Fotografia podróżnicza

Fotografia podróżnicza

Dobre sobie. Fotografia podróżnicza to po prostu fotografia turystyczna z odrobiną ozdobników celem podbudowania własnego ego. Podróżnik od turysty nie specjalnie różni się czymkolwiek, poza tym, że sam sobie rezerwuje pobyt w hotelu a czasem, śpi w namiocie. Często wartym więcej niż PKB przemierzanego kraju…

Fotografowanie jest nie tylko rodzajem zaświadczania o
przeżyciu czegoś, jest także środkiem rezygnacji z przeżyć,
ponieważ człowiek ogranicza przeżycia wyłącznie do
poszukiwania ładnych widoków, przekształca je w obrazy i
pamiątki. Podróż staje się strategią gromadzenia zdjęć. Sama
czynność ich wykonywania działa kojąco i łagodzi ogólne
poczucie dezorientacji, które podróż jeszcze wzmaga. Większość
turystów odczuwa przymus odgrodzenia się aparatem
fotograficznym od czegoś, co jest godne uwagi, a co napotyka
po drodze. Niepewni, jak się zachować, robią zdjęcia. Nadaje to
kształt przeżyciom: zatrzymać się, zrobić zdjęcie i ruszyć dalej.

Zaczniemy od małego cytatu z O Fotografii, Susan Sontag. Powiedzcie, czy ta książka nie jest genialna? Pomimo upływu lat zachowuje świeżość, choć jest jedynie zbiorem felietonów. Im jednak bardziej zagłębiamy się w psychologię fotografowania, tym bardziej odkrywamy że miała rację.

Przyznać muszę, że lubię się przemieszczać i lubię podporządkowywać całe wyjazdy robieniu zdjęć. Przeważnie fotografuję puste uliczki, architekturę. Rzadko kieruję aparat w stronę ludzi. Nigdy nie byłem na wyjeździe typu all inclusive i korzystających z takich atrakcji postrzegałem jako ignorantów. Po co jechać do Egiptu, żeby spędzić tydzień w kurorcie nad basenem waląc wódę? Osobiście wyrobiłem sobie złośliwą opinię, że ma to jakiś związek z kultem Słońca. W Polsce to słońca nie ma, albo pada albo zimno a w Egipcie, panie to jest słonko, cieplutkie morze, chociaż siedzę nad basenem. Nie to co nad Bałtykiem. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że ostatnie prawie dwadzieścia lat w Polsce to ciągłe fale upałów. W jakiś jednak sposób różni się słońce Egiptu od słońca polskiego. Myślę, że tak jak nasze niebo od włoskiego.

Imponowali mi podróżnicy, chodzący własnymi ścieżkami. Sami rezerwują lot, zamiast z przewodnikiem sami wybierają się na bazar. Fotografują Taj Mahal inaczej, tak samo jak inaczej fotografują świętych mężów, wielbłądy i inne egzotyczne rzeczy. Wiecie, lepiej, inaczej. Mają styczność z prawdziwą kulturą, docierają do prawdziwych ludzi. Pokazują nam ich prawdziwe życie. Przynajmniej tak się wydaje.

Pamiętam powieść dziewczyny, z którą się onegdaj spotykałem a która kochała podróże. Jako fanka krajów ciepłych udała się do jednego z nich z kolegą, nim nasza znajomość jeszcze się zaczęła. Opowieść była trochę naciągana, bo ponoć dotyczy to głównie wysokich, niebieskookich, blondynek a nie niskich brunetek ale dobra. Dwóch smagłolicych dżentelmenów zaproponowało za nią dwa wielbłądy i kozę. W opowieści swej napomknęła, że była przerażona bo gdyby kolega się zgodził, zostałaby sprzedana za wspomniane zwierzaki. Wszyscy w Egipcie czy innym Maroko mają wielbłądy? Gdy zaś szukam opisu takich przygód na blogach podróżniczych cena dochodzi do stu wielbłądów. Może przez te dwanaście lat ceny się zmieniły a może za blondynki płacą inaczej? A może znają te opowieści i raczą głupawym żartem każdego, kto się im napatoczy? I pytanie czy sytuacja w ogóle miała miejsce. Najprawdopodobniej była zwyczajnie zmyślona.

 

Turysta

Kim właściwie jest podróżnik? Gdzie musi udać się podróżnik aby być podróżnikiem? Najlepiej do krajów trzeciego świata, globalnego południa, zwał jak zwał. Biednych ale w miarę bezpiecznych, by można było przenocować w namiocie. Cóż bowiem złego, jakaż awanturnicza przygoda, może przydarzyć się podróżnikowi w Londynie, gdzie minimalna znajomość angielskiego pozwoli na znalezienie noclegu, zakup właściwie wszystkiego? No bójka w barze albo napad. Kraj zacofany, biedny, to godny cel dla podróżnika. Trzeba radzić sobie samemu, być zaradnym, poznać lokalną kulturę. Pytane brzmi, czy owa lokalna kultura nie jest aby teatralną sceną, na której można odegrać rolę podróżnika?

Nie można powiedzieć, by istnieli dziś jeszcze podróżnicy. Wszyscy jesteśmy turystami, przemieszczającymi się według obrazów. Obrazy wyznaczają kierunki tak zwanych podróży, które odbywamy rokrocznie w ramach rytuału jakim są wakacyjne wyjazdy. Aby nadać temu odrobiny dziewiętnastowiecznego romantyzmu, czasem nie korzystamy z biur podróży, bo tak robią Janusze. Rozumiem, że każdy z nas potrzebuje czuć się trochę lepszym od innych. Wszak jestem prawdziwym fotografem a nie Ziutkiem z luszczanką od mamy na osiemnastkę. Choć uwaga o lustrzance robi się nieco archaiczna. Prawdziwy traveler rezerwuje nocleg przez Booking czy jakiś tam inny portal z hotelami. Celem ich jest zaś powtórzyć obrazy, które widzieliśmy u znajomych, albo tak zwanych podróżników w portfolio. Jedziemy, docieramy i przecieramy. Oczy ze zdumienia. Kręcisz głową i nijak to co zastałeś nie pasuje do tego co było na zdjęciu. Może jednak ktoś zadał sobie trochę trudu w zrobienie lepszego zdjęcia niż przeciętny turysta. Nawet jeśli ktoś może pozwolić sobie na częstsze opuszczanie miejsca zamieszkania to efektem jego działań jest tworzenie wyobrażenia o celach swych wojaży. Co bowiem fotografujemy? Świętych mędrców przemierzających subkontynent, Taj Mahal, feerię barw sari i te nieszczęsne pociągi, w których przejazd kosztuje dolara czy dwa.

Małym urozmaiceniem będzie jakiś biedak, ale tutaj nie za biedny, żeby nie zepsuć sielankowego wyobrażenia o stolicy duchowości. Równocześnie nikt nie dostrzega dzieci. Podobno do trzystu tysięcy dzieci jest wykorzystywanych do pracy jako mali żebracy. Są bite, głodzone, czasem okaleczane by wzbudzić większe współczucie u turystów, którzy czasem mają kompleks białego kolonizatora. Ciekawym jest, że udziela się on osobom z krajów, które nigdy nie miały kolonii a nie handlowały zamorskimi niewolnikami. W gruncie rzeczy czy na własną rękę czy z biurem podróży, podróż owa kończy się w resorcie ze szpanerskim basenem, takim wiecie, z taką krawędzią którą wygląda jakby umożliwiała radosny skok kilka pięter w dół, kieliszkami do szampana, wiadomo bowiem, że w dziczy mają kieliszki do szampana i wypinaniem zadu w stronę kamery. W sumie olać tą całą lokalną kulturę i mieszkańców. Liczy się czy podróżniczka jest należycie urodziwa.

Bardzo często urocze kurorty otoczone są najzwyklejszą biedą. Tym bardziej zachwycający jest trend biedaturystyki, czyli zorganizowanych wycieczek do faweli gdzie można sobie sfotografować nędzarza. Obroną biedaturystów jest, ich wkład w przetrwanie. Otóż kilka dolców pomoże naszemu nędzarzowi przetrwać. Byle się za bardzo nie utuczył, bo co to za nędzarz co nie żyje w nędzy? Znów bez przesady. Na ich obronę można powiedzieć, że czasem faktycznie tak jest. W jednym z pierwszych tekstów pisałem o afrykańskich plemionach robiących w konia turystów. Otóż nie mająca nic wspólnego z jakimikolwiek rdzennymi obrzędami szopka odstawiana ku uciesze przyjezdnych umożliwiła im często znaczne podniesienie poziomu życia. Przed chatą tańce z rogami, w chacie czterdziestocalowa plazma. Gdy ktoś decyduje się nocować u lokalsów, okazuje się, że znać ich może z polecenia. Przez głowę nie przechodzą mu myśli, że może ci ludzie trudnią się, parają biznesem polegającym na udostępniania kawałka podłogi backpackerom. Poczęstują herbatą, opowiedzą o lokalnych wierzeniach, kulturze a po wyjściu zrobią to samo dla kolejnego i kolejnego.

Drugim cudnym nurtem są podróże za jeden uśmiech, czyli za darmo albo z pomocą lokalsów po krajach prawdziwie biednych. Podróżnicy doradzają sobie jak tanio albo bezpłatnie zjeść, jak załatwić sobie nocleg albo transport nie ponosząc żadnych kosztów. Wypicie koledze piwa na krzywy ryj stanowi poważne naruszenie zasad towarzyskich, gdy piwo dostać można za złote dwa. Wielką jest towarzyską zbrodnią pić na krzywy ryj wątpliwej jakości trunek za wspomniane złote dwa. Wyżebranie zaś noclegu w kraju, w którym ludzie żyją z oparach toksycznego dymu odzyskując co cenniejsze surowce z naszej zużytej elektroniki jest zupełnie na miejscu. Czasem żadni przygód podróżnicy przygrywają na gitarze, celem zebrania pieniędzy na dalszą drogę. Urocze. Oczywiście w kieszeni elektronika, której wartość rynkowa przewyższa ceny nieruchomości w zwiedzanym kraju by za kilka lat powrócić tu nielegalnie jako odpad. Okazało się to do tego stopnia irytujące, że pojawiają się teksty, iż wjeżdżający do niektórych krajów muszą zadeklarować i okazać posiadanie kwoty umożlwiającej wynajęcie noclegu, zakup pożywienia i powrót do kraju pochodzenia.

Welcome to Sodom
Kadr z filmu dokumentalnego “Welcome to Sodom” / Tutaj nielegalnie trafia elektrozłom, przy pomocy którego wykonano i spisano niejedną relację podróżniczą.

Dusza zaklęta w obrazie

Nasze wyobrażenie o obcych kulturach również jest wypaczone. Cały show, który serwują nam mieszkańcy uroczego zakątka dawno stracił jakikolwiek kontakt z kulturą przodków. Patrz przykład z Afrykańczykami obwieszającymi się rogami i kośćmi, celem dopasowania do filmowych wyobrażeń o dzikich. Zatem czemu mieszkańcy innych turystycznych zakątków nie mieliby się nauczyć odgrywać dla nas roli przyjacielskich, uczynnych, życzliwych przedstawicieli świata Orientu zawsze gotowych usłużyć podróżnikowi? Będąc niemiłymi opryskliwymi i agresywnymi nie zyskali by sobie sympatii. Turystyka wstrzymuje rozwój tradycyjnych kultur. Przynajmniej bardzo, ale to bardzo na to liczy. Kto chciałby by ulice Tunisu zamieniły się w to co znamy z Europy? Zależy nam, podróżnikom, by trwały w niezmienionej postaci przez tysiąclecia. By ludzie żyli tam zgodnie z kulturą i tradycją przodków. Choć kultura jest bytem mniej więcej ciągłym.

Rozkoszujemy się bazarami gdy obok stoją centra handlowe. Może troszkę dalej od dzielnicy bazarów, ale są. Dlaczego miałoby nie być? Wszystko co tubylcy czynią, czynią z myślą o turyście. Tam zaś gdzie nie stoją, pragniemy by nie powstały. Odpowiedź na pytanie dlaczego jest prosta. Bo potrzebujemy materiału do kolorowych zdjęć. Pół biedy jeśli jedziemy do dość zamożnego kraju jakim jest Japonia. Zabawnym jest jednak oczekiwanie, że po ulicach biegać będą gejsze i samurajowie ku naszej uciesze. Ciekawe co myśli idąca chociażby na pogrzeb kobieta ubrana w kimono gdy ktoś próbuje jej zrobić zdjęcie. Tłumaczymy to sobie legendą kraju, który pogodził to co tradycyjne z tym co nowoczesne. Hasło jest tak oklepane, że wykorzystano je w filmie Ostatni Samuraj. Wielce znamienne, że połączenia dokonał Amerykanin. Właściwie to bardzo lubię ten film. Japończycy swego czasu nastwienie na turrystykę dokonali prawdziwego teatralnego majstersztyku. Pisałem już o tym przy okazji lektury książki Japonia utracona. Wycięli prastare drzewa, wysypali żwirem, posadzili kilka rachitycznych sosen, tu przebudowali, tam przerobili. Jaki procent z tego co widzimy ma jakikolwiek związek z tradycyjną kulturą tego kraju a jaki to szopka mająca spełnić oczekiwania turysty? Dziwnym zbiegiem okoliczności obiektywy nasze odwracają się od hinduskich lekarzy, afrykańskich informatyków, czy markoańskich studentów. Czyżby żadnych nie było? Nie ma w Idniach młodzieży, która porzuciła wiarę przodków i radośnie wsuwa wołowinę wątpliwej jakości w fastfoodach?

Tradycja to związek z przeszłością i przyszłością. Tak było dawniej, tak będzie jutro. Najpiękniejsze jest jednak to, że potrafimy wspierać ten mit choć każdy z nas chodził do szkoły. Jak ma się potężny ceglany gotyk do drewnianej zabudowy Biskupina? Tradycją musi być związana także ze sferą emocjonalną. Stąd wszelkie święta i obrzędy. Mają dać nam wrażenie owej ciągłości, choć pomiędzy tym jak obchodzimy Boże Narodzenie dziś a tym jak obchodzono jest osiemset lat temu? Nie obchodzono. Zatem gdy ktoś mówi, że coś jest nasze, słowiańskie i powinniśmy to szanować, to trochę się myli. Większość z nas nie czuje z tym żadnego związku emocjonalnego, nawet ci którzy próbują stare tradycje kultywowaćWidzimy jednak, że tradycje był, zmieniały się i upadały.

Tłumaczenie zaś pewnych zachowań różnicami kulturowymi jest zaś przejawem pewnej ignorancji. W kontakcie z turystami wychowuje się nie pierwsze pokolenie. Tymczasem zachowania wielu osób nadal objaśnia się w ten sposób. Chociażby bakszysz albo targowanie się na bazarach. Podpowiem, że u nas również targowanie się na…targach, było bardzo popularne do chwili ich niemal całkowitego zaniknięcia. Wszystkie trochę sztuczne teksty o targowaniu się na tureckich bazarach, są mocno życzeniowe. Naprawdę uważacie, że Turcy są tak głupi, że przez ostatnie sto lat nie połapali się, że istnieją między nimi a mówiąc ogólnie, nami, różnice kulturowe? Poważnie? Oni raczej odgrywają rolę, której oczekuje turysta.

Oczekujemy zaś całkiem sporo. Chociażby że niektóre grupy będą żyły na zdjęciach, czy też raczej wedle zdjęć. Nie zmienią się byśmy mogli niczym pierwsi antropologowie przywozić zdjęcia dzikich plemion, fragmenty Orientu. Ciężko powiedzieć z czego to wynika. Być może z potrzeby wiary, że gdzieś na świecie ludzie żyją tak samo jak ich przodkowie sprzed tysiąca lat. Prawdopodobnie chodzi o opozycję wobec notorycznej zmiany, która dotyka nas samych każdego dnia, gdyż znajdujemy oparcie w modzie a nie w tradycji. W sumie nawet książek nie chce nam się kupować w księgarniach, bo wygodniej skorzystać z dobrodziejstw nowoczesności i zamówić na Amazonie więc pragniemy by ktoś inny zachował dla nas tradycję, z którą nic nas wprawdzie nie łączy, ale odczuwamy potrzebę jej zakonserwowania jak w skansenie. Równocześnie rzadko zadajemy sobie pytanie jaki jest nasz związek chociażby z zabytkami, które teoretycznie są fragmentem naszej kultury. Może faktycznie stanowią jak to określił Levi-Strauss trwanie poza czasem. Stare miasto czy to Krakowa czy Gdańska, choć tutaj z pewną umownością, poszczycić się może wiekowością, która obecnie pełni fuknckję bramy poza czas. Może dlatego tak jak on, dziwnie czujemy się w miastach bez zabytków? Dobra ksiąka to jednak dobra książka.

Ta dziwaczna antropologia sprawia nam jakąś radość. Niczym Malinowski ruszamy badać obce kultury, których obraz mamy dokładnie nakreślony przez niezliczone blogi podróżnicze i zdjęcia. Równocześnie motywacje Malinowskiego, zawarte w jego dziennikach pokazują, że był egocentrycznym, zimnym, wyrachowanym dupkiem, który za nic miał swoich dzikich. Poruszyłbym jeszcze kwestię strachu. Świat w którym wszyscy będziemy tacy sami wydaje nam się przerażający. Ziszczenie się wizji globalnej wioski na modłę amerykańską spowoduje, że podróże nie będą miały większego sensu.

Życzeniem turysty jest dzikus, który boi się, że magiczne pudełko skradnie mu duszę. Nie wiem, czy wy wiecie ale na forach nadal można trafić na ten argument, zwłaszcza w kontekście sporów pomiędzy tubylcami a fotografami. Zastanówcie się zaś jakbyście się czuli gdyby ktoś wsadził Wam aparat w ucho celem uchwycenia okazu, kolorytu lokalnej kultury? Znając niektórych krewkich młodzieńców wybuchłaby bijatyka. I nie tylko młodzieńców. Wielce interesującym jest, że rzadko zastanawiamy się ile dać Włochowi albo urodziwej Włoszce za portrecik. Japońskie lolitki również nie będą zainteresowane i możemy zostać pogonieni przez ich kolegów. Tymczasem Egipcjanka czy Hinduska bez mała powinny dać się sfotografować, na forach dyskutujemy ile za takiego czy taką, choć nie każda osoba pra się robieniem za okaz. Ta sama urodziwa Afrykanka będąc chociażby w Polsce zażądałaby za pozowanie kwoty znacznie wyższej, może nawet wystawiając fakturę? Problem fotografii ulicznej nie jest nowy i wraca jak bumerang co jakiś czas. Kwestie fotografii na ulicach rozpatrujemy w kwestii prawa, swobody ekspresji, sztuki, naruszenia prywatności, przestrzeni publicznej. Wyjeżdżając poza pewien krąg, swoistą drugą granicę, rozpatrujemy to w kategorii bakszyszu. Teraz rozumiecie, czemu często turystykę rozpatruje się w kontekście stosunków kolonialnych? W Londynie, choć nadal będąc turystą, kontynentalny Europejczyk jest bez mała u siebie. Musimy się traktować na równi. I tak sfotografowany bez zgody przez Anglika Polak, zacznie taką samą awanturę jak w sytuacji odwrotnej. Nie ma mowy o żadnych bakszyszach, tradycji. Jest odpłatna usługa, prawo do wizerunku. Tyle, że nie każdy mijany się nią para i może być najzwyczajniej poirytowany.

Pociągnijmy jednak temat dalej. Omawiana konieczność zrozumienia lokalnej kultury, ciągłe tłumaczenie wszystkiego różnicami kulturowymi jest przejawem, i nie chce mi się już tego powtarzać, europocentryzmu. My, przedstawiciele kultury wyższej musimy zrozumieć kulturę odwiedzanego kraju, gdyż oni nie są w stanie tego dokonać i będą nas mierzyć swoją miarą, wierząc, że panują u nas takie same zwyczaje jak u nich. Stanowi to przejaw kolonializmu i rasizmu. Pamiętaj zatem, że gdy bronisz praw przybyszów z innych krajów, zwłaszcza trzeciego swiata do zachowania własnej kultury, negujesz konieczność asymilacji, cóż, jesteś rasistą. Maskowaniu tego służy gloryfikacja lokalnej kultury w stosunku do własnej. Tu tradycja, tam duchowość, zrozumienie przyrody i inne takie. My jesteśmy kosmopolitami, ich świat ogranicza się do miejsca zamieszkania. Często ze względów finansowych. Zdecydowanie jednak lepiej tłumaczyć sobie niechęć do aparatu kradzieżą duszy. Ale wiecie, że mają smartfony? Cały koncept kradzieży duszy, popularny jak świat długi i szeroki wydaje mi się dość naciągany. Prawdopodobnie wcale nie chodziło o kradzież duszy, tym bardziej że gdzieś miałem okazję przeczytać, że członkowie prawdziwie pierwotnych plemion nie bardzo wiedzieli jak czytać zdjęcia. Dostawali je, ale nie specjalnie potrafili w tych obrazkach rozpoznać siebie albo bliskich. Być może brak dokładnych metod obrazowania, powoduje, że dwuwymiarowy nieruchomy obraz jest dla nich nieczytelny. Tyle, że to relatywnie współczesne badanie. Pamiętajmy, że gdy wykonywano pierwsze zdjęcia w Afryce czy Ameryce Północnej, nie istniały szybkie metody wykonywania odbitek. Zatem jak powstał mit kradzieży duszy i jakim cudem żyje po dziś dzień? Być może ktoś źle zrozumiał, przeinaczył albo po prostu zmyślił. Czyż nie lepiej myśleć tak o zasłaniającym twarz mieszkańcu Afryki, niż o kimś kto ma ochotę rzucić w ciebie cegłą bo go wkurzasz? Z resztą jak się okazuje niewielka opłata świetnie utratę duszy rekompensuje, zatem nie ma się czym przejmować, nawet w sytuacji postrzegania bakszyszu jako niewielkiej opłaty za coś niegodnego. Kawałek albo i cała dusza za kilka, a nie wiem jaką tam mają walutę.

Powiedzcie mi, co by się zaś stało gdyby trzeszczące, rozpadające się, brudne składy ustąpiły miejsca rozpędzającym się do trzystu dwudziestu kilometrów pociągom podobnym do japońskich Shinkansen? Koniec z wychylaniem się za okno nad przepaścią. Swoją drogą, nie rozumiem upodobania turystów, przepraszam podróżników – travelerów, do korzystania z najtańszych opcji. Rozumiem, że często kasa jest wyliczona co do rupii, ale stwierdzenie, że tylko podróżując tanio można naprawdę poznać lokalną kulturę jest trochę pretensjonalne i nieprawdziwe. Tym bardziej, że jeszcze nikt dokładnie nie wyjaśnił na jakiej zasadzie się to odbywa. Chodzi zapewne o jakiś kontakt z ludźmi, prawdziwymi mieszkańcami danego kraju. Należy rozumieć, że Amrita Pritam jest nieprawdziwa? Na kulturę wysoką najczęściej nas nie stać, albo nasza wiedza nie pozwala na jej odbiór. Względnie nikogo nie obchodzi, bo uzbrojeni w koszmarnie drogie aparaty travelerzy o aparycji neohippisów musieliby w brutalny sposób przeskoczyć z niezmiennej przeszłości do niepewnej teraźniejszości. Właściwie w podróży przez Indie najbardziej ujmująca jest ta bieda. Ten rozpadający się, śmierdzący skład. Pewnego uroku dodają nawet spóźnienia sięgające kilkunastu godzin, choć gdy pociąg lokalnych kolei spóźnia się dziesięć minut natychmiast słyszymy wieloznaczne słowo, z akcentem położonym na r. Ciekawe. Jak to jest, że dziesięciogodzinna podróż przez jakieś indyjskie zadupie jest tak pasjonująca a trwająca…też dziesięć godzin podróż z Katowic do Gdańska z przesiadką w Warszawie wywołuje chęć mordu? Może dlatego, że w kraju położonym w centrum Europy pociągu nie powinny wyprzedzać psie zaprzęgi.

Pojawia się tutaj też kwestia pewnej solidarności. Skoro indyjska klasa średnia marząca o podróżach, domkach jednorodzinnych i kawie ze Starbucksa, nie chce się solidaryzować ze swoimi ubogimi, czyli dokładnie tak samo jak my, to możemy pokazać, że jesteśmy lepsi niż oni. Pojedziemy zatęchłym, usyfionym wagonem wcześniej służącym do przewozu towarów, może jeszcze za czasów Imperium Brytyjskiego. Nie wiem czy wiecie, ale im wyżej w hierarchii społecznej stoimy, tym bardziej dbamy o utrzymanie podziału klasowego. Nagle ogarnia nas dziwna chłopomania. Możliwe, że podróżujący w ten sposób chcą odciąć się od luksusów Orient Expressu, którym do Indii przybywali wysłannicy Królewskiego Instytutu Antropologii.

Uczepiłem się wizyt w krajach słabo rozwiniętych, ale czy czy słyszeliście kiedyś termin burakuminNazwę Ainu albo Ryukyuan? Nie? Cóż, wyjeżdżając do dalekiej Japonii, zachwycamy się Harajuku i Shinjuku, oraz hostessami w kusych spódniczkach. Swoją drogą w Europie albo USA wybuchłaby afera za coś takiego. Seksizm, uprzedmiotowienie kobiet, granda zwykła. Natomiast w kontekście Japonii guzik możemy zrobić. Możemy im palcem pogrozić a ci ukłonią się w pas i każą nam spier**, w taki sposób, że poczujemy podniecenie z powodu zbliżającej się podróży. Opisując kraje biedne, nierozwinięte jeszcze mamy odwagę powiedzieć coś o dyskryminacji mniejszości etnicznych. Natomiast mało który znawca Japonii, bloger i podróżnik zająknie się chociażby słowem o trwającej po dziś dzień polityce wytępiania Ainu i Ryukyuan.  Tych pierwszych pozostało około 200 000, ale według nieoficjalnych szacunków. Dane rządowe podają liczbę 25 000, dzięki czemu można ich marginalizować. Z tymi drugimi jest trochę gorzej bo rząd musi sobie radzić z 2 milionami rdzennych mieszkańców maleńkich wysepek. Do tego dochodzi około trzech milionów wykluczonych. Przezorni Japończycy na początku lat dziewięćdziesiątych przestali prowadzić dokładne statystyki, przez co obecnie może w tym jakże pięknym kraju, żyć około 3 milionów ludzi, spośród których duża część nie chodzi do szkół, nie ma dostępu do opieki medycznej a korporacje mają listy nazwisk z określonych regionów, których kategorycznie nie wolno zatrudniać. Zasilają wiec szeregi Yakuzy. Nie wiem czy wiecie, ale wykluczeni, nieczyści, często zsyłani byli do gett, narzucano im określony ubiór a nawet…tatuowano, by uczciwy Japończyk mógł ich odróżnić. Ninkyō dantai, jak określa samą siebie japońska mafia, przejęła ten zwyczaj czyniąc z niego powód do dumy. Co z kobietami? Cóż, biorąc pod uwagę kiepską sytuację mężczyzn w patriarchalnym kraju, to zapewne trafiają do azjatyckich burdeli. Z resztą prostytucja była właśnie jednym z czołowych zajęć burakuminów. Wykorzystywani są do pracy w przemyśle mięsnym, produkując za głodowe stawki wołowinę, między innymi wagyu, której cena według Google to jakieś 800 zł za kilogram. Wiele razy czytałem o wspaniałości wołowin japońskich, ale nigdy o tajnikach ich produkcji.
Tłumaczenie takich zjawisk kulturą jest niebezpieczne, bo omawiany kraj uchodzi za cywilizowany i rozwinięty. W przypadku afrykańskich plemion wycinających się nawzajem tłumaczenie dzikością jest możliwe. W przypadku Japończyków? Niebezpieczne. No, Niemcy też mieli taką kulturę a Amerykanie utrzymują na głodowych stawkach kurierów pewnego znanego sklepiku. I też próbowali wytępić pewne mniejszości etniczne, ale pochwalanie tego jest absurdalne. O ile każda podróżniczka przywozi z krajów islamskich opowieść o ofercie zakupu za bydło, tak w Japonii mogłoby się to udać. Ciekawe też jak travelerzy tak zaznajomieni z lokalną kulturą niebiańskiego Nepalu wyjaśnią kolejną próbę wprowadzenia zakazu podróży dla kobiet? Nie mieszajmy kultury do polityki. Poznanie kultury danego kraju czy regionu, to mozolne składanie puzzli, przy czym jeden obraz nie wystarczy. Najcześciej zaś opisujemy pojedyncze kawałki z różnych zestawów.

Wychodzi też na to, że bardziej lubimy kraje postkolonialne, bo możemy jechać tam z wyższością, niczym pierwsi antropologowie, brani za potężne bóstwa albo wzbudzający strach niezrozumiałymi dla miejscowych instrumentami, takimi jak aparat fotograficzny. Bogowie z więzieniem dla dusz.

Religia

Zacznijmy od naszego podejścia do religii. Europa ogólnie rzecz ujmując się laicyzuje. Zanegowaliśmy związek naszej kultury z religią – choć religia jest wytworem kultury – i dość często postrzega się u nas osoby głęboko wierzące jako zabobonne. Ot, ciemnogród. Udając się do krajów gdzie silna jest w naszym przekonaniu wiara w kradzież duszy, tłumaczymy to głębokim zakorzenieniem w religii właśnie, choć doskonale wiemy, że religia to mandragora dla mas. Zabobon, gusła. Musimy zatem uznać, że traktujemy ich jak ciemniaków. Dzięki temu stają się bardziej dzicy, pierwotni. Ciągle nie mogą nas dogonić, pozostają rozwojowo w tyle. My, przybywamy z urządzeniami do chwytania światła, jesteśmy przedstawicielami świata nauki. Mamy fizykę i antropologię. Stosunek zaś do religii może być u nich taki sam jak u nas. Ilu z nas chodziło do kościoła bo chodziło, bo sąsiad chodzi, bo babcia kazała? Z resztą wszelkiej maści guru też dawno połapali się, że można na tym dobrze zarobić i serwują nam taką wersję jakiej potrzebujemy, żeby było nam z nią wygodnie. Raz jeszcze należy zapytać, czy naprawdę ktoś sądzi, że po takim czasie włączając kolonizację brytyjską, niczego się o nas nie nauczyli? Sami z siebie się nie zmienili?

Podróż

Podróż traci sporo ze swego romantyzmu, gdy pociąg pędzi z taką prędkością, że jeszcze nie zdążymy usiąść, nie mówiąc o wyjęciu aparatu a uprzejmy głos informuje nas żeby kierować się do wyjścia. Równocześnie mało komu chce się tłuc przez całą Europę aby dostać się do Madrytu. Trafiają się tacy, ale nie jest to masowe zjawisko. AirBus wydaje się wygodniejszym rozwiązaniem. W tak zwanych podróżach pomiędzy krajami cywilizowanymi, rozwiniętymi dominują cywilizowane, zaawansowane środki transportu. Gdy zaś trafiamy do Indii wręcz cieszy nas śmierdzący przedział przypominający bardziej coś do przewozu bydła niźli ludzi.

Dalej! Zauważyć można jeszcze inne zjawisko. Osoba, która podróżuje po Europie czymś tak prymitywnym jak kolej postrzegana jest jako trochę staroświecka. To nigdy nie leciałeś? Pogardliwe prychnięcie. Trafiwszy zaś do świata gdzie czas się zatrzymał, choć miejscowych może to niezbyt cieszyć, bo umieranie na wściekliznę chyba nie należy do najprzyjemniejszych, nie wspominając o głodzie, polio i całej masie innych zagrożeń, których nazw nawet już nie znamy, znaczymy slow travel. Nie ma się gdzie spieszyć, tu żyje się wolniej. I głodniej.

Idąc za myślą Claudea Lévi-Straussa, takie postrzeganie podróżowania, próba zatrzymania innych kultur w niezmienionej formie, będzie próbą zatrzymania rozrostu monokultury. Dawniej, cywilizacja była swoistą perłą pośród dzikich plemion. Obecnie wchłania je, tworząc jedną wielką mniej więcej spójną kulturę, która niczym się nie różni. Stąd taka potrzeba zachowania marokańskich bazarów, indyjskich świątyń i czego tam jeszcze. Bloki wszędzie są takie same. Levi-Strauss zauważa coś jeszcze. Patrzymy wstecz. Otóż wielce nam smutno, że nie zobaczymy tego co mógł zobaczyć on pięćdziesiąt lat temu. On sam zaś przyznaje, że rozpacza iż nie może zobaczyć tego co jego poprzednicy kolejne pięćdziesiąt lat wcześniej. Nie dodaje, że bardzo często jest to obraz romantyczny, wyidealizowany. Myślicie, że w takich wałkowanych przez cały tekst Indiach, ludzie nie umierali z głodu przed przybyciem białych kolonizatorów? Tworzymy w wyobraźni idylliczne krainy, złożone z tego co najbardziej nam się podoba. Tymczasem jakiego maharadżę obchodzili chłopi? Zapewne w takim samym stopniu jak naszych władców feudalnych. Tyle o ile. Zapatrzeni w przeszłość przegapiamy to co dzieje się tu i teraz.

Podróżujemy zatem po skansenach. Raczej mało kto poza naprawdę odważnym fotoreporterem zapuści się do Somalii. Na pewno nie samotny amator podróży z kupą drogiego sprzętu. Niebezpieczeństwo powinno być zatem w miarę odizolowane. Kraje żyjące z turystyki albo tworzą rajskie kurorty odgrodzone od reszty przepełnionego przemocą kraju albo oferują naszym backpackerom, travelerom wycieczki krajoznawcze z atrakcjami. Rodzaj symulacji.

Podróż to także poszukiwanie. Własną kulturę znamy dość dobrze. Wiemy czym kończą się rodzinne zjazdy, ile awantur powodują przygotowania do Świąt. Ruszamy więc do Gruzji na tradycyjne supry, by tam zasiąść do zastawionego stołu przy którym nie trzeba było kiwnąć palcem. Następnie zaczyna się chlanie w rytm coraz bardziej bełkotliwych toastów wodzireja zwanego tamadą. Wiemy co wywrzaskuje wujek Tosiek po wypiciu pół litra. Przed przyjściem. I kolejnych dwóch w trakcie. Podróż umożliwia prześliźnięcie się po wierzchu obcej kultury, której wad nie dostrzegamy. Dzięki temu wydaje nam się, że trafiamy do lepszego, bardziej uduchowionego świata. Wyjeżdżamy nim rodzinne swary nas dosięgną. Odurzenie jest właściwie dość ciekawym elementem wielu podróży. Zwykłe picie w barze ustępuje raz jeszcze romantyzmowi supry. I choć to ten sam alkohol, to w naszym nie nie ma już ducha. Wciągnięcie kolejnej kreski w Warszawce też nie przynosi ulgi. Dopiero zażywany na pustyni pejotl albo pita w południowoamerykańskiej dżungli ahauasca zbliżają nas do oświecenia. Mało kto wie z jakimi to bogami można się skontaktować przez te substancje i średnio kogokolwiek te wierzenia obchodzą, ale wyjazd i zażywanie jakichś podejrzanych odwarów nadają temu pewnego mistycyzmu. Do tego stopnia, że szamani pobierają niewielkie opłaty za uraczenie przybyszów czymś, co skuteczniej zatruwa wątrobę niż kilkanaście lat przemysłowego picia wódki. Naprawdę wierzycie, że peruwiańscy mistycy są jakoś bardziej uduchowieni od sąsiadów produkujących kokainę ma masową skalę? Dość ciekawym jest, że jakimś cudem wyszukiwane i opiewane są wierzenia psychodeliczne, natomiast straciły na wzięciu długie godziny medytacji.

Fotografia podróżnicza

Zauważam pewną tendencję, do nazywania fotografią podróżniczą tylko tej zorientowanej na piękno i egzotyczne doznania. Podróżnikiem jest się wówczas gdy dobrze zbudowany długowłosy brodaty jegomość przemierza szlaki Machu Picchu. Gdy urocza podróżniczka prezentuje się w przypadkowo tylko poruszonej wiatrem kusej kiecce. Gdy zaś obiektyw kierowany jest w stronę biedoty, ubóstwa i nędzy, o panie! Wówczas zaczyna się fotografia socjologiczna, reporterska. Właściwie skojarzenie socjologia – socjalny jest bardzo silne. Socjologia zajmuje się biedą, podróżnik zajmuje się pięknem odległych miejsc…podróżując z biedotą? Ewentualnie biedą i nędzą zajmują się zawodowi reporterzy, dla których jest to zawodem, pracą. Teorię zaburzają travelerzy, którzy jeżdżą celowo fotografować biedę, slumsy i fawele. Mamy tutaj ciekawostkę, wartą zrozumienia. Nie podejrzewam by kierowały nimi jakieś wyższe pobudki. Zachodzi podejrzenie, że część z nich robi to by następnie wysłać zdjęcia na konkurs fotografii prasowej albo coś takiego. Wcale nie trzeba bowiem jechać do faweli by zająć się biedą, wykluczeniem. Poradzą sobie tamtejsi fotografowie. Fotograf europejski, amerykański, może spokojnie zająć się tymi samymi problemami na swoim podwórku. Choć zdecydowanie pomaga się łatwiej z daleka od domu, gdy nie trzeba wchodzić w bezpośrednie interakcje osobami mającymi możność zareagować.

Interesuje mnie też jaka jest motywacja fotograficzna podróżników? Zakładają blogi, wydają albumy. Chcą poszerzyć nasze wyobrażenie o świecie czy zwyczajnie się pochwalić? Przeważnie po prostu pochwalić. Tym bardziej, że coraz większa ilość blogerów – podróżników przechodzi na autolans. Coraz bardziej liczy się osoba autora niż podróż którą odbywa. Są nadal blogi czy profile skupione na samej fotografii, ale właściwie jest to wałkowanie jednego i tego samego. Buddyjski mnich, stara kobieta z cygarem, brodaty muezin, dziewczyna travelera w kusym stroju kąpielowym, jej nogi na plaży, jej biust lekko z góry, oboje na kolacji tematycznej, cholera od kiedy elementem tamtejszej kultury są wina z Doliny Napa? Od kiedy wino jest elementem kultury kraju islamskiego?

Nie mam nic przeciwko fotografii tego typu. Cieszy nas i czemu nie? Tylko czy naprawdę trzeba dorabiać do niej tyle ideologii? Nie przemawiają do mnie wywody o turystyce moralnej i turystyce kulturowej. Za to idea post-turystyki już bardziej. W teorii post-turysta jest świadomy że nie ma już dzikich plemion. Nie szuka powrotu do przeszłości, wie jaki świat go otacza. Zwyczajnie nie jest naiwny. Tyle tylko, że w świecie fotografii nadal panuje ten dziewiętnastowieczny romantyzm. Zdaję sobie sprawę, że część podróżników fotografów najzwyczajniej wciska nam kit, gdyż są takim samym elementem przemysłu turystycznego jak te nieszczęsne bazary. Po prostu żyją z podróżowania albo bardzo by chcieli. Zawód influencer. Jedni chcieli być gwiazdami rocka, aktorami, co za różnica. Ci zaś którzy nie chcą zdać sobie sprawy, że dzikich plemion już nie ma, chyba czegoś szukają. Ciężko im się czasem dziwić. Sam czuję pewne rozczarowanie spoglądając na zdjęcia ludzi siedzących w namiocie nad szklaneczkami gorącej herbaty to na dzieci z automatami Kałasznikowa. Tworzy to obraz świata, którego część nam umknęła i nie bardzo wiemy gdzie można skierować obiektyw. Podejrzewam też, że jest w tym jakaś tęsknota za wyimaginowamym światem w którym to nie matematyczne wzrory i rozum wiodły prym. Na tej samej zasadzie kierujemy się w stronę fantastyki a nie cyberpunka. Kochamy Internet, nasze aparaty i telefony ale pragniemy by inni żyli bez nich, nadal wysyłając pocztę gołębiami gdy my mamy Twittera.

Świat jest książką i ci, którzy nie podróżujączytają tylko jedną stronę

Racja, tylko w znacznej mierze czytamy kiepska, masową fantastykę.