Morze wewnętrzne

Morze Wewnętrzne – demitologizacja Japonii

Wiecie dlaczego ciężko jest pisać o innych kulturach? Bo ciężko jest napisać prawdę. Jadąc do Japonii lepiej przeczytać, że jedziecie do wspaniałego kraju, gdzie ludzie są trochę zamknięci ale życzliwi, niż że nienawidzą Was za to że znacie, jeśli znacie, ich język. Dziś wraz z Donald Richie odwiedzimy Morze Wewnętrzne i rozrzucone na nim maleńkie wysepki, będące według autora ostatnim bastionem sielskiej, tradycyjnej japońskości, do której z uporem buldożera (dosłownie) zbliża się nowoczesność. Dwa lata później, dwunastoletni Alex Kerr, wraz z ojcem po raz pierwszy odwiedzi Japonię…

Smaczki

Nie cierpię tego słowa. Gdy je wymawiam przeciągam “s” natomiast reszcie nadaję pewnego dziecięcego tonu. Ilekroć bowiem ktoś oczekuje smaczków w kontekście Japonii pragnie usłyszeć więcej ciekawostek o lolitkach, kawiarniach gdzie można obmacywać kelnerki i posłuchać kolejnego wywodu czy automaty z używanymi majtkami nastolatek naprawdę istniały. Fani sssssssmaczków tego właśnie pragną. Nie obchodzi ich antropologia czy socjologia, pragną dziwactw. Mitów i legend o zamorskim kraju, gdzie lud dziwny, tajemniczy kultywuje fascynujące acz obmierzłe praktyki i zabobony. Który pod pozorem cywilizacji jest dziki, pierwotny. Chcą przeżyć szok po podróży do lasu samobójców choć Polska już dawno wyprzedziła Japonię w tym niechlubnym wyścigu.

Ssssssmaczki

Morze Wewnętrzne

Donald Richie wyprawił się na Morze Wewnętrzne w 1962 roku. Dwa lata później młody Kerr przybędzie do Japonii po raz pierwszy. Zatem cofamy się w czasie aby raz jeszcze poszukać utraconej Japonii. Tym razem gdzieś na archipelagu Morza Wewnętrznego, jakieś trzydzieści lat przed napisaniem przez Kerra pierwszego felietonu. A nóż się uda.

Nostalgia za tym co przemija to silne uczucie. Zapewne powstały niezliczone książki dotyczącego tego, że to co tradycyjne we Włoszech, Francji, gdziekolwiek przemija. Jednak wracamy do Japonii. Archipelag rozrzuconych na wodach, których przeciętna głębokość nie przekracza 50 m, pomiędzy wyspami Honsiu, Kiusiu i Sikoku. Autor oczekuje, że tutaj, gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja, zachowają się jakieś tradycyjne formy japońskości. Tęsknota autora, jest tym silniejsza, że pochodzi on z kraju, który często uchodzi za kraj bez tradycji.

Morze wewnętrzne

Japonia modernizuje się od dawna i od dawna robi to źle. Książka ta, podobnie jak poprzednia, choć to złe określenie, powiedzieć późniejsza byłoby bardziej na miejscu, pokazuje, że ślepa fascynacja nie jest niczym dobrym, oraz to jak silne są stereotypy. Właściwie Tokyo jest jedną z najbardziej zanieczyszczonych metropolii świata. Nie licząc parku gdzieś tam pomiędzy blokowiskami, praktycznie jest martwe.

Jednak zostawmy to. Riche zabiera nas w dziwną podróż. Ciężko powiedzieć co właściwie zwiedza. Dowiadujemy się właściwie mniej o Japonii a więcej o samym autorze, choć to czego dowiadujemy się o Kraju Kwitnącej Wiśni jest nader ciekawe.

Stereotyp

Autor przemierza kolejne wyspy Morza Wewnętrznego i dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami. Bywa rozbrajająco dosadny i szczery, ale to dobrze. Jego postawa pomaga spojrzeć na Japonię z pominięciem stereotypów. Wszak wiadomo, że naród ten najczystszym jest na świecie. Najpierw kąpiel, potem dopiero wanna z gorącą wodą. Japończycy nienawidzą naszych włochatych, brudnych, spoconych ciał. Sami są brudni. Ładują się do tych wanien cali w brudnych mydlinach a następnie wkładają przepocone łachy i kontynuują dzień. Szczerze nienawidzą też każdego kto mówi po japońsku, bo jak wiadomo tylko oni mogą mówić w tym języku.

No właśnie, język. Riche i Kerr, władają językiem japońskim, nawet jeśli nie na miarę mistrzów pędzla, takich jak Kenkō, to i tak znajomość ta daje im przewagę nad wieloma podróżnikami, którzy starają się opisać ten kraj bez jego znajomości. W zamian za tę znajomość, spotykają się z pewną niechęcią a nawet wrogością. Niechęć ta wynika z japońskiej obsesji narodowej. Otóż, swego czasu ubzdurali sobie, że naród japoński góruje na narodami świata i ze środowisk akademickich Kraju Kwitnącej Wiśni, popłynął przekaz o japońskości japońskiej kultury i języka, które możliwe są do zrozumienia tylko przez Japończyków. Głównie dlatego, że nikt nie kwapił się do uczynienia z izolacjonistycznego wyspiarskiego państewka kulturowego pępka świata. O ile import szedł im znakomicie, tak eksport…nie szczególnie. Grekami Azji to oni nie zostali, choć bardzo chcieli.

Richie ze swoją seksualną obsesją, którą określa mianem promiskuityzmu, chętnie zagłębia w świat prostytutek i gejsz. O ile autorzy Struktury Iki albo Pochwały Cienia, próbują wykazać nam, ludziom Zachodu banalność podziału na prostytutki i trochę droższe kurtyzany, tak Richie jest z nami zupełnie szczery. Wszystko to mit, wszystko jest kwestią wizerunku.
Oczywiście Japończyk będzie bronił czci gejszy, jakby od tego zależało jego życie, ale wszystko to kulturowy dym w oczy 😉 

Zatrzymany czas

Podróż po Morzu Wewnętrznym jest monotonna. Można odnieść wrażenie, że czas płynie zupełnie innym rytmem. Nagle trafiamy do innej Japonii. Większość publikacji, wcale nie opowiada bowiem o Japonii. Opowiada o Tokio, z jego pędem, dynamiką, zagęszczeniem kulturowych dziwactw. Cóż pasjonującego jest w życiu ludzi uprawiających ryż albo łowiących ryby? U nas też żyją rybacy i rolnicy uprawiający ziemniaki. Tymczasem znacznie ciekawsi są cierpiący na hikikomori młodzi ludzie, rzucający się pod koła pociągów sararīmani. 

Opowieść ta jest trochę sentymentalną, ale na pewno szczera i demitologizująca. Widzicie, fascynacja kulturą Japonii, wynika z potrzeby czegoś stałego w zmieniającym się świecie. Nie oczekujemy już, że ktoś porzuci dobrodziejstwa współczesności dla naszej potrzeby podziwiania tradycji i. Pomaga wyobrażenie, że Japończycy odnaleźli balans pomiędzy współczesnością a tradycją, ale jest to bardzo złudne. Zwłaszcza w kraju, który zrównał z ziemią wiekowy las, celem posadowienia kilku rachitycznych drzewek, bo tak będzie estetyczniej.