmią się najczęściej dość mierną publicystyką. Przeważnie, polega ona na wyśmiewaniu poszczególnych grup, żerując na prymitywnych potrzebach odbiorców. Niezwykle interesującym jest tutaj fakt, że im więcej ktoś mówi o problemie owych baniek filtrujących, tym chętniej stosuje sztuczki, mające zaangażować odbiorców w jałowe komentarze. Dużo rozprawiają na temat szkodliwych skutków przesiadywania na portalach społecznościowych, ale jako, że są one ich głównym sposobem komunikacji z odbiorcami, nie mogą dopuścić by ci zajęli uwagę czymś innym. Ich celem jest raczej wykazanie głupoty przeciwnika, co stanowi miłe połechtanie ego odbiorców naszego komedianta. Niestety, wszyscy lubimy mieć wroga, kogoś głupszego, gorszego od siebie.
Bańki mydlane
Bańki informacyjne, bańki filtrujące stanowią łatwe, przyjemne, nie wymagające wytłumaczenie złożonych zjawisk społecznych. Koncepcja zrodziła się w 2010 roku i zyskała sobie wielką popularność w mediach. Rozwodzenie się nad szkodliwością owych baniek informacyjnych jest bardzo łatwe, nie wymaga bowiem żadnej pogłębionej refleksji. Zapytawszy jak działają owe bańki, w najlepszym przypadku można dowiedzieć, że jest to makiaweliczna manipulacja ze strony Facebooka czy Google. Zapytawszy, czy jaki procent użytkowników czerpie informacje tylko i wyłącznie z Facebooka, najczęściej nie sposób doczekać się odpowiedzi. Nie oznacza to, że ludzie nie dążą do komfortu informacyjnego. Wszyscy mamy takie tendencje, jednakże relacje na linii użytkownik – media, są złożone. Jako istoty żyjące w grupach, wykształciliśmy specyficzny sposób myślenia, który pozwala łatwiej wyszukiwać dziury w myśleniu przeciwnika niż własnym. Mechanizm ten ma na celu podtrzymanie spójności grupy na poziomie ideologicznym, co dla gatunku rozumnego jest nie bagatelną sprawą. Nie wiemy dlaczego zaczęliśmy wykształcać potrzebę podziału na My i Oni. Mamy też poważny problem z dużymi grupami i dużo łatwiej operujemy w małych, które w razie potrzeby mogą współpracować. Nie wiemy dlaczego jedni wolą leżeć na kanapie a drudzy w pocie czoła podnoszą ciężary. Z tej samej przyczyny niektórzy będą mozolić się nad matematyką czy filozofią współczesną a drudzy zadowolą się prostą fantastyką. Ma to prawdopodobnie związek z ciekawością albo dążeniem do przyjemności. Przyjemność, radość, satysfakcja, mogą płynąc z rozwiązywania skomplikowanych łamigłówek, własnego wyglądu, osiągnieć fizycznych czy intelektualnych.
Do tego dochodzi stopień zainteresowania poszczególnymi zagadnieniami. Osoba żywo zainteresowana polityką, będzie zainteresowana czytaniem jak największej ilości źródeł. Jeśli dwie trzecie Polaków, nie interesuje się polityką, to jak dowodzą badania chociażby na reklamą, przekaz medialny w tym zakresie będzie miał dla nich znaczenie o niewielkim stopniu intensywności. Trochę jak z płynem do naczyń. Nie jest to sprawa życia i śmierci, może być ten z reklamy. Jednakże, zapalony rowerzysta nie wybierze przerzutek na podstawie przypadkowej treści reklamowej. Będzie drążył, analizował, szukał pytał. Dokonawszy wyboru zacznie się awanturować na forach. Jednakże, sprawa ta jest dla niego ważna, stanowi ważny element tożsamości. Wyboru zaś trzeba bronić do ostatniej kropli krwi.
Należy też odróżnić zaangażowanie polityczne od ideologicznego, w którym jednostka będzie skupiona na zwalczaniu przeciwnika. Wszystko zależy od stopnia zaangażowania, tak intelektualnego jak emocjonalnego. Wysokie zaangażowanie emocjonalne może prowadzić do skrajnych reakcji, takich jak nienawiść, przemoc, agresja, ale bardzo często negatywne emocje już w ludziach drzemią. Populiści, potrafią jedynie je zaangażować albo ukierunkować. Głębokie poczucie krzywdy, zagrożenia, może być potęgowane przekazem medialnym, ale też nie da się zwalczyć strachu racjonalną argumentacją. Nikt jeszcze się nie uspokoił po tym, jak powiedziano mu, żeby się uspokoił, bo nie ma podstaw do niepokoju. Zadaniem socjologii czy psychologii, zwłaszcza społecznej, jest diagnozowanie powodów niepokoju oraz stopnia ich racjonalności.
Upierając się przy tej koncepcji, bańka filtrująca może okazać się dalej bardziej zjawiskiem psychologicznym, niż zamachem ze strony wielkich korporacji. Dużo ciężej sprzedaje się jednak tezę, iż konsument nie do końca jest świadom swoich działań. Dalece prościej jest wskazać paluchem wroga i zacząć z nim jałową batalię. Zgodnie bowiem z tezą Pariser, cała ta pisanina zostanie wykorzystana przeciwko użytkownikom. W przypadku zaobserwowania realnego zjawiska, należałoby pokusić się o aktywność polityczną, mającą doprowadzi do regulacji w zakresie profilowania użytkowników przez Google czy Facebooka. Nie oznacza to, że wymienione podmioty, nie starają się zagospodarować owych zjawisk psychologicznych na rzecz zwiększenia swoich dochodów. Ciężko będzie znaleźć jakąkolwiek korporację, która stawia użytkownika, konsumenta poda zysk.
Oczekiwanie, że podmioty rynkowe będą z troską odpowiadały za wychowanie i edukację w ramach społeczeństwa obywatelskiego, jest nie tyle naiwne co idiotyczne. Cała idea baniek informacyjnych, za które odpowiadają algorytmy wyszukiwarek czy portali społecznościowych, stanowi tanią wymówkę. Nie docierają do was wysokiej jakości treści bo Google nie chce byście o nich wiedzieli. Pytanie, które treści ukrywa, co was interesuje i czy wy sami chcecie o nich wiedzieć, czy użalać się nad sobą.
Patronite Herbata i Obiektyw
Słuchajcie założyłem sobie konto na Patronite, żeby trochę usprawnić prace nad treściami na blogu. Odrobina czasu i nowych, często rzadkich książek zawsze się przyda. Mój profil znajdziecie pod linkiem Patronite Herbata i Obiektyw