Naukowe podstawy nienawiści

Naukowe podstawy nienawiści

Nienawiść to piękne, destrukcyjne uczucie. Pragnienie by jej obiekt spotkało coś złego. Nienawiść dla samej nienawiści zawsze bolała jednak osoby w miarę inteligentne albo takie, którym wydawało się, że jakąś inteligencją dysponują. Nienawiść bez powodu jest prymitywna. Gdy zaś ma solidny naukowy fundament, o! To jest rzecz godna człowieka inteligentnego, oczytanego, empatycznego.

Naukowe podstawy nienawiści

Początkowo nauka podporządkowana była moralności. Z moralnością zaś jest jak z pewną częścią ciała, każdy ma własną. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalna moralność. Nim zaczęły się wielkie naukowe rewolucje, w ramach których ten czy inny myśliciel zbaczał z moralnej ścieżki i wygłaszał jakieś herezje, nauka podporządkowana była chociażby religii. I tak chociażby uzależnienia były przypisywane grzesznemu życiu, co jest efektem słabego charakteru, który nie może sprostać twardym wymogom wiary. Choroby i zaburzenia psychiczne często łączono ze skutkiem działania sił nieczystych, albowiem choroby umysłu zsyła jakiś demoniczny fachowiec. Bez obaw napiszę, że nauka i moralność szły ze sobą w parze jeszcze do lat 80 XX wieku. I tak nic nie stało na przeszkodzie oskarżania ofiar HIV/AIDS o niemoralne prowadzenie się, homoseksualizm był niemiłą bogu dewiacją, czarnych należało sterylizować bo się za bardzo rozmnażają. Efektem takiego podejścia zawsze było cierpienie. Błędem zawartym w poprzednich zdaniach tego akapitu jest mówienie o nauce. Należy mówić o naukowcach, którzy wyznają prostą zasadę, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. Możemy zatem pogratulować sobie szczęścia życia w nowej erze, gdy naukowcy próbują nie dokonywać ocen moralnych albo nie wnioskować na podstawie swoich uprzedzeń. W teorii. Fakty nie pasują do teorii.

Człowiek wykształcony, oczytany, nie może nienawidzić czarnego, żółtego, geja czy osoby trans za cechy niepodlegające jej woli. Aby nienawidzić potrzebne są solidne naukowe fundamenty. Fascynującą formą naukowej nienawiści jest nienawiść na tle medycznym. I tak fajnie by było gdyby gej był gejem w wyniku choroby psychicznej. Wspaniały przykład. Konsensus naukowy jednak porzucił tę drogę, co dla paru delikwentów jest solą w oku, przez co wybierają sobie badania jakichś pomyleńców, którzy w mętny sposób argumentują na rzecz ich światopoglądu. Często posiadając nie byle jakie tytuły. Zobaczcie do czego to prowadzi. Są chorzy! A co robimy z chorymi?! Glanujemy! Równie wspaniałym przykładem jest wałkowana ostatnio otyłość. Piękny przykład. Czy naukowcy zajmujący się otyłością nienawidzą obiektów swoich rozpraw? Teoretycznie nie powinni.

Nie ma też większego znaczenia, czy mowa o wierze w teorie spiskowe, otyłości, analfabetyzmie matematycznym. Coraz rzadziej interesują twórców podstawy pewnych zjawisk czy problemów a coraz bardziej dają swoim czytelnikom to czego oczekują. Czytelnik zaś oczekuje naukowych podstaw do nazwania kogoś debilem, szurem, analfabetą czy debilem. Jesteśmy my, wątpliwie oczytani oraz oni, Inni, którzy nie rozumieją.

Fakt naukowy

Wszystko zależy od sposobu w jaki piszemy o danym zjawisku. Empatycznie lub jak absolwent czegoś imieniem Józefa Stalina.

Faktem jest, że taka otyłość jest chorobą. Negowanie, że nie jest i powinno się tym cieszyć jest natomiast zwyczajnie nieodpowiedzialne, niebezpieczne i głupie w ujęciu klasycznym. Rzeknę nawet, że okrutne a aktywistki, które same zajmują się tańcem czy gimnastyką celem dbania o swoje ciało, gdyż wiedzą z czym wiąże się otyłość są po prostu okrutne. Często odnoszę wrażenie, że osoby które nienawidzą całego świata, ludzi, wpadają albo w religijność albo w aktywizm celem podreperowania swojego wyobrażenia o sobie. Wiecie, tacy co to podłożą ci nogę żebyś rozwalił sobie łeb a potem zbierają na głodujące dzieci w Afryce. Zawsze mam wrażenie, że w oczach nie wymienionej z nazwiska lewicowej aktywistki jest coś tak sadystycznego, że boję się co będzie gdy zdobędzie większą władzę. Nienawidzić kobiet, nienawidzić mężczyzn. Połączenie mizogini z mizoandrią. Czysta mizantropia? Po dziś dzień nie ma zgody czy altruizm istnieje. Wszystko co robimy, robimy z pobudek egoistycznych. Zatem każdy aktywista, każda aktywistka ma swoje cele. Jedni chcą poczuć się lepiej, inni zdobyć kapitał społeczny, mogący potem przełożyć się na wymierne korzyści. Nie ma darmowych obiadów. Wracając do głównego wątku, kwestią osobną jest co z tym faktem zrobimy. Stwierdzenie bowiem, że coś jest chorobą samo w sobie jeszcze nie jest nacechowane emocjonalnie. Więcej, jest całkiem słuszne z zastrzeżeniem, że tutaj nauka się kończy.

Są dwa rodzaje chorób. Takie, które się przytrafiają i takie które możemy spowodować. Kiedyś po pijaku skręciłem sobie kostkę, bo uznałem, że wejdę do dziewczyny przez okno. Parkour nigdy nie był moją mocną stroną, ale na szczęście po pijaku to nie boli i można było imprezę kontynuować. Jest to przykład błahej kontuzji, która jest moją winą i NFZ poniósł koszty! Inaczej rzecz ma się powiedzmy z nowotworem. Dziś gdy świadomość społeczeństwa uległa zmianie, chory nie jest sam sobie winny, ale w sumie mógł się zdrowiej odżywiać uprawiać więcej sportu, zadbać o siebie. Gorzej sprawa ma się na ten przykład z zaburzeniem psychicznym. Tutaj pomimo tego, że każdy psychiatra czy psycholog wie, że chory nie jest niczemu winny w społeczeństwie pokutują mity, że zawinił sam chory. Choroba psychiczna ma nadal pewną demoniczną aurę, zwłaszcza depresja czy uzależnienie. Względnie symuluje.

Zatem każdy lekarz zgodzi się, że otyłość jest chorobą. Powody jej mogą być różnorakie. Od innych schorzeń, które sprzyjają otyłości aż po zwykłe nieumiarkowanie w jedzeniu i picu. I tutaj zaczyna się zabawa. Otóż okazuje się, że w głowie części tak zwanej opinii publicznej mamy nie tyle pęd do nauki co do nowego dekalogu. Niech ktoś objawi prawdę, powie jak ma być. Jak jest. Teoretycznie naukowiec mówiąc A, myśli A, a myśl jego nie jest nacechowana emocjonalnie. Lecz naukowiec jest człowiekiem a nie maszyną i nie potrafi dokonać obiektywnej oceny wszystkich faktów. Nie potrafi często nawet ich uporządkować. Problem w tym, że wszyscy chcemy mieć wyznawców. Równocześnie autor, nie przemawia do naukowej publiczności a losowej zbieraniny jaką jest grupa jego czytelników. Czytelnicy zaś niestety a co już ustaliliśmy, potrzebują kapłana. Właściwie nauka nie jest już nauką a Nauką. Stanowi raczej rodzaj współczesnej religii, natomiast naukowcy to właśnie kapłani. Jedną z podstawowych funkcji religii jest wytykanie palcem celem wzbudzenia poczucia winy. Wina, wstyd to bardzo istotne kategorie, które pozwalają kontrolować wyznawców, względnie wzbudzić gniew wobec jakiejś grupy. I tłumaczenie świata w jeden, niepodważalny sposób. Jest to widoczne szczególnie w przypadku nauk ścisłych, w których upatruje się drogi do uzyskania odpowiedzi ostatecznych, jedynych, niekwestionowanych. W naukach społecznych odpowiedzi są zbyt zmienne, nie dotykają też spraw niebiańskich i niestety próbują tłumaczyć ludzkie zachowanie nie zawsze zrzucając winę na samych zainteresowanych. A tak być nie może.

Dobrze jest móc kogoś nienawidzić i mieć ku temu naukowe podstawy. Suchy, naukowy fakt jest najlepszą tego legitymizacją. Teoretycznie pada jedynie, że A to choroba. Równocześnie jako żyjący w kulturze przesytu, nadmiernej konsumpcji powracamy do oceny moralnej. Nieumiarkowanie w jedzeniu i picu, jest grzechem kultury nadmiernej konsumpcji. Stwarza się też podział na Nas, świadomych i ich, Innych, nieświadomych, szkodzących zdrowej tkance społeczeństwa. Znacie to skądś? Na leczenie obywateli zrzucamy się kolektywnie. Nie jest tak, że zdrowi utrzymują chorych, bo chorzy są jak jeden mąż bezrobotni. Aczkolwiek okazuje się, że bardzo dziwnie traktujemy chorych, którzy zapadli na coś czego mogli uniknąć. Jako, że jesteśmy wolni mamy prawo decydować o naszym życiu, ale w ramach wolności, z własnego nieprzymuszonego wyboru musimy zrezygnować z niektórych form konsumpcji na rzecz innych. Dopasować nasze ciała do pewnego obowiązującego standardu. Zgadnijcie kto o tym pisał w 1978 roku? Nie kto inny jak Susan Sontag w swojej słynnej książce, zbiorze esejów zatytułowanym “Choroba jako metafora”. Ludziom przytrafiają się różne rzeczy. Wszystko zależy od sposobu w jaki piszemy o danym zjawisku. Empatycznie lub jak absolwent czegoś imieniem Józefa Stalina.

Otyłość to choroba. Fakt. Otyłość, kosztuje podatników a NFZ czy inna instytucja musi ponieść koszty… zaraz. Co? Z logicznego punktu widzenia jednym celem istnienia instytucji jest ponosić koszty. Dochodowość jest tutaj źle pojętą wypadkową neoliberalnych marzeń o wolnym rynku. Każdy z nas każdego dnia podejmuje ryzyko. Jazda samochodem oznacza większe szanse na udział w wypadku niż kolektywne poruszanie się komunikacją zbiorową. Tym samym każdy kierowca powinien płacić większe składki zdrowotne. NNW nie jest obowiązkowe. Albo palacz. Albo sportowiec. Kulturysta. Sprawiedliwym byłoby stworzenie listy bezpiecznych aktywności, zestawów ćwiczeń nieobarczonych ryzykiem – co samo w sobie jest absurdalne – które nie podlegałby dodatkowemu oskładkowaniu. Fakty nie zmieniają też naszego światopoglądu. W większości albo już się zgadzamy z danym punktem widzenia, albo nie zgadzamy ale fakty same w sobie nie mają większego wpływu na nasz sposób myślenia. Naukowiec, który to ignoruje jest co najmniej słabym naukowcem. Dodatkowo choć teoretycznie zdaje sobie sprawę, że często potrafimy wspierać dwa sprzeczne światopoglądy, nie próbuje dokonać żadnej introspekcji we własne. I tak aborcja powinna być dostępna dla każdego ale cukier, o mój bożu, nie! Ludzie są za głupi na samodzielne decydowanie o cukrze! I tak mogą natomiast zostać sprytnie wykorzystane choć nie zawsze świadomie. Sposób mówienia wpływa na percepcję danego zjawiska. Także sposób w jaki je obrazujemy.

Sfera widzialnego

Być może niektórzy z Was pamiętają tekst o reżimach skopicznych. Nie dla wszystkich jest oczywiste ale kiedyś osoby niepełnosprawne były ukrywane przed otoczeniem. Zamknięci w domach byli swoistym wstydem dla rodziny. Dziś mamy paraolimpiady, zdjęcia atletów na wózkach pojawiają się na pierwszych stronach. Gdy budynek nie ma udogodnień dla osób z niepełnosprawnością wyrażamy co najmniej zdziwienie, jeśli nie szczere oburzenie. Część z tych osób miała po prostu pecha. Część z nich to ofiary chociażby sportów ekstremalnych albo zbyt odważnej jazdy samochodem. Mimo to nie analizujemy powodów dla których coś się stało. Trzeba jednak powiedzieć śmiało, że jednym z aspektów poprawy życia osób niepełnosprawnych było zaprzestanie wypychania ich ze sfery widzialnego. Są, żyją.

Mechanizm tutaj jest dość podobny. Pojawienie się osób nieatrakcyjnych w sferze widzialnego traktowane jest jako pewna forma zagrożenia dla wyobrażenia o świecie. Statystyka przeczy światowi obrazu. Jakoby 61% Polaków ma problem z nadmierną masą ciała, ale nie znajduje to odzwierciedlenia w obrazach. Równocześnie ilość osób z nadwagą i otyłością rośnie. Można zatem wywnioskować, że dzieje się coś, co powoduje, że nadmierna masa ciała się normalizuje. Co to takiego? Co to jest? Chuda krzykaczka drąca japę, że bycie otyłym czy z nadwagą jest fajne? Kilka modelek? Jakiś jeden czy dwa eventy, na których przespacerowało się kilka krąglejszych dziewczyn? Nie. Musimy przyczyny szukać gdzieś indziej.

Nie ważne ile doskonałych ciał publikujemy, jak bardzo wciskamy je ludziom do gardła, liczba osób otyłych rośnie. Równocześnie każdy pokazowy kulturysta musi pozostawać pod stałą opieką lekarską, zwłaszcza gdy stosuje środki zwane eufemistycznie suplementacją a pozwalające na uzyskanie olbrzymiej masy mięśniowej. Pięciokilogramowa wątroba nie jest niczym nadzwyczajnym. Mimo to rzadko powstają artykuły zatytułowane Sport i kulturystyka jako koszt społeczny, albo w kontekście zużycia paliwa lotniczego. Wszak większa masa to nie tylko tłuszcz. Sto dwadzieścia kilogramów to sto dwadzieścia kilogramów. Nie pamiętam też żadnych związanych z innymi kosztami takimi jak kwestie towarzyskie. Osoby, które na długo wpadły w fit lifestyle często tylko w malutkich wywiadach albo mało poczytnych tekstach deklarują jak bardzo ucierpiało ich życie. Tymczasem wszystko można rozpatrywać w kontekście ryzyka i kosztów.

Bardzo dziwnym jest natomiast atak na zdjęcia osób otyłych uprawiających sport. Faktem chyba naukowym nawet, jest że dieta w połączeniu z treningiem, aktywnością fizyczną są najlepszym remedium na otyłość. Skoro jako gatunek naśladujemy osoby podobne do siebie, to mechanizm ma spory sens. Skoro ta osoba, podobna do mnie coś robi, to ja też mogę to robić. Mogę na przykład biegać, chodzić na siłownię. Nie musze się wstydzić, nie muszę się ukrywać. Zatem pewną dozę racji miał bodaj Walter Benjamin, który twierdził, że nieumiejętność czytania obrazów, czytania ze zrozumieniem, będzie analfabetyzmem XXI wieku. Widzimy, że nie potrafimy odczytywać intencji stojących za obrazami. Wychodzą na wierzch nasze własne uprzedzenia. Bardziej niepokojący jest chyba fakt, że z tekstem wcale nie jest lepiej. Żyjemy zatem w jakiejś erze przejściowej, gdy jeszcze nie umiemy czytać obrazów jak należy, nie kładzie się nacisku na naukę ich czytania a równocześnie już nie potrafimy czytać tekstu.

Gdy zaś popatrzmy pod innym kątem, dostrzeżemy nienawiść wobec kobiet, które nie chcą spełniać oczekiwań. Gdy zaś dochodzi do wymiany zdań w komentarzach, najaktywniej przeciw idei bodypositive wypowiadają się mężczyźni, natomiast kobiety wyrażają większe wsparcie. Mając w pamięci, że ciało kobiety odbiegające od kanonu jest bardziej stygmatyzowane, niż ciało mężczyzny każdy atak będzie dodatkowo radykalizował aktywistki. Nie będzie wielkim nadużyciem, stwierdzenie że budowana i podsycana jest nienawiść wobec kobiet, które śmiały zachorować. Jest w tym coś nieludzkiego. Nie możemy jednak panów tylko winić. Przeciwnie, trzeba zrozumieć że nie mają oni możliwości wyrażenia swojego sprzeciwu wobec norm. Wszak wiadomo, że facet zaczyna się od 180 centymetrów. Wzrostu, kurde, wzrostu. Zatem można to potraktować także jako brak widoczności, brak możliwości wypowiedzi, wykluczenie ze sfery widzialnego.

Promowanie otyłości czy promowanie nienawiści?

Modelki plus size przyczyniają się do normalizacji otyłości, przez to więcej osób tyje, bo otyłość lansowana jest jako fajna. Jest to analogia do fali anoreksji z lat 80-90, wywołanej przez dość zagłodzone super modelki, które doczekały się określenia “heroin chic”. Była to też inna epoka, gdy supermodelka stanowiła ikonę popkultury, ale na anoreksję zapadało maksymalnie 3% nastolatek i 1-2% dorosłych kobiet. I to już była fala, plaga, pandemia. Problem w tym, że modelki w rozmiarze plus (który jest bardzo nieoczywistym rozmiarem w świecie mody) zaczęły robić kariery dopiero teraz a o pladze otyłości mówi się już od bardzo, bardzo dawna. Co gorsza, w wielu przypadkach, nasza ocena “otyłości” jest delikatnie mówiąc zaburzona, dość nierealnym wzorem “piękna i naturalności”. I tak, z czasem zaczęło się pewne popadanie w skrajność ale czy to coś dziwnego? Gdy patrzę na reklamy “naturalnych, zdrowych, trenerów personalnych” zastanawiam się jaki procent ludzi, może pozwolić sobie na ładowanie organizmu taką ilością suplementów poprawiających przyrost masy mięśniowej. I szkoda, że nie mówi się o zgonach spowodowanych kulturystyką, która nierzadko następuje nawet przed trzydziestym rokiem życia. Nie spotkałem wywodów na temat wypowiedzi o tym, że młody kulturysta zmarły na zawał w wieku dwudziestu pięciu lat, żył jak bohater. Nie spotkałem się z negatywną oceną pochwalania wysiłku doprowadzającego do naderwania dwóch bicepsów. Dlaczego nie widzę analizy kosztów społecznych takiego zachowania? Ilu młodych ludzi wstrzykiwało sobie synyhtol, zapadło na depresję? Gdzie wyliczenia? Gdzie piętnowanie takich zachowań? Przeważnie pojawia się obok ataku na otyłość jako swoiste samorozgrzeszenie. Nie jest tak, że nienawidzę tylko otyłych, nie. W sumie tak. Ich nienawidzę, tamtym tylko grożę paluszkiem z pobłażliwym uśmiechem. Modelki plus, nie są przyczyną a skutkiem. Widać pokłady wiary zostały wyeksploatowane a internetowi idole zajmujący się często zawodowo dbaniem o swoje ciało zaczęli uciekać szybciej, niż fani mogli próbować ich gonić. Zatem stało się coś, co znormalizowało otyłość. Najprawdopodobniej coś jest zlepkiem czynników społecznoekonomicznych. Zatem promowanie otyłości tak samo jak promowanie zdrowego stylu życia jest bzdurą ale bzdura niebezpieczna bo stwarzającą pięknego w metaforycznym sensie, wyrazistego wroga.
Grubą, niedouczoną kobietę, nie będącą w stanie decydować o sobie, godzącą w ład społeczny i narażającą zdrowe społeczeństwo na koszty.
Pytane co się stało wymaga odpowiedzi. Być może tak jak upadła wiara w wolny rynek i to, że ciężką pracą każdy dorobi się Maseratti? Nie dorobi. Od pracy to konie zdychają. I tak samo upadła wiara, że każdy może to samo, choć każdy jest inny. Ludzie mają pewną szczególną cechę, o której mówię często, mianowicie naśladownictwo. Skąd się biorą trendy? Skąd się bierze moda? Nie mają jednego źródła. Naprawdę to nie jest tak, że przychodzi dyktator mody, influencer i nagle wszyscy robią dokładnie to samo. Najczęściej trend nie wychodzi od osób wpływowych. One są przeważnie przekaźnikiem. Trend rodzi się czasem gdzieś spontanicznie, zaczyna powolutku infekować otoczenie, dopiero zostaje podchwycony przez osoby wpływowe i przekazany dalej. Zatem mamy tu do czynienia z memem. Równocześnie by przekaz influencerski zadziałał, osoba musi już być trochę zarażona daną modą, trendem. Jako, że lubimy przebywać w otoczeniu osób podobnych do nas, będziemy ich szukać dla własnego komfortu. I teraz żeby było jasne, otyłość nie jest modą ani trendem. Jest zjawiskiem. Po prostu wraz ze wzrostem ilości osób z nadwagą, jednostka zaczyna czuć się komfortowo gdy jej masa ciała stanie się trochę za wysoka. Gdy takich osób jest wystarczająco dużo rodzi się ktoś, kto wychodzi przed szereg i oznajmia, że oto działa dla nich, w ich imieniu i dla ich dobra. Rodzi się też pewne napięcie. Świat biznesu, mody, uporczywie trwa przy swoich wzorcach, które przestają pasować do mówiąc oględnie społeczeństwa. Przekaz nie jest nieprzyjemny dlatego, że jakaś prawda w oczy kole, ale konsument czuje się marginalizowany przez przekaz reklamowy, który nakazuje mu konsumować, bo skierowany jest do mniejszości. Jedna otyła osoba w klasie jest piętnowana, wyśmiewana, ale gdy tylko jedna jest szczupła… Po prostu mechanizm działania jest taki sam. Osoby otyłe lepiej czują się wśród osób, tak samo jak kulturyści wśród kulturystów. Jednakże większa ilość tych pierwszych nie jest wynikiem promocji a kultury jako takiej ale z uwzględnieniem różnic. Każdy kraj ma swoją specyfikę. USA musi podejść do swojego problemu inaczej niż my. Raz jeszcze posłużę się zwrotem, że USA ma jedną z najniższych mobilności klasowych na świecie. Rozwarstwienie społeczeństwa jest olbrzymie. Bieda i braki w kapitale kulturowym są wielopokoleniowe.
Do pewnego stopnia wszystko zaczęło się oddolnie, ale trzeba też przyjrzeć się temu co się dzieje na górze. Statystycznie Polacy w 2019 byli drugim najwięcej pracującym narodem Europy, równocześnie będąc w ogonie wynagrodzeń. Zatem jesteśmy krajem relatywnie biednym, choć ciągle żywność w Polsce jest trochę lepsza niż na Zachodzie. Zatem faktem jest, że otyłość jest chorobą, ale co ją powoduje…nie na darmo mówi się o chorobach cywilizacyjnych. Powodem ich powstawania jest cywilizacja. Człowiek, jak każde zwierzę, gdy nie musi odpoczywa. Ruch taki jak podnoszenie ciężarów, bieganie, nie jest naturalny, cokolwiek przez to rozumiemy. Kampanie społeczne przeważnie są guzik dają, bo głównym ich celem jest wydawanie pieniędzy a nie odniesienie realnego skutku. Niezwykle wartym uwagi jest też zauważenie kim jest adresat takiego wywodu. Produktywny, zdrowy czytaj szczupły, inteligentny człowiek będący podporą produktywnego, zdrowego społeczeństwa. Padające pytanie ile kosztuje nas otyłość, nie jest bowiem zadawane głównym zainteresowanym, czyli otyłym, którzy również pracują i płacą podatki, które pozwalają finansować budowę dróg, szkół, ochronę zdrowia. Gruby znaczy niedouczony, głupi, prymitywny i tak nie zrozumie. W końcu badania z USA jasno pokazują, że na otyłość częściej cierpią uboższe a co za tym idzie gorzej wykształcone warstwy społeczeństwa. Tyle tylko, że tu szanowni państwo mamy kraj zwany Polską. Natomiast wisienkowy przekaz jest prosty, ale o nim za chwilę.

Gdy mowa o aktywności społecznej, tekst również nie brzmi jak kierowany do zainteresowanego. Brzmi jak wezwanie do działania skierowane do tych zdrowych aby coś zrobili z chorymi. Religijny charakter tych wywodów skupia się głównie na samym jedzeniu, głównie produktów małowartościowych. One często stanowią bezpośrednią przyczynę nadwagi i otyłości. Teoretycznie dobrze, ale w gruncie rzeczy całkiem źle. Pytaniem właściwym będzie dlaczego w ogóle po nie sięgamy? Z dietetycznego punktu widzenia zła dieta jest czynnikiem bezpośrednim ale ze społecznego już nie koniecznie.  Bezpośrednią przyczyną są kwestie społecznoekonomiczne, kulturowe. Pozornie nauki społeczne są mniej skomplikowanymi krewnymi zawiłych i poważnych nauk ścisłych. Zatem wielką szkodą jest iż dokonuje się oceny sytuacji społeczeństwa polskiego przez pryzmat amerykańskiego. O ile fast food stanowi podstawę diety najuboższych w Stanach, tak w Polsce gdzie identyczny posiłek kosztuje znacznie więcej w stosunku do zarobków co sprawia, że często są one elementem diety finansowej klasy średniej, albo lepiej zarabiających, bo z tymi klasami zbyt dużo problemów teoretycznych. Już ten prosty fakt, będzie miał niebagatelny wpływ na kształtowanie polityki czy kampanii społecznych. Założenie, że jedzenie tego typu jest domeną niedouczonej biedoty jest po prostu błędem. W Polsce to nie biedota jest grupą docelową firm sprzedających lody czy inne szejki po dziesięć złotych. Postrzeganie ruchu Body Positive jako promocji i normalizacji otyłości jest błędem tak z marketingowego jak naukowego punktu widzenia.

Nie wiem czy wiecie, ale spożycie alkoholu w Polsce rośnie wraz z  akcyzą, która to rośnie dla naszego dobra. Alkohol jest coraz droższy a spożycie rośnie. Zatem coś chyba nie zadziałało. Przeważnie informuje się o pierwszych sukcesach tego typu rozwiązań. Spadek spożycia o 2% ale co się dzieje po roku? Dwóch latach? Nic. Wraca do normy. Business Insider Polska przeanalizował efekty podatku cukrowego wprowadzonego w poszczególnych krajach i jak na razie może doszło do niewielkiego, wręcz niezauważalnego spowolnienia trendu, wręcz w graniach błędu. I nawet spowolnienie nie musi być powiązane z podatkiem cukrowym. Zatem agitacja na rzecz podniesienia takiego podatku ma jedynie na celu podreperowanie budżetu. Zajęcie się kwestią na poważnie, wymagałoby poważnego wejścia w świat nawet polityki i filozofii społecznej. Jednak poważny naukowiec nie może głosić takich bzdur jak poprawa poziomu życia, wzrost wynagrodzeń, krótszy tydzień pracy, przymuszenie producentów do obniżenia zawartości cukru w produktach? Toż to jakieś utopijno – lewicowe brednie. Naukowiec, powinien dawać odpowiedzi konkretne, proste i albo totalnie nieskuteczne albo wręcz zabójczo skuteczne.

Tylko niewielka część czytelników bierze udział w dyskusji. Można uznać, że najchętniej dyskutują najradykalniejsi wyznawcy autora, przeciwnicy i zwolennicy danego punktu widzenia, o ile nagłówek jest dobrze skonstruowany. Czterdzieści procent społeczeństwa podobno nie rozumie czytanego tekstu a trzydzieści rozumie słabo. Analizy wykazały, że większość daje lajki nie czytając, po lekturze nagłówka i “zajawki”. Radykałów zazwyczaj jest niewielu, ale są najgłośniejsi przez co to ich poglądy trafiają do szerszej publiki. Doskonale widać to w polityce, gdzie niewielka grupa fanatyków jest w stanie narzucić swoje poglądy większości. Osoby bardziej wyczulone na potrzeby rynku szybko zwietrzyły, że konsument zapragnął by model dopasował się do niego a nie odwrotnie. Przy czym, trzeba nadmienić, że problem dotyczy kobiet. Mężczyzna, zwłaszcza dobrze zarabiający, ma większe pole do popisu. Otyła kobieta zdecydowanie była i jest mniej akceptowana niż mężczyzna. Dlatego też ruch body positive jest w znacznej mierze ruchem kobiecym, skierowanym do kobiet. Równocześnie ruch społeczny musi mierzyć się z nauką, ale jak już ustaliliśmy nauka nie jest obiektywna a naukowcy w gruncie rzeczy niezbyt bystrzy. Teoretycznie wie taki gamoń, że fakty nie zmieniają światopoglądu a jedzie swoje jak zając na baterie. Ciągłe też powtarzanie choremu, że jest chory wcale mu nie pomoże.

Niezwykle frapującą kwestią jest również czemu otyłość? Dlaczego nie palenie papierosów? Dlaczego nie alkoholizm? Dlaczego nie cokolwiek innego? Polacy umierają na marskość wątroby najczęściej w Europie. Czy nie warto zająć się tym dlaczego pijemy? Ba, nawet rak piersi zbiera u nas większe żniwo niż w innych krajach Europy. Dlaczego zatem nagle otyłość stała się tak palącym tematem? W samym 2019 roku na polskich drogach zginęło około trzech tysięcy osób a trzydzieści pięć tysięcy zostało rannych. Przecież to jest olbrzymi koszt dla społeczeństwa. Należy natychmiast dodatkowo opodatkować silnikowe pojazdy mechaniczne. Zmuszenie koncernów do obniżenia zawartości cukru w produktach godzi w wolny rynek, wolność ekonomiczną. Nakładanie podatków, które dziwnym trafem będą wyższe gdy cukru będzie więcej przy równoczesnym obniżeniu kosztów produkcji jest zupełnie akceptowalne. Państwo zyskuje, producent nie traci, konsument nie chudnie. Dziwne, bardzo dziwne.

Nasze szkoły, które już cierpią na nadmiar przemocy to daleko im w porównaniu z gettami z bramkami do wykrywania metali przy wejściu. W Polsce poziom edukacji jest jeszcze w miarę równomierny. Dodatkowo nie wiem czy wiecie, ale ichniejszy system opieki socjalnej obejmuje bony żywnościowe, które można zrealizować tylko w sieciach z syfiastym żarciem. Przyznacie, że to genialne. Systemowo uniemożliw awans społeczny, odbierz bez mała prawo do porządnej edukacji, wydawaj fastfoodowe bony żwynościowe, bredź że masz falę otyłości. U nas rodziny poniżej pewnego minimum mogą dostać pewną ilość kaszy, soczewicy, ryżu i innych tego typu produktów. Jest różnica? Natomiast gdybym miał się zastanowić nad cukrowym przekazem, to jak człowiek, któremu musimy odcinać dostęp do cukru bo nie jest w stanie samodzielnie samodzielnie podjąć decyzji ma w takiż sposób decydować o prokreacji? O aborcji? Jeśli jest za głupi, by świadomie pić albo nie pić napojów z wysoką zawartością cukru, to jak ma świadomie podjąć decyzję o zajściu w ciążę albo jej usunięciu? Hę? Poprzednio w sterylizowano najuboższych. Tak profilaktycznie.
Pisząc felieton trzeba zdawać sobie sprawę z jego reperkusji. Gdy siadam do klawiatury siadam z jakąś myślą. Czasem muszę poprzeć ją jakimiś badaniami, wiec zaczynam szukać. Takich które popierają mój światopogląd. Sam najczęściej ich nie prowadzę. Nikt z nas nie jest wolny od błędów poznawczych, pisania pod tezę, wybierania faktów które nam pasują. Przeprowadza się zatem powtórnie eksperymenty, dokonuje metanaliz wyników badań, analizuje i podważa. Skoro zaś naukowiec teoretycznie wie, jak ludzie reagują na publikowane rewelacje powinien zdawać sobie sprawę, że odpowiada za konsekwencje wywołane jego publicystyką. Dlatego należy dowalić podatek cukrowy, coby dzieci nie piły tyle napojów słodzonych albo czeka nas poważna dyskusja o konkretnych zmianach systemowych a tego przecież nie chcemy. Niech nam się po prostu grube babska nie pakują przed oczy. Ot, nauka.

Diagnozy społeczne nie są efektem naukowej analizy. Najczęściej tworzy się je w oparciu o pewną powiedzmy, filozofię. Ludzie zaś wypaczają idee, często idee całkiem dobre.