Blok. Efekt natchnionej myśli modernistycznej, miejsce nazywane domem przez wielu nie tylko w Polsce. W sumie nie tylko w Europie ale i na innych kontynentach. I nagle ktoś poświęcił im książkę. Ani pierwszą, ani ostatnią, ale na pewno ostatnio bardzo promowaną. Zobaczmy czy Wydawnictwo Czarne dokonało dobrego wyboru.

Nie ma wolnej miłości

Blokowiska to miejsca anonimowe, to obszary gdzie każdy wie wszystko o każdym. Gdzie sąsiedzka zażyłość idzie w parze z niechęcią do pakowania nosa w cudze sprawy. Świat gdzie każdy plotkuje o tym kto pod ósemką bije żonę od 20 lat i ze współczuciem w spojrzeniu życzy nieszczęsnej wszystkiego dobrego, ale zapytany przez policję powie że nic nie wie i w ogóle nic nie słyszał. W sumie nikt by go nie zapytał bo nikt by ich nie powiadomił, bo naprawdę nikt nic nie widział. Tam gdzie każdy wie wszystko, z czasem nikt nie wiedział nic.
Równocześnie są one miejsce narodzin licznych zjawisk kulturowych. Przynajmniej taki obraz rodzi się po lekturze Betonii i obejrzeniu serialu BLOK. 

Twory modernizmu, którym i tak poświęcono już nie mało miejsca także w naukach społecznych, znów wracają do łask. Oglądając BLOK nie potrafię załapać o czym oni właściwie mówią. Raz, że moje bycie nastolatkiem, takie prawdziwe przypadło na początek XXI wieku, dwa, nic mnie z blokowiskami nie łączy.

Pasjonujące blokowisko

Blok przeżywa jakąś formę renesansu. Tak jak stylistyka tzw. PRL stała się już formą estetyczną, epoką w historii sztuki, tak blokowisko przeżywa drugą młodość pod względem zafascynowania nim. Do kultury blokowisk bardzo mi daleko. Hip – hopu nie lubię do dziś, a jedynym punk rockowym zespołem jaki naprawdę był dla mnie strawny był brytyjski the Clash. Z resztą co mogłoby pociągać mnie w haśle no future albo licznych tekstach, opowiadających o beznadziei? Wychowałem się obok Mickiewicza, Lema, filmów Kurosawy i muzyki Wysockiego. Samo blokowisko, jako obszar, idea, powód i skutek już jak najbardziej wydaje się interesujące.

Książka, którą lansowano jako przecięcie opowieści o architecture, społeczeństwie i jeszcze okraszoną fotografią jakoś zwróciła moją uwagę. Albo po prostu marketing Czarnego zrobił swoje.

 

Betonia

 

Obrazem i słowem

Uznałem, że do książkowej opowieści o blokowiskach warto włączyć filmową narrację Tomasza Knittela.  Książka bowiem zawiera zbyt wiele teorii. Jest tam trochę indywidualnych wrażeń i historii, ale są zbyt statystyczne. Brak im tożsamości. Opowieści te wydają się być anonimowe jak blokowiska. Mnóstwo tam też powtórki z historii, czyli zaś opowieść o Corbusierze, Gropiusie i reszcie modernistycznej ferajny, wraz ze szczytnymi założeniami, które wprawdzie zleceniodawca przyjął, ale z różnych przyczyn storpedował.

Serial TVP ma konkretnych narratorów, konkretne opowieści. Trochę chyba tendencyjnie dobranych, ale ok. Można mieć pewne zastrzeżenia do tematów, ale jak się okazuje podobne pojawiają się w Betonii. Pokolenia które wychowały się w blokach to dość logiczny element, jak również subkultury które się w tychże wytworzyły. Mowa oczywiście o punk i hip-hop. Architektura rozumie się sama przez się, wraz ze sztuką uliczną którą przyozdobiono ściany wielu osiedli i przejść podziemnych, tak mętnym odcinkiem jest literatura. Nie żeby brak mu było meteorytyki czy poloru. Sam w sobie bardzo przyjemny ale jakoś wydaje się być na siłę wciśnięty do całości. W końcu blokowiska nie wytworzyły jakiejś specyficznej formy literackiej a co najwyżej stały się temat. Gdy jednak czytelnik dojdzie do fragmentów o literaturze, których tłem stały się domy z betonu wszystko ładnie się łączy. Nie żeby książka i serial były jakoś powiązane, sam je sobie powiązałem bo tak mi pasuje i już.

Tym razem szala przechyla się lekko na stronę obrazu. W książce trochę za dużo trucia o Wielkich Modernistach. Rozumiem, że trzeba nakreślić tło, pokazać że życie żadną miarą nie da się wpisać w ramy utopii. I choć modernistyczne postulaty do dziś brzmią pięknie, to wiemy już, że społeczeństwo jako byt cudownie opiera się ścisłym założeniom, udowadniając że ducha nie da się opisać matematyką 😉

 

 

Szaleni wizjonerzy

Ludzka termitiera to doskonałe określenie. Owadzie społeczeństwo to perfekcyjny mechanizm, który doskonale wypełniłby maszynę do mieszkania

Le Corbusier z całą pewnością był lekko szurnięty. Jedni mieszkaniem w jego dziełach są zachwyceni inni nieszczególnie. Z resztą trzeba mieć lekko nierówno pod sufitem, żeby uważać się za osobę, która stworzy miejską utopię, gdzie każdemu będzie wedle jego potrzeb a wszyscy mają takie same 🙂

Można oczywiście zwalić wszystko na klasyczny spór projektant- zleceniodawca, ale skąd wiadomo, że wielkie osiedla zrealizowane w 100% zgodnie z założeniami którejś szkoły byłby by bez wad? Oczywiście można wszystko zrzucić na oszczędności, wytyczne z góry, ale wydaje mi się, że zarówno w książce jak i w serialu, za mało skupiono się na ówczesnej sytuacji gospodarczej i społecznej. Właściwie blok wydaje się być osią, wszystko kręci się w okół niego i próbujemy rozważyć jakąż on emanuje energią, że wywołuje takie a nie inne zjawiska. To na szczęście tylko złudzenie, ale łatwo mu ulec.

I tak jak Corbusier wymyślił swojego Człowieka Modernistycznego – Modulora, na podstawie sobie znanych tylko przesłanek, tak projektanci zdawali się tworzyć osiedla według tylko sobie znanych potrzeb. Czasem mówi się o tym “syndrom freudowski”. Do bloków wprowadzono sporo osób  z terenów wiejskich. Jako formę rozrywki przewidziano biblioteki, kina i różne inne takie. W końcu każdy przybysz ze wsi tamtej epoki chętnie sięgał po Chłopów.

Ludzka termitiera to doskonałe określenie. Owadzie społeczeństwo to perfekcyjny mechanizm, który doskonale wypełniłby maszynę do mieszkania. Szkoda tylko, że ludzkiemu społeczeństwu bliżej do wilczego stada. W całym swym podobieństwie jesteśmy zbyt różnorodni.

Dzieci z dworca Zoo

W opowieści o blokowiskach nie może pominąć Gropiusstadt, autorstwa ojca Bauhausu Waltera Gropiusa. Jak pewnie wiecie, wielki architekt podobnie jak wielu innych modernistów, zakładał, że architektura to pojęcie kontener. Wiedza socjologów, psychologów, projektantów i urbanistów, musi współtworzyć idealny habitat dla człowieka. Wyszło trochę przekornie, zapewniając publicystom i wspomnianym socjologom materiał badawczy na lata w ramach trochę niekontrolowanego eksperymentu. Przez polskie osiedla ponoć również – choć na mniejszą skalę – przetoczyć miała się fala twardych narkotyków.

Cóż, osiedle jego imienia jest doskonałym przykładem na to co się dzieje, gdy zleceniodawca chce  być mądrzejszy od projektanta, ale w sumie też nic nigdy do końca nie zostało przetestowane. Oczywiście nieudany projekt architektoniczny to jeszcze za mało, by wywołać plagę narkomanii. Trzeba brać pod uwagę wszystko. Sytuację społeczną, ekonomiczną i stan ducha ludzi, którzy w danej epoce żyją. Taki tam Weltschmerz epoki modernizmu. Jasne, betonowa pustynia, osierocona przez genialnego architekta, gdzie nie wiele jest radości może pełnić rolę katalizatora.

Zastanawiam się tylko czy ta szmira naprawdę musiała się pojawić w Betonii? Przede wszystkim implikuje ona, że Gropiusstadt samo w sobie było powodem narkomanii młodzieży. To raczej ta kropla, która przelała czarę goryczy. Nikt nie bierze pod uwagę, że książka jest lekko romantycznym tworem dwóch widm, którzy niezbyt przyłożyli się do zadania, tworząc w moim odczuciu bardziej zachętę niż przestrogę.

Mało jest książek których szczerze nie trawię i mam ochotę wpisać na indeks ksiąg zakazanych. Zasadniczo pozycja ta była mocno przedawniona gdy ja stałem się nastolatkiem, mimo to dla pewnej grupy osób urosła do rangi głosu naszego pokolenia, symbolu. Symbolu to głównie nieuctwa, bo każdy kto ją przeczytał i uznał za biblię, nie przeczytał w zasadzie nic więcej. Siedzieli na murkach odpalając kolejne jabcoki i wpierając nam, że nie znamy życia. Biedni, nie wiedzieli nawet że ta ich szmira, napisana została przez dwóch facetów głównie dla kasy. Naprawdę myśleli, że skleciła to 14 letnia narkomanka.
Przeganialiśmy ich, bo przeszkadzali w uczonej dyspucie, będącej prawdziwym problemem mojego pokolenia. Baldur czy Fallout? 😉

I to jest najwyrazistsza historia przytoczona w książce. Słabo.

z małym ale…

Z drugiej strony nie mogę powstrzymać drwiącego uśmiechu. Kojarzycie wszystkie memy z dzieciakami na trzepakach i opisy my dorastający w latach, 60, 70, 80, 90 mieliśmy tak wspaniale. Właśnie widzę jak mieliście wspaniale. Do tego stopnia, że wolicie zaoszczędzić tego losu swoim potomkom, kupując im całą potrzebną do zamknięcia się w lepszym świecie elektronikę. Mówcie co chcecie, wiecie jak jest w Betoni. Wiele byście oddali za peceta, xboxa i Internet.

 

Fotografie

Nawet konsekwentne działanie nie zawsze wystarczy. Czasem też pod taką antyestetyką jest coś więcej. Kryje się tam coś wartego odnalezienia, co twórca umiejętnie przed nami ukrył. Opowieść, którą widz musi samodzielnie odszukać.

Nie tym razem.

Głowiłem się czy fotografie zasługują na osobny akapit przez dłuższą chwilę. Później uznałem, że jednak poświęcę im więcej miejsca. Nie dlatego, że są tak dobre, ale dlatego że są tak niewyraźne. I nie są dziełem Chomątowskiej. Wiecie, jeśli ktoś fajnie operuje słowem wybaczasz mu, że robi kiepskie zdjęcia. Nie zżymasz się, że powinien zatrudnić zawodowego fotografa. Tymczasem tu pojawił się hmmm ceniący się fotograf.

Autorka zaznacza, że Betonia nie kojarzy się niczym złym, negatywnym wprost przeciwnie. Słowo to jest pozytywne. Tymczasem już tekst książki sprawia, że nabiera pejoratywnego znaczenia. Fotografie tylko dopełniają obrazu. Jest w nich coś smutnego, szarego. Do tego są trochę nijakie. Powiedziałbym, że jest w nich coś co czasem nazywa się PRLowskim. Taka archaiczna estetyka z dozą amatroszczyzny i siermiężności. Nie są złe w sensie tragiczne, są po prostu nijakie. Dopełniają jakoś obrazu nędzy i rozpaczy, który płynie z tytułowego słowa.

Próbowałem obejrzeć wszystkie jeszcze raz, przejrzeć portfolio na stronie twórcy. Jest tam kilka fajnie skomponowanych kadrów. Czasem bardzo, ale to bardzo prozaicznych, ale mimo to w jakiś sposób zatrzymujących wzrok na dłużej. Jednak jest ich za mało w stosunku do zupełnie przeciętnych. Nawet konsekwentne działanie nie zawsze wystarczy. Czasem też pod taką antyestetyką jest coś więcej. Kryje się tam coś wartego odnalezienia, co twórca umiejętnie przed nami ukrył. Opowieść, którą widz musi samodzielnie odszukać.

Nie tym razem.

Blokowisko

Betonia

 

Masa ludzi, masa betonu. Cóż, Gigacyan by się uśmiechnął pod nosem. Tylko, że ta masa nie daje nam żadnych odpowiedzi.

Książka przypomina właśnie stereotypowe osiedle. Masa ludzi, masa betonu. Cóż, Gigacyan by się uśmiechnął pod nosem. Tylko, że ta masa nie daje nam żadnych odpowiedzi przez co odczuwam niedosyt. Książka z jednej strony poszła trochę w podobnym kierunku co “Źle urodzone” Filipa Springera. W zasadzie czytając Betonię będziecie mili lekkie déjà vu. Z tą różnicą, że autorka opowieści o blokowiskach wyruszyła jeszcze poza Polskę. Ci z Was, którzy lubią architekturę i czytali co nieco o Corbusierze, Gropiusie i reszcie ferajny, będą lekko zawiedzeni bo nic nowego się nie dowiedzą. Springer obszernie opisał historię polskich architektów i ich perypetie, natomiast Beata Chomątowska raczej przytacza anegdoty, które i tak sprowadzają się do “w PRL nic nie było”. No budują sobie te osiedla bo budują i co z tego? Chyba mam odpowiedź.

Jeśli zaś zestawicie sobie tę pozycję z serialem, który możecie obejrzeć pod tym adresem i nastawicie się od początku, że odpowiedzi w środku nie ma, to wówczas otrzymacie ciekawy obraz blokowiska jako efektu natchnionych wizji, szaleństwa, zmagania się z palącymi potrzebami społeczeństwa, w które wmieszano niewinnych lokatorów, którzy tylko marzyli o dachu nad głową nie wiedząc, że nie pasują do wzoru Człowieka Modernistycznego.