Neoeugenika

Neoeugenika społeczna

Eugenika to ruch myślowy, w który zaangażowani byli niemal wszyscy. Swe największe tryumfy święciła wśród biologów, którzy rozprzestrzenili swoje poglądy od rządów po filozofów. Teoretycznie upadła w 1945, ale tylko teoretycznie. Zakochani w postulatach tego ruchu naukowcy podtrzymywali je przy życiu do lat 80 XX wieku. Dziś eugenika jest nadal żywa tyle, że zmieniła nazwę.

Eugenika

Eugenika nie była i nie jest jednorodnym ruchem myślowym. Posiadała liczne odłamy, które rywalizowały o pierwszeństwo w realizacji swoich pomysłów. Oprócz postulatów biologicznych, eugenicy mieli masę koncepcji na reorganizację społeczeństwa, wywodzących się z czegoś co, określono ślicznym mianem darwinizmu społecznego. W dosłownym tłumaczeniu była to filozofia społeczna, choć nie wszyscy eugenicy zaakceptowali definicję i postulaty. Jedną z podstawowych wad eugeniki, było totalnie niezrozumienie procesów rządzących tak dziedziczeniem jak społeczeństwem, ale nikogo to do końca nie obchodziło. Struktura klasowa społeczeństwa była istotnym elementem, który należało podtrzymać. Elita jest elitarna tylko gdy jest jej mało i posiada pewne cechy, niedostępne pozostałym. Ograniczenie mobilności klasowej było jednym z ważniejszych postulatów ruchu eugenicznego. Wszystko sprowadza się do rozmnażania najbardziej wartościowych jednostek ze względu na pewne istotne z punktu widzenia społeczeństwa cechy.

Some people say a man is made outta mud
A poor man’s made outta muscle and blood
Muscle and blood and skin and bones
A mind that’s a-weak and a back that’s strong

I tak robotnik ma byś silny, odporny, ale nie koniecznie zbyt bystry. Osiągnąć chciano to na różne sposoby. Jedni eugenicy postulowali, by sprawę rozwiązać humanitarnie. Edukacją seksualną, edukacją formalną, oczywiście na odpowiednim poziomie. Chciano też zapewnić przyzwoite warunki socjalne. Wszystko jednak rozplanowane tak, by robotnik portowy nie wyskoczył ponad swoją klasę, poziom inteligencji. Chciano zatem zachęcać mniej wartościowe jednostki do powstrzymania się od prokreacji na drodze pewnej, mało inwazyjnej manipulacji. Zdawali sobie jednak bardziej pragmatyczni eugenicy, że zachęcać i edukować ludzi można tylko w pewnym stopniu i zakresie. Ludzi trzeba zmuszać. Zatem ich metoda była bardziej radykalna. Przede wszystkim naturalizm. Dobór naturalny. Wszak nie kto inny jak Charles Darwin był również duchowym ojcem eugeniki, od której nigdy się jednoznacznie nie zdystansował. Faktycznie za twórcę eugeniki uchodzi spokrewniony z Darwinem, Francis Galton. Cieniem zaś na historii socjologii kładzie się fakt, że twórcą darwinizmu społecznego był Herbert Spencer. Pomysły tego ostatniego były podstawą myśli leseferystycznej oraz neoliberalnej.

Ogólnikowo ujmując założenia popaprańców, przeżyć i spłodzić dzieci mają najsilniejsi a zrobić to mogą tylko w warunkach naturalnych, to jest bez pomocy społecznej i lekarskiej. Chorym należało ograniczyć pomoc medyczną od minimum. Złamana ręka tak, gruźlica nie. Zatem słabi mieli umierać a silni przeżyć i rozmnażać się. Niepożądani powinni być sterylizowani, choć tak naprawdę niepożądane. Postulowano sterylizację dziewczynek, gdyż nie znano metody sterylizacji mężczyzn innej niż kastracja a ta wiązała się utratą pewnych pożądanych cech. Wazektomia to początek XX wieku, natomiast od tego momentu minie jeszcze kilka lat, nim będzie stosowana na szeroką skalę. Zupełnie inne kryteria stworzono dla elity, dla inteligencji. Ta ostatnia była cechą kluczową, więc można pogodzić się z pewnymi niedostatkami fizycznymi. Nie znaczy to, że nie było sprzeciwu, przeciwnie, był. Wszak elita społeczna powinna być zdrowa, silna, inteligentna. Dziś, gdy trochę lepiej rozumiemy dziedziczenie eugenika w swej minionej formie nie ma racji bytu. Przynajmniej nie oficjalnie. Obecnie eugenicy zwracają się w stronę inżynierii genetycznej. Cele jest naturalnie szczytny, ulepszenie gatunku ludzkiego, choć na tym przeważnie się kończy, gdyż niewiele mówi się o edukacji czy rozwoju wewnętrznym. Przeciwnie. Nawołuje się wręcz do zarzucenia edukacji, chęci samorozwoju jako jednostek ludzkich, oddania się jedynie rodzicielstwu, celem płodzenia przedstawicieli określonych klas. Słusznie wiec krytycy upatrują w tym furtek do licznych nadużyć takich jak tworzenie ludzi o określonych cechach psychofizycznych czy doskonałych konsumentów, zaprogramowanych do konsumpcji określonych dóbr, czyli mniej więcej to o czym pisał Huxley w Nowym Wspaniały Świecie.

Neoeugenika społeczna

Póki co, jest to równie odległa perspektywa jak pełnowartościowa sztuczna inteligencja. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ktoś musi wyrzucać śmieci, prowadzić ciężarówkę, czyścić szambo czy doręczać paczki. Przynajmniej dopóki drony wszelkiej maści nie przejmą mozołu tych czynności. Póki to nie nastąpi musimy rozmnażać niższe klasy społeczne, utrzymywać ich populację na niezbędnym poziomie. Gdy zacznie brakować nam pracowników superkmarketów przed powszechną automatyzacją będziemy mieli puste półki. Właściwie stworzenie w pełni automatycznego supermarketu jest dziś całkowicie możliwe, tyle tylko ze inwestycja nie zwróci się szybko, więc nadal opłacalni są kasjerzy. Według raportów chociażby OECD Polska czy USA mają jedne z najniższych wskaźników mobilności klasowej na świecie. Oznacza to, że urodziwszy się jako osoba uboga, raczej nie zwiększysz znacząco swojego statusu społecznoekonomicznego w przyszłości. Powód jest prosty. Brakuje ci kapitału ekonomicznego, kulturowego i społecznego aby to osiągnąć. Pojedyncze przypadki nie stanowią sensownej argumentacji przeciw temu faktowi.

Jakie są współczesne postulaty społeczne neoeugeników? Nim je wymienię, musze poczynić pewną uwagę. Ruch ten ponownie nie jest jednorodny. I tak część zorientowana jest neoliberalnie i patrzy na społeczeństwo z perspektywy czysto rynkowej. Kolejne grupy, choć dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych podają dłoń neoliberałom, w swoim przekazie atakują kapitalim i wolny rynek, który w ich narracji dąży stworzenia nowych gałęzi przemysłu takich jak surogacja i handel dziećmi. Rodzina stanowi tam ostatni bastion obrony przed konsumpcjonizmem i indywidualizmem. Wydawać by się mogło, że to zupełnie różne obozy o skrajnie róznych celach. Gdyby nie pewne elementy wspólne, dopasowywane prawdopodobnie do aktualnych potrzeb i nastrojów. Przede wszystkim powrót do tak zwanych tradycyjnych ról płciowych, co jest eufemistycznym określeniem kobiety  inkubatora, bez prawa do samorozwoju. Grupa ta silnie zwalcza wydumaną „ideologię gender”, czyli poczynione na przestrzeni ponad stu lat obserwacje socjologów i antropologów, co do typowych ról płciowych pełnionych przez mężczyzn i kobiety w róznych społecznościach. Podważają również wycofanie się biologii i psychologii z dawnych postulatów o intelektualnej niezdolności kobiet do edukacji i wykonywania wielu zawodów. Dopatrują się tam „genderowego lobby”, które podważa prawdziwą naukę, tak jak „homolobby” miało zrobić to z homoseksualizmem, wykreślając go z listy chorób psychicznych.

Potrzebujemy wielu dzieci do zapełnienia pewnej dziury pokoleniowej, przynajmniej w teoriach klasycznych o zastępowalności pokoleń. Istota ludzka w XXI wieku jest bardzo kosztowna. Edukacja i wychowanie jednej osoby, zajmuje masę czasu i pochłania masę środków. Współcześnie nastolatek nie nadaje się do jakiejkolwiek pracy, co nie wynika z jego lenistwa tylko stopnia rozwoju świata. Po co inwestować pieniądze publiczne, które można przeznaczyć na coś lepszego, skoro można zamknąć kobiety w domach ograniczając tym samym ich możliwości. Zwłaszcza kobiety są atakowane za rosnące kwalifikacje i oczekiwania. Głównymi krytykami są mężczyźni na stanowiskach, robiący karierę, samodoskonalący się. Z tym ostatnim przyznaję, poleciałem, bo nieliczni w ogóle się starają. Natomiast dbanie o status finansowy, jest bardzo powszechne. Mamy zatem pierwszy postulat. Sprowadzenie kobiety do roli rodzącego automatu, pozbawionego prawa do edukacji, kariery i samodzielnego życia. Nie oznacza to niestety, że kobiet nie infekuje ta sekciarska ideologia. Infekuje, choć chyba nie zdają sobie sprawy, że jeśli ich sprawa wygra stracą prawo głosu. Mężczyźni również nie powinni temu przyklaskiwać, bowiem godzi to w ich wolność osobistą. Początkowo zostaną przywitani z otwartymi rękoma, jako orędownicy tej chorej sprawy. Następnie wskazane im zostanie miejsce w szeregu. Koniec końców nie ma znaczenia, za którą opcją opowiadają się neougenicy. Czy są propagatorami neoliberalizmu, orędownikami kapitalizmu czy też przeciwnikami. Różnicą jak już wspomniałem, są chociażby ataki na kwestie braku opiekuńczości państwa, ale tylko w stosunku do rodziny. Na świecie sprawa ma się różnie, w Polsce żonglują tym w zależności od nastrojów społecznych. Koniec końców, chodzi tylko o władzę. Ostatecznie dążą raczej do stworzenia nowego systemu feudalnego. Każdy ma siedzieć tam, gdzie się urodził. Status społeczny nadawany jest przez urodzenie i nie myśl chamie, że się gdzieś wybierzesz. Neoliberalizm może brzmi inaczej, ale przy założeniu, że elita jest elitą gdy jest jej mało a kasa idzie tylko w górę, efekt jest ten sam. Zatem panowie, przemyślcie jeszcze raz popieranie takich postulatów.

Zważywszy, że w tym modelu to kobiety spędzają więcej czasu z dziećmi, to one powinny być najlepiej wykształcone. Nic bardziej mylnego. Wykształcona kobieta mogłaby przekazać dziecku jakieś lewackie, feministyczne, równościowe brednie. Potrzebne są mało rozgarnięte matki do wychowywania mało rozgarniętych dzieci. Dopiero gdy będą gotowe, rolę indoktrynacyjną przejmą instytucje publiczne. Na szczęście póki co poziom wykształcenia kobiet systematycznie rośnie i nie zanosi się by miało dojść do jakiejś zmiany, ale narracja antyuczelniana jest żywa. Panowie niestety coraz częściej cierpią z powodu syndromu przeciwnego czyli nieuctwa. Powoduje to drastyczne obniżenie szans na zlezienie partnerki. Zamiast zatem zachęcać do rozwoju, optuje się za społecznym obniżeniem lotów. Sytuacja nie zmieniła się jakoś bardzo od XIX wieku. Osoby wystarczająco majętne wysyłały dzieci do innych szkół niż biedota, zatrudniały prywatnych nauczycieli i korepetytorów. Ubożsi mieli w miarę sprawnie czytać, rachować do dziesięciu i nie poobcinać sobie palców przy maszynie. Obecnie wygląda to bardzo podobnie. Szanse dzieci z bogatych rodzina są automatycznie wyższe niż dzieci z rodzin ubogich. Nawet rządowa instytucja jaką jest GUS donosi, że rośnie poziom skrajnego ubóstwa, czyli taki gdzie dochód wystarcza na wegetację. EAPN Polska również potwierdza te obserwacje w swoim raporcie Poverty Watch. Ciekawe kim mogą być dzieci osób z rodzin dotkniętych skrajnym ubóstwem? Może na wszelki wypadek wysterylizujmy kobiety i mężczyzn nim dotkniętych jak jeszcze w latach 80 w USA? Przecież są kosztem dla systemu.

Kolejną kwestią jest przymuszanie do prokreacji. Zaczyna się przeważnie od zakazu aborcji by następnie przejść do systemowych form zachęcania do posiadania dzieci. W naszym odwrotnym systemie podatkowym, w którym im więcej masz tym łatwiej dokonać optymalizacji, podatek bykowy nie będzie większym problemem dla najbogatszych. Zatem nie przymusi on osób o zasobnych portfelach do posiadania dzieci jeśli nie będą oni odczuwać faktycznej potrzeby wychowania potomstwa. Co innego z niższymi warstwami, klasami społecznymi. Ci poddani presji mogą zacząć podejmować nietrafione decyzje a nie ma chyba nic gorszego niż zdecydować się na dziecko w wyniku przymusu. Już mamy dość historii o kobietach, które zostały matkami w wyniku presji i teraz tego żałują. Komu zaś te dzieci są potrzebne? Mechanikom zepsutego systemu.

You load 16 tons, what do you get?
Another day older and deeper in debt
St. Peter, don’t you call me ’cause I can’t go
I owe my soul to the company store

Olbrzymią rolę odgrywa tutaj  fałszywa narracja o rezygnacji z indywidualizmu i konsumpcjonizmu. O ile ten drugi sam w sobie nie jest najlepszym stylem życia, tak dziecko ma wymusić na i tak już niezamożnym rodzicu poświęcenie czyli rezygnację z rozkoszy życia na rzecz wychowania dziecka. Dziecku przekaże takie właśnie wartości, bo mało który rodzić powie potomkowi, że szczerze go nienawidzi i spłodził go tylko dlatego, że inaczej zżarłby go podatki. Całość można sprowadzić do „siedź na dupie i się nie ruszaj”, tak metaforycznie jak i dosłownie. Bez pieniędzy na podróże świat w zasięgu słabych połączeń komunikacyjnych, albo ten za oknem staje się całym światem, schabowy kuchnią świata, praca na kasie w markecie jedyną opcją.

Ważnym jest też by zadbać o zdrowie społeczeństwa. Nie zależy nam na edukacji, bo mądrale mają tendencję do myślenia, zatem prościej ograniczyć systemowo dostęp do niektórych pokarmów, zwłaszcza dla uboższych warstw społeczeństwa. Łatwiejsze i prostsze rozwiązanie, niż reforma systemu ochrony zdrowia i co ważniejsze, przemyślany, efektywny system edukacji i promocji chociażby właściwych nawyków żywieniowych. Tutaj chodzi o ograniczanie kosztów i utrzymywanie robili w zakresie poprawnego funkcjonowania. Otyły kurier to wolny kurier. Gdyby jeszcze połączyć to z inżynierią genetyczną, celem tworzenia kurierów doskonałych…mokry sen biologa.

Perspektywy to olbrzymia siła napędowa ludzkiego działania. Gdy mam perspektywę zarobku, rozwoju, awansu intensyfikuję swoje działania. Dla niektórych lepsza pozycja społeczna dziecka może być taką motywacją. Gdy zaś w kulcie zapierdolu, pracownik fabryki myśli, że jego dziecko ma pracować w takich samych warunkach, egzystować w oparciu o kredyty, notoryczne wiązanie końca z końcem, nie odczuwa potrzeby prokreacji, choć pula strachów jest znacznie większa. Nie tylko zaglądanie do własnego portfela przez młodych ludzi, których często nie stać na butelkę wina i wyjście do knajpy jest deprymujące. Perspektywa, że dzieci będą się zabijać o wodę również nie działa zachęcająco. Natomiast ich szefowie jak najbardziej o prokreacji myślą. Nie, sami nie chcą. Szefowie marzą o kolejnych robotnikach, którzy nigdzie nie uciekną. Zaczyna brakować rąk do pracy. Sprowadza się zatem pracowników z krajów o niższym stopniu rozwoju ale to tylko półśrodek, tymczasowe rozwiązanie. Potrzebni są pracownicy, którzy nie mają realnych perspektyw. Dziwne, że zwolennicy masowego rozrodu nie zwalczają każdego, kto postuluje pracę szesnaście godzin na dobę celem wypracowania Ferrari za najniższą krajowa. Do pewnego momentu to działało ale na szczęście przestało a raczej przestaje. Ludzie coraz częściej olewają neoliberalne brednie. Jesteśmy u progu jakiejś możliwości zmiany, ale w grze jest jeszcze jeden obóz. Otóż zrzeszający się pod „antygenderowym” sztandarem tradycjonaliści. Teoretycznie występują jako obrońcy tradycyjnych wartości, najczęściej rodzinnych. Często też łączą siły z neoliberałami, ale ich cele są zgoła odmienne.

Nie ma też co ukrywać, że najgorsze perspektywy zarobkowe ma matka potem ojciec. W lepszej sytuacji są samotne kobiety a w najlepszej samotni mężczyźni. Nie dotyczy to jednak wszystkich w równym stopniu. Pracownik ledwo wiążący koniec z końcem, będący jedynym źródłem dochodu w rodzinie, będzie miał znacznie mniejsze zapędy rewolucjonistyczne, czyli nie będzie taki skory żeby się stawiać. Natomiast po przekroczeniu pewnego progu, lepszym rozwiązaniem jest osoba samotna, którą motywuje większy zysk a ogranicza rodzina. Ukarany za nieposiadanie dzieci, może się na nie zdecyduje z drugą osobą ukaraną za ich nieposiadanie, ale szczęśliwi nie będą. Dziecko jako sposób na uniknięcie podatków, bez planów na jego rozwój jako istoty ludzkiej.

Istota ludzka

Jaki obraz nam się zatem rodzi? Eugenika kapitalistyczna, czyli dostarczanie taniej, słabo wykształconej siły roboczej przy równoczesnym ograniczeniu możliwości awansu społecznego. Gdzie w tym wszystkim miejsce na rozwój człowieka jak istoty ludzkiej? Czegoś więcej niż dążące do prokreacji i zaspokojenia podstawowych potrzeb zwierzę? Otóż wzywa się by tego nie robić, by się wstrzymać. Nie rozwijać. Poświęcić samorozwój na rzecz wychowywania dzieci. Tylko jakich dzieci? Jeśli rodzic ma ograniczone możliwości rozwoju, pozostaje liczyć na rozwój pokoleniowy. Tymczasem wielu ludzi pragnie rozwijać samych siebie. Niestety jest to trochę nie na rękę wszelkiej maści neougenistycznym mędrkom. Ślady tego znajdziemy także w narracji o zaniechaniu studiowania. Nie ucz się, nie rozwijaj. Tkwij intelektualnie tam gdzie cię życie ustawiło, rób co każą i nie pyskuj.

Sutkiem takiej antyuczelnianej narracji  będzie wytworzenie nowej elity. Nie idźcie na studia, nam pracodawcom jest to zbędne, ale swoje dzieciaki na studia poślemy, umacniając ich przewagę. Gdyby połączyć to z marzeniami niektórych polityków o pełnej prywatyzacji systemu edukacji, cofniemy się do wieku właśnie XIX. Połączywszy to z podziwianym w Polsce a od lat krytykowanym w Stanach czy Anglii systemem kredytów studenckich zadłużających zwłaszcza biednych ludzi na całe nieraz życie dyplom magistra odzyska swój prestiż, kosztem wytworzenia jeszcze większych dysproporcji, niż te które obserwujemy dziś. Kto się rodzi Alfą, umiera Alfą, kto się rodzi Epsilonem, ten umiera Epsilonem. Kolejna przeszkoda, ograniczająca mobilność klasową. I choć dziś wiedza wręcz wylewa się na nas, to tempo późniejszych okresów życia nie sprzyja nauce. Walcząc o przetrwanie na danej posadzie – co dotyczy nawet ścisłowców, bo jak wiadomo doświadczonego inżyniera spokojnie można zastąpić dziesiątką tańszych studentów – nie ma już czasu na intensywną naukę niczego poza tym co niezbędne.

W końcu z ludzkimi aspiracjami trzeba coś zrobić. Programista jawi się jako całkiem niezła droga życiowa. Brakuje nam jednak szambiarzy. Czemu zatem nie posunąć się o krok dalej i nie decydować za rodziców? Ty do klawiatury, ty do wożenia nieczystości. Żadna praca nie hańbi i ile będziemy się okłamywać. Mało kto z własnej, dobrej i nieprzymuszonej woli pragnie kariery sortownika na wysypisku. Skoro ktoś jest gotowy zmuszać ludzi do masowej reprodukcji, kto powiedział że się tam zatrzyma? Wszyscy wiemy, że ktoś to robić musi, ale wolałbym żeby robił to ktoś inny albo cudze dziecko. Jakość ponad ilość, jakość ponad ilość.

Neoeugenicy nie dążą już nawet do rozwoju jednostek w obrębie swoich klas. Oni chcą te jednostki spychać na wybrane pozycje i tam utrzymywać. Neoeugenika na charakter bardziej społeczny niż biologiczny.  Nie spotkałem się jakoś szczególnie z postulatami skrócenia czasu pracy, wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego, poprawy sytuacji pracowników wielu sektorów. Nie specjalnie to dostrzegam poza eksperymentami. Zwłaszcza z krótszym tygodniem pracy, który dał zadowalające efekty. Wówczas można by z owymi dziećmi spędzić naprawdę sensowny czas o ile ktoś chce je mieć. Naruszenie jednak obecnego stanu nie jest nikomu na rękę. Zmuś ludzi do rozmnażania, poddaj ich notorycznej presji życia w niepewności, za niewielkie pieniądze, utrudnij im rozwój i voilà. Przepis na społeczeństwo doskonałe z punktu widzenia brazylijskich sekt, wątpliwej jakości wolnorynkowców, nowoczesnych feudałów oraz popapranych neougeników

Społeczeństwo XXI wieku

Jaki obraz społeczeństwa rodzi się z tych postulatów? Zapierdalająca po szesnaście godzin na dobę biedota, utrzymująca dzieci bez perspektyw na awansu. Biedni, niedouczeni, ograniczeni, przykuci do swego miejsca w świecie za nogę. Groźne jest też narzekanie na wszelkie destabilizacje instytucji rodziny i małżeństwa. Żadne bowiem zapchajdziury w postaci przedszkoli nie pomogą, gdy do drzwi zapuka ponownie toksyczny patriarchat. Małżeństwo ma dwa zastosowania społeczne. Pierwszy to wzbogacenie. Łączymy ziemię, majątki. W systemie patriarchalnym najczęściej mężczyzna przejmował majątek kobiety, zdobywają nad nim władzę. Czy przekazywanie go było takie ważne? Może, ale możliwość tworzenia olbrzymich majątków, powiększenie własnego stanu posiadania przez małżeństwo jest kuszące. Nawet jeśli o dziedziczenie by chodziło, trzeba mieć co przekazać. Kredyt hipoteczny to marny spadek. Druga sprawa, to reglamentacja kobiet. Prawa seksualne kobiet zostają ograniczone przez religię, moralność. Wszystkie potrzeby w tym zakresie mogą zostać zaspokojone tylko w małżeństwie, więc chcąc nie chcąc kogoś musi sobie wybrać. Ciekawie łączą się z tym postulaty o zakazie rozwodów, aborcji a nawet stosowania antykoncepcji, które głoszą niektóre ugrupowania prawnicze.

Rodzą się ciekawe pytania. Nie mogę w tych przemyśleniach doszukać się żadnych lewackich postulatów o godnej płacy. Wiele niezbędnych zawodów, znajduje się poza nawiasem samodzielnego życia. Oznacza to konieczność zawarcia związku, najlepiej formalnego. Nic na temat bezwarunkowego dochodu podstawowego czy czterodniowego tygodnia pracy. Dziwnym trafem wielcy fani rozrodu dla ratowania ZUSu nie chcą nawet otwarcie skrytykować  oficjalnych poglądów fanów wspomnianych już w tekście szesnastu godzin, czy szefów, którym 500+ pogrzebało firmy. Jeśli zaś człowieka nie da się edukować w każdym zakresie i są obszary, w których trzeba go zmuszać, ograniczać albo manipulować, to kim będą dzieci urodzone przez ludzi zmuszonych do prokreacji? Rolę wychowawczą przejmą instytucje publiczne, które będą mogły pompować w umysły młodych ludzi dowolne treści ideologiczne. Póki co jest to smutny żart, ale czemuby szkoła nie miała przysposabiać dziewcząt do faktycznej internalizacji cnót niewieścich?  Pozbawione większego zainteresowania ze strony rodziców będą łatwym celem tworzenia jakiejś orwellowskiej dystopii opartej o sekciarskie idee.

Nieśmiałe bąkanie o wadach neoliberalizmu, kultu indywidualizmu, to tylko marna zasłonka. Celem neougeników jest zapewnienie przedsiębiorcom siły roboczej, która w drugim obiegu finansowym sama zadba o swoje zdrowie, podrzędną edukację a ci z odrobinę lepszą pozycją zasponsorują bony żywieniowe tym na samym dnie. Tak jak wspomniałem na początku, eugenika nigdy nie była spójnym ruchem myślowym i tak samo jest z tą jak to sobie nazwałem, neougeniką społeczna. Jakimś wspólnym mianownikiem jest potrzeba zmuszenia ludzi do rodzenia większej ilości dzieci, przy czym każdy ma w tym jakiś swój cel. Możliwe też, że jest on wspólny ale przemycany w kawałkach, gdyż całości tej ideologii nie zostałaby zaakceptowana, względnie każdemu trzeba ją podać w odpowiedni sposób. Aby smakowały należy je zmieszać w ekonomicznym, moralnym religijnym lub biologicznym koktajlu. Docelowo trzeba ratować ZUS, produkować roboli, bo tak też o nas myślą i uwiązać niezbyt rozgarnięte kobiety na małżeńsko – matycznej smyczy.

 

 

fot. w nagłówku Lewis Hine / dziecięca siła robocza / typowy XIX i XX wieczny obrazek, ukazujący codzienne życie dzieci z biednych rodzin, których powinno być dużo, bo jak jedno się zepsuje można zastąpić je kolejnym.