Jak pić herbatę? Po prostu!

Jak pić herbatę? Dobre pytanie. Odpowiedź również jest znakomita. Po prostu. Pomio faktu, że sam byłem zafascynowany wszystkimi chińskimi czajniczkami, japońskimi cermoniami, nadal 90% herbaty spożywanej w Polsce to herbata w torebkach. Większość z owych torebek jest zwyczajnie szkodliwa. Skąd taka przepaść w herbacianych zwyczajach?

Herbata po prostu

Wódka, piwko, wino, sushi, ramen, cokolwiek. Na stop procent spotkaliście ze snobizmem dla ubogich, który zakłada, że ramenu nie da się zrobić w domu, bowiem wymaga on gotowania wywaru z obciętych dziecięcych rączek i trupa ekshumowanego o północy. Gdyby wydało się, że równie dobrze nadaje się krew wieprza albo ryba kupiona na targu, byle hołota zaczęłaby eksperymentować z ramenem. Tego zaś nie chcemy. Tymczasem ramen jest japońskim odpowiednikiem rosołu. Gotowany szybko, wolno, dokładnie i niedokładnie, przez miliony Japończyków od wielu lat. Można zjeść ramen szybki, będący niczym gotowany na szybko rosół, który w poniedziałek magicznie zamienia się w pomidorową a można zejść gotowany przez dwanaście albo i więcej godzin, na wolnym ogniu rosół, będący maestrią smaków. I tak zachodzi potrzeba napicia się herbaty z kubka i nieco bezsensowne gong fu cha. Cóż to właśnie napisałem? Bezsensownego? No tak. Spieszę z wyjaśnieniem. Zajmijmy się też inną kwestią. Tym nieszczęsnym festiwalem Zaparzaj!, który był mi najpierw obojętny, następnie dostarczył trochę radości a potem wywołał irytację i zniechęcenie.

Chiński czajniczek

28 z 32 tysięcy ton herbaty sprowadzonych do naszego nadwiślańskiego kraju, to herbata czarna. Tak, wiem, że czerwona, ponownie nie ma to żadnego znaczenia. 

Wśród polskich herbaciarzy panuje nieprzerwanie moda na azjatyckie utensylia do parzenia herbaty. Nastręczyło to pewnych problemów przy okazji, krótkiego filmiku nagranego po festiwalu Zaparzaj!. Niby przekonałem się już, że prosty żart czy bardziej ogólnie wyrażona myśl, bez tłumaczenia jak wołu na miedzy, wprawia ludzi w zakłopotanie i nerwowość ale nie myślałem, że ludzie na co dzień gadający o herbacie, zen, herbatyzmie i innych takich, mają problem ze zrozumieniem dość prostej, myśli, która nie przerasta głupawego maturzysty. Z drugiej strony…

Ogólnie, herbata w Polsce dzieli się na dwa rodzaje. Torebkę we wrzątku i wszystkie te fikuśne czajniczki. I osobiste odczucia tego czy owego, nie mają tutaj większego znaczenia.
90% spożywanej w Polsce herbaty, to herbata w saszetkach. Liczby wahają się, ale przeważnie w okolicach jednego punktu procentowego. Odkąd pamiętam spożycie herbaty torebkowanej wisi na poziomi 89-90%. Ciężko zatem mówić o rewolucji czy chociażby ewolucji, bowiem nastąpił regres. Otóż kiedyś te liczby były zupełnie inne. Dziadkowie czy rodzice pamiętają duże ilości herbaty liściastej. Innej nie było. Wiąże się z tym wspomnienie herbaty gruzińskiej śmierdzącej mokrym psem, w dodatku brudnym, ale ilość herbaty parzonej z gołego liścia była zdecydowanie większa. Estetyka herbacianych naczyń była różna. Każdy szanujący się wytwórca zastaw, wyposażał je w imbryk do kawy i czajnik do herbaty. Właściwie czajnior, z którego lała się herbata strumieniami. Dziś są one zdecydowanie mniejsze, bardziej degustacyjne. 28 z 32 tysięcy ton herbaty sprowadzonych do naszego nadwiślańskiego kraju, to herbata czarna. Tak, wiem, że czerwona, ponownie nie ma to żadnego znaczenia. Pijemy też więcej herbaty niż Chińczycy czy Japończycy. Więcej piją tylko Rosjanie, Irlandczycy czy Brytyjczycy. Nie koniecznie w tej kolejności. Mamy zatem niezły herbaciany spust.

Herbaciana społeczność chińskich czajniczków jest dość mała. Okazuje się, że herbata ma jeszcze długą drogę do przejścia. Musi być pita po prostu. Oznacza to najprostsze możliwe przygotowanie naparu, który wlany zostanie w spragnione gardziele. Chcemy jednak, by herbata parzona była z gołego liścia, z pominięciem podłej saszetki, której wyciskanie przypomina próbę zagarotowania szczura. Niestety, podtrzymuję swoje zdanie. Wszystkie chińskie i japońskie utensylia herbaciane straszą ludzi. W herbaciarniach nie ma nawet jednej czwartej tak szpanerskiego wyboru herbacianych przyborów jak w kawiarniach. Ma w tym swój udział także niewielka ilość herbaciarni. Druga sprawa jest zrozumiała, bowiem najpierw trzeba wypromować napój, by powstały tak klimatyczne miejsca jak do picia kawy. I choć uwielbiam leniwy, wschodni klimat wielu polskich herbaciarni, to brakuje mi miejsc o innym charakterze. W ogóle polscy herbaciarze kojarzą mi się z kolesiami w szarawarach, dziewczątkami z magicznymi kamykami, jogą i hipnotyzującą w ich mniemaniu muzyką, połączona z wywodami o energii „ki” w herbacie, do złudzenia przypominającym robienie „hejo hejo”. Niestety, mam opinię, że im więcej sandałów, szarawarów i magicznych kamyków, tym większe prawdopodobieństwo, że się nie dogadamy. Fałszywa duchowość zawsze była maską i formą łagodzenia wyrzutów sumienia. Ten ich synkretyczny byt jest czymś, do czego mi bardzo nie po drodze. I wielu konsumentom również. Nie interesuje ich taoizm, buddyzm i filozofia herbaty, która tak szczerze, jest bardzo pretensjonalna. Pijani herbatą, pełni ciepła i otwartości to oni są chyba na pochwały.

Herbata a sprawa Polska

Herbata w Polsce nigdy nie była zbyt poważana. Od początku zakochaliśmy się w kawie i już. Herbata długo uchodziła za coś powodującego problemy z erekcją albo gorzki lek na ból brzucha. Dobry lek zawsze gorzki. Konfucjusz bodajże. Zabawa zaczyna się właśnie w chwili gdy statystyki wejdą nam w paradę. Skoro herbata zajmuje drugie miejsce po wodzie, to przecież jest po prostu pita? No tak i nie. Tak, już powiedzieliśmy. Nie, bowiem, dobrą kawę dostajemy bezwiednie. Otrzymawszy brunatną lurę z wątpliwej jakości mlekiem, jaką zdarzało się dostawać jeszcze dziesięć lat temu, gdy sam stawałem się bywalcem kawiarni, wracamy po wspomnianą torebkę, którą podrzucamy marnemu bariście do łóżka, jako metaforę, co szczurka czeka jak się nie poprawi…

Zatem nie zwracamy uwagi na dobrą kawę. Po prostu ją dostajemy. Ona jest obecna, ot tak. Podobnie jak dobre piwo. Właściwie wiele osób nie rozwija swoich piwnych upodobań, nie dba za bardzo o degustowanie piw. Dobre piwa po prostu do nich trafiają. Pomijam etyczność takich działań, w kraju który spożywa i tak dużo alkoholu a wielu umiera na marskość wątroby. Tutaj wkrada się herbaciany problem. Mamy do wyboru albo szczurka albo rozpaliwszy ogień pod kociołkiem na wodę, przeprowadzamy ceremonię picia herbaty. W centrum handlowym. Otóż ta dalekowschodnia, skomplikowana moda zatrzymuje rozwój herbacianych innowacji i sprowadzania ich do Polski jeśli gdzieś się rodzą. Równocześnie bardzo degustacyjne formy jej picia, sprawiają, że gdy chcesz się napić myślisz o kawie, coli, wodzie, sou ale nie herbacie. Albo polipropylenie w herbacianej torebce. Nie, o tym nie myślisz. Dlatego właśnie jest dla mnie fascynującym, że w kraju będącym na trzecim miejscu herbacianego spożycia, gdzie litry herbaty się leją, mamy taki rozdźwięk. Brakuje środka. Torebka albo dobra herbaciarnia, przy czym nie każde miasto w Polsce może się nią poszczycić. I tak, dobrą kawę dostanę raczej wszędzie. Nawet jeśli nie dobrą, to zwyczajną, powiedzmy w jakiejś sieci fast food albo nawet na stacji, co oczywiście wynika z faktu istnienia ekspresów. Ciężko byłoby się babrać w coldbrew albo inne v60 w maczku. 

Polacy nie przywiązują wagi do herbaty. Nie specjalnie ich ona interesuje. Zatem z czym mam problem? Cóż, z tym że chcę dobrej herbaty. Będąc w mieście pijam wodę i kawę, albo niezbyt zdrowe napoje, z których na szczęście udaje mi się rezygnować. Mimo to, nie przyszłoby mi do głowy zamówić herbatę w kawiarni. Herbaciarze strzegą swej wiedzy tajemnej, nie chcą by stała się powszechna. Rozumiem, że chcecie przytoczyć historie swoich znajomych albo wasze. Wiem, że działacie w układzie egocentrycznym. Świat herbaciany się jednak wokół was nie kręci. Właściwie odległości pomiędzy herbaciarzami a konsumentami herbaty są mierzone w skali kosmicznej, w próżni nie słychać głosu. Efektem jest zerowe zapotrzebowanie na jakieś ciekawe herbaciane rozwiązanie, które zakończyło niepodzielne rządy torebki i kubka wrzątku. Nawet do zielonej.

Herbaciarze nadużywają też słowa „tradycja”. Tradycyjny wulung, tradycyjne coś tam. Wiemy już, że tradycja to kamuflaż. Coś uświęconego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie. W kawie czy piwie zdecydowanie mniej tradycji. Są oczywiście klasyczne warianty albo faktycznie tradycyjne formy warzenia czy smaków, ale mamy też masę nowości. Piwa stają się podstawą drinków, pojawiają się nowe warianty, eksperymenty. Kawa jest podstawą przeróżnych napojów kawowych. Herbata? Tradycyjna, jeszcze z czasów cesarza Shen Nunga. Nie ma nic złego w nowoczesności czy eksperymencie.

Czarna herbata

No właśnie. Herbata czarna stanowi podstawę herbacianej diety Polaków. Zakładam też, że najczęściej jest to herbata lankijska, dawniej cejlońska. W 2016 Przybylok opublikował wynik swojej ankiety, ale ona jest niemiarodajna, bowiem na stronie zwolenników herbaty zielona będzie chętniej wybierana.

W badaniu w sumie wzięły udział 577 osoby w tym nieco więcej panów (56 %) niż pań. Uczestnicy w wieku między 19 a 30 lat stanowili ponad połowę, bo aż 62%. Najmniej odpowiadało osób w wieku powyżej 60 lat – 1,4%. Najwięcej respondentów (29%) mieszka w mieście o wielkości 51 000 – 200 000 mieszkańców. Tuż za nimi (26%) są osoby odpowiadające z największych miast (o wielkości ponad 500 tysięcy mieszkańców). Najmniej osób wypełniających ankietę mieszka na wsi – 13%.

Czajnikowy.pl

Tymczasem import krajowy wskazuje na coś z goła innego. Z szerzej zakrojonych badań Coca-Coli też wyszło coś podobnego, do moich założeń. Czarna króluje. Co w tym złego? Ano nic. Skoro jednak czarna herbata jest najpopularniejsza, to może wciskanie ludziom na siłę nepalskich oolongów jest bez sensu? Tomasz Miler, którego szczerze nie cierpię, bowiem nie przepadam za promocją alkoholu jako czegoś fajnego, eleganckiego, dżentelmeńskiego, choć rozumiem kulturowe znaczenie takich zabiegów, podobnie jak w przypadku herbacianych ceremonii oraz samego spożywanie alkoholu, ma pewną niezwykłą właściwość. Otóż potrafi wybrać się do szkockich destylarni, celem zaprezentowania trunków z najwyższej półki, podobnie jak przejść się wzdłuż półek w markecie, celem znalezienia napitku na kieszeń przeciętnego fotografa. Oznacza to, że zna się na tym co robi i potrafi powiedzieć, że w tym przedziale cenowym, nie ma czego szukać, dołóż dychę i już masz przeciętną ale uczciwie robioną whisky. Stara się również niwelować pewne formy snobizmu, taniej nobilitacji. Siedzi w tym na tyle długi i dobrze, że może pozwolić sobie na wygłaszanie opinii, niepopularnych w światu fanów whisky. Niektórych. Tymczasem w mojej opinii herbaciarze, patrzą nieprzychylnie na dobrą senchę jak domorośli fani whisky na Jacka Danielsa. Bez tysiąca złotych za Chivas Royal Salute, nie podchodź. Choć oczywiście jest to tylko internetowe pozerstwo. Podobnie jak w przypadku fotografii. Tutaj brylował będzie Pu’er sheng, kosztującego 2500 zł za gram albo Poo Poo Pu-Erh, którego nazwa jest swoją drogą zabawna. W fotografii bez Ziessa 0,95f, nie masz co brać się za portret. Wiecie oczywiście, że celowo wyolbrzymiam, gdyż chcę coś zobrazować? Nie? Tak myślałem. Pana Milera cechuje to, co herbaciarze może dopiero wypracują.

Przecież zależy nam nie tylko na domowym, medytacyjnym piciu, ale też na metodach, które pozwolą strzelić szybką herbatę jak ktoś wpadnie z wizytą, w przerwie od pracy czy w centrum handlowym. Więc chyba mam rację, że coś to wszystko nie działa, skoro saszetka nadal robi za najpopularniejszy zaparzacz. Być może dla większości chcących się w herbaciany świat wdrożyć, jest to zbyt skomplikowane? Przytłaczające? Konieczność zakupu czajniczka, czarek, następnie kolejnego czajniczka, bo sitko powinno trafić na półkę, może wydawać się nieprzystępna. Także ceny straszą. Trzy stówy za czajniczek wielkości naparstka? Czemu? Zanim zostanie zrozumiany sens jego maleńkości spragniony człek kupi butelkę wody. Większość domowych ekspresów do kawy, działa przy pomocy gałki i przycisku. Są automatyczne. Zatem może propagowanie zaparzaczy grawitacyjnych będzie lepszym pomysłem? Liczba odwiedzających targi, choć w przekonaniu organizatorów musi być nieziemsko liczna, jest kropelką, której nikt nie zauważa. Najzwyczajniej jest ona zbyt mikra. Rozumiem, że wydaje się im, wam, że macie TAKI wpływ na herbacianą kulturę w Polsce. Influencerzy z was doprawdy w skali mikro.

Kawa natomiast podawana jest na tysiąc sposobów, które można sobie wybrać z menu, ale nie trzeba się tym babrać. Nie trzeba nawet mieć na ten temat większej wiedzy. Można po prostu zamówić v60 a barista poda wam gotową kawę. Oczywiście są miejsca, gdzie można się bawić w samodzielne zaparzanie, ale powiedzmy sobie szczerze. Idąc z notebookiem popracować nad notatkami, chcę otrzymać po prostu gotowy napój. Kawa może poszczycić się więc mnogością sposób podawania, od tych tradycyjnych lub raczej historycznych po bardziej nowoczesne. Historia v60 sięga wprawdzie lat pięćdziesiątych XX wieku, ale do powszechnej sprzedaży trafił w latach osiemdziesiątych. W 2004 roku dokonano rewizji. Już same rewizje znanych przyrządów do parzenia kawy, nawet powstałych na początku XIX wieku, sprawiają, że kawa jest ciut bardziej żywa. Niestety, do parzenia herbaty większość herbaciarzy używa bardzo antycznie wyglądających czajniczków, rodem z czasów dynastii Sung. Muszę też stwierdzić, że design nawet najnowszych urządzeń do domowego parzenia herbaty na modłę XXI wieku, jest taki sobie. W przyborach kawowych mamy niebywale większy wybór. Herbata herbatą, ale lubię jak coś pasuje do mojego wnętrza i nie mam na myśli odzwierciedlania osobowości tylko meble.

Stąd też estetyka Chin czy Japonii, zwłaszcza tradycyjna, która nie jest dla nas aż tak przyjemna, sprawia że nadal mamy wyraźny herbaciany podział. Z czego to może wynikać? Może z tego, że kawa pasuje do modnych industrialnych wnętrz równie dobrze jak craftowe piwo czy rzemieślnicza whisky? Oglądając relacje z targów kawowych czy baristycznych widzę mnogość designów, metod. Sprawia to, że kawa żyje. Mogę usiąść w kawiarni i zamówić filiżankę cappuccino, mogę poprosić o przelew v60, mogę udać się do miejsca, gdzie sam wybiorę grubość mielenia, ilość, rodzaj kawy, poziom wypalenia ziaren. Kawy mogę się napić gdziekolwiek. Potężne ekspresy pracują pod ciśnieniem dzień i noc, bym nie musiał się niczym przejmować. Tymczasem herbata raczej nie wychodzi poza herbaciarnie. I nie wiem czemu boję się, że zaraza któryś osioł napisze, że nie da się zaparzyć herbaty w ekspresie do kawy. Liczę, że chociaż z orzeczeniem. Niewygodny komentarz, który radośnie wyleciał nie miał nawet sensu, nie mówiąc o byciu zdaniem. W domach króluje herbata torebkowa. Jasne, herbata liściasta znajduje wierne grono zwolenników, częściej jedna spotkać można przeróżne narzędzia kawowe i albo napar z mikroplastiku. I choć może skrywać ona szlachetnie liście, to ów plastik, zwłaszcza w dobie gdy słyszymy iż wchłaniamy go w ilościach przemysłowych, powinien zostać wyeliminowany.

Herbata to rosyjsku

Prawdę powiedziawszy, wyszedłem z festiwalu całkiem nim zauroczony ale po tym kontakcie odczuwam silną potrzebę przerzucenia się z herbaty, a chociażby przez płot.

Tutaj wywołaliście u mnie opad witek w stopniu znacznym. Rozumiem, że nie każda herbata nadaje się do samowara. Rozumiem, że w Internecie należy się wypowiedzieć bez ładu i składu nie wysłuchawszy nawet ze zrozumieniem, ale blogerom tego typu komentarze trochę nie przystoją. Trochę mnie to zdziwiło, bowiem zachowywali się jak ta histeryczna tłuszcza, która jeszcze nie doczyta a już ma wyrobione zdanie. W moim sposobie mówienia, nie było nic ponad poziom maturalnego czytania ze zrozumieniem. Zatrybiło nawet kilkoro znajomych, którzy nie mają z herbatą nic wspólnego. Może właśnie dlatego zatrybili? Dobre piwo, kawa wychodzą do konsumenta. Herbaty trzeba zaś szukać. Chciałem się tylko upewnić, że przekaz jest jasny. Parafrazując to, co napisałem powyżej, powiedziałem w filmie, to że pomiędzy tym co prezentują na festiwalach a tym jak pija się herbatę w Polsce, zieje spora przepaść, w przeciwieństwie do kawy, której formy podawania zagospodarowują większość form i przestrzeni.

Dobra herbata musi być po prostu pita jak kawa czy piwo a nie stanowić jedynie polipropylenowy barwnik do wody. W tym zaś tekście, herbacianą brać oskarżam o pseudoduchowość i elitaryzm. Wąskie gardło. Obrazili się bo ktoś nie uznał ich za fajnych? Chyba. Wiem, że wszyscy lubimy jak dobrze o nas piszą, smyramy się wzajemnie po ego, ale na mnie to nie działa. I chyba przypadło jednak do gustu nie-herbaciarzom. Najśmieszniejsze jest to, że dokładnie to samo, napisałem na kilka dni przed imprezą. Ludzie, którzy jakoby śledzą mój blog nie zwrócili na to żadnej uwagi. Słowo pisane, straszne słowo. Tym bardziej, puszczam mimo uszu ich ględzenie o literaturze.

Na wszystkich grupach, których członkowie bardzo dbają o ekskluzywność przerzucając się chińskimi nazwami w kontekście „Gong fu cha”. Słuchajcie, dla Chińczyków, Japończyków ceremonie herbaty to taki sam skansen jak dla nas tańce ludowe. Równocześnie to trochę przeraża. Wszystkie cia no ju i gong fu cia. Serio. Tymczasem herbata służy do picia. Oczywiście nikt nie chce pić byle czego byle jak, ale pomiędzy celebracją a piciem mamy mały rozdźwięk. Chce mi się pić, piję herbatę. Nie trzeba się zastanawiać nad czarkami, kranikami i innymi akcesoriami. Serio. Wystarczy trochę liści i najprostszy, neutralny zaparzacz do kubeczka. Mam swoją hipotezę, dlaczego fani herbaty wybierają metody parzenia z Chin i Japonii a nie na przykład Turcji czy Rosji. Chodzi o pseudoduchowość. Rosjanie nie „celebrowali” herbaty, tylko po prostu pili. Była ładnie podanym napojem do deseru. Tymczasem cała „zen” otoczka nadaje temu jakiś niby duchowy charakter, uwzniaśla, choć jest znakiem pustym.

Co widzę gdy patrzę na większość herbaciarzy? Smutnych, podstarzałych facetów w sandałach.
Przy czym, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mam nic przeciwko czajniczkom, ręcznie robionej ceramice i wyrafinowanej otoczce. Ona jest kulturowo potrzebna bowiem jest kulturotwórcza. Przecież można równie dobrze jeść z podłogi, ale naczynia okazały się bardzo użyteczne, zaś z nich zrodziła się cała etykieta. Człowiek to twórca kultury i form. Formy zaspokajania pewnych potrzeb, takich jak głód czy pragnienie są kulturowo istotne, bowiem kultura to rzecz właściwa człowiekowi. Choć nie wszystkie elementy kultury godne są istnieć. Prościej już tego nie wyjaśnię. Wielce zasmuca mnie też, że prymitywny materiał wideo wywołał jakąś dyskusję a tekst, który jakże pięknie idzie w parze z herbatą, pitą powoli, z dala od zgiełku pędzącego świata nie sprawił tego nigdy. Biedna Anka wydała książkę.

Patronite

Jeśli tekst przypadł Wam do gustu i chcielibyście mi pomóc stworzyć kolejne – zajrzyjcie na mój profil na Patronite. Sztuka i socjologia bez małego wsparcia „same się nie robią” 😉