Polak na wakacjach

Polak na wakacjach, czyli wąsata, pijana istota w klapkach i sandałach walcząca o okruszki ze szwedzkiego stołu. Najciekawsze zaś jest, to że takie stereotypy o Polakach najpowszechniejsze są w, tak zgadliście, Polsce. Nie mamy tak złej opinii jak nam się wydaje.

Wakacje po polsku

Rokrocznie, w okresie wakacyjnym pojawia się sporo publikacji i narzekania na Polaków wybierających się na wymarzony urlop. Z wyłączeniem mało wakacyjnego 2020, kiedy to teksty co Polacy zwyczaj robią, zastąpiono tekstami o tym, czego w końcu robić nie będą mogli. Sztandarem tych narzekań jest powiewający na wietrze parawan. Z bliżej nieznanych mi przyczyn, uważamy że nasi rodacy gdy tylko opuszczą domowe pielesze na rzecz wakacyjnego wyjazdu, zapuszczają niechlujny wąs, wkładają klapeczki, obowiązkowo na śnieżnobiałe skarpety i paradują przez miasto z siateczką z Biedronki. Popularne są też mity o szwedzkim stole i Grażynie, która robi kanapki na zapas. Pytanie czy jest w nich choć odrobina prawdy? Już jakiś czas temu przyglądałem się wakacyjnym tekstom i komentarzom, włączając w to zeszłoroczną histerię parawanową.

Pijacy Europy

Uważamy, że Polak to wakacyjny pijak i awanturnik. Czyli jest jakiś Inny Polak, taki prawdziwy ale nieprawdziwy choć wierzy, że prawdziwy, stereotypowy, nieobyty. Komentujący zaś to prawdziwy Europejczyk, kosmopolita. Tymczasem w popularnych wakacyjnych ośrodkach Europy, za najgorszych uchodzą…Anglicy. Stereotyp Anglika na wakacjach to kąpiący się w fontannie menel, który prawdopodobnie z pomocą kolegów wszcznie awanturę. Wśród polskich zaś hotelarzy najgorszą opinią cieszą się przybysze z Norwegii, Finlandii czy Szwecji. Często gęsto mają marne pojęcie o naszej znajomości języków obcych i koślawą angielszczyzną próbują zadawać w ich mniemaniu śmieszne pytania.

Dju, hese pussy?! E?!

Wcześniej wypiwszy ile tylko się da, zachowują się w sposób co najmniej nieprzyjemny. Szczególnie Szwedzi mają opinię fanów alkoholowych zadym, w trakcie których zanieczyszczają dywany kolacją, gdyż łatwość zakupu środka odurzającego, uderza im do głów nie słabiej niż sama polska wódka. W brew też powszechnemu przekonaniu za pijących najwięcej na Zachodzie z USA włącznie uchodzą nie Polacy czy Rosjanie a Irlandczycy. Tak, stereotyp wiecznie pijanych przylgnął do podpieczonych Świętego Patryka. Polacy czy Rosjanie uchodzą raczej za takich co wprawdzie lubią wypić, ale alkohol na nich nie działa. Tam gdzie inni wpadają pod stół, wspomniane dwie nacje wstają i prościutko idą do domu jakby nigdy nic. Albo do roboty. Faktem jest, że statystycznie na łeb Polak wypija 12 litrów czystego etanolu a Irlandczyk około 10, ale stereotyp to stereotyp. Pijakami Zachodu są Irlandczycy.

Picie wydaje się być istotnym elementem polskiej kultury. Wszak wieczorna posiadówka przy basenie bez wódeczki się nie obejdzie. Na szczęście trochę się to zmienia, bo jak się okazuje młodsze pokolenia wolą zapalić ganje niż się nawalić, ale tak czy siak alkohol jest w kulturze obecny. Podobnie jak angielskiej, irlandzkiej, rosyjskiej, niemieckiej, czeskiej, włoskiej, gruzińskiej. Kocham pretensjonalne opisy gruzińskich popijaw, kultury angielskich pubów, wywody o szlachetności bimbru zwanego whiskey ze wszystkimi durnymi pouczeniami czym się to różni od whisky. Wszystko to ma na celu jedynie zagłuszenie potrzeby odurzenia się alkoholem. Puby w Londynie były takim problemem, że próbowano alkoholików przestawiać na herbatę, co nie odbywało się bez oporów. Z drugiej strony wypicie czystej wody w światowej metropolii mogło skończyć się zwyczajnie zgonem, zatem piwo i gin, były sensowną alternatywą. Wtrącę tutaj ciekawostkę, że to właśnie piwo wspomogło proces miastotwórczy. Tam gdzie dużo ludzi tam brudna woda, gdzie brudna woda, nie ma życia. Alkohol pozwalał przeżyć w dużych ośrodkach miejskich, ale ma działanie uzależniające a wraz rozwojem technologicznym stawał się coraz mocniejszy. Sam język angielski ma taką ilość słów i określeń, na stan upojenia alkoholowego, że można by spokojnie zapisać kilka stron w zeszycie. Każdy też podróżnik odwiedzający Gruzję musi opowiedzieć o suprze, tamadzie i gaumardżos. Teksty zawsze kończą się, że na jednej suprze się nie kończy, trzeba mieć mocną głowę, czyli umieć chlać. Po prostu łojenie wina do rana, kac i od nowa przy najbliższej okazji. Więc czym się to różni od naszego tradycyjnego, zalanego sosem i piwem stołu, w który można walić kuflem w rytm plugawych, pijackich piosenek, a pod który nad ranem mógłby osunąć się z wdziękiem, by zasnąć wśród chartów ogryzających kość? Tamada, swoisty gruziński wodzirej, musi mieć łeb najmocniejszy. I o dziwo budzi to nasz szacunek, w chwili gdy z naszych pijusów o mocnych łbach, którzy wodzą rej w trakcie popijawy mamy ubaw, postrzegając ich jako polski zaścianek. Mało też który podróżnik zna gruziński zatem o toastach pisze mniej więcej tak,

długie, poetyckie, trwające wiele minut toasty zakończone okrzykiem, gaumardżos!, nie nadają się do przetłumaczenia

czyli przydługawe pijackie wywody, na cześć tego czy tamtego. Trafiają się przykłady, ale przeważnie te same, lub ich wariacje. Już z resztą widzę komentarze, a byłeś kiedyś na prawdziwej suprze?! Nie, to się nie wypowiadaj, bo bla bla bla. Raz jeszcze próbujemy udowodnić, że ktoś jest lepszy, a cnotą jest nawet picie. Dostrzegacie absurd tego rozumowania? Jest to o tyle łatwe, że po obcej kulturze prześlizgujemy się jak surfer po fali. Swoją znamy w miarę dogłębnie, choć podświadomie i potrafimy dostrzegać wady. Widzieliście kiedyś tekst, że w obcym kraju mieszka stado buraków? No właśnie, zawsze zamieszkują go świetni, życzliwi ludzi, nie to co tu… najłatwiej się o tej życzliwości przekonać opuszczając kurort albo trasy turystyczne brane przez naiwnych za szlaki podróżnicze.

Narodowe stereotypy

Wiadomo też, że Polak stoczyć musi bój o szynki i pajdy ze szwedzkiego stołu, z których kochana Halinka robi wałówkę na cały dzień. Co ciekawe opinią praktykujących ten zwyczaj cieszą się przybysze z Bliskiego Wschodu, którzy potrafią jakoby wynieść cały stół i połowę torebek z herbatą bo darmo leżą. Faktem jest, że Polacy są dziwacznie punktualni i w trakcie wycieczki wolą odpuścić jakąś atrakcję, byle zdążyć na kolację, ale potem najczęściej stoją grzecznie w kolejce, patrząc z pewnym niesmakiem na awanturujących się i rozpychających łokciami przedstawicieli innych, jakoby bardziej cywilizowanych nacji. Trzeba przyznać, że Niemcy zachowują się podobnie, ale już Włosi nie koniecznie. Gdybym miał wskazać jakąś prawdziwą przywarę, to właśnie wycieczkowy sprint. Szybciej, szybciej! Jakby na akord zwiedzali i kierownik im premii nie wypłaci. Tak, tu mogę się zgodzić, choć zauważyłem, że ta przypadłość dopada ludzi bez względu na narodowość. Wybrać się na wakacje by zwiedzać w szaleńczym tempie, by wieczorem paść bez sił hotelowe łóżko. Dwa razy byłem na czymś takim i nigdy więcej.

Oczywistym jest Polak nie zna języków obcych i w rozmowie z obcokrajowcami obficie kurwuje, celem wytłumaczenia rozmówcy o co mu chodzi. Jak się okazuje, pod względem znajomości angielskiego jesteśmy na dziewiątym miejscu a i chętnie się obcych narzeczy uczymy w przeciwieństwie do Francuzów, Niemców, Anglików, Szwedów, Finów, Norwegów… Ciekawym jest zaś oczekiwanie, że każdy z nas będzie poliglotą biegle mówiącym w każdym znanym języku. I tu pojawia się kolejna zabawna cecha. Gdy już okazuje się, że nasi rodacy jednak języki znają, zaraz pojawi się ktoś, kto w uszczypliwym tekście będzie dowodził kiepskiego akcentu, przez który biedni Londyńczycy nie są w stanie nas zrozumieć a co więcej, z nas się śmieją. Zwłaszcza w Nowym Jorku albo na południu USA. Publicyści zapominają bowiem, że akcentów i sposobów wymawiania angielskich słówek, jest tyle ilu ludzi posługujących się tym językiem z dziada pradziada na terenie samej Anglii. Wiara, że wszyscy mówią po tolkienowsku jest zwyczajną ignorancją. Identycznie sprawa ma się z każdym językiem od Francuskiego po Japoński. I mógłby ktoś zacząć w zagranicznych mediach pisać, że na Polakach nie robi wrażenia, że obcokrajowiec zna słowa kurwa mać i wódka. Koło czegoś zabawnego to nawet nie leżało. Faktem zaś jest, że nie lubimy języka rosyjskiego z bliżej nieznanych przyczyn, bo już z takim niemieckim nie jest źle. Choć i to się zmienia, bo dawne uprzedzenia przestają być przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przytoczę tu anegdotę z mojej szkoły średniej, gdy na karcie rekrutacyjnej, zaznaczyłem chęć nauki rosyjskiego. Okazało się, że z obiecanych ośmiu, są trzy; angielski, niemiecki i francuski. Rosyjskiego nie było bo jak powiedziała pani dyrektor, tam się nie da za pracą wyjechać. Było to jesienią Roku Pańskiego 2004. Czyli nawet nasz system edukacji tworzony jest z myślą o emigracji zarobkowej. Faaaajnie.

Kolejna ciekawostka to mały rozdźwięk. Raporty zagraniczne przeważnie wystawiają nam lepsze oceny, niż wewnętrzne. Pobieżnie szperając za danymi, można zauważyć sporą rozbieżność. Polskie portale HR stwierdzają, że w sposób ledwo komunikatywny językiem angielskim posługuje się nie całe 30% Polaków ale trzeba brąc pod uwagę, że polski dział HR ma przeważnie koszmarnie wygórowane oczekiwania językowe kandydata oraz tego co znaczy komunikatywnie. Przeważnie będąc cieciem powinien móc swobotnie porozmawiać o nurtach w poezji okresu elżbietańskiego. Bardziej racjonalne, zagraniczne badania skupiające się na ogólnej zdolności komunikacji plasują nas w znajomości tegoż języka raczej wysoko na tle Europy. Może to świadczyć jedynie o tym, że mieszkańcy krajów położonych bardziej na zachód znają ten język poniżej poziomu żałości. Zatem równie dobrze można by uczyć się etruskiego albo gockiego. Co za różnica w jakim językiem nie włada twój rozmówca? Du ju has pusi?

Nawet słynne skarpety i sandały, które stanowią znak rozpoznawczy polskiego turysty okazują się międzynarodowe. Połączenie takie miało być popularne wśród starszych Niemców, Anglików, Japończyków, choć tu sprawa jest zrozumiała, Chińczyków i oczywiście Amerykanów. Gburowaty grubas sapiący w plecy w kolejce do odprawy pasażerskiej to wytwór czysto amerykański, obecnie stanowiący narodowy stereotyp turysty z USA. Zasadniczą różnicą są biały rybacki kapelutek, hawajska koszula oraz aparat na wydatnym brzuchu. Dodatkowo państwo Smith, mają opinię buraków, którzy dochrapawszy się statusu przedstawicieli klasy średniej nienawidzą przedstawicieli krajów europejskich, jako głupszych, gorszych. Średnio znają nawet angielski, bo są nieukami, ale dorobili się na sprzedaży wyklepanych, zdezelowanych samochodów i teraz podróżują po świecie drąc japy na każdego kto nie mówi po angielsku i nie czuje respektu przed potęga amerykańskiego dolara. Jak zatem widzicie typowy Smith bardzo kogoś przypomina. Dodam tutaj ciekawostkę, że głównym powodem darcia japy przez państwa Shith, była kawa. Otóż w USA w niektórych barach czarna kawa jest podawana każdemu w dowolnej niemal ilości bezpłatnie. Często więc powodem awantur był rachunek za kilka filiżanek kawy. Trzeba Wam wiedzieć, że państwo Smith z uwagą oglądają każdego centa przed wydaniem i bardziej opłaca im się obiad w maczku niż wydawanie pieniędzy na lokalny syf, nie mówiąc już o tym, że spróbują ugotować coś w pokoju hotelowym. Z wyższością oczekują pełnego zaangażowania obsługi, to może zdecydują się wyda kilka zielonych, za które tubylec przeżyje kilka miesięcy. W Paryżu. Uchodzą więc za ośmieszających na wakacyjnej arenie międzynarodowej dumny naród amerykański. Mieszkańcy USA uważają się za jedynych Amerykanów.

Odzieżowe nawyki turystyczne są w ogóle specyficzne choć dalekie od stereotypów. Turyści z Azji, lubowali się w odzieży bardziej sportowej, przeciwdeszczowych kurtkach i małych plecaczkach. Kurta przeciwdeszczowa była typowym atrybutem turystów w ogóle, jak świat długi i szeroki. Ma to zapewne jakiś uzasadnienie w obawie przed zmoknięciem w połączeniu z nieznajomością miejsca. Będąc we własnym mieście można schronić się chociażby w centrum handlowym co na wycieczce krajoznawczej jest raczej niemożliwe. Młodszych turystów często można było poznać po przerośniętych plecakach. Choć ubrani w sposób uniemożliwiający odróżnienie ich od otoczenia, zabierali ze sobą plecaki z dopiętą karimatą jakby mieli nocować na dworcu a nie w hostelu. Miało im to zapewne dodać travelereskiego splendoru. Bardzo nieformalny ubiór mógł być też elementem oderwania od codzienności. Zobaczcie, mam wolne. Wolne od wszystkiego, zatem także od norm dotyczących ubioru. Wkładam zatem paskudne acz wygodne szorty, sandały i paskudny kapelusik. Z drugiej strony taki uniform informuje o byciu wczasowiczem. Swoisty dresscode, pozwalający odróżnić ciężko tyrających na pieniądz od ciężko tyrających na relaks. W Nowym Jorku do dziś żywy jest stereotyp turysty w paskudnej koszulce z nadrukiem I (serduszko) New York, będącego przybyszem z mniej prestiżowej metropolii. Często wiejskiej. Czyli każdej nie będącej Nowym Yorkiem a dokładnie Manhattanem. Miasto to bowiem samo w sobie jest podzielone jak każde inne, chociażby Warszawa. Do jakiego zatem stopnia Janusz i Grażyna są jedynie kalką Państwa Smith z sitcomów z lat dziewięćdziesiątych? Nie sposób powiedzieć. Czerpiemy z ich kultury tak dużo, że być może nawet stereotyp się przekleił. Lub też, każdy kraj ma swoich a wszyscy są tacy sami. Dziś coraz ciężej odróżnić turystę od nieturysty, zwłaszcza podróżując po Europie czy USA. Ów uniform wczasowicza odszedł do lamusa, co może mieć związek z oswojeniem się z podróżami zagranicznymi, które wcale nie były takie popularne jak nam się czasem wydaje. Narodziny państwa Smith to mniej więcej lata 80. Dziś większość osób czuje się tak samo dobrze w Paryżu jak w Warszawie a i zmienił się styl owego wypoczywania, dawniej opartego na szaleńczym pędzie od zabytku do atrakcji, w efekcie chyab Green Hubbard stwierdził, że wakacji najbardziej potrzebuje ten kto z nich właśnie wrócił. Dziś mam wrażenie jest więcej luzu i niezobowiązującej zbawy. Równocześnie, pragnę zauważyć, że mit skarpety z sandałem istniał gdy miałem lat może dwanaście, będąc przyodziewkiem przeważnie panów koło sześćdziesiątki. Kto zatem teraz nosi te sandały skoro wychowaliśmy się w zupełnie innym modowym klimacie? A no jasne, dobiegający czterdziechy millenialsi, przecież.

Można by wymieniać bez końca. Wiadomo też, że Polak, cham i prostak, pojedzie do Włoch i z miejsca wykaże się brakiem obycia prosząc po południu o cappuccino, naturalnie wymawiając słowo w jakiś pokraczny sposób, względnie zrobi awanturę, że w domu Halyna podaje lepsze z proszku. Nie zdarzyło mi się nigdy, czy to w Austrii, Włoszech, Francji, zostać wyśmianym przez zamówienie czegoś nawet kalecząc wyuczone naprędce słówka. Pamiętajcie, że tekściarze wątpliwej jakości, żerują na pewnej cesze jaką naprawdę posiadamy a mowa tu o pewnym kompleksie wobec Zachodu. W dobie kawowej obsesji, gdy kawiarnie nawet w małym mieście podają ją na tyle sposobów, że mój zwyczaj picia tylko cappuccino zakrawa na ignorancję, teksty tego typu stanowią żałosną kalkę z kalki. Natomiast jako fotograf wnętrz, mam przyjemność bywać w polskich domach i mieszkaniach od ponad dwunastu lat i przyznam, że nie zdarza się by ktoś poczęstował mnie rozpuszczalną albo kawą z ekspresu na kapsułki. Co to, to nie. No dobra, zdarzyło się może kilka razy, gdy dom stał pusty od dłuższego czasu, że pojawiała się kawa rozpuszczalna, ale zawsze wiązało się to z pewnym zawstydzeniem ze strony właścicieli. Natomiast jakość kawy w typowym polskim domu systematycznie rośnie jak jakość samych wnętrz z resztą. Chciałbym też usłyszeć jak Włoch zamawia obwarzanki albo kapuśniak. Jak się okazuje przybyszom z zagranicy nawet słowo wódka, sprawia dużą trudność. Tymczasem zwyczaj picia kawy z mlekiem rozpowszechnił Polak w Wiedniu. Owiany legendą Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel pierwszej wiedeńskiej kawiarni i póki co, pomimo plotek, nie udało mu się tego tytułu odebrać. Następnie zwyczaj ten rozpowszechnił się w Polsce, gdzie powstała cała masa mleczno – kawowych zwyczajów. O ile sama kawa do Włoch trafiła wcześniej niż do nas, tak zwyczaj dodawania mleka praktycznie tam nie istniał a czarny napar był bardzo, bardzo elitarny. Połączenie zaś kawy i śmietanki zasmakowało naszym przodkom. Prawdziwą kawę z mlekiem lub śmietaną, podawało się tylko w prawdziwym, polskim domu szlacheckim. Kojarzycie cytat? Nim jednak mógł powstać, kawa musiała w ogóle wejść do jadłospisu. Pierwsze gdańskie kawiarnie, mogły pojawić się w tym samym okresie co wiedeńskie, ale nie zrobiły większej furory. Polubiła za to kawę szlachta, być może z kręgów Kulczyckiego, który jako bywalec Stambułu był z nią doskonale zaznajomiony. Najprawdopodobniej Kulczycki zaszczepił w Wiedniu pewną niszową polską modę. Nie sposób powiedzieć jak było i oficjalnie taki sposób podawania przypisuje się Kulczyckiemu od Gdańska po Wiedeń, w którym to upamiętniono go na kilka sposobów. Wiemy natomiast, że taki napój nazywano kawą polską albo kawą po polsku. Z kronikarskiego obowiązku dodam, iż jakoby w okolicach 1660 Johan Nieuhof, niderlandzki ambassador w Chinach i podróżnik, miał na modłę chińską dodawać mleka do kawy miast tyle że jest, co jest możliwe bo taki zwyczaj istniał w czasach dynastii Qing. Tyle, że Nieuhof nigdy nie próbował swego wynalazku popularyzować, względnie nie przyjął się się, przez co wiele źródeł wskazuje na Kulczyckiego. Ot, kwestia dobrego PR i stajemy się kawową stolicą Europy. Ale nie. Zwalczylim komunizm! Fryca bilim, Moskala wypędzilim!

Tutaj taka ciekawostka. Często bardziej wkurzający są ludzie, którzy bardzo chcą pochwalić się znajomością lokalnych zwyczajów, przez co wywołują pewne zakłopotanie. W coraz bardziej zglobalizowanym świecie mieszkańcy i pracownicy popularnych ośrodków turystycznych zdają sobie sprawę, że trochę się od siebie różnimy, równocześnie stając coraz bardziej do siebie podobni. Właściwie ta wakacyjna publicystyka, przedstawia wszystkich na około jako pół debili, zdolnych do wykonywania najprostszych czynności, takich jak obsługa spieniacza do mleka. Ograniczona inteligencja Włocha czy Francuza nie pozwala mu zrozumieć, że przybysz z obcego kraju trochę się od niego różni, przez co może, bo ja wiem, posmarować pizzę ketchupem, co naturalnie dla włoskiego kucharza w jakimś podrzędnym barze przy autostradzie jest taką ujmą, że nić tylko zwiększyć wydatki na zbrojenia. Tego typu wakacyjne poradniki, przepisywane przez młodszych redaktorów, są najzwyklejszą kalką, pisaną na podstawie wcześniejszych poradników i tak dalej. Mogą mieć swoje źródło w tekstach tego czy innego podróżnika ale to obecnie bez znaczenia. Ciągnąc ten wątek, można przejść do wniosku, że kultura wielu krajów nie ewoluuje, pozostaje niezmienna i nie poddaje się wpływom innych kultur od pokoleń, co jest oczywiście bzdurą. Gdy zaś zaczniemy zbierać takie drobiazgi jak kolor whisky, nadany temu trunkowi w USA przez przypadek na dnie portu, w trakcie przemytu w brudnej beczce po innym alkoholu, że masa form sushi również przybyła z USA i dziś nie sposób powiedzieć, co się wtórnie zajponizowało albo, że fenomen pizzy również nie jest rdzennie włoski, okaże się, że cała ta wakacyjna kulturowa otoczka nie jest jakoś bardzo zobowiązująca. Tak w ogóle to makaron przybył z Chin, zatem jego włoskość można poddać w wątpliwość, a chińskie ciasteczka z wróżbą wymyślili Japończycy w USA, którzy z lubością prowadzili chińskie knajpy, gdy wybuchła na nie moda, bo średnio ich od Chińczyków odróżniano.

Okazuje się, że wbrew obiegowej opinii, Polacy często znają zagraniczne zwyczaje całkiem dobrze tyle że przez te głupawe teksty ich wiedza pełna jest stereotypów. W efekcie wszelkiej maści faux pas, mają miejsce w sytuacjach, w których wymagamy od Włocha, Francuza czy Japończyka zachowań charakterystycznych dla Włocha, Francuza czy Japończyka, tyle że ci nie wiedzą, że powinni się tak zachowywać. Identyczna sprawa ma się z postrzeganiem Polaków przez obcokrajowców. W trakcie pracy nad tym postem a dokładnie chcąc napisać następne zdania, zacząłem szukać informacji o Polsce na zagranicznych blogach. Przyznam, że coraz więcej piszących dementuje powszechną o nas opinię, iż jesteśmy dumnym, narodem doświadczonym przez II Wojnę i socjalizm, co ciąży na naszej świadomości ale mimo tego potrafimy wykrzesać z siebie pogodę ducha, ale nie dodaje nic ciekawego. I naturalnie pijemy wódkę. Wiedzieliście o tym? Ja na ten przykład nie. Oczekiwałem, żartu z wódką ale nie bardzo wiedziałem, że jest mi smutno przez socjalizm, choć mogłem się tego spodziewać. Zasługą tego wizerunku jest oczywiście polityka zagraniczna kolejnych rządowych tłuków, przez co jesteśmy bardziej kojarzeni z komunizmem niż postradziecka Rosja. Przykro to nam dopiero będzie jak aktualna władza wprowadzi gospodarkę centralnie sterowaną, ale smutne żarty na bok. Taki jest efekt powielania stereotypów. Jak się z tym czujecie? Ja osobiście trochę dziwne. Eksportujemy w świat klęski, Powstanie Warszawskie, II Wojnę i nieszczęsny komunizm. Naprawdę bardzo wiele zależy od eksportu kulturowego danego kraju, przepuszczonego przez jakieś kompleksy. Tutaj kompleksy klasy rządzącej. Nie oznacza to, że nie znalazłem absolutnie niczego pozytywnego o Polsce. Zdarzają się wpisy, i mam wrażenie, że jest ich coraz więcej, że Polska to coś więcej niż dramatyczne doświadczenia historyczne. Była mowa o współczesnej architekturze, potężnej scenie piw kraftowych, noblistach, licznych muzeach, zwłaszcza sztuki współczesnej co było miłym zaskoczeniem. I co bardzo ciekawe, to my potrafimy imprezować. Nie jakieś smutne chlanie bez polotu, tylko prawdziwa kultura picia. Piszący zgodnie stwierdzają, że polskiego nie da się łatwo nauczyć, ale za to bardzo chętnie mówimy po angielsku, niemiecku czy hiszpańsku, dlatego dla Polska jest łatwym w zwiedzaniu krajem w przeciwieństwie do takiej Francji. Równie dziwne mogą odbierane teoretycznie pozytywne stereotypy, które najzwyczajniej wprowadzają rozmówców w zdziwienie czy zakłopotanie.

Polak za granicą

Czy oznacza to, że jesteśmy narodem doskonale postrzeganym za naszymi granicami? Tak i nie. O ile jako wczasowicze jesteśmy postrzegani dość dobrze, tak żywe są pewne ogólne stereotypy. Tak złe jak i dobre. Dużo zależy od wieku osoby, która dane stereotyp powiela. Jeszcze do niedawna mieliśmy opinię złodziei, głównie samochodów. Dodatkowo uchodzimy za katolickich antysemitów, którzy dużo piją, choć jak wspomniałem wyżej pijemy z pewną klasą, której innym brak. Od pewnego czasu jesteśmy postrzegani jako dość pracowici, sumienni ale też trochę głupawi. Nadal funkcjonuje stereotyp o naszym niedouczeniu, braku znajomości języków obcych. Ten równoległy do opinii, że Polskę zwiedza się dość łatwo ma dwa źródłowody. Pierwsi emigranci do USA nie znali angielskiego w ogóle. Podobno po dziś dzień w Chicago są polskie dzielnice, gdzie angielski to raczej język obcy. Warto też dodać, że uchodzimy za naród trochę diasporyczny. Robimy za przymusowych migrantów, którzy nie potrafią rządzić własnym krajem. Potrafimy zachowywać się porządnie tylko gdy widzimy Pana, najlepiej zachodniego, bo u siebie jesteśmy stadem warchołów. Często można usłyszeć, że jesteśmy zagorzałymi komuchami, dużo narzekamy acz z uśmiechem na ustach – trochę dziwne, ale cóż – no i ten antysemityzm. Ten mit wynika z nieporozumień, że się tak eufemistycznie wyrażę związanych z niemieckimi obozami koncentracyjnymi na ziemiach polskich. Niestety społeczność żydowska w USA ma tendencję do jego powielania, co jest trochę smutne. Prócz tego ma bliżej nieokreśloną genezę. Po prostu w oczach Zachodu nie lubimy Żydów, choć w Polsce ich niemalże nie ma.

Zatem istotnym jest kogo zapytamy. Inne zdanie będzie miał stary nacjonalista z USA a inne młody Brytyjczyk. W akapicie tym zebrałem różnorodne stereotypy o Polakach, które żywią różne grupy i narody. Nie ma też przeszkód by funkcjonowały dwa trochę sprzeczne stereotypy. Takim przykładem może być Włoch czy Hiszpan, ze swym południowym temperamentem, uchodzący za lenia, obiboka i brudasa, który talerze myje tylko z góry bo na spód nikt nie zagląda.

Kompleks narodowy

Ten pozostaje faktem. Stereotypowy Polak Awanturnik w Klapeczkach z Torbą z Biedronki, jest zjawiskiem marginalnym. Powstał jako mem, forma Innego. Osoby nieobarczone kompleksem zachodu, przeważnie czują się dość swobodnie i nie biorą udziału w tych dysputach. Przeważnie to osoby bardzo niepewne siebie, zakompleksione, pełne poczucia wstydu są ich inicjatorami i głównymi uczestnikami. Inny to bardzo użyteczna kategoria pozwalająca przelać weń to czego się wstydzimy, boimy, wszystkie negatywne cechy, których istnienie podejrzewamy u siebie chociażby w minimalnym stopniu. Równocześnie bardzo nie lubimy innych Polaków w swoim wakacyjnym otoczeniu. Do tego stopnia, że czasem udajemy, że po polsku nie mówimy byle nie przyczepili się do nas jacyś Polacy. Głównie dlatego, że za granicą oceniamy się z surowością gdzie indziej nie spotykaną.

Nie twierdzę, że jesteśmy doskonali gdyż wiele rzeczy pozostawia dużo do życzenia, chociażby to jak zachowujemy się na drogach wobec innych uczestników ruchu, siebie na wzajem. Nigdy nie zrozumiem czemu takim szacunkiem darzymy kogoś, kto oszukał, ukradł, pominął, nie zapłacił, nie wypłacił. Z miejsca plus dziesięć do szacunu na rejonie. W jakiś sposób podziwiamy stereotypowego niemieckiego kierowcę, który przestrzega przepisów, szanuje prawo własnego kraju a równocześnie najprostszym sposobem wywołania agresji kierowcy jadącego za nami jest jazda zgodnie z przepisami. Co dziwne ten sam kierowca wjechawszy na teren Słowacji nie pozwoli sobie na takie wyczyny a wysiadłszy z auta będzie się nawet normalnie zachowywał w kurorcie. Zatem tak, mamy liczne przywary, na które nie zwracamy uwagi tworząc takie, które można zmyć krytycznym komentarzem by poczuć się lepiej.

Kolejną dziwną przywarą Polaków jest źle pojęty kosmopolityzm. Nie wszystkich, tych obarczonych omawianym kompleksem. W ich mniemaniu Polak musi znać angielski, włoski, japoński i suahili ale zwrócenie uwagi, że Ukrainiec albo Włoch nie chce mówić po polsku wywołuje atak “nacjonalistycznej histerii”. Przyznam szczerze, że jest to dziwne uczucie gdy w małej wiosce, w której mieszkało się długie lata nie można zrobić zakupów bo kasjerka nie zna innego języka niż ukraiński. Śmiejemy się z Januszów, którzy wyjechali do UK porozumiewając się jakąś pidżynową wersją angielskiego zamiast władać nim niczym Shakespeare albo Tolkien, ale ze strachem w oczach przed posądzeniem o nacjonalizm boimy się poprosić, żeby rozmówca przestał wrzeszczeć do słuchawki, bo on coś tam chce ale nie bardzo wiesz co, bo nawija w swoim narzeczu.

Wracając jednak do sprawy, najbardziej z naszego Stereotypowego Polskiego Turysty, naśmiewają się osoby, które wstydzą się same siebie, albo przejawiają tego typu zachowania, wyolbrzymiając je u Innego, celem samorozgrzeszenia. To jak postrzegamy Polskę, siebie widać wszędzie, nawet w fantastyce, gdzie słowiański klimat, oznacza bandę obszarpanych brudasów w szałasie. Chciałbym też wiedzieć, czy rokrocznie Anglicy, Francuzi i Niemcy rozpisują się sążniście na temat zwyczajów innych nacji? Mamy masę pozytywnych stereotypów o wszystkich nacjach – za wyjątkiem Rosjan – oraz równoważącą je ilość negatywnych o samych sobie.

fot. w nagłówku bussinesinsider