Tożsamość płciowa

Tożsamość płciowa

Genderfluid, nonbinary, genderqueer. Na pewno słyszeliście te terminy ostatnimi czasy w debacie publicznej. Powodują nieliche zamieszanie, do tego stopnia, że sam miewam z tym problemy. Warto zatem rozważyć czym jest tożsamość a czym ekspresja płciowa. Cindy Sherman tworzyła pod wpływem Women’s studies, które później przerodziły się w gender studies. Natomiast Nan Goldin weszła z aparatem w bardzo różnorodny świat osób LGBTQIAPK.

Pisanie tekstów tego typu jest męczące. Internet to wylęgarnia bzdur. Wszyscy jesteśmy bardzo emocjonalni przez co ciężko się dyskutuje. Poszczególne nauki zajmują się wybranymi zagadnieniami. Rzadko trafia się na interdyscyplinarne zespoły badawcze złożone powiedzmy z neurobiologów, antropologów, socjologów. Właściwie jest to niespotykane. Badań jest też zbyt mało i praktycznie nie ma takich od niemowlęctwa aż po szczyt kariery zawodowej. Natomiast w Internecie mierzyć się trzeba raczej z chaosem w czystej postaci niźli jakąś wiedzą czy chęcią poznania. Nie wiem co Internet wyzwala w ludziach, ale fascynującym jest, że normalnie potrzebują sporo alkoholu, żeby mówić to co naprawdę myślą, podczas gdy wystarczy nagłówek tekstu by dostali małpiego rozumu. Zdjęcia opowiadają historie, można opowiedzieć historie o zdjęciach. Mam nadzieję, że bez histerii.

Geneza konfliktu

Wyhodowanie genderowego potworka było w Polsce niezbędne. Tak samo prawicy, jak lewicy. Wybaczcie, ale mam takie szaro-szare spojrzenie na świat. Wiecie jak jest. „Kto żyje ze zwalczania wroga, zainteresowany jest tym, aby wróg jak najdłużej istniał”. Dlatego ciągle ściga się esbeków, którzy praktycznie wymarli, postkomunistów a gdy ci przestali działać zwrócono się w stronę gender i osób o innej niż heteroseksualna orientacji na koniec robiąc z nich postmakkartystycznych neokomunistów. Koniec końców chodziło o strasznie „komuną” w jakieś nowej postaci. Komunizmu był i jest jedyną formą w oparciu o którą nasze ekhem, elity polityczne potrafią sprawować władzę a kościół był potrzebny. Nie kierowała Polakami szczera wiara a zwykła przekora i potrzeba buntu. Natomiast to, co nasi rządzący tworzą przez ostatnie lata to neoPRL. Po prostu inaczej nie potrafią. Lewica natomiast maiała problem z tożsamością w rodzącym się kapitalizmie. Wyciągnięto zatem gender, obszar badawczy, który nie budzi już w świecie nauki większych emocji, natomiast rozpala do czerwoności umysły konserwatystów i fanów teorii spiskowych. Początkowo uważałem, że liczono, że nie dojdzie do większych eskalacji, że uda się utrzymać wszystko na zadowalającym poziomie walki z chochołem. Gdy gender przestało działać, zaatakowano osoby LGBT aby na koniec importować jakiegoś potworka w postaci neomarksistowskiej ideologii. Zatrzymajmy się tu na chwilę bo tu robi się niebezpiecznie.

Neomarksizm jako taki faktycznie istniał i po dziś dzień różne szkoły i myśliciele wykorzystują elementy myśli marksistowskiej. Przeważnie skupiają się na krytyce społeczeństwa, kwestiach nierówności. Dodatkowo istnieją dwie wersje neomarksizmu. Akademicka i populistyczna. Wersja akademicka stara się rozwinąć marksizm o kwestie chociażby płci, rasy, tożsamości czy orientacji seksualnej. Marks wprawdzie poświęcił trochę uwagi kobietom, ale niewiele i jego społeczeństwo to bezpłciowe burżuazja i proletariat. Tymczasem los homoseksualnego proletariusza jest z goła inny niż jego żonatego heteronormatywnego kolegi. I tutaj zaczyna się zabawa, bowiem zgodnie z wypowiedziami mędrków sam fakt mówienia o homoseksualizmie czy transpłciowości to zamach na wszystkie wartości jakie doprowadziły nas do miejsca, w którym się obecnie znajdujemy. Wkracza tutaj marksizm kulturowy, które to pojęcie chyba pojawiło się w literaturze raz i odnosiło do form nierówności społecznych. Obecnie w ramy neomarksizmu wepchnięto chyba wszystko co uważane jest za wrogie. W tym myślicielki zajmujące się woman studies a później gender studies, choc bywało że feministki krytykowały postawy marksistowskie szkół uznawanych za główne epicentra myśli neomarksistowskiej. Tylko kogo to obchodzi. Dla poszukiwaczy neomarksizmu feministki i akademicy to dekadencki, prekariacki elektorat współczesnych rewolucjonistów. Jakoś tak w każdym razie.

Wersja zaś spotykana na co dzień to twór, który narodził się w USA i stanowi głównego wroga ideologicznego ruchów prawicowych i konserwatywnych. Tradycja zwalczania komunizmu, marksizmu i innych izmów w USA ma długą tradycję, tym bardziej że do roku 90 USA stanowiło w głowach obywateli stolicę i ostoję wolnorynkowej gospodarki mlekiem i miodem płynącej w opozycji do ciemiężycielskiego ustroju ZSRR. W historii okres ten nosi nazwę Zimnej Wojny. Wraz z upadkiem wschodnioeuropejskiego odpowiednika Stanów Zjednoczonych makkartystyczna paranoja zapoczątkowana w latach 50 wcale nie wygasła. Została jedynie przerzucona na inne grupy przez co bardziej agresywnych interpretatorów współczesnej filozofii, którzy dość złożone idee przekładali na język zrozumiały dla rozsierdzonej tłuszczy. Pomocą McCarth’emu służył wieloletni dyrektor FBI J. Edgar Hoover, który tropił komunistów aż do swej śmierci w 1972 roku. Zdarzało się, że do kartotek FBI trafiało się za spotkanie z kilkorgiem znajomych na raz. Wszak to już „komuna” zagrażająca kultowi indywidualizmu. Moce przerobowe najambitniejszych dziennikarzy są ograniczone. Tłumaczenie czym różni się transpłciowość od transwestytyzmu zajmuje czas ale też trochę bardziej rozpala emocje. Każdy chce ugryźć kawałek z tolerancyjnego tortu więc nie starcza już na sprzeciw wobec faktu, że znajdujemy się pod permanentną okupacją obcego państwa, które poprzez swoje przedstawicielstwa ciągnie z naszej wspólnej kasy, zagrabia ziemię i przyznaje bonusy ludziom którzy obkładają weganki salcesonem tak w wysokości 50 milionów złotych. Pięćdziesiąt milionów. Wiecie co można zrobić za taką kasę?

Początek lat 90 w USA był więc głodnym wroga momentem w historii. W myśl tej teorii neomarksizm i jego kulturowa odmiana stworzone zostały, przez żydowskich przedstawicieli Szkoły Frankfurckiej, którzy uciekli przed prześladowaniami do Stanów Zjednoczonych gdzie knować mieli jak obalić kapitalizm. Skoro proletariusze nie byli już ekonomicznie uciemiężeni, zwrócić się mieli owi myśliciele w stronę wmówienia im, że są ciemiężeni seksualnie. Wrogiem neomarksistów były też tradycyjne role płciowe, hierarchia płci, chrześcijaństwo. Dzięki zmowie z Holywood, które jak wiadomo jest w całości kontrolowane przez Żydów, mieli oni rozpocząć ekspansję kulturowego marksizmu promując takie bezeceństwa jak multikulturalizm, poprawność polityczna – ta akurat bywa głupawa, tak miedzy nami – czy prawa osób homoseksualnych. Część medialna i uniwersytecka wywodzi się od Antonio Gramsciego, włoskiego marksisty który siedząc w faszystowskim więzieniu popełnił pracę, jak marksiści powinni przejąć władzę wnikając w struktury uniwersytetów, kontrolując media. Swoje miejsce w tej teorii znajduje także sztuka współczesna a dokładnie modernizm. Co ciekawe osoby anglojęzyczne też tego nie rozróżniają i po dziś dzień obwiniają sztukę współczesną czy nowoczesną o przemycanie ideologii neomarksitowskiej. Oliwy do ognia dolało wykrystalizowanie się gender studies, jako samodzielnej dyscypliny akademickiej właśnie w latach 90. Ich uniwersytety działają trochę inaczej niż nasze. Uczelni zainteresowali się na poważnie gender studies i zaczęto kształcić w tym obszarze studentów. Cała historia.

Wiemy już zatem, że neomarksiści porzucili proletariat dla prekariatu, który sami wytwarzają a któremu poprzez media wpajają iż jest ciemiężony seksualnie a rodzina stanowi element opresyjnego systemu. Wprawdzie to drapieżny kapitalizm oparty na myśli neoliberalnej wytwarza prekariat i uniemożliwia założenie rodziny, ale jak mawiał pewien myśliciel, chuj z tym. Celem neomarksistów jest obalenie kapitalizmu i wprowadzenie powiedzmy raz jeszcze potocznie komunizmu. Kapitalizm bowiem daje każdemu szansę, pozwala zapracować na lot w kosmos jeśli się tylko chce. Gdy bowiem nie chce, jest się leniem śmierdzącym. Prekariuszem, choć znaczenie tego słowa nie ma nic wspólnego ze znaczeniem słowa proletariat. Tyle tylko, że prekariat to pozbawiona nadziei na jutro, żyjąca w stresie o pewność zatrudnienia, klasa będąca skutkiem ubocznym późnego, agresywnego kapitalizmu a nie knowań neomarksistów. Wielkie Nazwiska, Gates, Bezos, Musk, zatrudniające masę podwykonawców i nikogo na umowie o pracę to nie neomakrsiści tylko kapitaliści. Punkt ten jest trochę problematyczny, więc nie jest zbyt często poruszany i zależy od mówiącego. Zorientowany neoliberalnie próbuje wątek pominąć zrzucając winę, chociażby związki zawodowe. Problem w tym, że ludzie zamiast tyrać, gonić za amerykańskim snem zaczynają się zastanawiać czy aby nie zastrajkować, co każdemu kapitaliście wielce jest nie w smak. LGBT, feminizm to zasłona dymna dla prawdziwego celu jakim jest obalenie kapitalizmu poprzez…no przez coś. Nie specjalnie wiadomo jak ci neomarksiści podkopują ekonomicznie kapitalizm powodując uprzywilejowanie gigantów takich jak Bezos i umożliwiając wyzysk pracowników, ale dobre i to. Nawet najbardziej zaś próbujący uchodzić za racjonalnych antykomunistyczni myśliciele, nie stronią od sztuczek, o których stosowanie oskarżają przeciwników. Bierze taki jakąś szkołę, istniejącą w latach 30 XX wieku, dwóch ostatnich żyjących tejże szkoły przedstawicieli i jedną czy dwie książki z lat 70, następnie uznaje ich autorów za współczesnych ideologów, bez mała przywódców ruchu i voilà.

Innym ważnym punktem, na który zwracają uwagę anty neomarksistowskie mędrki jest starzenie się społeczeństw zachodnich. Źli komuniści podkopali tradycyjne wartości, takie jak rodzina choć nie wiadomo jak to zrobili. Gdyby nie oni, każda chętnie szła by do ołtarza i czekała aż jurny gieroj ją zapłodni by następnie z pieśnią na ustach posłać dziecko do pracy w fabryce. Bardzo ciekawe, że w coraz większej liczbie publikacji popularnych natrafiam właśnie na takie wywody. Wyodrębnia się tutaj druga grupa, która nie jest zorientowana wolnorynkowo, kapitalistycznie a raczej feudalnie. Feminizm odciąga kobiety od ich biologicznego powołania jakim jest rodzenie dzieci, które następnie zasilą szeregi pracowników firm kurierskich. W mojej opinii jest to neoeugenika społeczna, czyli ukryta potrzeba utrzymania istniejącej struktury społecznej z minimalna mobilnością klasową przy równoczesnym zapewnieniu sobie taniej, łatwo kontrolowanej, niezbyt bystrej siły roboczej. Gdzie się urodziłeś, tam zdechnij. Ani kroku w górę. Stąd też ciągłe utyskiwania o ataku na tradycyjną rodzinę. Czym on się objawia? Przede wszystkim minimalizacją znaczenia związków formalnych a wzrostem popularności rozwodów. Każdy z nas ma potrzeby seksualne, ale normy dla pozamałżeńskiego seksu zawsze były bardziej liberalne dla mężczyzn niż kobiet. Zatem realizacja tychże potrzeb wymagała zawarcia związku małżeńskiego, z którego rozwiązanie było wysoce utrudnione. W ramach tego rozwiązania niemal każdy mógł liczyć, że jakaś w końcu za niego wyjdzie albo dostanie łatkę „dziwki”. Kobieta ma zaś być pewną nagrodą, pocieszeniem za to, że jednostka traci jakiekolwiek możliwości awansu społecznego. Ten system jest szkodliwy dla wszystkich, ale części można to jakoś osłodzić. Nie chodzi zatem o miłość, wierność, szacunek, szczęście tylko o reglamentację kobiet. Super.

Dziwnym trafem narracja o kulturowym neomarksizmie zbiega się w czasie gdy pojawia się dziwny blog Agenda Europe, z którego można się dowiedzieć, że istotne jest przywrócenie naturalnego porządku, czyli obalanie zdobyczy cywilizacyjnych takich jak prawa kobiet. Całość przeistacza się w sieć w sieć prawicowych, konserwatywnych, prawników i adwokatów działająca początkowo w tajemnicy z pewnym błogosławieństwem Watykanu. No właśnie. Jednym z początkowych zaleceń dla członków czy też wyznawców Agendy dla Europy, było spotykanie się w całkowitym sekrecie. Działania AE nie są oficjalnie bezpośrednio powiązane z powstałą w latach 60 brazylijską sektą Tradicão, Família e Propiedade, Tradycja, rodzina i własność, ale są silnie inspirowane ich wartościami. Ciężko znaleźć jakieś informacje by Tradycja, rodzina i własność lub Agenda Europe zwalczały kulturowy marksizm w pozostałych krajach Europy. Nastawienie TFP do marksizmu jest ogólnie negatywne, gdyż w jakiś pokrętny sposób łącza kapitalizm, konserwatyzm i religię. Czyli dokładnie to, co często widzimy w Polsce. Obie zaś organizacje silnie zwalczają feminizm, prawa kobiet, prawa osób LGBT a dodatkowo zgodnie z wytycznymi Agenda Europe organizacje europejskie silnie dążą do delegalizacji rozwodów, antykoncepcji, invitro, operacji korekty płci czy w końcu całkowitej delegalizacji aborcji. W Polsce zwolennicy takiego porządku rzeczy znani są jako Ordo Iuris.

Okazało się zatem, że nie była to jednie gra. Chodziło o realne i często bardzo radykalne cele polityczne. W naszym klimacie często łączą się z neoliberalizmem, wolnym rynkiem ich gadaniem o naturalności. Co znaczy naturalny? Czy wszędzie stosują takie same techniki? Nie wiem. Całość zwróciła zarówno uwagę EPF jak również polskiej Wielkiej Koalicji za Równością i Wyborem, które przygotowały na ten temat długie raporty. Skróconą wersję możecie przeczytać w tekście OKO.Press, ale z raportami również warto się zapoznać.

Nie wydaje mi się aby wszyscy ludzie byli z natury agresywni i nienawistni. Część faktycznie jest po prostu nienawistną, agresywną bandą i nic się z tym przemowami nie zrobi, ale jak się okazuje jest to mniejszość. Pozostałych można do tego nienawiści w pewnych okolicznościach przekonać, jeśli będzie to dla nich jakoś opłacalne chociażby w postaci zwalczenia narastającej frustracji, bezsilności. Najgorszym co może spotkać rewolucyjnego, uciemiężonego aktywistę to poparcie społeczne. Pomimo lat starań kościoła i partii niemiłościwie nam panującej akceptacja dla społeczności LGBTQ+ rośnie, choć jest to akceptacja specyficzna, niejednoznaczna, ale utrudniająca wymuszenie przemocy czy nienawiści. Co chyba dobiło kilku aktywistów. Będąc na paradzie równości w Poznaniu miałem okazję usłyszeć rozmowę jakiegoś szczyla z drag queen, w której szczyl wyrażał smutek, że nie przyszli żadni faszyści bo liczył na dym. Nie było dymu.

I całe szczęście, bo w tym wszystkim są dorośli i dzieciaki, którzy próbują odnaleźć się we współczesnym niebinarnym świecie, gdyż to co męskie dawno nie jest już tylko męskie, podobnie jak kobiece nie jest już tylko kobiece, natomiast wszyscy ciągle dowodzą tejże binarności istnienia, gdyż z lewa i prawa jest im zwyczajnie potrzebna. Gdy zaś ktoś dowodzi, że pewne formy ekspresji w jakiś sposób godzą w logikę niektórych rozumowań, zostaje odsądzony od czci i wiary. My mówimy jak jest, a Ty masz iść za stadem i beczeć jak każemy. Natomiast ten skrótowiec jest już praktycznie niemożliwy do zapamiętania i wymówienia. Skrót to skrót. Ludzie…

Co bogom miłe

Zrobiwszy przegląd mitologii, znajdziemy bardzo różne przykłady. We wszystkich znajdziemy bóstwa interpłciowe, jak chociażby Afrodytusa, pierwotną wersję Hermafrodyta/y. Pisownia bywa różna. Indie, Chiny, Japonia, Ameryka Południowa. Wszędzie też natkniemy się na bóstwa lub herosów homoseksualnych, albo z dziką, ułańską wręcz fantazją. Pragnienie powrotu do pierwotnej prajedni płci wyrażają się w mitach o Izanami i Izanagim, którzy bez pomocy partnerek i partnerów płodzili potomstwo. I tak Amaterasu, Tsukuyomi and Susanoo zostali zrodzenie gdy Izanagi obmył kolejno lewe i prawe oko oraz nos. Akt połączenia płci w jedno, dobieranie w pary było bardzo ważnym elementem życia religijnego Japończyków. Loki na ten przykład pod postacią kobiety lub klaczy do spóły z Svaðilfari spłodził Sleipnira, ośmionogiego rumaka dosiadanego przez Odyna. Loki najczęściej manifestował się jako mężczyzna, ale jak widzicie przemiana w kobietę nie była dla niego większym problemem przez co ciężko powiedzieć kim dokładnie był Loki. Trochę inaczej patrzy się przez ten pryzmat na popularny serial Disneya, co? Wszelkiej maści przemiany, wielopłciowość, spektralność płci i tożsamości, były dość powszechnym motywem mitologicznym. Hinduizm jest nimi wręcz przesycony. Argument na temat stosunku hinduizmu do osób LGBT+ jest niejasny, bowiem religia ta nie ma żadnego odpowiednika papiestwa. Każdy mędrzec, większy ośrodek ma na ten temat własną wykładnię. Nie mamy też pojęcia do jakiego stopnia ustawodawstwo i moralność brytyjska wpłynęły na postrzeganie osób LGBT+ w nieprecyzyjnie rozumianym społeczeństwie Indii. Brytyjczycy panowali nad Indiami przez ponad dwieście lat. Wiemy, że poprzez ich wpływy zmienił się znacząco stosunek do hidźr, z raczej pozytywnego na zdecydowanie negatywny. Większość religii jest też totalnie niespójna wewnętrznie a ludzie są tak religijni jak im to na rękę. Jakoś nie mamy obiekcji do nauczania dzieci kto kogo zabił i w jakim celu, ale część mitologii jest na cenzurowanym. Zawsze mnie interesowało w jaki sposób określa się, co dziecko jest w stanie przyjąć a czego nie. Co jest znośne i akceptowalne dla jego psychiki. No cóż. Być może nie wszystkie elementy „kultury łacińskiej” powinny być gawiedzi znane. Kultury, której urażeni bogowie zmuszali kobiety do spółkowania z bykami. Ciekawe dziedzictwo, nie powiem. I jakbyś nie argumentował, co masz w fundamentach, to masz w fundamentach. Nie zmienisz tego stawiając na nich ładny dom.

Mimo tego, że jak świat długi i szeroki znajdujemy przykłady istnienia trzecich płci, możliwości zmiany płci kulturowej, tak widzimy też procesy wykluczające niektóre osoby ze społeczeństwa. Zwodnicze określenie trzecia płeć, często odnosi się często nie tyle do ciała co tożsamości, ról i form ekspresji. Z chwilą gdy ludzie połapali się, że trochę się od siebie różnią, wpadli w panikę. I zaczęli wymyślać, co jest bogom miłe, co jest bogom niemiłe. Nienawiść wobec osób LGBT ma podłoże religijne. Rzutowało to na naukę, która dokonywała badań, choć to słowo w ogóle nie powinno tutaj paść, w oparciu o chrześcijańską moralność.

Część z tych pomysłów, trzeba przyznać, miała nawet porządny sens, jak chociażby zasady takie jak nie zabijaj, do chwili gdy doszli do wniosku, że warto by pozabijać tych, którzy im nie pasują do schematu. Wystarczy ich odczłowieczyć a przecież święte pisma mówią, żeby nie zabijać ludzi. Problem z głowy. Ludzie są fascynującym gatunkiem. Pytaniem jest skąd wziął się schemat. Dzięki naukom społecznym wiemy jedno. Ekstremizm religijny nigdy nie ma w sobie krzty wiary. Służy tylko i wyłącznie osiąganiu celów politycznych a połączony jest z nieziemską hipokryzją. Rozwody, zdrady, nieślubne dzieci. I tak to się toczy. Gdy religia przestała być wystarczającym środkiem do sprawowania władzy, co stało się chociażby w społeczeństwach zachodnich, zaczęto upatrywać nadziei w nauce a ta była i jest doskonałym narzędziem legitymizowania nienawiści.

Nie wiem czy wiecie, ale na potrzeby polskiej telewizji, choć stacja była prywatna ocenzurowano znaczną część anime znanego jako „Czarodziejka z Księżyca”. Pojawia się tam cała plejada osób LGBT. Cenzorzy posunęli się tak daleko, że Zoisite i Kunzite uczyniono braćmi, co było trochę…obrzydliwe. Bracia się tak nie zachowują, nie dają sobie kwiatów. Dają sobie w pysk. Mam brata jakby co. Cóż, być może dla osób wychowanych na produkcjach tego typu niejednoznaczność płci, przemiany, jest po prostu naturalna, bowiem w historii anime była ich naprawdę masa. Sailorki są o tyle świetnym przykładem, że każda osoba społeczności LGBT znajdzie bohatera dla siebie, choć niestety niektórzy po złej stronie barykady. Na szczęście Steven Universe produkcji amerykańskiej, nie wywołał większej afery i nikt się nie tej produkcji nie ocenzurował. Inaczej też byłaby bez sensu. Choć chyba jeśli dobrze pamiętam komuś udało wyłowić z Harmidomu wątek Clyde’a i jego ojców celem wywołania afery. Ludzie nie myślą w sposób jednorodny ani logiczny. Kierują nimi różne motywacje i przedziwne logiki. Budowanie nienawiści, stanowi swoistą mieszankę pragnienia władzy, prawdziwych uprzedzeń, urojeń na tle religijnym, moralnym a czasem także naukowym. Nauka bowiem nie jest czymś objawionym.

Część ludzi jest zwyczajnie leniwa, choć może to złe słowo. Jeśli naturalnie do czegoś dążymy to do tego, by się nie przemęczać, otrzymać odpowiedź ostateczną. Każda kultura, cywilizacja próbowały udowodnić, że jedni są lepsi od drugich w sposób naturalny, z urodzenia. Tak powstała idea szlachty, szlachetnie urodzonych, choć ze szlachetnością większość z nich nie ma nic wspólnego. Dobrze jednak myśleć, że jest się lepszym bo urodziło się takim a nie innym, w takiej czy innej rodzinie przez co należą się jakieś specjalne względy. Cóż, nie należą. Czasem nawet jest to zabawne, gdy patrzysz na brzuchatego opoja, który większość czasu spędza z kolegami na grach RPG, że gender dybie na jego męskość. Gdyby się nad tym zastanowić, niewiele różnią się konserwatyści od grup których nienawidzą i to w myśl własnych przekonań. Zarzucają, że osoby o innej tożsamości czy orientacji chcą lansować się na fakcie bycia innymi, choć sami konserwatyści domagają się poklasku za fakt płodzenia dzieci, czyli coś co świetnie robią chociażby króliki, bydło i trzoda chlewna. Jakoś mało się mówi o wychowywaniu doskonałych istot ludzkich, że sobie tak huxleyowsko polecę. Wyspa, to świetna książka, którą warto w tym kontekście przeczytać, choć sam Aldous zachłysnął się osiągnięciami nauki, ale tymi które obecnie są w odwrocie. Urodziwszy się w prawdziwej rodzinie, nie trzeba robić właściwie nic. Spłodziwszy dzieci w prawdziwej rodzinie, nie trzeba dbać o ich edukację, wzrastanie jako jednostek. Podobnie rzecz ma się z rasizmem albo podziałem mężczyzna i kobieta. Zacytuję sam siebie:

Na zasadzie prostego poczucia przynależności grupowej, każdego dnia ryzykują życie w walce z ogniem, w znoju wydobywają Czarne Złoto Polski. W skrócie: najczęściej to mężczyźni są strażakami, strażacy są silni i odważni; ja też jestem mężczyzną ergo jestem tak samo silny i odważny jak strażak, każdego dnia ratuję niewiasty z płonących domostw.

Względnie rozwijam matematykę, fizykę i informatykę. Przynależność do grupy mężczyzn sprawia, że nie trzeba nic robić. Wielkich odkryć, wynalazków dokonywała garstka ludzi. Nie można powiedzieć, że Einstein czy Tesla dokonali wszystkiego sami. Pracowali na odkryciach poprzednich pokoleń, które czasem zabrnęły w ślepy zaułek, ale tak czy siak liczba uczonych odkrywców w stosunku do całej męskiej populacji to kropla w morzu. Niemniej przynależność do tak zacnej grupy, z której wywodzą się tęgie umysły w świadomości stawia mnie z nimi na równi. To moja grupa, my to zrobiliśmy. Jakie przeciętny pijus ma zasługi dla kultury i nauki? Żadne, ale dzięki poczuciu przynależności do męskiej części społeczeństwa, może postawić się wyżej niż kobieta. Tak samo działa to w stosunku do LGBT, tak samo działa rasizm. Chodzi o uzasadnienie własnego lenistwa. Zawsze zastanawiałem się, kto jest najbardziej przeciwny. Wyszło mi, że najwięksi lenie. Tęczowa rodzina to nieprawdziwa rodzina. Prawdziwa rodzina, chłopak i dziewczyna. W rodzinach dwupłciowych, wyrosło wielu wartościowych ludzi. Całe zaś rzesze miały przerąbane, bo skoro jest chłop i jest baba, to mamy wszystko czego dorastająca istota ludzka potrzebuje. Stąd wielkie zasługi biologii, nauki w ogóle, we wspieraniu nienawiści. Wszak od zwalczania otyłości jako obciążenia dla systemu niewielki krok do zwalczania schizofrenii, depresji czy transpłciowości. Jako obciążenia dla systemu. Jednak tu zaczyna się już inna historia.

Podyktowane naturą

Staramy się udowodnić, że wszystko co robimy ma jakiś związek z naturą, jest naturalne, bo czujemy się zagubieni. Natura to coś ponad nami, coś większego. Świadomość, że nikt i nic nami nie kieruje jest zatrważająca. Spersonifikowana natura, pełniącą rolę boga, bóstwa, daje pewne ukojenie. Oto wszystko co robię, jest podyktowane wolą bożą, nie jestem odpowiedziany za swoje czyny. Jestem agresywny i nienawidzę ludzi bo taka moja natura. Wszak ta wie, co robi. Można to zauważyć także u niektórych publicystów, którzy ciągle nadużywają słowa „nauka”. Dokonują oni pewnego przekłamania. Bowiem nauka nie daje odpowiedzi ostatecznych, ale już Nauka w ujęciu bóstwa, owszem. Teoretycznie są popularyzatorami nauki, ale chyba jungowska potrzeba boga wzięła w nich górę.

Nienaturalne kojarzy się wynaturzeniem, jakąś zbrodnią wobec świata i samej Natury. Nie przeszkadza nam fakt, że jako istoty pozbawione naturalnej zdolności latania, podróżujemy na wysokości dziesięciu tysięcy kilometrów. Podnosimy ciężary, których nie ma powodu podnosić żeby potrenować, zmęczyć się, co jest absolutnie nienaturalne. Jak zauważa Golem XIV, inteligentna maszyna stworzona przez Lema, natura wywinęła człowiekowi pewien numer. Mianowicie zostawiła mu jego ewolucję. Możne nie w stu procentach, ale dostaliśmy od bezosobowej Natury olbrzymią możliwość manipulowania tym jak się będziemy rozwijać wpływając na nasze środowisko i otoczenie w sposób niedostępny żadnemu innemu gatunkowi na tej planecie. Zatem latanie, podnoszenie ciężarów jest zupełnie naturalne z punktu widzenia człowieka. Naturalną cechą człowieka jest inwencja, która zaprowadziła go, dzięki nielicznym, wyjątkowym jednostkom, na Księżyc. Naturalny, nienaturalny. Naturalny, znaczy nierozumny, nieintencjonalny, powstały samorzutnie. Ewolucją nie rządzi matematyka czy logika tylko przypadek. Próby, błędy i chwilowe sukcesy. Nienaturalny czyli sztuczny, intencjonalny. Problemem jest rozum ludzki, który jest naturalny, a który pozwala czynić rzeczy, do których nie mamy narządów. Oddychać pod wodą, latać. Mamy zatem niemały orzech do zgryzienia, czym owa naturalność jest. Doskonale objawia się tutaj natomiast rozdarcie człowieka między kulturą a naturą. Kultura, jako twór ludzki jest, naturalna czy też nienaturalna? Powstała samorzutnie, nieświadomie, czy też jest przez nas sterowana? Dość ciekawe zagadnienie. Przyjąwszy, że tworzenie kultury, jest cechą właściwą człowiekowi to czy twory tej kultury są naturalne czy też nie? Czy wypalany garnek albo misternie wykuty miecz są naturalne czy też nienaturalne? Stąd koncepcje, że człowiek wypowiedział naturze posłuszeństwo.

Tylko co ma homoseksualizm do lotów w kosmos? Cóż, nic. Chciałem tylko rozważyć kwestię naturalności i hipokryzji jej towarzyszącej. Błędem jest dowodzenie, że różnorakie orientacje lub formy tożsamości występują w naturze, to jest wśród zwierząt innych niż człowiek. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, bowiem , być może, jest to nasza cecha gatunkowa. Rozumiem o co toczy się spór. Osoby dowodzące nienaturalności homoseksualizmu czy też homoseksualności, innych niż męska czy żeńska tożsamości, chcą wykazać pewien gwałt zadany jakiemuś porządkowi naturalnemu. Istotna jest tutaj celowość, wola. Homoseksualista czy osoba niebinarna świadomie łamią prawo a zatem należy ich za to ukarać. Wracamy do latania.

Warto przy tym pamiętać, że rozumem żadne stworzenie nam nie dorównuje, równocześnie żadne stworzenie nie niszczy swojego naturalnego otoczenia w takim stopniu jak człowiek. By to uzasadnić bywa, że powołujemy się na boga, który kazał nam czynić sobie ziemię poddaną, zatem „ekologizm” to wraża ideologia przeciwna bogu. Nie ma to jak dostać coś od kogoś, zdewastować i jeszcze być z tego dumnym. Czyż rozum nasz, nie jest aby wynaturzeniem, skoro poza naszym gatunkiem nie występuje? Nibyśmy rozumni a logika nie jest naszą mocną stroną. Zatem decydując się na odcięcie od dwóch dostępnych wzorów, obierając inną tożsamość niż do tej pory dostępne jednostka nie robi nic nienaturalnego. Taka być może natura człowieka, żeby ograniczeń się pozbywać a podział mężczyzna – kobieta jest ograniczający dla rozwoju niektórych jednostek.

Nan Goldin

W kontekście omawiania gender studies, straszliwej ideologii, która godzi w uświęcone wartości jakie by nie były, przytoczyłem twórczość Cindy Sherman, inspirowaną women studies, czyli swoistym wstępem do gender studies. Women studies początkowo miały stanowić przeciwwagę dla wszystkich nauk, zwłaszcza społecznohumanistycznych, które de facto stawiały mężczyznę na piedestale. Zmiana nazwy, obszaru zainteresowań wynikała z dwóch faktów. Pierwszy to że patriarchat ogranicza mężczyzn tak samo jak kobiety. Wbrew pozorom jedynie garstka ludzi ma jakieś prawdziwe przywileje, przynajmniej w jednym ujęciu. Cała reszta może pomarzyć. Drugi, że nie ma sensu przedstawiać historii z kobiecego punktu widzenia, gdyż bez względu na wszystko nie sposób znaleźć myślicielki na miarę Platona czy twórczyni na miarę Michała Anioła, bo jej zwyczajnie nie było. Kronikarska dokładność to zaś inna para kaloszy. Gdy zaś mowa o tożsamości i orientacji warto przytoczyć twórczość Nan Goldin.

Nan Goldin podobnie jak Lary Clarck czy Diane Arbus czy Robert Mapplethorpe, obrała za temat swoich prac osoby żyjące, chciałem napisać na marginesie społeczeństwa ale dziś nie jestem pewny czy teraz aby nie są bardziej marginalizowane. Nie sposób bowiem powiedzieć do jakiego stopnia były to osoby wykluczone społecznie, zwłaszcza w przypadku Goldin. Znajdziemy na jej zdjęciach sceny zażywania narkotyków czy przemocy, ale też dość barwnego świata społeczności LGBT. Do jej najbardziej znanych dzieł należy The Ballad of Sexual Dependency. Swoisty dokument, dotyczący między innymi życia osób homoseksualnych w latach 70 i 80. W jej twórczości pojawiają się także osoby transseksualne, niebinarne, drag queen, transwestyci. Interesujące jest, że nastroje społeczne w tamtym okresie były inne niż rządowe. Zdjęcia Mapplethorpea zostały ciepło przyjęte przez krytykę i znalazły licznych nabywców, choć nie raz i nie dwa wywoływały protesty, szok i niedowierzanie. Goldin zaś w bardziej dokumentalny, reporterski sposób pokazuje też wykluczenie, z którym spotkały się osoby ze społeczności LGBT, co często uwzględnia biedę i narkotyki, ale z tymi problemami mierzą się przedstawiciele wielu społeczności. Na początku lat 70 wybuchły zamieszki zwane Stonewall Riots, od nazwy klubu na który policja przeprowadziła nalot. Władza wielu krajów miała bardzo negatywny stosunek do społeczności LGBT choć wszędzie powody były różne. Częstokroć chodziło o dziwnie rozumianą „moralność”.

Tożsamość płciowa
fot. Bettye Lane / Zamieszki znane jako Stonewall Riots, 1969. Miały swój początek w barze Stonewall, stąd nazwa, na który policja dokonała nalotu w ramach walki o obyczajność obywateli.

Wracając do zdjęć Goldin, zobaczyć na nich możemy całą gamę różnorakich form tożsamości i ich ekspresji. Warto tutaj zauważyć, że orientacja seksualna jest istotnym składnikiem tożsamości, ale inaczej niż się wydaje, do tego jeszcze przejdziemy. Goldin pokazuje, że świat wcale nie chce być zerojedynkowy. Poprzez binarność rozumie się podział na dwie płcie, z przypisanymi na sztywno rolami płciowymi, wzorcami kobiecości i męskości, których wyrzeczenie się lub złamanie stanowi poważne naruszenie norm panujących w danej społeczności, grupie. Rola płciowa jest niejasnym terminem. Rola społeczna to znacznie lepsze określenie. Rola zaś chłopca czy dziewczynki to najczęściej pierwsze role społeczne jakie otrzymujemy. Nie mają one żadnego podłoża w płci biologicznej, ale na drodze procesów kulturotwórczych wyszło nam, że jest to rzecz wynikająca bezpośrednio z naszej natury. Przez całe lata nikomu nawet do głowy nie przyszło, że dziewczynki nie zajmują się matematyką nie dlatego, że nie są do niej predestynowane a ponieważ się im zabrania. Dopiero niedawno poddaliśmy refleksji czy aby na pewno. Tymczasem, to jak je zagramy zależy zaś od bardzo wielu czynników, często od nas niezależnych bo bezrefleksyjnie przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wpierw w trakcie dorastania przyjmujemy wartości płynące od rodziców, w trakcie dalszych etapów życia od otoczenia, równocześnie coś do tego otoczenia wnosząc w mniejszym lub większym stopniu. Całość sprawia wrażenie czegoś wrodzonego, naturalnego, bo przebiega bardzo płynnie.

Sprzeciw wobec takiemu podziałowi ma kilka oblicz. Mamy chociażby feminizm, wcześniejszy wobec women czy gender studies, który to ruch podkreśla, że mężczyźni i kobiety nie są biologicznie predestynowani do pełnienia określonych ról i tak naprawdę tylko ograniczenia społeczne płynące z błędnych przesłanek powodują, że kobiety jeszcze do niedawna nie mogły zaistnieć jako artystki z prawdziwego zdarzenia. Przyjrzawszy się przeszłej i obecnej argumentacji na rzecz naturalności to jest ona tak niespójna, że nie bardzo wiadomo po co w to brnąć. W gruncie rzeczy nikt nie chce być napędzanym instynktami zwierzakiem a z drugiej jest to świetna forma odczłowieczenia albo samousprawiedliwienia. Osoby które domagają się zwracania się do dziecka w sposób neutralny oraz wychowywania tak, żeby nie otrzymywało żadnych wzorców kulturowych, to taki sam problem dla gender studies jak rasiści dla biologii. Zakładamy tutaj, że człowiek ma się uczyć nie od rodziców tylko od otoczenia, względnie samemu stworzyć wszystko od postaw. Nie kopiujemy całkowicie sposobu zachowania i wartości rodziców. Niemniej do pewnego stopnia ich naśladujemy równocześnie czerpiąc wzorce z otoczenia. Czym innym jest swoboda wyboru a czym innym udawanie, że nie przekazuje się dziecku żadnych wartości dotyczących ról płciowych i ekspresji. Zawsze coś narzucamy. W niektórych kulturach wpierw się jest dzieckiem, następnie nikim by stać się kimś. W naszej kimś trzeba być kimś od urodzenia. Można tym jednak do pewnego stopnia manipulować, gdyż nie trzeba reagować gniewem gdy chłopiec bawi się lalką a dziewczyna wiertarką. Przy czym mam nadzieję, że zabawkową a nie ośmiusetwatową młotowiertarką. Przynajmniej nie od razu. Oczekiwanie, że dorastająca istota ludzka dokona całkowitej samoidentyfikacja to mrzonka. Bowiem by tego dokonać należałoby z jej otoczenia wyeliminować wszelkie elementy podziału płciowego oraz pozbawić wszelkich elementów ekspresji. W skrócie powinno chodzić w worze pokutnym. Gdy zaś się to dokona, nie będzie musiało wybierać, bowiem nie będzie z czego. Wtedy będzie tylko człowiekiem, za co dostanie w pysk od innego człowieka bo dwoje ludzi, ma różne wyobrażenia co znaczy być człowiekiem…przecież zielone oczy ma tylko dwa procent populacji. Liczą się błękitne ślepia i blond szczecina. Równie dobrze każdy mógłby tworzyć kulturę i cywilizację od zera. Żadna gałąź nauki nie jest wolna od takich pomysłów. Dodatkowy problem w tym, że bez słów nie ma tożsamości. Jak bowiem być czymś nienazwanym? Niestety takie pomysły jak ten ostatni sprawiły, że udało się powołać do nie-życia ideologię gender, ale przeważnie tak się dzieje, jak z obszarów badawczych ktoś wyrywa kawałek i lata po mieście próbując dopasować do wszystkiego. Choć trzeba uczciwie przyznać, że drugiej stronie udaje się to zdecydowanie częściej.

Równocześnie słowa relatywnie mało znaczą. Zdecydowanie większy wpływ ma na nas zachowanie osób w naszym otoczeniu. Można sobie powtarzać, że chłopiec może okazywać emocje, ale jeśli wszyscy określani tym mianem w jego otoczeniu robią coś dokładnie odwrotnego i okazują wrogość lub niechęć wobec mężczyzn pozwalających sobie na „słabość” jaką owo okazywanie uczuć w ich mniemaniu jest to albo przyjmie ten schemat zachowania jako własny albo musi się liczyć z odrzuceniem przez grupę i koniecznością poszukiwania nowej. Stąd właśnie teoria performatywności płci Judith Butler. Początkowo bowiem bezrefleksyjnie naśladujemy, z czasem dorastając i uzyskując dostęp do wyższego poziomu abstrakcji, choć nie zawsze z tego korzystamy. Bywa, że gramy naszą rolę przez całe życie nie zastanawiając się absolutnie na żadnym jej aspektem. W myśl powiedzenia, z kim się zadajesz takim się stajesz, przyjmujemy cudze zachowania i wartości jako własne. Dotyczy to także poczucia tożsamości, zwłaszcza w kontekście tworów czysto kulturowych. Problem z tą teorią jest taki, że właściwie nie skupia się na zdolności jednostki do autorefleksji, w wyniku czego można odnieść wrażenie, że naśladujemy innych, ale skąd ci inni mają takie a nie inne wzorce to już nie bardzo wiadomo, poza tym że płyną one z kultury i tak dalej, przez co jesteśmy przez Innych zaprogramowani, ale sami wywieramy na nich relatywnie mały wpływ. Tutaj coś troszeczkę zgrzyta.

Na naszej drodze spotykamy różnych ludzi, którzy w różnoraki sposób odgrywają narzuconą im rolę. Dawny podział klasowy tworzył w miarę wyraźny podział płciowy w obrębie danej klasy. Panowie to, panie tamto. Natomiast jak pokazuje Michele Lamont, poszczególne podgrupy potrafią na podstawie detali w zachowaniu, ubiorze, odróżniać prawdziwych mężczyzn od nieprawdziwych. Zaznaczyć warto, że każda grupa myślała dokładnie to samo o przeciwnej. Należą zatem do męskich subkultur. Swoje badania prowadziła na przedstawicielach klasy robotniczej. Dziś, gdy klasy społeczne są jedynie pewnym kryterium zamożności dla działów marketingu, dochodzi do konfrontacji różnych wzorców męskości i kobiecości na skalę wcześnie nie spotykaną. Często poruszamy się w tej samej przestrzeni, media umożliwiają przepływ informacji nieznany wcześniejszym pokoleniom. Chyba każdy się zgodzi, że gładkolicy paniczyk nie był dla portowego robola wzorem męskości. I odwrotnie. Pamiętać trzeba, że grupy te miały ze sobą niewielki kontakt, o ile w ogóle. Dziś wzorce i wyobrażenia mieszają się ze sobą, przez co ciężko powiedzieć co jest jednoznacznie męskie a co damskie. Nie istnieje bowiem żaden narodowy czy społeczny wzór. Pozornie może się wydawać, że tak jest, ale tylko pozornie. Pewne elementy mogą być podobne. Prócz tego kultura ma różne fazy, raz zachwycając się surową kulturą klasy robotniczej, innym razem wzdychając do zupełnie czegoś innego. Spór ten jest całkowicie jałowy. Przeżyliśmy chociażby zachwyt metroseksualnością, który to termin jest co najmniej dziwny, bo nie wiadomo czy to orientacja seksualna, forma ekspresji czy dziwne upodobanie do metra, związane z pociągami i tunelami.

Dziś nie jest nie do pomyślenia kochający troskliwy ojciec zostający całymi dniami z dziećmi i trenująca muay-thai mama zajmująca się pracą zarobkową, stanowiąca wzorzec siły i niezłomności. Cokolwiek robisz, jakkolwiek się zachowujesz albo jakikolwiek sport uprawiasz a jest to zgodne z twoim wyobrażeniem o sobie, to wówczas jest albo męskie albo damskie, zależy jakim słowem się określasz. Skoro upadł podział, zanikła ta binarna opozycja, wystarczy chcieć żeby wrażliwość była typowo męską cechą. Każda kultura radzi sobie na swój sposób. Jedne kultury wprowadzają dodatkowe płcie, gender, czyli właściwie scenariusze do odegrania, które rzutują na płeć biologiczną, ale równocześnie bardzo je ograniczają. Jeśli jesteś mężczyzna, to choćby się waliło i paliło tego a tego, nie wolno ci robić. U nas jest trochę inaczej. Mamy tylko dwa określenia przez co powstaje złudzenie owej binarności. Warto jednak zauważyć, że binarność często bywa błędnie postrzegana. Binarny znaczy dwuartościowy a nie przeciwstawny czy opozycyjny. Oznacza to, że w można przyjąć jedną z dwóch tożsamości, męską lub damską. Kobiety i mężczyźni nie są ani przeciwieństwami ani wzajemnym uzupełnieniem. Przy czym trzeba przyznać, że mężczyźni mają w pewien sposób ułatwione zadanie, bowiem jeśli wolą mężczyzny było aby jakaś czynność, zajęcie były typowo męskie tak się działo, przynajmniej w obrębie pewnej grupy albo klasy. Naturalnie w zależności od siły przebicia jednostki.

Niech w księgach wiedzy szpera rabin Nauka to jest wymysł diabli kochanką moją jest karabin i klinga ukochanej szabli
Nie tęsknię do kawiarni gwarnej Gdzie mieszka banda dziwolągów

Nie sposób nie uśmiechnąć się i nie wspomnieć o argumencie nad argumenty, który podważa wszystko co napisałem, przynajmniej wedle facebookowych dyskutantów: mężczyzna nie zostanie matką, dziecka nie urodzi, cała teoria leży i piszczy. No tak, tego się nie spodziewałem jak hiszpańskiej Inkwizycji.

Wciąż istnieją silnie zarysowane warianty grupowe, realizowane na drodze konformizmu, ale to naturalne, w końcu o grupę trzeba dbać. Skoro nie ma binarnych opozycji, nie ma możliwości by być osoba niebinarną w kontekście ról płciowych. Względnie możliwy jest do zrealizowania tylko w obrębie grupy, ale tylko jednej z tych nielicznych, które posiadają bardzo sztywne ramy dla każdej z płci albo wydaje im się, że posiadają. Zmiana grupy i pyk, okazuje się że jest się stuprocentowym przedstawicielem jednej płci. Konformizm ów, niemanifestowanie pewnych zachowań aby zachować ciągłość istnienia grupy jest jedną z cech naszego gatunku. Przeważnie lubimy przebywać w otoczeniu osób podobnych do nas samych. Niektóre jednostki potrafią żyć w pewnym stopniu poza grupą nie do końca aprobując jej wartości, jeszcze inne czerpią przyjemność z łamania tych zasad, ale przeważnie jesteśmy gotowi poświęcić coś na rzecz grupy.

Nie tak dawno jeszcze, pierwsza otrzymana rola, kobiety lub mężczyzny, decydowała o całym naszym życiu. Pełniąc rolę mężczyzny można było zostać czymś nazywanym głową rodziny, na której spoczywał obowiązek utrzymania – choć nie jest to do końca prawdziwe, bo kobiety z najuboższych warstw społeczeństwa zawsze pracowały a z wyższych za bardzo się pracą nie hańbiły. Właściwie niepracująca kobieta zamknięta w domu to styl życia klasy średniej kilku dekad, przy zwróceniu uwagi na wyraźnie niższy status kobiety, choćby pod względem ilości praw. Niemniej, kobieta inżynierem raczej zostać nie mogła. Z chwilą gdy padały słowa, gratulacje macie państwo syna/córkę, droga życiowa takiego osobnika stawała się w miarę jasna. Pierwsza otrzymana rola, definiowała kolejne role które wolno nam będzie przyjąć, lecz trzeba pamiętać iż w pewnym ograniczonym zakresie oraz to jak je odegramy. Zatem to nawet nie tyle rola co scenariusz. Na jego podstawie zagramy męża, żonę, koleżankę, kolegę, szefa, pracownika. Dziś? Dziś różnice pomiędzy płciami się zacierają więc teraz kobiety i mężczyźni z niższych klas społeczeństwa sprawiedliwie ograniczeni są poprzez różnorodne formy kapitału.

Tożsamość płciowa
Szczyt mody chłopięcej AD 1910 – coś co wygląda jak współczesna, dziewczęca sukienka

Tożsamość a ekspresja płciowa

W telegraficznym skrócie, tożsamość to kim się czuję, kim jestem, natomiast ekspresja to jak to wyrażam. Brzmi dość prosto i tak też w gruncie rzeczy jest. Przez wiele stuleci kobiety, ale też mężczyźni mieli ograniczony wachlarz form ekspresji. Trzeba też pamiętać, że pierwszym ważnym głosem, który podważył dotychczasowy porządek, był ten należący do sufrażystek oraz Harriet Taylor Mill, która zainspirowała męża, Johna Stuarta Milla, do poparcia ruchu. Antropologiem, który stworzył koncepcję determinizmu kulturowego i ukształtował Margaret Mead był Frantz Boas. Gender Studies mają zatem swoje korzenie w połowie XIX wieku i domagają się odpowiedzi na pewne pytania na nowo. Pytanie kluczowe zaś brzmi, czy robię to co robię, gdyż nakazuje mi natura czy kultura?

W XIX wieku ciągle dominował biologiczny determinizm, który zakładał, że kobiety niezdolne są do większych osiągnieć naukowych, filozoficznych czy artystycznych z powodu uwarunkowań biologicznych. Ruch ten jest silny po dziś dzień i nazywa się trochę błędnie biologizmem przez analogię do genderyzmu. Otóż moi drodzy, obie strony atakują swoje chochoły. Żadne popularnonaukowy przeciwnik gender studies nie ma odwagi mierzyć się z psychiatrią, psychologią, antropologią i filozofią. Koncepcja gender czyli płci kulturowej została zrozumiana po łebkach albo celowo jest wypaczana. Nie raz usłyszycie, że kobieta ma wrodzony cel życia jakim jest prokreacja, albo że nie ma sensu wysyłać dziewcząt na polibudę bo i tak niczego nie osiągną przez różnice w budowie mózgu. Trochę to smutne. Nie każdy, ale wielu internetowych pseudonaukowców prędzej czy później okazuje zwolennikiem „naturalnego porządku”, dowodząc że skoro kobiety chcą mieć dzieci, to trzeba je zmusić bykowym. Chcą i trzeba zmuszać? Taka ta ich „nauka” jak oni cali. Na przestrzeni lat biolodzy musieli wycofać się z szeregu zdawałoby się niepodważalnych prawd na temat natury ludzkiej, które okazały się dogmatami. Oto okazało się, że kobiety mogą prowadzić samochody, uczyć się, tworzyć. Tylko jak my się uczymy?

Ledwo liźnięto zagadnienie ewolucji a już czarni stali ewolucyjnie niżej. Równocześnie, biologizm sugeruje, że tożsamości są tylko dwie, ale mózgi mogą być różnie zbudowane. Zatem typowy przedstawiciel płci męskiej z typowym mózgiem będzie zachowywał się w przewidywalny określony sposób. Osoba z mózgiem przypominającym budową mózg płci przeciwnej, może dokonywać innych niż typowe wyborów zainteresowań, ścieżek kariery zawodowej czy edukacyjnej. Wniosek jest prosty, biologia determinuje nas do pełnienia typowych lub nietypowych ról płciowych. Zgodnie z tym poglądem, chłopcy powinni chcieć bić się po pyskach a dziewczynki gotować. Pytaniem wielce interesującym jest dlaczego jeden woli matematykę, drugi pracę fizyczną a trzeci tańczy? Wszystkie te rzeczy są bardzo męskie. Tylko co decyduje o wyborze? Może budowa mózgu? Zatem może już w okresie prenatalnym można by wytypować kto będzie robolem a kto matematykiem i tak pokierować życiem młodego człowieka? Rozumiecie teraz czemu deterministów należy zakrzyczeć i kazać im się zamknąć?

Z resztą, ten ich determinizm biologiczny działa tylko wtedy, gdy im to na rękę. Na przykład, ludzie wykazują różnice w sposobie odkładania się tkanki tłuszczowej w zależności od rasy, co objawia niekiedy się steatopygią. Nagromadzeniem dużych ilości tkanki tłuszczowej zwłaszcza w udach, biodrach i pośladkach oraz łączy z silną lordozą. Tylko, że wtedy biologia nie działa, to złe nawyki żywieniowe, wiesz, kultura. Zatem wszystko rozbija się o to, czego nienawidzisz. Gdy nienawidzisz kobiet wybierasz sobie to a to, gdy nienawidzisz mężczyzn dowodzisz, że statystycznie są bardziej odpowiedzialni za gwałty i przemoc, choć te same statystyki nie mogą dowodzić preferowania matematyki przez mężczyzn. Tego mieszanego działania biologii w zależności od potrzeb dowodziłem w tekście o gender studies. Ot, do wyboru do koloru. Wszystko jest polityczne. Polityka jest jak brud. Wszędzie wlezie.

Wracając do mózgów, mamy kilka wariantów koncepcji. Pierwszy mówi, iż nasze mózgi są w okresie niemowlęcym do siebie bliźniaczo podobne i konkretnych cech nabierają dopiero na przestrzeni lat pod wpływem wychowania i kontaktu z określonymi rzeczami. Druga, że wprawdzie od początku się różnią, ale nie ma ograniczeń ich możliwości. Przynajmniej żadnych nie stwierdzono, ale widzicie jak bardzo cała nauka jest honorowana w tak zwanej debacie publicznej. Już raz przepraszano kobiety, że pomylono się co do ich możliwości intelektualnych, ale wydaje się, że mało kogo to szczerze obchodzi. Garstkę ludzi. Zapamiętać natomiast musicie jedno. Nauki empiryczne nie dają jednoznacznych, niepodważalnych odpowiedzi. W omawianym temacie posługujemy się w znacznej mierze obserwacją. I na koniec miesza nam się nauka z aktywistyczną histerią.

Nauka powstaje wtedy, gdy rzecz, wiedza uznawana za odwieczną, logiczną i niepodważalną zostaje podważona. Czasem też wiedzę potoczną należy usystematyzować, przepuścić przez pewną metodologię. Nie przejmujcie się gdy w Internecie przeczytacie, że gender studies są nienaukowe. Dla osób, które to piszą antropologia jest nienaukowa, ale większość krytyków na popularnych stronach nie odróżnia chromu od chromosomu. Natomiast biegli w naukach przyrodniczych też potrafią przywalić takim tekstem, że chce się płakać. Przeważnie z takimi zarzutami spotkacie się na stronach pseudonaukowych internetowych szczyli, którzy mają dość marne pojęcie o tym, o czym mówią. Gdyby się bardzo uprzeć astrologia można stać się nauką i dumnie wypiąć pierś obok biologii czy chemii. Nie ma bowiem lepszego narzędzia w budowania uprzedzeń niż nauka w swoim pseudowydaniu. Naukowcy to też ludzie a nie Czysty Rozum, niczym lemowski Golem. I tak bywa, że genetyk chce mieć ostatnie słowo i jest uprzedzony do antropologii czy psychologii, podobnie jak antropolog do genetyka.

[…] większości ludzi nie powinno się podawać takich informacji, bo to wszystko co zapamiętają i będą próbowali dowodzić jakichś dziwacznych racji a na koniec i tak będą uciekać po rynnie.

Gender studies to próba zrozumienia wiedzy potocznej, którą posiadły plemiona pierwotne. Niestety, w wielu z nich człowiekiem jest tylko mężczyzna. Zatem zrozumiałym jest, że wiedzę tę należy odpowiednio przetworzyć. Mimo to, dzięki tym plemionom dowiadujemy się, że ekspresja nie ma nic wspólnego z biologią.

Rytuały przejścia opisywane były już wcześniej (przed Margaret Mead) chociażby przez Arnolda van Gennepa, w wydanej w 1909 książce Obrzędy przejścia, jednak jego koncepcje dopracował dopiero Victor Turner, który rozpoczął studia zainspirowany wydaną w 1928 książką Margaret Mead – Dojrzewanie na Samoa (Coming of Age in Samoa). Poglądy Tunera można scharakteryzować w następujący sposób:

Gdy dzieci osiągną pewien wiek, zostają wyłączone z grupy dziecięcej i często stają się nikim, aż do czasu nadania im nowego statusu. Po obrzędzie inicjacji, stają się na powrót kimś, jednak zupełnie nowym. Częstsze są obrzędy wprowadzające chłopca do świata mężczyzn. Właściwie nikogo, do świata mężczyzn. Wówczas, często w bolesnych próbach albo rytuałach, udowadnia że jest gotów – przyjąć rolę mężczyzny. Następnie przechodzi pod opiekę doświadczanych już mężczyzn, od których uczy się jak stać się jednym z nich. No właśnie – uczy. Częstą praktyką jest, iż nikt albo już młody mężczyzna towarzyszy starszym jako asysta. Już plemiona pierwotne, zdawały sobie sprawę, że dzieci samodzielnie nie przegotują się do roli kobiety lub mężczyzny. Głównie mężczyzny. W trakcie tego okresu, swoistego stażu, młody człowiek dowiaduje się co jest dlań dozwolone a co zakazane. Skąd inaczej będzie wiedział, że nie wolno mu piec chleba pod żadnym pozorem i dlaczego? Trzeba jednak otwarcie przyznać, że większość ludów zakłada, że kobiecość to osiągalne przez każdego minimum. W wielu kulturach cały obrzęd przejścia dla kobiety zaczyna się i kończy na bolesnym obrzezaniu (wyrzezaniu). Właściwie często nie są nawet ludźmi, w przeciwieństwie do mężczyzn, choć ci stają się nimi dopiero z czasem. Nikt nie rodzi się człowiekiem.

Gdzieniegdzie wkrada się terminologiczny chaos. Gender zaczyna oznaczać „płeć kulturową” oraz „płeć psychiczną”, co jest pierwszą fiszką po stronie problemów, bo pojęcia zaczynają się mieszać. Samo słowo gender oznacza, rolę płciową będąca tylko i wyłącznie konstruktem społecznym. Gdy mowa o tożsamości płciowej (gender identity) mamy na myśli coś w rodzaju płci psychicznej, oznaczającej coś pierwotnego. Pokuszę się tutaj o stwierdzenie, identyfikacja jako samiec i samica. Natomiast płeć kulturowa, czyli słówko gender samo w sobie oznacza schemat zachowań dla osoby o określonych cechach płciowych (sex), co oznacza zespół ról, form ekspresji przypisanych jednostce na podstawie płci biologicznej w danej kulturze, czyli wszystko to, o czym mogliście przeczytać powyżej oraz w poprzednich wpisach, jak w dość obszernym „Ballada o bestii Genderze i smokobójcach„. Pomimo upływu lat nie bardzo potrafimy jednoznacznie rozdzielić jedno od drugiego, więc siekamy terminologię na dzwonka ale nie wiem czy ma to jakiś większy sens, bowiem u człowieka równie wiele zależy od kultury, którą sam wytwarza jak od biologii, która wytwarza jego. Obstaję jednak za wariantem kulturowym. Oznacza on, że kultura kształtuje na w stopniu dalece większym niż biologia.

Krucjata przeciwko tego typu pomysłom miała tylko jeden cel. Otóż, kobiety i mężczyźni mogliby zyskać niezależność, a to godziło w cały klasowy porządek społeczny. I godzi po dziś dzień. Prawda jest też taka, że nikt nie potrafi polować. W najlepszym przypadku człowiek rzucony w środek dziczy będzie próbował nazbierać czegoś do jedzenia. Zabijania trzeba się nauczyć. Zatem za hipotezami z zakresu gender studies przemawia cała masa obserwacji, na najróżniejszych przykładach, czynionych od ponad ponad dwustu lat. Jako, że nie mamy dostępu do wiedzy o człowieku sprzed wytworzenia kultury, musimy zdać się na pewne domysły i koncepcje filozoficzne. Tutaj właśnie bezpośrednio wkracza Judith Butler i koncepcja performatywności płci. Zakłada ona, że tożsamość wykształca się od chwili określenia konkretnym mianem – chłopiec, dziewczynka – a następnie trwa w procesie naśladownictwa. Początkowo odbywa się to bezrefleksyjnie. Na późniejszych etapach możemy czerpać wzorce zewnętrzne i modyfikować chociażby formy ekspresji. Pytanie pozostaje jednak w mocy. W jakim stopniu to, że czuję się mężczyzną zależy od mówiąc ogólnie biologii, w jakim zaś od kultury.

Zatem pod względem biologicznym może sobie istnieć typowy mężczyzna i typowa kobieta, nie jest to żadną przeszkodzą. Różnice biologiczne są dość wyraziste. Bowiem chociażby w medycynie, wzorem, modelem jest mężczyzna rasy białej o jakichś tam dodatkowych cechach, wybaczcie nie odrobiłem zadania. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest chociażby niecałkowite dopasowanie procedur medycznych do potrzeb kobiet przykładowo w zakresie kardiologii czy neurochirurgii. Również uszkodzenia półkul dają często odmienne efekty u kobiet i mężczyzn, choć to może mieć różne uzasadnienia, zwłaszcza jeśli na początku nasze mózgi są niemal identyczne. Wspomnieliśmy już, że na przestrzeni lat medycyna czy biologia musiały zrewidować wiele poglądów. Ledwo liźnięto zagadnienie ewolucji a już czarni stali ewolucyjnie niżej. Udaje się w badaniach wykazać, że w dzieciństwie dziewczynki lepiej uczą się od chłopców języków. Czy to obcych czy ojczystych. I przyznam szczerze, że każdy poważny artykuł, wywiad z neurobiologiem, kończył się przeważnie, że więcej nie wie. Nie do końca wiadomo czego właściwie szukać, tym bardziej, że nasza znajomość zasad działania mózgu, organu który doprowadził nas do tego miejsca, wiemy relatywnie niewiele.

Jeden podejrzewał, że „poznawcze wąskie gardło” zanika z wiekiem, drugi, że nasze mózgi się różnią ale osiągamy identyczne rezultaty inną drogą. I tak chłopcom łatwiej uczyć się z podręcznikiem poprzez materiały wizualne a dziewczynkom jest to zupełnie obojętne. Nie ma jednak tak dobrze. Okazuje się, że dziewczynki w ogóle są lepsze w nauce od języka po matmę. Wynika to z większej ilości czasu jaką spędzają na czytaniu i nauce. W kwestii mówienia, dziewczynki częściej zachęca się do zabawy lalkami, które to zabawy wymagają prowadzenia wyimaginowanych rozmów a chłopców do gier i zabaw wymagających celnego kopa. Chłopcy więcej czasu spędzają, cóż, na zabawie. Często grupowej, od gier video po gry zespołowe, przecząc mitowi alf i indywidualistów. Lecz nie tylko. Okazuje się, że nawet ilość czułości jaką otrzymujemy, ma wpływ na rozmiar poszczególnych struktur mózgu. Gdy zaś wrócimy do kwestii języków, okazuje się, że rodzice więcej mówią do córek niż do synów. Używają także większej ilości słów związanych z emocjami, tutaj zwłaszcza matki. Co ciekawe sposób w jaki ojcowie mówią do córek, może mieć wpływ na ich lepsze wyniki w nauce w stosunku do chłopców. W ostatecznym rozrachunku, do dziewczynek kieruje się znacznie więcej słów niż do chłopców, w dodatku o różnym nacechowaniu. Po pewnym czasie chłopcy nadrabiają i okazuje się, że dzienna liczba słów wypowiadanych przez kobiety i mężczyzn jest praktycznie identyczna, ale wczesne dzieciństwo pozwala kobietom rozwinąć w sobie dodatkowe zdolności komunikacyjne.

Częściej też dziewczynki są przytulane, niż chłopcy. Trzeba też pamiętać, że badania czerpiemy obficie z USA, zatem niekiedy trzeba brać pewne poprawki. APA w swoim raporcie wykazało, że wraz z wiekiem przewaga kobiet w naukach zwanych błędnie ścisłymi nie spada, zwłaszcza w klasach jednopłciowych. Czemu? Presja społeczna. Młoda kobieta zobligowana jest chociażby do wyglądania atrakcyjnie. Niechlujny chłopiec ale uzdolniony matematycznie spotka się z większą aprobatą jako genialny niż byle jak ubrana dziewczyna bez makijażu, choćby była od chłopca znacznie lepsza. Kolejna sprawa to właśnie ta ścisła sztuczka. Kobiety wolą nauki humanistyczne dlatego oblegają chociażby socjologię. Socjologia nie jest nauką humanistyczną, tylko społeczną, które to są podkategorią nauk empirycznych. Wiecie, statystyka. Trzeba to zdać. Różnice w sprawności uczenia się zanikają na poziomie studiów. Dodatkowo okazało się, że kobiety wcale nie wybierają częściej filologii czy socjologii jak świat długi i szeroki. Dzieje się to w krajach, które uchodzą z ostoję nierówności. Finlandia, Dania, Norwegia w ogóle nie pasują do opisanego schematu a od najmłodszych lat wyniki są prawie takie same. Całkowitą pewność dałoby nam badanie nie tylko kobiet i mężczyzn z jednego kraju ale z wielu krajów. Ciekawe czy mózgi Norwegów i Norweżek bardzo się różnią?

Typowy przedstawiciel płci męskiej jest również bardziej włochaty, przez co ma możliwość zapuszczenia tak zwanej brody. I teraz uwaga, jedni uważają, że mężczyzna powinien być gładko ogolony, drudzy że ogolić to sobie wiecie co możecie a mężczyzna ma nosić brodę. Zatem akceptowalne społecznie formy ekspresji zmieniały się na przestrzeni wieków w sposób wręcz uderzający. Ciężko zatem dowodzić, że różnice w budowie mózgu pchają kobiety i mężczyzn do określonych zainteresowań, bowiem to, co jest męskie a co damskie zależy tylko i wyłącznie od kultury. Od decyzji danego społeczeństwa, wykształconej i ewoluującej na przestrzeni wieków. No chyba, że obstajecie za tym, że spodnie wynikają z uwarunkowań biologicznych.

Tożsamość płciowa
Pyski w pudrach i pomadkach, czyli moda męska w XIV wieku / www.world4.eu / na tej stronie znajdziecie więcej ciekawych przykładów

 

Tożsamość płciowa
Moda męska w XIX wieku / Wikipedia

Koncepcja Butler została swego czasu trochę naciągnięta. Nie do końca bowiem możemy być kim chcemy i robić co chcemy, gdyż to otoczenie, cała kultura definiuje to kim będziemy i ma na nas olbrzymi wpływ, którego nie jesteśmy w stanie zignorować na zawołanie. Możemy go zmieniać, przekształcać ale rzadko wychodzi to w sposób rewolucyjny. Zatem w gruncie rzeczy dyskusja toczy się o to, co wiedzie prym. Kultura czy Natura. W pierwszej chwili zachłyśnięto się nadinterpretacją, bo była iście wyzwalająca. Płeć zwana gender to koncept kulturowy, mężczyzna i kobieta to pojęcia abstrakcyjne, stworzone przez kulturę zatem pula możliwości okazuje się wręcz nieograniczona. Niestety drogie dzieci, nie jesteście niewolnikami waszych genów i mózgów, ale niewolnikami kultury, sorry, nic was nie ocali. Rozważania Butler nie zakładają totalnej dowolności. Skupiają się na wpływie kulturowym na tożsamość i ekspresję jednostki. Czy moja tożsamość jest efektem ekspresji, czy też ekspresja efektem tożsamości. Jak to działa? Spróbujmy wyjaśnić. Na świat przychodzi człowiek, człowiek jest określany terminem chłopiec lub dziewczynka. Chłopiec lub dziewczynka, ubierani są w określony sposób, otrzymują określone zabawki, otrzymują wskazówki jak powinni się zachowywać. Mija dziesięć, dwadzieścia lat. Człowiek mówi o sobie, jestem kobietą, jestem mężczyzną. Dlaczego? Dlatego, że tak czuje czy tan nauczono go się czuć? Proste? Pewnie, że proste.

Wiemy też, że w różnych społecznościach stwierdzenie, jestem kobietą, jestem mężczyzną, będzie niosło inne skojarzenia, co do oczekiwań względem jednostki. Daje to również pewne wskazówki, jak dana osoba może się zachować w określonych sytuacjach, jak powinna się zachować, ubierać, jakie zawody wolno jej wykonywać. I tak wobec mężczyzny japońskiego stawiane są inne wymagania niż wobec mężczyzny na Samoa. W wyniku obserwacji naszego społeczeństwa, wiemy że żyją w nim różni mężczyźni i kobiety, którzy inaczej postrzegają co znaczy być kobietą albo mężczyzną. Opisałem do dokładniej w pierwszej części teksu, więc nie ma co do tego wracać. Kolejne pytanie brzmi, czy mogą istnieć inne niż męska i damska tożsamości? Obecnie odpowiadamy, że tak, głównie na podstawie obserwacji innych kultur. Uwaga jednak, bowiem nie zawsze to, co z wierzchu wydaje się pasować, być odpowiedzią jest nią faktycznie. Hidźry, fa’afafine, muxe, calabai, calalai, są zarówno formami tożsamości jak i płci kulturowych, odmiennych od męskich i damskich w swoich kulturach. Trzeba jednak pamiętać, że ramy dla mężczyzn, kobiet i hidźr, są bardzo rygorystyczne i sztywne. Ulegają ewolucji, ale są znacznie sztywniejsze niż w ma to obecnie miejsce w naszej kulturze.

Czy tożsamość płciową można zmienić dowolnie? Nie. Ot tak, w wyniku podjętej w nocy decyzji, definitywnie nie. Może się ona jednak zmieniać w czasie podobnie jak orientacja seksualna albo w skali pokoleń. Można też całe życie identyfikować się jako mężczyzna ale wyrażać to na na różne sposoby, na różnych etapach życia. Młodzik, dojrzały silny wojownik plemienny, obdarzony mądrością starzec. Widzicie, tutaj wchodzimy w zakres refleksji nie biologicznej, socjologicznej a filozoficznej, choć socjologia jako nauka nigdy nie zrezygnowała ze związków z filozofią. Przykład z Samoa. Skoro istnieją Fa’afafine, ja czując się do nich podobny zaczynam określać się tym mianem. Moje poczucie JA pasuje do tego słowa i tego co ze sobą niesie. Niesie zaś sporo, bowiem określając się konkretnym mianem, trzeba zaakceptować określone formy ekspresji oraz role narzucone przez konstrukt jakim jest Fa’afafine. Możemy naturalnie zapytać, czy osoby identyfikujące się jako Fa’afafine, wykazują jakieś znaczące różnice anatomiczne, chociażby w budowie mózgu, względem osób identyfikujących się jako mężczyźni. Również możliwe jest rozpatrywanie przedstawicieli samoańskiej trzeciej płci, jako osób transpłciowych. Z przyczyn technicznych nie mogących poddać się tranzycji, choć w kontekście indyjskich hidźr budiz pewne wątpliwości. Również mogą to być osoby homoseksualne, ale co z osobami homoseksualnymi na Samoa, które nie identyfikują się jako Fa’afafine? Nim zaś padnie argument o penalizacji, trzeba pamiętać, że wiele kultur zmieniło się w kontakcie z naszą moralnością i odtwarzanie wcześniejszych relacji społecznych oraz ich analiza są trudne.

Z różnicami w budowie mózgu jest ten problem, że na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat otrzymałem już następujące informacje. Różnice są wyraźne. Nie prawda, różnice są tylko w pewnych obszarach, poza tym nasze mózgi są bardzo podobne do siebie w okresie niemowlęcym, de facto nie do odróżnienia. Co jakiś czas świat nauki obiega nowe, elektryzujące odkrycie. Czemu teoria płci kulturowej pozostaje w mocy? Zgodnie z koncepcją biologiczną, osoba o bardziej męskim mózgu, będzie naturalnie bardziej interesowała się zajęciami typowo męskimi. Czy polowanie jest męskie? Czy sporty walki są męskie? Czy jedzenie mięsa jest męskie? Czy nauki empiryczne są męskie? Indusi lub też Indianie nie jedzą mięsa. Koncepcja płci kulturowej zakłada, że kultura decyduje co jest męskie a co damskie a czego przykłady czerpiemy z antropologii kulturowej. Skrajny biologizm zakłada, zaś że męskie/damskie wynika wprost z biologii, chociażby uprawianie nauki przez mężczyzn, na drodze ewolucyjnej. Niejako zatem nauka wychłonęła z mężczyzny. I jak mawiał mój dziadek, chuj bombki strzelił, bowiem większość populacji nie uprawia żadnej nauki. Cóż, UNESCO podaje, że jakąkolwiek dziedziną nauki zajmuje się 0.1% populacji globu. Natomiast 67% ankietowanych mężczyzn nie przeczytało w minionym roku ani jednej książki. Ani jednej. Nawet Ani z Zielonego Wzgórza. Null. Znaczna część populacji Indii to wegetarianie aż po wegan. Równocześnie uprawiają kuszti. Nie ma nic bardziej męskiego na obiad niż kawał steka, do tego dobry browar, ale żadnego mordobicia. Piłka nożna! Rozrywką godną prawdziwego mężczyzny jest filozofia i literatura. Rzadko natomiast jest przytaczana część hipotezy, że różnice w budowie mózgu, są efektem wpływu środowiskowego i wychowania. Skoro od dziecka jesteśmy trenowani, przez wychowanie, zabawę, nakazy, zakazy, praktykę, to nasz mózg musi się dostosować. Czasem uzasadnia się, że pewne cechy na przykład agresja są efektem wpływu testosteronu w życiu prenatalnym. Ok, tylko że środowisko ma wpływ na matkę prawda? Jednostka, której matka żyła w środowisku pełnym agresji i przemocy, może być agresywna niejako przygotowana do dalszego życia w wymagającym agresji środowisku. Okazuje się bowiem, że dziewczęta wychowane w środowisku agresywnym, chociażby w gettcie, również są bardzo agresywne i nie stronią od przemocy fizycznej, choć przeważnie domeną kobiet jest przemoc psychiczna. Czy wszystko jest jasne? Mamy przykłady ludzi, którzy przybyli jako imigranci z innych rejonów świata powiedzmy do USA akceptując tamtejsze wzorce kulturowe, to co jest męskie, to co jest damskie. Spodnie moi drodzy, spodnie są najlepszym przykładem. Spodnie i włosy. Otóż spodnie, to tak męską część garderoby, że nie wszędzie jest nawet znana. Spodnie, są tak męskie, że kobieta w spodniach traci całą swoją kobiecość. Bum, sru, jeb. Rewolucja. Spodnie są tak bardzo kobiece jak to tylko możliwe. Opięte, długie, krótkie, luźne. Dziś, gdyby nie etykiety, w niektórych sieciówkach można długo zastanawiać się, który model jest męski, a który damski. Istotną kobiecą cechą, są również długie włosy, bardzo erotyczne w świecie islamu, cenione w Europie. Najlepiej sięgające pośladków. Bum! Sru! Jeb! Lata dwudzieste. I Masajki. O ile przyczyny strzyżenia włosów wśród kobiet są różne, tak Masajki nie zapuszczają włosów od wieków. Mimo to uznawane są za bardzo kobiece, zwłaszcza przez Masajów. Skoro zaś w Afryce jesteśmy, wśród mieszkańców Mauretanii, Nigerii, Ugandy, Sudanu oraz tunezyjskich Żydów, popularne jest tuczenie kobiet. Wówczas są bardziej wartościowe ale też uchodzą za atrakcyjniejsze seksualnie. Nasza kultura ceni zaś szczupłość, obecnie bardziej wysportowane sylwetki. Na przestrzeni kilku lat kanon atrakcyjnej kobiety zmienił się niebotycznie. Od filigranowej, chudej po wysportowaną z dość dużymi pośladkami. Bum sru jeb. I to jest to całe gender. Jak świat długi i szeroki nie sposób znaleźć takiej rzeczy, cechy, czynności, która wszędzie uchodziłaby za męską albo damską. Osoba wychowana w Polsce ale o korzeniach afrykańskich bardzo łatwo przejmuje nasze wzorce w tym zakresie. Stanowisko biologistyczne powiela również stereotypy płciowe. Na przykład, że mężczyźni są bardziej techniczni a kobiety bardziej empatyczne. Efektem jest negatywne postrzeganie kobiet, które nie mają większych pokładów empatii jako jako mniej kobiecych a mężczyzn, którzy przedkładają emocje nad liczby jako mniej męskich. Natomiast będziemy się okłamywać czy powiemy sobie prawdę? Większość fanów motoryzacji zwraca raczej uwagę na atrakcyjną sylwetkę pojazdu, wykończenie wnętrza a nie moment obrotowy. Może jeden fotograf na stu, sięga po aparat bo fascynuje go chemia i optyka. Tylko jaka chemia? Bum na fotografię zbiegł się w czasie z uproszczeniem procesu fotograficznego. Aparat – komputer, aparat – Internet. Mało komu chce się godzinami babrać w chemii albo chociażby zrozumieć jakaż logika stoi za opcją „multiply” w mieszaniu warstw Photoshopa. Ważne, że mniej więcej wiem, jakiego efektu się spodziewać. Do fotografii częściej pchała sława, która kojarzyła się z prezentowanymi sylwetkami fotografów albo emocje po zobaczeniu jakiegoś zdjęcia. Też chciałbym takie robić…Dopiero te emocje, zmuszają do nauki o przysłonach, migawkach, czułościach i całej reszcie. Właśnie w tym momencie świat nauki głupieje doszczętnie. Można trafić na teksty, argumentujące, że liczba mężczyzn w sztuce ma podłoże ewolucyjne, w walce o partnerkę. Do momentu aż zadamy sobie pytanie, dlaczego uczelnie artystyczne nie przyjmowały studentek. Różnice w budowach naszych mózgów są najprawdopodobniej efektem tego w czym się wprawiamy i to od najwcześniejszych lat. To zaś w czym się wprawiamy jest efektem socjalizacji, wpływu kulturowego. Cóż mi po tym, że jestem większy od mojej koleżanki jeśli ona targa ciężary a ja, przepraszam, wybaczcie, chodzę na crossfit. Jeśli to nie jest wystarczające tłumaczenie, to nie wiem co jest.

Istotna jest relacja orientacji seksualnej z tożsamością. Stanowi istotną składową. Butler zastanawia się nad istnieniem tożsamości lesbijskiej analizując częste stereotypy wytworzone na temat męskich kobiet. Nie ma tam natomiast wiele o homoseksualnych mężczyznach. Cóż, homoseksualiści przez lata uważani byli za nie-mężczyzn. Ma penisa, ale to nie-mężczyzna. Gej jest raczej kimś bliższym kobiecie a lesbijka mężczyźnie. Często oczekiwano, że gej będzie zniewieściały, choć cholera wie dlaczego. Mózg. Jasne mózg. Część mózgu, właściwie część części, bowiem chodzi o część podwzgórza odpowiedzialna za orientację okazała się u homoseksualnych mężczyzn odpowiadać rozmiarom u heteroseksualnych kobiet. No i wyszło mądralom raz jeszcze, że gej musi być „zniewieściały”. Właściwie to bardziej filmowy stereotyp, niż realna forma ekspresji. Zdarza się, pewnie, ale nie jest tak, że lesbijka jest męska a gej kobiecy. Skąd oni to biorą? Robert Mapplethorpe i Nan Goldin sfotografowali wielu gejów i czasem, z biedą, któryś pasował do tego stereotypu. W latach osiemdziesiątych modne było uczęszczanie na siłownię i zapuszczanie wąsów albo brody. Zatem orientacja seksualna ma, wpływu na naszą tożsamość, czyli poczucie tego kim się jest i jak się to manifestuje. Natomiast patrząc na formy pewnej dyskryminacji osób homoseksualnych, już geje i lesbijki tworzą co najmniej trzecią płeć. Mogą zostać ujęci jako homoseksualiści albo osobno. O ile geje i lesbijki mogli identyfikować się jako mężczyźni i kobiety, tak obiektywnie rzecz ujmując, nie pełnili typowych ról męskich i damskich. Głównie dlatego, że im zabraniano. Mamy zatem trzy albo cztery gendery. Trochę to nieoczywiste, ale w gruncie rzeczy bardzo proste tylko trzeba temu poświęcić kilka chwil. I stanowi też bardziej psztyczek w nos binarności, komplementarności i innych takich.

Mamy zatem płeć biologiczną i społeczną. Obie zaś mogą być rozpięte w pewnym spektrum, choć podobno istnieją tylko dwie. Gdy przyjmiemy za wyznacznik płci zdolność do produkcji określonego typu gamet to wychodzą dwie płcie. Ludzie rozmnażają się płciowo, do zapłodnienia i rozmnożenia potrzebny jest osobnik płci męskiej i żeńskiej. Gdy usłyszycie, że mamy tylko dwie płcie, to przeważnie o to chodzi. Mamy dwa rodzaje gamet i koniec. Wszystko rozbija o to, przy czym kto się upiera. Obecnie płeć biologiczna, jest podrzędna względem psychologicznej. W gruncie rzeczy biologiści boją się płci mózgu bardziej, niż jakoby genderyści. Można ładnie wykazać, że płeć biologiczna to jednak spektrum. Jak? Służę. Mamy taki postulat, że istnieje typowa budowa mózgu dla kobiet i mężczyzn, która predestynuje nas do określonych hobby, o czym była mowa wcześniej. Nie wszystko zostało jednak powiedziane. Mogą jednak występować osoby o cechach płci przeciwnej. Na przykład damscy mężczyźni, czyli tacy którzy identyfikują się jako mężczyźni, ale pełnią typowo kobiece role. Na przykład, gotują. Tak, gotowanie jest damskie, zatem gotujący mężczyzna jest trochę kobiecy, czyli ma mózg zbudowany na wzór damskiego. Płeć to spektrum. Są osoby typowe i nietypowe. Spór Natura czy Kultura ma się dobrze, ale głównie na poziomie internetowych krzykaczy, ideologów. Mało który poważny neurobiolog będzie tak kategorycznie obstawał, że przy takich postulatach. Chyba, że zwolennik Agendy dla Europy. Problem leży chyba gdzie indziej. Osoba, która przeszła korektę płci jest „nie do końca”. Podobnie jak kobieta, która przeszła mastektomie, przestaje być do końca kobietą, mężczyzna po orchidektomii, choć tę można skuteczniej ukryć, przestają być stuprocentowymi przedstawicielami swoich płci. Tutaj w wyniku choroby coś zabrano, w raz z częścią wartości jednostki, tam dodano, ale za mało. Rak, choroba, operacja.

Jak tożsamość związana jest z ciałem

Tytuł nagłówka pozwoliłem sobie wprost skopiować z II tomu dzienników Susan Sontag. W tym miejscu zawsze przywoływana jest sprawa Davida Reimera, który nie był jedynym przypadkiem, ale który dla wielu jest koronnym przykładem fałszywości gender studies. Nie. Krótko, nie. Sytuacja miała miejsce w latach sześćdziesiątych i była próbą ratowania sytuacji. Stanowi dowód na to, że ludzie to istoty świadome i nie można im nawet w dzieciństwie obcinać części ciała w nadziei, że się nie zorientują. Zdarzało się, że przeprowadzano podobne zabiegi gdy dziecko urodziło się z bardzo zdeformowanym penisem albo interpłciowe. Efektem często były próby samobójcze, problemy ze zdrowiem psychicznym. Co nie znaczy, że czasem nie trafiano, na zasadzie „i ślepej kurze ziarno”. W efekcie WHO potępiło tego typu procedury, gdyż było to wybieganie przed szereg. Nieuzasadniona ingerencja w ciało, może prowadzić do tragicznych skutków, podobnie jak brak niezbędnej. Poczynię tu pewną dygresję. Osoby, którym usunięto narządy płciowe, a które wychowano zgodnie z płcią określoną przy urodzeniu, też mają problemy natury psychologicznej. Skąd to wiemy? Po rozmowach z licznymi kobietami, które opowiedziały swoje historie. Usunięta łechtaczka, wargi sromowe oraz zaszyte wejście do pochwy to tylko część przykładów okaleczania. Kastraci, również cierpieli. Cenieni przez kościół jako śpiewacy, kastrowani przed okresem dojrzewania, często lecz nie zawsze mieli ograniczone zdolności poznawcze, problemy z myśleniem abstrakcyjnym. Czemu o tym wspominam? Cóż, żeby pokazać że problemy powoduje okaleczanie ludzi a to włśnie spotkało Davida.

Osoby określane jako transpłciowe lub raczej wedle zaleceń APA, chcące określać się tym terminem, odczuwają potrzebę dopasowania swojego ciała do wyobrażenia o sobie. W trakcie badań ustalono też, że mózgi osób transpłciowych mają więcej cech wspólnych z płcią z która te osoby się identyfikują niż tą, na którą wygląda ich ciało. Trzeba jednak zastrzec, że badania nie zawsze rozpoczynano przed chociażby terapią hormonalną. Czasem były to też badania pośmiertne. Pewne jest tylko to, że nie wiadomo gdzie i czego szukać. Tymczasem masa osób chce na podstawie wstępnych, niekontynuiowanych badań, dokonać korelacji i wnioskować ostatecznie. W naukach emiprycznych nie ma czegoś takiego. Uprzedzając pytania, poinformuję was, że w dalszej części tekstu znajdziecie kilka sprzecznych z tym co teraz napisałem informacji. Może w pewnych kwestiach terminy samiec i samica będą wymowniejszą alternatywą. Dodać też niestety trzeba i podaję tutaj za National Geographic, iż często problem identyfikacji z konkretną płcią wykazują osoby dotknięte spektrum autyzmu. Najprawdopodobniej to nie autyzm jest „przyczyną problemów” a raczej transpłciowość i autym lubią występować razem, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Choć akurat większości ludzi nie powinno się w ogóle podawać takich informacji, bo wykorzystają to du udowaniania jakichś pogrzanych racji by na koniec spierdalać po rynnie.

Obecnie z takimi decyzjami czeka się raczej do chwili gdy młody człowiek będzie mógł samodzielnie podjąć decyzję co do swojej tożsamości. Wiele osób interpłciowych nie ingeruje w swoje ciało, gdyż nie odczuwają takiej potrzeby. Ocena spektrum tożsamości jest niemal niemożliwa. Nie da się tego obecnie zmierzyć, narysować, zbadać. Osoby określane jako gender fluid próbują raczej opisać swoje poczucie tożsamości przy pomocy dostępnego aparatu pojęciowego. Aby ocenić, że ja czy ktoś inny znajduje się pomiędzy jakimiś wartościami trzeba znać wartości krańcowe. Jestem Ja. Wiemy zatem, że ciało nie jest tylko pojemnikiem i ma niezaprzeczalne znaczenie w budowaniu naszej tożsamości. Można raczej przyjąć, że z każde jednostkowe istnienie wytwarza własną, niepowtarzalną tożsamość względem siebie, swojego ciała. Fakt zaś, że często jesteśmy do siebie podobni, bo chcemy, musimy, jest tylko kwestią ograniczonej liczby kulturowych klocków.

W tym miejscu warto jeszcze jedną kwestię poruszyć. Częsty argument o zbieżności anoreksji i transpłciowości. Pozornie, brzmi dobrze. Anoreksja to zaburzenie psychiczne, którego skutkiem jest wytworzenie się w głowie osoby nim dotkniętej niewłaściwego obrazu swojego ciała. Osoba z takim zaburzeniem postrzega się jako za gruba, choćby znalazła się na skraju śmierci głodowej. Poprzez prostą analogię mądrale wyprowadzają wniosek iż transpłciowość to zaburzenie bądź choroba psychiczna polegająca nie niewłaściwym postrzeganiu własnego ciała. Tyle tylko, że wszystkie badania temu przeczą. Nie wiem czemu tak niektórym zależy, żeby transpłciowość była klasyfikowana jako potocznie rozumiana choroba psychiczna ale można by to wówczas rozciągnąć na wszystkie osoby LGBTQ+. Wiecie, kobiety wykazująca zbyt męskie cechy onegdaj też uważano za zaburzone, chore psychicznie. Zapewne chodzi o potrzebę wyznaczenia normalności.

– Non-binary to osoba, która nie czuje się ani mężczyzną, ani kobietą [agender]. A niektóre z osób używających tego pojęcia mówią, że po trosze czują się zarówno kobietą, jak i mężczyzną [bigender]. Czasami niebinarność jest też wynikiem interpłciowości – człowiek ma zarówno męskie, jak i żeńskie cechy płci biologicznej, albo taki obraz siebie nie ma podłoża, które da się wyjaśnić biologiczną niejednoznacznością – mówi dr n. med. Aleksandra Jodko-Modlińska, psycholożka i seksuolożka z Uniwersytetu SWPS i Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Polityka, 12.09.2020

Nasza płeć oceniana jest na początku na podstawie genitaliów, czy to się komu podoba czy nie a w późniejszych okresach życia na podstawie ogólnej aparycji. Nie mamy wglądu w chromosomy, geny czy hormony. Interesująca nas kwestią jest wpływ biologii na to kim się czujemy. Czasem poczucie bycia pomiędzy może wynikać właśnie z interpłciowości a czasem nie ma ku temu przesłanek biologicznych. Co w tedy? W kwestii najprawdopodobniej dochodzi do pewnej kulturowej niejednoznaczności i jednostka nie może albo nie chce w pełni zinternalizować płynących z otoczenia wzorców ekspresji, gdyż nie odpowiadają one jej wyobrażeniom.

I teraz na scenę wkracza termin ekspresja płciowa. Ekspresja to forma manifestacji poczucia przynależności. Czujesz się stuprocentowym mężczyzną, zatem musisz to jakoś wyrazić. Strój, zachowanie, wygląd, poglądy i wartości. Zatem kobieta ubierająca się po męsku, nie musi identyfikować się jako mężczyzna. Może uważać się za stuprocentowo kobiecą, po prostu inaczej to wyraża, ale może zostać zakwalifikowana jako transgender, gdyż jej ekspresja wykracza poza normy przyjęte dla jej płci, które wprawdzie są tylko konceptem, abstrakcyjnym bytem. Zapominamy często, że oprócz tego jak Ja postrzegam siebie, niezwykle istotnym jest jak postrzega mnie otoczenie. I tak jeszcze niedawno dziewczyna przejawiająca zamiłowanie do męskich gier, zabaw, określana była mianem chłopczycy, choć nie zawsze było to pejoratywne. Mężczyzna przejawiający cechy damskie, niewieście, nazywany był zniewieściałym, co po dziś dzień, nie kojarzy się dobrze i samo w sobie jest obelgą zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn, ale potrzebujemy czegoś wyrazistego. Dziś oboje są po prostu kobietą i mężczyzną, jesli tak właśnie się identyfikują, prezentując swoje wyobrażenie męskości i kobiecości.

Ciało samo w sobie, stanowić będzie formę ekspresji. Dlaczego niektórzy mężczyźni nie dbają przesadnie o muskulaturę? Dla jednych szczytem męskości jest osobnik gładkolicy, szczupły, delikatny. Drugi spojrzy na to z pogardą, szykując się do przysiadu z solidnie obciążoną sztangą. Jeden nosi włosy długie, drugi krótkie, trzeci zapuszcza brodę. Pytanie brzmi, dlaczego jeden trenuje a drugi nie lubi trenować? Czy determinuje to biologia? Ekspresja w formie buntu, może stać się elementem tożsamości, jak chociażby spodnie noszone przez kobiety. Kolejne pokolenia akceptują ten fakt, bez większych problemów. Mamo, dlaczego chłopcy, nie chodzą w sukienkach? Bo nie. Z czasem zaczyna pojawiać się wzór. Czy mężczyzna w sukience wygląda dla mnie dziwnie, nienaturalnie? Cóż, tak. Przyzwyczaiłem się bowiem do pewnego schematu, który był tak powszechny, że musiał być naturalny. Gdybym urodził się kilka wieków temu aczkolwiek nie jako prosty chłop, musiałbym pogodzić się z elementami ubioru dziś stosowanymi głównie przez kobiety, jak pantofelki na obcasie i pończochy z tym, że byłyby dla mnie stuprocentowo męskie. Podobnie jak makijaż. Procesy, które kształtują to co męskie, niemęskie, damskie są doprawdy fascynujące i wystarczy chwila nieuwagi przy coś przegapić. Egipt, elżbietańska Anglia, osiemnastowieczna Francja, to przykłady gdy codzienny męski makijaż był, cóż, na porządku dziennym. Marnie sformułowałem to zdanie. Czasem przeciwnicy gender, stwierdzają, że chłopców zmusza się do nauki tańca wbrew ich naturze, chcąc wychować ich w opozycji do „wbudowanych” w nich, wzorców męskości. Kolejny absurd. Wyobrażacie sobie, żeby dobrze wychowany młodzian, z pewnych sfer, nie znał kilku tańców salonowych? Nie dbał o paznokcie? Nie uczęszczał do golibrody? Fakt, przeniknięcia kultury robotniczej do głównego nurtu, choć wszędzie z różnych powodów, nie sprawia, że historia ulega zmianie.

Pytanie zatem brzmi, co oznacza brak poczucia przynależności do którejkolwiek płci. Gdzie przebiega granica między kulturą a naturą? Czy istnieje jakieś wewnętrzne poczucia bycia mężczyzną czy kobietą, przed tym zanim poznamy niejasne znaczenie tych słów? Najprawdopodobniej częściowo, bowiem tożsamość nierozerwalnie związana jest z ciałem, ale w żaden sposób nie ma związku ze sposobem odrywania roli. Błędne jest założenie, że tożsamość buduje się na pierwotnym, biologicznym fundamencie. Właściwszą może będzie metafora filaru? Jeśli jakiś z elementów ulega zburzeniu, nadwyrężeniu, całość zaczyna się chwiać. Przy równoczesnym odrzuceniu cielesności, kładzie się olbrzymi nacisk na ozdoby. Genitalia nie powinny nas definiować, równocześnie mogą to robić okulary, sukienki, spodnie, czapki i zabawki, które należeć będą do form ekspresji. Przy założeniu, że role płciowe, gender w ogóle jest tworem sztucznym, zatem inne twory kultury, takie jak zróżnicowana odzież również. Dlaczego jedna sztuczność ma być lepsza od drugiej, a ciało, rzecz najbardziej naturalna z naturalnych, ma zostać całkowicie odrzucone przy budowaniu tożsamości przy równoczesnej akceptacji dla logo na bucie? Myślę, że wynika to z faktu, że odzież można zdjąć. Nadmienić jeszcze warto, że przez stulecia projektanci odzieży w ogóle nie uwzględniali różnic budowie kobiety i mężczyzny. O ile nie ma większych zastrzeżeń, że role płciowe nie powinny wypływać z faktu urodzenia z takimi czy innymi narządami płciowymi, tak ciało potrzebne jest by należycie przyjęte role pełnić, bez względu na to jakie one będą. Serio. Ciężko pilotować samolot w postaci astralnej.

Niestety gdy osoba zakwalifikowana przy urodzeniu jako kobieta, identyfikuje się jako mężczyzna i chce zachowywać jak mężczyzna to niestety stanowi to w pewien sposób wodę na młyn zwolenników teorii, że potrzeba pełnienia określonych ról jest w nas zapisana, uwarunkowana biologicznie. Tymczasem jedno z drugim nie ma większego związku. W najprostszych słowach można sytuację opisać następująco, widzę istoty które uważam za podobne do siebie, do których ja sam jestem w swoim przekonaniu podobny i staram się je naśladować. W tę narrację wpada też radykalny ruch feministek jakim jest TERF – trans-exclusionary radical feminist. Łatkę TERF otrzymuje każda osoba, która nie wrzeszczy bez sensu, czytaj nie opierdala każdego kto chciałby wiedzieć jak to wszystko działa. Aktywiści są przeważnie agresywni. Kiedyś z głupoty zadałem pytanie na stronie jakiegoś ugrupowania, albo nawet kolektywu, to myślałem, że mnie zagryzą. Doktorka nauk medycznych to rzadkość. Stanowiska mamy przeważnie aktywistyczne, rozkrzyczane a co gorsza, polityczne. Ostatnio najcięższe boje toczą się właśnie na linii LGBTQ – TERF, które uważają, że osoby transpłciowe nie są tymi za kogo się podają. Czyli kobieta nie jest kobietą, bo urodziła się biologicznie mężczyzną. W ogóle nie tolerują niczego ponad stanowisko biologiczne a dokładnie genitalne. TERFy narodziły się w UK i stały bardzo popularne w USA. Tak się jakoś przykro składa, że ruch feministyczny UK-USA zawsze próbował kogoś wykluczyć. Na początku były to lesbijki, które, uwaga, nie były prawdziwymi kobietami. Zaskoczeni? Nie? Trudno. Starałem się. Obecnie panuje moda na ściganie TERFów. Homofoby odeszły do lamusa. Przy czym sprawa tutaj ma się trochę inaczej.

Kim jest nikt?

W opinii mojej, w niebinarnej kulturze europejskiej stosujemy binarny system opisu. Tymczasem binarne kultury mają system trójwymiarowy! Muxe to muxe i koniec dyskusji.

Ostatnie pytanie, na które chcemy udzielić odpowiedzi, to zasadność istnienia takich słów jak genderqueer, non binary, agender. Przyznam, że trochę to kłopotliwe. Wychodząc od koncepcji Butler będzie to kwestia w dużej mierze językowo – społeczna, zwłaszcza w kontekście społeczności LGBT+. Można zrozumieć dlaczego wiele z tych słów powstało. Czy to się komus podoba czy nie, społeczność osób LGBT istnieje. Tak samo jak społeczność fotografów. Społeczność to coś podobnego do grupy. Ma ona jakieś własne przekonania, wartości. Słuchajcie Wy czytelnicy bloga Herbata i Obiektyw też tworzycie pewną społeczność. Nie każdy gej, lesbijka muszą do tej społeczności należeć. Nie sprawia to, że ona znika. Takie słowo jak queer, znaczące ni mniej, ni więcej jak dziwny, było stosowane do pejoratywnego określania chociażby osób homoseksualnych. Zostało w pewien sposób przejęte. W latach osiemdziesiątych osoby związane ze społecznością LGBT zaczęły używać tego słowa do samookreślenia. Skoro dla społeczeństwa byli dziwni, to czemu nie? Może najzwyczajniej ludzie tego potrzebują? Nie wiedzę powodu, żeby odbierać komuś prawo do określania się mianem, które pozwala lepiej czuć się w społeczeństwie. Gdy uznamy, że tożsamość

Każdy z nas chce być kimś. Ciężko spotkać osobę, która chce być nikim. Język pozwala nadać komuś i sobie tożsamość albo jej podwaliny. Może uczłowieczyć albo dehumanizować. Jesteś mężczyzną, jesteś kobietą, jesteś muxe. Gdy mówimy o sobie czy też o kimś, że jest osobą niebinarną to najczęściej interpretuje się, to że jest gdzieś pomiędzy. Ani tym ani tym. Kimś pomiędzy. Często spotykaną argumentacją jest istnienie tak zwanych trzecich płci w niektórych kulturach, które nie są ani mężczyznami ani kobietami. Do połowy zdanie poprzednie jest w porządku. Gdy weźmiemy osoby zwane muxe okaże się, że muxe to muxe. Faktycznie nie jest ani kobietą ani mężczyzną, tak jak mężczyzna nie jest ani kobietą ani muxe. Możemy umieścić słowa muxe, mężczyzna i kobieta na wierzchołkach trójkąta. Da nam to trochę lepszy obraz sytuacji. Żeby było jasne, nie oznacza to jakiejś równości, co to, to nie. Społeczeństwo może być skrajnie patriarchalne, ale i tak lepiej obrazuje to sposób postrzegania owych płci (gender). Zatem mam kilka mechanizmów. Jeden to mechanizm wykluczenia, który nakazuje stworzenie „nowej nazwy” w której można czuć się bezpiecznie a drugi to mechanizm samowyłączenia, bo nie ma się ochoty przebywać z ludźmi do których pasuje się jak kwiatek do kożucha.

Coraz więcej młodych ludzi publicznie deklaruje, że nie czuje się ani mężczyzną ani kobietą. To co w jednej grupie może uchodzić za i pozwolę użyć sobie tergo przestarzałego terminu zniewieściałe, w drugiej będzie typowo męskie – może to być chociażby dbanie o sobie albo czytanie książek. Tak, tak. W gimnazjum za ciotę, czyli nie – mężczyznę, która powinna się trzymać z babami uchodził każdy chłopak, który potrafił czytać i pisać. Poglądy te niestety przetrwały przez co pomiędzy kobietami a mężczyznami zieje coraz większa przepaść. Być może jest to lepsze wyjście niż udowadnianie kto jest prawdziwym mężczyzną, kto kobietą i toczenie jakichś jałowych bojów o szerokość nogawki z niedouczonym absolwentem szkoły średniej? Choć kobiety też potrafią dać pod tym względem czadu, bo kiedyś widziałem bitwę czołgową, gdy panie po czterdziestce rzuciły się na kilka nastolatek o pas do pończoch, bo jak wiadomo samonośne są dla dzieci. Ludzie są rozkoszni. Zatem istotne jest wyjście poza ten spór, bo żadna racjonalna istota ludzka nie będzie traciła czasu na kłócenie się o to, co kto ma dupie jakby miało to rozwiązać problem głodu na Ziemi. Jeszcze innym wytłumaczeniem, może być przebijanie się osób o niejednoznacznych formach ekspresji do szerszej świadomości. I tutaj następuje typow błąd poznawczy. Napisałem co następuje

„Coraz więcej młodych ludzi publicznie deklaruje, że nie czuje się ani mężczyzną ani kobietą.”

Tyle tylko, że to, co obserwujemy dziś na przykładach młodych ludzi, obserwowaliśmy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wiele osób nie porzuciło wszystkiego z dnia na dzień. Osoby, które na zdjęciach Goldin mają lat dwadzieścia – trzydzieści, dziś mają lat sześćdziesiąt – siedemdziesiąt. Wtedy też powoli rodziły się terminy, które dziś weszły do głównego nurtu. Nikt ich nie badał, nikt się nimi nie interesował. Stwierdzenie zatem, że dzieci które odczuwały problem z identyfikacją płciową w życiu dorosłym jednoznacznie identyfikowały się jako mężczyźni lub kobiety jest nadużyciem. Na zdjęciach Goldin czy Thomasa Allemana, nie ma dzieci. Są młodzi dorośli. Gdyby ktoś chciał być uczciwy przeprowadziłby badanie wśród osób ze społeczności LGBT, które widać na tych zdjęciach albo wśród dorsołych z parad równości. Tam też często maszerują osoby dobrze po trzydziestce a nie nastolatki.

Ciężko być nieokreślonym. Wszystkie słowa są efektem potrzeby dookreślenia. Nawet jeśli ktoś czuje się osobą niebinarną, to nie chce być nikim a kimś, stąd określenie niebinarny, które oznacza kogoś pomiędzy czy to płciami kulturowymi czy biologicznymi, ale nie nieokreślonego lecz w pełni określonego. W określeniu zawiera się tożsamość. Wiele społeczeństw rozwiązało ten problem i stąd hidźry, fa’afafine, muxe, calabai, calalai. Są one odpowiednikami przewijających się w tym tekście teoretycznie naukowych terminów. Tyle tylko, że tamte powstały na przestrzeni lat, mają swoje kulturowe uzasadnienie. Choć nie zawsze należy się nimi posiłkować w argumentacji, jak w przypadku hidźr, które mogą wedle plotek nawet porwać i zgwałcić więc lepiej ich nie przeganiać. Przy czym należy pamiętać, iż w Indiach system kastowy oparty o czystość i nieczystość jest bardzo skomplikowany. W hierarchii hidźra może stać wyżej od mężczyzny przewożącego jakieś nieczyste warzywa. Serio. Współczesna niechęć wobec nich jest spowodowana zachodnim sposobem myślenia i zakorzeniła się pod rządami brytyjskimi. Dodatkowo hidźrami najczęściej zostają transkobiety, czyli osoby którym pisano przy urodzeniu płeć męską. Operacja „uzgodnienia płci” przeważnie obejmuje brudną brzytwę albo żyletkę i nadzieję, że pacjentka nie opuści tego świata w wyniku wykrwawienia albo zakażenia. Natomiast kim jest hidźra, jest raczej powszechną wiedzą, zwłaszcza wśród osób które wychowały się w społecznościach, w których występują. Trzecia płeć nie oznacza bycia poza system, bycia nikim, bycia nieokreślonym. Zatem gdy pada słowo fa’afafine, co można tłumaczyć jako „na sposób kobiecy” nie mamy do czynienia z nikim ale bardzo konkretnym kimś z własnym zestawem ról i form ekspresji. W niektórych społecznościach istnieje możliwość stania się mężczyzną, będąc kobietą. Dziewice Kanunu bo o nich mowa, przyjmują na siebie rolę mężczyzny i de facto stają się mężczyznami. Powody powstania takiej możliwości były dwa. W przypadku braku męskiego potomka, córka stawała się mężczyzną, przyjmując na siebie wszystkie męskie prawa i obowiązki. W ich skład wchodziło prawo dokonania i bycia obiektem zemsty rodowej. Równocześnie była to też furtka dla kobiet, które nie czuły się komfortowo żyjąc jako kobiety. Powody mogły być różne od chęci zmiany swojego statusu po transpłciowość. Istotną z punktu widzenia naszych rozważań jest sytuacja, że choć niektóre kultury przypisują osobom o dwóch duszach wysoki status społeczny, tak zakazują im brania udziału w niektórych czynnościach osób nie mogących się dwiema duszami pochwalić.

Na raz stworzyliśmy masę terminów, które falą wdarły się do uwagi społeczeństwa. Calabai czy calalai mają swoje zdefiniowane role i wszystko jest jasne. Właściwie są to nazwy tożsamości a raz z nimi zestawów ról płciowych. W tych społecznościach istnieją bowiem twarde, wyraźne wzorce do których można się odnieść. Dziwi nas, że społeczeństwo nie kupuje całej masy słów, które ciężko zrozumieć. Widzicie, hidźry czy fa’afafine mają swoje bardzo odmienne pozycje usankcjonowane poprzez wielowiekową tradycję. Tymczasem my nie jesteśmy już społeczeństwem opartym na tradycji albo tylko na tradycji. Zadaliśmy sobie masę pytań o to kim jest mężczyzna i kobieta i nie doszukaliśmy się jednej odpowiedzi, po to by pewnego ranka uznać że jednak istnieją, mają wyraźne, ostre granice a niektórzy je przekraczają. Równie nagle wartości różnych grup zaczęły się przenikać w sposób niespotykany we wcześniejszych epokach tworząc chaos. Gdy występuje prawdziwy binarny podział, nie mogą istnieć wartości pośrednie. Tymczasem u nas upadły definicje. Jak zatem wytłumaczyć pośrednią tożsamość bez granic tożsamości? W opinii mojej, w niebinarnej kulturze europejskiej stosujemy na siłę binarny system opisu. Tymczasem binarne kultury mają wielowartościowy system! Niektóre z omawianych społeczności zauważyły, że nie wszyscy są tacy sami i z biegiem czasu wytworzyły konkretne określenia, sposób zwracania się i częściowo narzuciły a częściowo pozwoliły wytworzyć zestawy ról. Muxe to muxe i koniec dyskusji. Mamy kobiety, mężczyzn i muxe. Nie są osobami pomiędzy kobietami a mężczyznami. Warto jednak zaznaczyć, że w naszej kulturze zawody, role dostępne jednej, dostępne są drugiej płci. Nie ma żadnych uświęconych obszarów, może z wyjątkiem kapłaństwa w koście katolickim, które byłyby niedostępne na przykład osobie niebinarnej. Pojawia się zatem mały haczyk. W kulturach, które trzecią i więcej płci wytworzyły, często przekroczenie granic jednej i przejście do drugiej oznacza utratę statusu, brak możliwości powrotu albo bardzo poważne wykroczenie przeciwko normom i zwyczajom. Wiadomo kto jaką rolę pełni i jak to wyraża. Wiemy też czego się po kim spodziewać, czego oczekiwać, jakie stawiać wymagania. U nas sprawa wygląda nieco inaczej. Wszystko jest bardziej płynne. I chyba ta płynność, jest największym problemem.

Złe gendery chcą zniszczyć porządek społeczny wprowadzając czterdzieści ileś płci. Wszystko zależy od postrzegania. Narysujmy sobie trójkąt równoboczny i na jego wierzchołkach umieścimy słowa kobieta, mężczyzna oraz trzecia płeć. Tak dla uproszczenia. Widzimy, że owa trzecia płeć nie mieści się pomiędzy kobietą a mężczyzna a jest czymś odrębnym, przeciwnym wobec jednego i drugiego. Kobiety i mężczyźni utrzymujący kontakty z przedstawicielami owej trzeciej płci, nie są ani homo ani hetero. Część terminów takich jak gender queer nie ma jednoznacznej definicji i osoba określająca się tym mianem może być non-binary, agender, pangender, genderfluid. Część z tych terminów to określenia bez mała slangowe, którymi przez lata określali się członkowie społeczności LGBTQ+ i które nagle trafiły do powszechnego użycia. Są one trochę kłopotliwe, bowiem jak ustaliliśmy na początku stwierdzenie „identyfikuję się jako mężczyzna” wypowiedziane przez dwie osoby, wychowane w dwóch odmiennych środowiskach społecznych może może mieć diametralnie różne znaczenie także a może zwłaszcza pod kątem ekspresji. Tym samym pozostałe określenia mogą być równie kłopotliwe.

Heteronormatywny wzorzec kultury

Określenia heteronormatywny wzorzec kulturowy oznacza model, w którym wartościowszą jednostką jest osoba heteroseksualna, uznająca binarny podział na mężczyzn i kobiety oraz pełniąca tradycyjne role płciowe. Wówczas cały przekaz kulturowy skupia się na deprecjonowaniu osób o innej niż heteroseksualna orientacji oraz tożsamości innej niż męska lub damska. Przy tej okazji warto dodać, że orientacja seksualna jest istotna dla naszej tożsamości, tak samo jak ciało.

Argumentacja na rzecz heteronormatywności jest dla mnie zagadkową zagadką. Otóż podstawowy argument stanowi ten o prokreacji. Gdyby nie to, że prokreować wypada w związkach formalnych, które stworzyła kultura a nie natura jeszcze by to jakoś uszło. O czym wspomniałem na początku tekstu, nie wiemy czy jesteśmy gatunkiem monogamicznym. Niestety ma ta argumentacja pewne luki. Czy nie powinniśmy traktować osób nie chcących się rozmnaża jako zaburzonych? W końcu niechęć do posiadania dzieci, tak naturalna bo trzeba gatunek przedłużać, jest jakimś zaburzeniem! Leczyć! Leczyć!

Natura nie tworzy nic ani z sensem ani bez sensu, natura to pole nieustającego eksperymentu przystosowawczego. Czasem personifikuje się Naturę w postaci jakiegoś Architekta, kogoś, kto z zamysłem stworzył i zaprogramował życie, więc po co by programował zachowania homoseksualne, nie służące bezpośrednio przedłużeniu gatunku? Cóż, nikt ich nie zaprogramował a większość naszego gatunku jest dowodem, że z inteligencją Projekt nie ma nic wspólnego, albo w ostatniej fazie bardzo cięto koszty. Zwierzęta zaś nie są automatami, których zachowaniem steruje tyko i wyłącznie instynkt. Jeśli dorosły osobnik wykazuje zainteresowanie drugim dorosłym, dojrzałym płciowo osobnikiem to ma to jakiś cel. Do czego zatem taki ktoś może się przydać?

Na podstawie zachowań naszych bliskich krewnych, możemy stwierdzić, że zachowania homoseksualne dają większe szanse prokreacyjne. Jakże to?! Prosto i mamy dwie prawdopodobne odpowiedzi. Homoseksualiści rodzą się w około 15-20% przypadków w rodzinach wielodzietnych, które mają już kilku synów. Pomoże braciom. Sam dzieci miał nie będzie ale w razie zagrożenia może się przydać. Im bardziej zaś złożone relacje społeczne zachodzą w ramach danego gatunku i jego społeczności tym bardziej może być użyteczny do zapewnienia dobrobytu dzieciom swoich braci. Większa sieć kontaktów społecznych, która wielu gatunkom w tym człowiekowi jest równie przydatna jak potomstwo samo w sobie. pozwala przetrwać pośrednio. Zobaczcie, że w gruncie rzeczy gdzieś to wychodzi, przy okazji różnych jednopłciowych orgii prominentnych acz żonatych panów.

Inna opcja to eliminacja potencjalnych partnerów. Zaspokojony większy samiec odpuści w rywalizacji i pójdzie odpocząć. Samica to samo. W ten sposób rozmnażać się będą osobniki może nie najsilniejsze ale najsprytniejsze. Warto też pamiętać, że dla wielu gatunków liczy się także przyjemność a nie tylko prokreacja. Zakłada się, że każdy żywy organizm dąży do podtrzymania własnej egzystencji i przedłużenia gatunku. Możliwe, że przyjemność odgrywa w tym znaczą, o ile nie dominującą rolę. Inaczej po co małpie byłby orgazm? Ewentualnie delfinowi. Zwierzęta raczą się też sfermentowanymi owocami a potem radośnie demolują dżunglę, albo nie trafiają w gałęzie. Bywa. Obserwacje na będących ulubieńcami tak naukowców jak zwiedzających odwiedzających ogrody zoologiczne szympansach bonobo oraz  makakach japońskich, hienach, gepardach, nietoperzach, pokazują że wiele gatunków zwierząt uprawia seks dla przyjemności, a nie jedynie kopuluje w celach prokreacyjnych. Fakt, że zwierzaki nie posiadają orientacji seksualnej sprawia oraz moralności sprawia, że po prostu poszukują przyjemności i tak zaobserwowano różnorakie formy stymulacji, między innym stymulację oralną. Natomiast zwierzątka z przeciwstawnym kciukiem nie mają większych oporów przed użyczeniem pomocnej dłoni…

Właściwie do dziś naukowcy nie wiedzą po co i jak wyewoluował orgazm, tak u kobiet, jak u mężczyzn. Z męskim jeszcze jako tako sobie radzono, argumentując, że to nagroda za seks, ale z kobiecym był duży problem. Uważano i część nadal uważa, że to jakaś niezrozumiała pozostałość, bowiem kobiecie jest on zbędny. Pokrętna logika. XXI wiek i nie mamy pojęcia. Tylko po co nagroda, skoro przeważa bez mała mechaniczny instynkt? Pęd do przedłużenia gatunku jest tak silny, że prędzej czy później i tak dojdzie do stosunku. Po co mechanizm nagrody? Co jeśli posiadanie dzieci jest skutkiem ubocznym poszukiwania przyjemności? Mając wybór masa ludzi decyduje się na stosowanie środków antykoncepcyjnych. Dzietność systematycznie spada. Przyjemność płynącą ze stymulowania genitaliów odkrywamy dość szybko i najczęściej samodzielnie, bez niczyjej pomocy. Większość ludzi podświadomie wie, że zbliżenie z drugą osobą będzie przyjemne. Nie umie tej przyjemności nazwać, ale wie że będzie przyjemnie. Natomiast jeśli wierzyć antropologom, to przez całe wieki nie mieliśmy pojęcia skąd się biorą dzieci. Stąd też tak wielka walka o to, by wyeliminować edukację seksualną i zastąpić ją edukacją religijną. Masa ludzi żyła w rozdarciu pomiędzy wiarą a naturą, doprowadzając się do zaburzeń. Edukacja seksualna ma na celu rozwiać obawy co do czynności, która pojawia się w życiu plus minus dziewięćdziesięciu procent ludzi. Kontrola przyjemności daje możliwość wzbudzania agresji a tego przecież Kościół pragnie.

Z czasem człowiek decydował się na dzieci nie dlatego, że pragnie przedłużyć gatunek a dlatego że dzieci to korzyść. W grupie raźniej. Wraz z rozwojem cywilizacji zmieniały się korzyści płynące z posiadania dzieci. Dzięki ich parzeniu jak nie przymierzając psów wystawowych, można było łączyć majątki, przejmować je. Syn był zatem cenniejszy od córki. Dla ubogich zaś dodatkowa para rąk do pracy. Lub też gąb do wyżywienia. Zależy jak ubodzy byli. Dziś korzyści z dzieci są raczej minimalne, i jak podaje Pew Research Center, najczęściej chodzi o radość z ich posiadania. Przyjemność. Lecz jakiego rodzaju jest to radość? Odpowiedź na to pytanie nie pada, ale osobiście myślę, że jest to radość podobna do posiadania drogiego samochodu. Brzmi to oczywiście niezwykle uprzedmiatawiająco, ale analogia jest dla mnie dość sensowna. Moglibyśmy się tutaj wdać w dyskusję, że na dzieci mogą sobie pozwolić osoby zamożne, jako demonstracja statusu społecznego oraz specyficzna biedota, która ma to zasadniczo gdzieś za co te dzieci wychowa. Dodatkowo nikt nie ma ochoty słuchać bzdur o „poświęceniu”, które są jakimś idiotyzmem. Porzuć marzenia, olej wszystko co oferuje świat w imię wychowania dzieci, które również powinny porzucić wszystko i zrobić dokładnie to samo. Przecież to jest jakaś zwyrodniała neougenika społeczna. Upada zatem koronny argument jakim jest instynkt macierzyński i pragnienie przedłużenia gatunku. Kobiety jakoby dążą do reprodukcji i opieki a mężczyźni jedynie do masowej reprodukcji i nie ma czegoś takiego jak instynkt ojcowski. Osobiście radziłbym zrezygnować z takiej argumentacji, bowiem jest to już nie tyle palenie sobie w stopę z rusznicy co bombardowanie z orbity. Nie ma bowiem ani jednego, ani drugiego.

Niektórymi zaś może kierować jeszcze inne pragnienie. Nie tyle przekazanie genów co wartości kulturowych. Co z tego, że prawdziwy Polak, prawak, spłodzi sobie dzieciątka, jak wychowa je lewicowiec – anarchista? Ha? Być może chęć do adopcji dzieci przez niektóre pary homoseksualne płynie właśnie z tego tak samo jak silny opór ze strony rządu do utrudnienia tego za wszelką cenę. Dla naszego gatunku przetrwanie biologiczne ma mniejsze znaczenie, niż kulturowe. W pewnym oczywiście sensie, bo nie ma jednego bez drugiego.

Popatrzmy jak zaciekle walczy się o szkołę czyli o rząd dusz, w które wpoi się różne chore wartości, takie jak nienawiść do bliźniego swego, co to go masz miłować jak siebie samego. Nie jest żadną tajemnicą, że wszyscy jesteśmy świadomi istoty dorobku kulturowego człowieka. Zatem stworzenie placówek, które pozwolą wychować nienawistną bandę fanatyków jak własne dzieci jest marzeniem każdego prawdziwego patrioty. Po co własne dzieci, gdy będąc samotnym facetem można wychować całe pokolenia wedle swojego programu, przekazać im swoje wartości? Ha? Wszystkie dzieci są wodza.

Nie należy jednak zachowań jakichś małpiszonów przenosić bezpośrednio na człowieka, co zwyczajnie nie ma to sensu. Fakt, że coś jest użyteczne w świecie zwierzęcym, choć człowiek to też zwierzę, może nam podpowiedzieć czemu pojawiło się u nas i czemu służyło, ale podpowiedzieć, nie znaczy odpowiedzieć. Człowiek, choć taksonomicznie nie zajmuje żadnego szczególnego miejsca w świecie zwierzęcym, tak nie w pełni już doń należy, trochę się na tle wszystkich innych gatunków wyróżniając. Otóż najbardziej ze wszystkich wpływa na swoje środowisko a tym samym na siebie, nieświadomie ale świadomie, kierując swoją ewolucją w sposób niespotykany. Powiem więcej, nie należy nawet przenosić bezpośrednio obserwacji wewnątrzgatunkowych z jednej grupy na drugą. Homoseksualiści zachodni mogą już pełnić w społeczeństwie zupełnie inną rolę niż homoseksualiści w społecznościach bardziej pierwotnych. Kultura, otrzymane wychowanie, raz jeszcze okazują się odgrywać olbrzymi wpływ. Natomiast przywołującym eksperyment Calhouna jako dowód na coś, należy zadać pytanie co właściwie udowadniają, bo przyznam szczerze, że nie bardzo wiem zwłaszcza, że sam eksperyment jest beznadziejny.

Rzadko też kiedy przekaz jest oddolny. Rzadko kiedy społeczeństwo zaczyna postulować usunięcie osób o innych orientacjach. Częściej zostaje im to wpojone przez klasy rządzące w pewnych momentach gdy bardzo potrzebny jest wróg, który podstępnie niszczy owo społeczeństwo. Czasem byli to Żydzi, czasem osoby LGBT. Sprawowanie władzy to złożona kwestia. Pragnienie władzy, wiara, uprzedzenia mieszają się ze sobą w homogeniczną masę, wykazanie jednego czynnika jest niemożliwe. Obecnie chociażby w Polsce mamy co najmniej niesprzyjające zakładaniu rodzin warunki społecznoekonomiczne więc pokazuje się LGBT+ jako niszczącego, wrażego pasożyta, nieludzką ideologię, której wyznawcy dorzucają pigułek antykoncepcyjnych do flaszek z wódeczką. W przeciwnym razie trzeba by zająć się polityką prorodzinną z prawdziwego zdarzenia a nie ma lepszej polityki prorodzinnej, niż gospodarka pozwalająca na zakup domu i wychowanie dziecka w godnych warunkach. Wracając zaś do wątku z początku tekstu, posiadanie kogoś gorszego, nieprawdziwego jest psychologicznie użyteczne. Zatem heteroseksualizm jako uprzywilejowanie z natury, urodzenia, jest bardzo pożądaną formą nagrody. Wspomniałem też, że człowiek naturalnie dąży do komfortu. Im bardziej skomplikowane otoczenie, tym więcej stereotypów, uproszczeń myślenia.

Gdy mówimy o kimś, że jest nieheteronormatywny, oznacza tylko i wyłącznie, że nie uważa by jedynymi wartościowymi jednostkami były osoby heteroseksualne pełniące tradycyjne role płciowe w binarnym systemie tożsamościowym. Nieheteronormatywność nie jest formą tożsamości samą w sobie. Formalnie rzecz ujmując, osobą nieheteronormatywną nie jest tylko osoba ze społeczności LGBTQIAPK (poważnie?) ale także osoba heteroseksualna, akceptująca swoją płeć kulturową i biologiczną, narzucone przez to role, ale uważająca, że orientacja heteroseksualna, tożsamość, nie jest jedyną słuszną czy też nadrzędną, lepszą wobec pozostałych. Skoro zaś nagminne jest poprawianie piszących, argumentując, że stosowanie terminu homoseksualność niesie dziwne skojarzenia których nikt nie potrafi nawet przywołać, to patrzmy na niefortunność normatywności i nienormatywności. Budzi skojarzenia z normalny i nienormalny albo z osobą łamiącą normy. Kto zaś łamie normy, burzy porządek społeczny. Termin ten może być odczytywany jako jakaś forma nonkonformizmu, buntu. Bunt często przechodzi, czasem z buntu się wyrasta.

I teraz wszystko to musi zrozumieć człowiek, który nie ma tyle czasu na zgłębianie wszystkich zawiłości a nie zgłębiamy tutaj tylko kwestii biologii ale też filozofii kultury. Dowiaduje się, że jest normatywny, opresyjny i niedouczony, co jest moim ulubionym zarzutem, od osób które same nic nie rozumieją, ale wszystkim każą się douczać. Czytając prace Butler, de Beauvoir oraz wielu innych feministek, często mających wielkie zasługi dla poważnych zmian w kulturze, czuje się otwartość, chęć zrozumienia, która była obecna jeszcze niedawno. Tyle tylko, że żeby iść śladami wspomnianych myślicielek trzeba jeszcze myśleć. Obecnie każdy chce raczej coś ugrać. I napisze jeszcze raz to co napisałem we wstępie. Obie strony wykorzystują omawiane określenia jako oręż ale chyba żadna nie zastanawia się co one znaczą. Każda fala aktywizmu miała silną podbudowę teoretyczną. Zmienił się jednak aktywizm. Nie jest już środkiem osiągania kolejnych zbiorowych celów ale medialną grą, spektaklem który musi trwać, często w interesie jednego aktora. Altruizm nie istnieje.

Koncept płci kulturowej, koncept płci we współczesnym ujęciu jest ogólnie średnio zrozumiany. Przeważnie mało kto poświęca czas na coś więcej niż kopiuj – wklej, prostych formułek. Muszę przyznać, że zdjęcia nieraz tłumaczą pewne rzeczy lepiej niż psychologia czy biologia. Goldin, Clark, Mapplethorpe, Rrose Sélavy, będąca damskim alter ego nikogo innego jak Marcela Duchampa, w końcu Chuck Nanney czy Orlan. I wszystko było bardzo logiczne, zrozumiałe. I nagle przestało.

Gender studies na przykładzie fotografii

Mężczyźni są bardziej techniczni, zatem lepiej radzą sobie z fotografią, która jest medium bardzo technicznym. W ten sposób rodzi się stereotyp płciowy, który dyskryminuje kobiety jako dobre fotografki. Stereotypowo kobiety są bardziej emocjonalne. Cóż zaś powtarzamy jak mantrę? Dobre zdjęcie musi budzić emocje. Dobrze oświetlić, można nawet słój kiszonych ogórków. Tylko cóż za emocje budzi słój kiszonych ogórków? Zatem w fotografii najważniejsze są emocje. Kobiety są bardziej emocjonalne, zatem z natury poradzą sobie lepiej w fotografii. Technika zaś jest prosta jak konstrukcja cepa, każdy może fotografować, po to ją wymyślono i dlatego nadaj jest upraszczana. I tu muszę przyklasnąć sam sobie, bowiem im fotografia staje się prostsza, tym więcej wysiłku trzeba włożyć w treść. Skoro przyzwoite zdjęcie robi dziś nawet małpa, to człowiek musi wspiąć się trochę wyżej. Wspieramy tego typu postulaty, bowiem na codzień nie dokonujemy dekonstrukcji zastanej styuacji społecznej. Odbieramy zastany porządek rzeczy jako naturalny. Naturalnym jest zainteresowanie chłopca tym a tym, dziewczynki tym a tym. Tylko skąd się biorą zainteresowania? Cóż, przykład prosty. Dzieci tym chętniej czytają, im chętniej czytają rodzice.

Taką drugą sztuczką jest właśnie socjologia. Kobiety studiują socjologię, bo nauki humanistyczne są bardziej intuicyjne. Wróć. Socjologia to nauka empiryczna z rozbudowaną metodologią, korzystającą również z narzędzi statystycznych. Zatem wystarczy na coś inaczej spojrzeć i zonk. Gdy zaś posługujemy się argumentem intuicji, to w fizyce jest równie potrzebna. Pamiętacie jak to jakoby było z Newtonem? Siedząc pod drzewem dostał w ten uperukowany łeb owocem, który posłużył do skuszenia Ewy. Każdy jeden napędziłby bimbru albo zrobił szarlotkę a ten wymyślił grawitację. Tym właśnie jest intuacja. Zobaczcie, że przez stulecia ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, że przedmioty upuszczone w końcu nawiążą bliższy kontakt z podłogą. Natomiast dopiero intuicja pchnęła go do sformułowania prawa powszechnego ciążenia. Zaprezentowane zostało w 1687. Trochę późno, nie?

Misgendering

Czyli stosowanie wobec danej osoby form zarezerwowanych dla płci z którą się nie identyfikuje. Mówienie zatem per pan do mężczyzny, który wygląda jak mężczyzna, zachowuje się w naszym wyobrażeniu jak mężczyzna ale czuje się kobietą jest uważane za formę przemocy. Zgoda. Możemy tutaj sobie pozwolić na złośliwości, a jak wygląda mężczyzna, jakim prawem zakładasz, że ktoś jest mężczyzną na podstawie wyglądu i tak dalej ale niewiele to wnosi, więc będę wdzięczy jeśli sobie darujemy. Choć dzięki temu drag queen przestają być drag queen i określenie traci rację bytu. W sytuacji gdy hipotetyczna osoba wcześniej zakomunikuje kim i poprosi o stosowanie pewnych form. Też nie chciałbym, żeby ktoś zwracał się do mnie per pani albo imieniem Karol po tym jak się przedstawię swoim. Zabawa polega na tym, że gdy osoba niebinarna, fluid, o aparycji mężczyzny, stroju i ekspresji mężczyzny deklaruje że jest kobietą i prosi by zwracać się per pani, jej rozmówca odczuwa nic innego jak dysonans poznawczy. Widzę jedno a mam drugie. Ludzie przeważnie wykorzystują pewne formy ekspresji, do zakomunikowania otoczeniu kim są. Jesteśmy wzrokowcami i na podstawie oceny wizualnej klasyfikujemy kogoś, wybieramy adekwatne zwroty. Oczywiście na podstawie analizy języka, można wywnioskować jak przebiegała dyskryminacja, jak wygląda relacja władzy. Również w sferze widzialnego zachodzą zmiany. Mimo to, nie da się wyeliminować w całości pewnych mechanizmów psychologicznych. Człowiek lubi wiedzieć z kim ma do czynienia.

Postrzegania ludzi nie uczymy się bezpośrednio, w sposób taki jak uczymy się chemii czy historii. Dzieje się to niejako mimochodem, często bez naszego aktywnego udziału. I to też warto zrozumieć. Jest skrajną formą nietolerancji wymagać od ludzi zmiany przyzwyczajeń z dnia na dzień. Skutki procesu socjalizacji nie podlegają sile woli. Jeśli przez x lat do panów ktoś mówił pan a do pań pani, to nagle ciężko zaakceptować, że istnieją osoby, do których trzeba zwracać się inaczej. Z bliżej nieznanej mi przyczyny wszyscy oczekują, że społeczeństwo, czymkolwiek jest, z dnia na dzień zaakceptuje wszystko. Uważam takie wymagania za nietolerancyjne i zwyczajnie nieuprzejme. Daleki jestem od tego, by na siłę nazywać kogoś Michałem skoro jest Gośką, bo sam nie chciałbym być jak wspomniałem, nazywany Karolem i w pełni to rozumiem. Jednakże wymuszanie akceptacji bez dania cienia szansy na przyzwyczajenie się, również jest formą przemocy. Oprócz tego, można przemocą wywalczyć pewne prawa, chociażby równość względem tegoż, jednak nie da się przemocą zmusić ludzi by kogoś polubili albo zaakceptowali. Aktywizm wobec rządu, dialog wobec współobywateli. Nie jest bowiem tak, że wszyscy są nienawistną bandą z widłami i pochodniami. Dodatkowo nie zauważyłem, by główni zainteresowani często pytali swoich rozmówców jak się do nich zwracać, niejako robiąc to, co im samym sprawia przykrość. Określają tożsamość swoich rozmówców na podstawie wyglądu i ekspresji.

Postępuj tylko wedle takiej maksymy,
co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym
Immanuel Kant

Stereotypy

Kolejna konfliktogenna sprawa. Osoby o aparycji biologicznych mężczyzn, które definiują siebie jako genderfluid bardzo często za kobiecość uznają kieckę i kolczyki. Osoby o aparycji biologicznych kobiet, za męskość częstokroć uważają podgalanie łba, trzymanie rąk w kieszeniach, plucie na chodnik i wykorzystywanie słowa kurwa, jako przecinka, co z resztą sam nie raz widziałem, gdyż w gronie moich dawnych znajomych takie osoby były. Stanowi to stereotypowe wyobrażenie o mężczyźnie, będąc zaprzeczeniem lat argumentowania, że bycie mężczyzną nie sprowadza się do agresji i przemocy. Toksyczna męskość w krzyżowym wydaniu. Zatem osobie cis, identyfikującej się jako mężczyzna takie zachowania nie przystoją, ale osobie trans już tak? Sam też fakt plucia nie zmusi otoczenia by traktowało naszą osobę jak mężczyznę, bo ona tak się czuje równocześnie zachowując się w sposób co najmniej obraźliwy. Czuć się mężczyzną czy kobietą to jedno i w zamian za to, otrzymać można jedynie formy grzecznościowe, szacunek na najniższym należnym każdemu poziomie. Oprócz tego trzeba jeszcze spełniać szereg wymogów charakterystycznych dla danej grupy. Nie żyjemy już w binarnym społeczeństwie, w którym istnieje wyraźny podział na męskość i kobiecość, choć wielu prawicowców i paradoksalnie aktywistów LGBT by tego chciało. Inaczej rzecz ujmując na bycie mężczyzną lub kobietą trzeba niejako zasłużyć według pewnych kryteriów, o ile bowiem samoidentyfikacja to jedno, tak istnieje jeszcze nasz obraz w oczach członków naszej społeczności lub/i grupy a te mogą się bardzo różnić. Zadziała tu zatem co najwyżej tolerancja, bez akceptacji. Ewentualnie trzeba zmienić grupę.

Skąd się biorą takie zachowania? Sprawa jest dość prosta. Jednostka wychowywana przez x lat jako chłopiec lub dziewczynka, nagle próbuje się wyzwolić spod tych norm i manifestuje swoją tożsamość w sposób trochę przesadny. Jest to całkowicie zrozumiałe aczkolwiek irytujące. Swoje wzorce czerpie z otoczenia, dotychczasowych wyobrażeń o tychże wzorcach. Nie rozumie ich, nie ma do nich jeszcze właściwego stosunku emocjanlnego. Podejrzewam, że bunt wobec rodzi się z powodu braku…inicjacji. Wielu z nas ma złe wspomnienia z czasów szkolnych. Szykany, przemoc, okrucieństwo. Traktujemy to jako pewien rytuał przejścia. Przeszedłem, zdałem, wytrwałem, mogę mianować się mężczyzną, kobietą. I w pewien sposób w osobach, które to wszystko przeszły rodzi się pewien bunt, że osoby trans tego nie doświadczyły. Przecież powiecie doświadczyły. Tak, tylko nie w tej formie co trzeba. Doświadczyły dla nie tej płci. Zatem pojawia się niechęć do wpuszczenia takiej osoby do męskiego czy kobiecego świata.

Narażając się powiem, że do pewnego stopnia rozumiem feministki określane jako TERF. Często bowiem kobiecość zostaje sprowadzona do czegoś łatwego do uzyskania przez odzież, makijaż, na powrót staje się czymś dostępnym każdemu z natury. Zachowania niektórych osób trans godzą w ich przekonania. Nie tylko z resztą ich. Każdy i każda musiał przez lata pracować, by zostać uznanym za kobietę czy mężczyznę, tymczasem ktoś wskakuje w damskie czy męskie ciuchy, choć równocześnie walczy się ze stereotypowym pojmowaniem damksie-męskie i z miejsca ma zostać uznany za przedstawiciela, przedstawicielkę przeciwnej płci. Rozumiecie? Jeśli nie, to znaczy że nie chcecie zrozumieć a to źle o Was świadczy. Niestety TERFy próbują rozwiązać pewne kwestie przez nienawiść i dyskryminację a nie tędy droga. Wraz z niewielkim nasileniem się tego odłamu feminizmu, bo na szczęście jest on nadal marginalny, doszło do nagłej zmiany narracji. Jeszcze nie tak dawno próbowano udowadniać, że wszyscy nie jesteśmy do końca binarni, ale nagle…wiecie co? W tym miejscu wszystko BARDZO się plącze, bo każdy strona zmienia narrację w zależności od tego z kim aktualnie walczy. W tej historii mamy dosłownie orwellowski spór. Wczoraj było tak, ale przecież to nie prawda, dzisiaj jest tak.

Koniec części pierwszej

Mam nadzieję, że ta część tekstu tłumaczy najważniejsze zagadnienia i należycie uderza w osoby, które stosują cwaniackie sztuczki, jak chociażby przyrównywanie transpłciowowści do anoreksji, albo pewnych parafilii, na przykład transwestytyzmu. Mam nadzieję, że to czym jest samo gender, jak w teorii rodzi się tożsamość jednostki, jak koreluje z orientacją płciową. będzie chociażby trochę łatwiejsze do zrozumienia. Niestety przed nami jeszcze jedna część.

Odrobina kontrowersji

Dobra, skoro doszliśmy aż tutaj, to trochę kontrowersji wywołanych niestety przez aktywistów, tym razem spod znaku gender. Biologiści już oberwali i będą obrywać, za szerzenie nienawiści. Niestety na sytuację wielu osób mają wpływ nadmiernie optymistyczne tezy głoszone przez aktywistów, jak chociażby sam fakt identyfikacji jako kobieta, ma otworzyć drogę do damskich przestrzeni, osobom trans. Jak pogodzić prawo stupięćdziesięciokilogramowego faceta z czego dziewięćdziesiąt procent to masa mięśniowa, który nie chce dokonać uzgodnienia płci do czucia się kobietą, domagając się prawa startu w zawodach w podnoszeniu ciężarów w kategorii damskiej? Nie potrafią wyjaśnić nawet psychologowie ucinając temat tak szybko jak to możliwe, gdyż bardzo łatwo zabrnąć w ślepy zaułek. Korzystając zaś ze świeżo stworzonej furtki, masa osób, które w cale nie są transpłciowe, niejako wśluzguje się w te przestrzenie, nie zawsze z dobrymi intencjami.

Natomiast właśnie to było jednym z powodów narodzin radykalnych feministek zwanych TERF, o którym była mowa trochę wyżej w tekście. Obecność wspomnianej osoby z penisem nie tylko na zawodach ale i w szatni damskiej wywołuje być może pewien dyskomfort? I nie oszukujmy się, sytuacja przeciwna będzie tak samo niekomfortowa. Zawstydzenie, sytuacją gdy do szatni wchodzi osoba płci przeciwnej, jest teoretycznie tylko pokłosiem kategorii jaką jest wstyd. Dziwnym trafem ludzie potrafią przebywać razem nadzy lub półnadzy na plażach, w saunach i nie ma z tego tytułu żadnych problemów. Do pewnego momentu. Niektóre feministki od dawna postulowały stworzenie miejsc bezpiecznych dla kobiet, bowiem mężczyźni jak jeden mąż są sprawcami przemocy na tle seksualnym. Stąd też postulat bezpiecznych przestrzeni kobiecych. Nie uwzględnia się przy tym lesbijek, ale wiadomo że kobieta na kobietę lubieżnie spozierać nie będzie. Taka tam luka w teorii. Jako, że nasz gatunek nie posiada zdolności telepatycznych ludzi rozróżniamy na podstawie form wyglądu i form ekspresji. Czyli kto ma penisa ten zboczeniec, gwałciciel i wróg. Doprowadziło to do odrzucenia wszystkich osób trans, zwłaszcza transpłciowych co jest absurdalne i bardzo krzywdzące. TERF to dość niszowy odłam feminizmu, którego postulaty są głośne, ale nie popierane przez poważne feministki, które nie robią z nikogo systemowo przestępców i ofiar, traktując ruch jako równościowy dla wszystkich. Oczywiście jest to żart i drwina. Tych poważnych jest garstka. Internet przepełnia śmieciowy feminizm opierający się na walce z mężczyznami, lansowaniu samej siebie o opowiadaniu jak biali mężczyźni ją prześladują, zatruwają życie seksualnymi propozycjami, choć najprawdopodobniej raz ktoś na nią spojrzał i dorobiła całą ideologię.
Patrząc jednak z drugiej strony, bez śmieszkowania, może być, że za postawami niektórych przedstawicielek radykalnego ruchu stoi jakaś faktyczna trauma? Kobiety powinny się czuć bezpiecznie w taksówce prowadzonej przez kobietę aby uniknąć molestowania i gwałtu ale muszą tolerować penisa w damskiej szatni. Gdy zaś kończyłem pracę nad tym tekstem trafiłem na tekst Michelle Goldberg opublikowany w New Yorkerze w 2014 roku, w którym autorka stwierdza, że tak najczęściej jest. Cóż, mogę sobie pogratulować, że kombinuję nie najgorzej i westchnąć głęboko. Dodać trzeba że uprzedzenia wynikać mogą jeszcze z kwestii statystycznych co pozwolę wyjaśnić sobie poniższym cytatem,

Statystycznie sprawcami przemocy częściej są mężczyźni a ofiarami pewnych tylko typów przemocy padają częściej kobiety. Człowiek zatem potencjalnie staje się sprawcą lub ofiarą. Zachodzi tutaj coś specyficznego. Mężczyzna, która nigdy nie był sprawcą przemocy zostaje obarczony częścią przemocy powodowaną przez obcych ludzi, natomiast kobieta chociażby nigdy nie spotkało jej nic złego, staje się nie tyle potencjalną ofiarą co współuczestniczy w byciu ofiarą. Istotne zaś są ofiary tej grupy, która statystycznie częściej pada ofiarą przemocy. Stanowi to jakąś formę licytacji na krzywdę.

Oraz wspomnianą już potrzebą posiadania wroga. Czasem i co popełnia wiele marnej jakości feministek, utożsamia się mężczyznę z patriarchatem, patriarchat zaś jest złem przez co i mężczyzna musi być zły sam w sobie. Symbolem zaś mężczyzny jest penis.

Warto zauważyć, że w wielopłciowym świecie, gdzie ciało nie ma jakoby znaczenia, penis jest wyznacznikiem sprawczości. Posiadanie pewnej części ciała włącza osobę do grona gwałcicieli. Przy czym gwałt ma miejsce tylko w relacji mężczyzna – kobieta. Homoseksualni mężczyźni, zwolnieni są z takich podejrzeń. Względnie jest to wewnętrzne męskie zagrożenie zatem nie jest to problem ogółu.

Tożsamość płciowa
Zawodniczka po lewej zaczęła się identyfikować jako kobieta całe dwa tygodnie temu

W ramach ścisłości, sport nie był jedynym ani głównym powodem dla którego TERFy, TERFki, nie wiem jak to się odmienia, próbują odciąć się od osób trans. Feminizm, próbuje zwalczyć nierówności, mnie lub bardziej wydumane, bo nie będę przeczył, że ruch trochę się wynaturzył, przez co niektóre aktywistki domagają się równości uprzywilejowanej albo w gruncie rzeczy zajmują się redefinicją męskości a nigdy kobiecości ale zostawmy to. Jedną z faktycznych nierówności jest gender pay gap, czyli różnica płac wynikająca z płci. Na salę wchodzi osoba trans/sex/gender, która wygląda stereotypowo męsko i oznajmia, że dostawała niższe wynagrodzenia niż koledzy bo jest kobietą. Światu oznajmiła ten fakt wczoraj, ale dyskryminowano ją przez dwadzieścia lat. Że w Polsce tego nie dostrzegamy? Aktywiści rodem z USA potrafią się obrazić o stwierdzenie, że mężczyźni mają mniej tłuszczu albo masa mięśniowa stanowi większy procent ich ciał albo, że średnia wzrostu mężczyzn jest większa niż kobiet. Ba, oni się potrafią obrazić o fakt, że rekord świata w podnoszeniu ciężarów jest inny dla kobiet i dla mężczyzn i to stanowi dyskryminację. Stanowi to doskonałe oręże osób nienawistnych wobec osób trans, bowiem nadużycia jednostek są przekładane na osoby faktycznie potrzebujące pomocy. Sytuacja jest analogiczna jak obwinianie wszystkich mężczyzn za gwałty, albo kobiet o fałszywe oskarżenia o przemoc domową w sprawach rozwodowych. Nie można nienawidzić człowieka za to, że kto ktoś inny, całkowicie z nim niezwiązany coś zrobił.

Kolejnym punktem było określanie przez niektóre osoby transpłciowe jako transkobieta, transmężczyzna, co wywołuje wrażenie istnienia, mężczyzn, kobiet, transkobiet, transmężczyzn. Aktywiści maja problem z wyjaśnieniem tej kwestii bo po prawdzie mało co ich interesuje. Tymczasem problemu nie ma. Samookreślenie transkobieta czy transmężczyzna jest formą samą w sobie. Jednostka ma pełne prawo tak się czuć i tak określać. Po prostu. Ja mam zielone oczy, ktoś jest transkobietą. I już. Niemniej tak się dzieje, gdy aktywiści odcinają się od teorii. Teoretyczka czy teoretyk bez aktywistów niewiele zdziała w przeciwieństwie do aktywistek i aktywistów, ale ci bez teoretyków i teoretyczek zaczynają tylko hałasować i każde ciągnie w swoją stronę a do tego może robić ludziom krzywdę. Umożliwienie dwunastolatkowi przyjmowania hormonów bo on czuje się kobietą, może być złym pomysłem. Wspomniałem już, że czasem osoby homoseksualne nie akceptując swojej orientacji zaczynają przejawiać pewien kryzys tożsamości? Przecież mężczyznami interesują się kobiety, zatem ja, muszę być kobietą. Może to też być kwestia nacisków środowiska. Efektem jest próba zakrzyczenia każdego kto czegoś nie rozumie bo jest heteronormatywnym mężczyzną. I robienie ludziom krzywdy.  Dotyczy to jednak tak genderystów jak biologistów, o czym piszę powyżej. Biologiści obstają przy opcji, że każda forma tranzycji to nowomodna zbrodnia a genderyśći, iż w żadnej sytuacji o pomyłce mowy być nie może, bowiem wiążąca jest deklaracja jednostki. Trochę jakbym na stole operacyjnym instruował chirurga co operować. Ja obstaję przy wyrostku a on przy nerce, ale przecież wiem swoje. Jestem człowiekiem, mam wyrostek mam nerki. Przepraszam ale to tak nie działa. Lekarz natomiast nie powinien operować bez rozpoznania co i po co ma operować. Przy założeniu, że nie należy zakładać cudzej płci i tożsamości odgórnie, podobnie jak orientacji, jest im to bardzo potrzebne, ale to rozwinę w osobnym akapicie. Tutaj warto dodać, że TERFki węgorzem wyślizgują się z sieci pytań o mózg, płeć mózgu, jego budowę anatomiczną. Chłopak i dziewczyna to penis i wagina. Albo w ryj. Co wcale nie ucina kwestii sportowych. Wszyscy żrą się między sobą, byle mieć ostateczną rację, suto okraszając swoje wywody słowem „nauka”. Chyba najbardziej irytującą częścią dyskusji jest zarzucanie przez aktywistów braku wiedzy każdemu kto się z nimi nie zgadza, ale rzado potrafi coś wyjaśnić. Tutaj natomiast pozwolę sobie na przytoczenie starego kawału.

Majster do czeladnika:
– Tu jest zawór. O 20.00 go odkręcasz, a o 6.00 zakręcasz, kapujesz?
– Nie.
– Kurde. To zawór. O 20.00 – odkręcasz, a o 6.00 zakręcasz, rozumiesz?
– Nie.
– Żesz w mordę kopany… To jest zawór. O 20.00 go odkręcasz, a o 6.00 zakręcasz, pojmujesz?
– Panie majster, czy pan jesteś debilem?! Trzeci raz mówię, że nie rozumiem…

Na dyskusję naszą przekłada się to następująco. Osoba pytająca dostaje link, często anglojęzyczny, do strony w Wikipedii i ma sama przebić się przez cisy, transy, gendery. Jeśli nie rozumie to jej problem, choć trzy razy mówi, że nie rozumie. Majster też nie rozumie. Wie, że się odkręca i zakręca, ale czemu? Po co? Dlaczego? Odpowiedź jest już zbyt skomplikowana. Tym bardziej, że nie ma żadnego konsensusu naukowego w tym temacie. Strona „pronaukowa” dla odmiany drze się na temat falsyfikacji, ale ani jej się śni podważać badań, które przyjmuje a za pewnik przeciwko postulatom aktywistów strony przeciwnej. Wszystko zakrawa na absurd i zbijanie medialnego kapitału. Zabawnie jest gdy w łeb dostaje chłopak jawnie wszem i wobec deklarujący, że jest gejem, ale przecież jest heteronormatywnym samcem. Ot taki taki tam folklor.

Popatrzmy sobie inaczej na termin transgender. Oznacza „wykraczający poza normy przyjęte dla danej płci kulturowej”, o czym wspomniałem powyżej, czyli odnosi się do tożsamości, ekspresji albo obu na raz. Zatem musi istnieć jakaś społeczna norma. Aby nie wywoływać uczucia odrzucenia zamiast terminu normalny wprowadzono określenie cisgender, z czym ciężko się nie zgodzić. Termin ten oznacza akceptację płci kulturowej, która została mi narzucona i płci biologicznej z którą się rodzimy. Nie wiem tylko co akceptuję, to że ktoś mi coś narzuca czy ogólny porządek rzeczy, nie kwestionując go czy po dogłębnej analizie uznaję rację narzucających. Sam nie wiem. Im dalej tym większe zaczynają pojawiać się machinacje. Transgender ale cissexual. Bowiem akceptacja ciała, nie koniecznie oznacza akceptację ról typowych dla tego ciała w dane grupie. Oprócz tego tworzy binarny system. Są cisy i transy. Zatem osoby chociażby niebinarne, stają się binarne, gdyż stają się płcią kulturową opozycyjną do cis, wepchnięte do kontenera z napisem trans, w środku którego mogą dokonywać wszelkiej maści podziałów. Zatem współczesny binarny podział nie obywa się na linii mężczyzna – kobieta a na linii cis – trans. Aby trochę skomplikować sprawę, zawsze znajdą się publicyści, którzy stwierdzą że osoby trans mogą stać się cis a cis – trans…fluid? Co dodatkowo utrudnia zrozumienie czegokolwiek. Jak to bowiem interpretować? Wszyscy są odrobinę trans czy też osoba samoakceptująca się, może popaść w wewnętrzny konflikt i odwrotnie? Zatem cis można potraktować jako samoakceptację. Przystaję na to jakie mam ciało, na przypisane do niego role społeczne, zgadzam się z tym co narzuciła natura i społeczeństwo. Interpretując cis jako akceptację dla czegoś narzuconego, można trans interpretować jako wewnętrzny konflikt jednostki, który powoduje dyskomfort albo jakąś formę buntu, kontestację norm społecznych. Ostatnia koncepcja wcale nie jest taka zła. Zamiast przeciwstawiać grupie swoje wyobrażenie męskości czy kobiecości, można stać się kimś innym, co wprawdzie wzbudzi wrogość, ale wcale nie mniejszą niż odbieganie od przyjętych w grupie norm, równocześnie zostawiając duże pole manewru w tworzeniu własnego zestawu form ekspresji, ale nie bez wad. Skoro takie boje toczą się by nie używać słowo transseksualizm bo kojarzy się z orientacją seksualną, to może określeniu trans samemu w sobie warto się przyjrzeć? Skoro nie ma jednej męskości, nie ma jednej kobiecości, nie ma wzorca, to jak w ogóle można być osobą transgender w rozumieniu ról płciowych? Trzeba też odwołać się do osób interpłciowych, których tożsamość odpowiada ich ciału. Wówczas są cis. Nie wszyscy przychylają się do bycia osobami niebinarnymi. Są po prostu sobą. Łatka non binary, gender fluid czy jakakolwiek inna im nie odpowiada. Zatem nie tylko ja mam wrażenie, że terminologia ta nie jest terminologią ostateczną i wymaga dopracowania, tym bardziej że próbuje każdego wcisnąć w jakąś szufladkę.

Pamiętacie może jeszcze sprawę aresztowania Margot? Na kilka tekstów mieliśmy nieheteronormatywny, transseksualny, transgender, by następnie przejść do rodzaju żeńskiego. Zatem terminy lecą jak z rękawa. I żadne słowniczki nie pomogą, dopóki główna zainteresowana sama nie użyje konkretnych słów. Tyle, że konkretne słowa, nie mają konkretnego znaczenia, tym bardziej, że nawet słowa mężczyzna i kobieta, co ustaliliśmy na początku tekstu go nie posiadają. Potęgowanie zagubienia postępuje, tym bardziej że lubimy móc coś albo kogoś określić. Żyjemy w takiej kulturze. Ludzie i rzeczy muszą mieć konkretne definicje a gdy ich brak czujemy się niepewnie. Przy okazji tego aresztowania rozgorzała kwestia…więziennictwa. Jako, że Margot została aresztowana, zaczęto domagać się osadzania osób wedle ich tożsamości a nie płci metrykalnej, co rodzi szereg problemów. Otóż osadzenie osoby o aparycji mężczyzny wśród kobiet może być równie kiepskim pomysłem, co osadzenie osoby o aparycji kobiety wśród mężczyzn. Otwiera to bowiem furtkę do osadzania osób oskarżonych o gwałty albo przemoc wobec kobiet z kobietami. Nawet osadzenie mężczyzny wśród mężczyzn, może nieść negatywne skutki. Taki biały kołnierzyk wśród typowych ulicznych bandziorów raczej za męskiego uznany nie zostanie, co wiązać się może z traumą. I pobiciem. I kto wie czym jeszcze. Właściwie w odwrotnej kolejności.

Każdy z nas posiada wewnętrzne poczucie swojej tożsamości, które można określić jako Ja. Ja to Ja i już. Ja zaś może się zmieniać na przestrzeni lat, rekonstruować pozostają Ja. Choć zmienia się moje wyobrażenie, wartości, poczucie przynależności tak Ja daje mi poczucie trwałości. Najlepiej zaś czuję się gdy moje Ja jest akceptowane przez otoczenie, choć trzeba pogodzić się z faktem, że może otoczeniu sprawiać pewną trudność albo akceptowane nie być. I nie będzie żadnym nadużyciem, jeśli powiem że obrażony jestem iż niektóre kobiety nie traktują mnie jak prawdziwego mężczyzny, bo brakuje mi jakichś kluczowych dla nich cech. Dzięki zabiegom wszelkiej maści kretynów wobec wielu osób pojawia się jednak wrogość i nienawiść. Stworzyliśmy tyle analiz, nazw, określeń że cieszę się, że dziś nie jestem nastolatkiem, bo pewnie ślęczałbym nad jakimś słownikiem zastanawiając się kim jestem, skoro moja ekspresja nie pasowała do ekspresji pozostałych chłopców z klasy. Doszedłbym pewnie do wniosku, że jestem osobą niebinarną albo lepiej – gender fluid. Bo mając lat piętnaście pozwalałem koleżance przeprowadzać na swoich paznokciach jakieś eksperymenty. Dodatkowo moja ekspresja, zainteresowania nijak nie pasowały tych, prezentowanych przez napiszę kolegów z braku lepszego słowa, zatem o przynależności do ich grupy mowy nie było. Zainteresowanie sztuką, literaturą uważane było za typowo dziewczęce. Zatem dziś mógłbym się schować pod parasol z napisem transgender. Wystarczyło zaś zmienić kolegów, nie zapominając równocześnie o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. O poczuciu niebinarności wynikającym z niedopasowania do grupy rówieśniczej, która wyznaje inne wartości, przeczytaliście kilka akapitów wyżej.

Czy może wynikać z niejasnych, mętnych, niezrozumiałych przekazów? Skoro bowiem doświadczeni psychiatrzy i psychologowie nie znają genezy zjawiska, to jak ma to zrozumieć uczeń klasy siódmej? Psychologowie twierdzą, że poczucie tożsamości jest uwarunkowane biologicznie, nie powstaje w wyniku działania kultury. Chyba, że akurat twierdzą inaczej. Termin gender odnosi się zaś do obszaru kultury. Formalnie zatem ujmując tę kwestię należałoby termin gender identity rozumieć jako potrzebę wykorzystywania form ekspresji oraz samorealizacji poprzez zestaw ról charakterystyczny dla naszej lub przeciwnej płci. Z tym, że te się już dawno pomieszały i nie licząc sukienek tudzież makijażu niewiele jest rzeczy typowo damskich czy męskich. W sumie z makijażem nie mam pewności. Niebinarność występować może tylko tam, gdzie występuje binarny system, wyraźna granicą.
W naszej kulturze nie do końca można być osobą niebinarną w kontekście ról i ekspresji płciowej.

Negatywne konsekwencje

Przerobiliśmy już sytuację, gdy na podstawie badań, których akceptacja przez kogokolwiek rozsądnego byłby dziś nie do pomyślenia, zrobiono masie ludzi masę krzywdy. Tego chcemy uniknąć poprzez całkowitą dobrowolność. Zamieszanie, które powstaje prowadzi niestety do dziwnych konsekwencji. Efekt jest taki, że osoba zachowująca się bardzo po męsku, o bardzo męskiej ekspresji i takimż wyglądzie może być kobietą. I właściwie nic z tego nie wynika poza dylematem w jakiej celi taka osoba powinna być osadzona albo z jakiej szatni na basenie korzystać. Mimo to będzie w naturalny sposób budziła zakłopotanie swojego otoczenia, które nie wynika z nienawiści a zwykłego dysonansu poznawczego. Nie podważamy zatem prawa jednostki do samoidentyfikacji, ale próbujemy zrozumieć powody dla których można tego nie rozumieć i czy aby na pewno nikt celowo nie wykorzystuje całej sytuacji dla własnych celów a to się niestety zdarza. Mężczyźni deklarują, iż czują się kobietami (gender identity) równocześnie nie sięgają po środki służące do hormonalnej zmiany płci a przeciwnie wykorzystują przewagę, którą to ciało daje. Przez co chociażby w USA chłopcy ze szkół średnich, chcąc dostać dodatkowe punkty w procesie rekrutacji do koledżu, deklarują, bo i sama deklaracja często wystarczy, iż są dziewczętami co pozwala im rywalizować z nimi w sporcie w trakcie nauki w szkole średniej. Tymczasem wytrenowany nastolatek, zajmujący czwarte miejsca w kategoriach męskich ma dużą przewagę fizyczną nad rówieśniczkami, które tracą miejsca w procesie rekrutacji, gdyż wówczas może liczyć na miejsca na podium. Następnie nasz delikwent po zdobyciu dyplomu ponownie deklaruje, że jest mężczyzną i prosi o jego przepisanie. Tutaj powstaje spór, w którym biorą udział filozofowie, biolodzy, psycholodzy: czy ludzi powinno się klasyfikować chociażby w zawodach sportowych według ciała czy umysłu? Rozumiemy, że osoba transpłciowe, może odczuwać dyskomfort w szatni na siłowni. Chce zatem skorzystać z szatni płci przeciwnej. Powodując dyskomfort osób tam zebranych bo szatnie podzielone są według kategorii sex a nie gender. Cóż, trzy uczennice Chelsea Mitchell, Alanna Smith oraz Selina Soule postanowiły wstąpić na drogę sądową, po tym jak dwie transpłciowe atletki zaczęły dominować. Doszło nawet do tego, że aktywistka na rzecz praw osób Martina Navratilova, została okrzyknięta terfką, za dyskryminację osób transpłciowych w sporcie.

Tożsamość płciowa
South Park nigdy nikogo nie oszczędzał.

Możemy się zgodzić, z faktem że czasem zdarzają się transpłciowi mężczyźni, ale nie pojawiają się w mediach. Ich sukcesy nie są aż tak spektakularne, jak w przeciwnym przypadku, zatem w mediach mamy pewną nadreprezentację. Z drugiej strony, jeśli sam fakt posiadania męskiego ciała daje pewną przewagę, tak wejście bez tej przewagi nie budzi niczyich zastrzeżeń. Przez grupę cwaniaków, żerujących na podejściu aktywistów cierpią faktyczne osoby transpłciowe.

Trzeba też szczerze powiedzieć, że nie ma jednej społeczności LGBTQ+. Teoria w myśl której, gej i lesbijka bez względu na klasę i rasę idą ramię w ramię w imię wyższego dobra to bzdura. Lesbijka urodzona w rodzinie zamożnych prawników, będzie miała prostsze życie niż urodzona w klasie robotniczej. Interesy lesbijki robotniczki są bliższe innym robotnikom, niż lesbijki prawniczki. Doświadczenia są często bardziej grupowe, bowiem tożsamość homoseksulana, o ile taka istnieje a co do tego są wątpliwości, jest niewystarczająca, że by zebrać w grupę osoby o tak różnym pochodzeniu. Wszyscy tym trochę manipulują przedstawiając osoby hetero jako opozycję wobec homo, czarnych wobec białych. Powstają w ten sposób pozornie przeciwstawne ale zjednoczone obozy, które łatwo wskazać palcem. Nikt nie chce zaakceptować, że biały homoseksualista i czarny ale heteroseksualny z wysokim kapitałem społecznokulturowym i ekonomicznym mają więcej wspólnego ze sobą, niż swoimi biedniejszymi „kolegami”, którzy dla nich pracują. Za najniższą krajową.

Zagubieni

Co mają zrobić wszyscy dorośli i dzieci, którzy czują się trochę inni od reszty rówieśników? Masz słownik, radź sobie. Czy zagubiony dwunastolatek będzie z tym słownikiem w stanie jednoznacznie określić czy jest genderfuid, genderqueer, non binary? Oczywiście, że nie. Zaobserwować również można zjawisko detranzycji, czyli chęci powrotu do płci, stanu sprzed procesu tranzycji, często hormonalnej lub chirurgicznej. Niestety zauważyłem coś niepokojącego. Osoby, które są niezadowolone ze zmian, spowodowanych przyjmowaniem hormonów lub interwencją chirurga są marginalizowane. Takich jest przecież tylko jeden czy dwa procent, to zjawisko marginalne, a w ogóle to często proces przerywany jest z powodu prześladowania, raka etc. Cóż, tak samo niektórzy mówią o homoseksualistach. Po co się nimi przejmować, skoro jest ich góra dwa, trzy procent w społeczności która sama stanowi dwa, trzy procent, a w ogóle to mogli się pomylić? Marginalizowana społeczność LGBTQ+, marginalizuje ludzi, którzy im przeszkadzają. Ujawnia się tutaj wyraźny podział na linii normatywny – nienormatywny. Oto chcesz wrócić na stronę wroga, oprawcy, zatem jesteś wrogiem. Otóż takich osób nie wolno marginalizować tak samo jak tych, które odczuły ulgę w wyniku procesu korekty płci. Nie jest formą transfobii, pytanie czy psychologowie zbyt chętnie nie pchają ludzi, zwłaszcza młodych, w stronę tranzycji z obawy przed posądzeniem właśnie o jakieś fobie. Póki co świat medycyny wydaje się opierać. Czasem ingerencja chirurgiczna jest nieodwracalna, więc szkoda by było, kogoś uszkodzić. Masa nastolatków i tak ma już myśli samobójcze. Na pewno powinni być kartą przetargową w cudzych awanturach.

Wiem, że to trochę nie na miejscu, ale myśląc o tym wszystkim zaczynam jeszcze bardziej sympatyzować z Jokerem. Zwłaszcza z tym w wydaniu Jaquina Phoenixa. W filmie chciano zachować pewne elementy czarnego charakteru z genezą społeczną. Gdy zaś odrzucić potrzebę reżysera do stworzenia arcywroga Batmana, spojrzeć na to inaczej, Joker był po prostu trochę inny, ale wszyscy starali mu się z tego tytułu dokopać. Do tego po mieście latał świt w lateksie z obsesją jednorodności, unifikacji, identyfikujący się jako człowiek nietoperz. Dostrzegacie paradoks? Szaleńcy w stroju nietoperza latają po mieście bijąc wszystkich, którzy są głoszą ideę różnorodności ludzi, za to że są trochę inni choć zalezy im na różnicach między kobietą a mężczyzną? Witajcie w społeczeństwie.

Skąd to wszystko?

Ludzie. Wszystko ludzie. Gdziekolwiek zbierze się dwóch lub trzech tam zaczynają się problemy. Tym więcej, im więcej ludzie dowiadują się o swoim gatunku a nie są na to do końca gotowi. W dodatku są dość egocentryczni. Wyobraźcie sobie, że nie żyjecie. Eksperyment taki jest niemożliwy do przeprowadzenia, bowiem jako żywe, ciągle myślące istoty nie jesteście w stanie wyobrazić sobie całkowitego braku własnej świadomości. Identycznie jest z próba wyobrażania sobie, że jest się kobietą albo mężczyzną z całą pulą anatomicznych różnic w budowie ciała. Trochę łatwiej „wejść w skórę” innej osoby która jest podobna. Z tym, że i tutaj zaczynają się różnice. Nie sposób wejść w skórę osoby dyskryminowanej. Przecież ja nie jestem dyskryminowany a jestem mężczyzną, wiec o czym mówi ten mały koleś będący obiektem nienawiści całej klasy? Jest mu przykro? Mnie nie jest.

Zdarzają się też osoby siedzące okrakiem na płocie. Nie bardzo wiedzą o co chodzi z tą całą transpłciowością, tożsamością i czasem zadają pytania. Czasem głupie, czasem rzeczowe. Niestety najczęściej wówczas słyszą, że są „pseudolewicowe” albo pod maską centryzmu są przedstawicielami skrajnej prawicy. I to jest koniec argumentacji. Wiącha o byciu „prawakiem”, zaściankowcem i spierdalaj. Wówczas osoba taka przyłącza się do TERFów albo jeszcze jakiegoś radyklanego „ugrupowania”, choćby milcząco. Nie wszyscy ludzie to nienawistna banda stająca w opozycji do LGBTQ+. Czym innym jest stwierdzenie, że osoba po tranzycji, nie jest prawdziwym mężczyzną, kobietą, do piachu z nimi a czym innym stwierdzenie, że artykuły, które można streścić jako

Jeśli nie chcesz się umawiać z osobą trans, to jesteś transfobem” 

są zwyczajnie głupie i szkodliwe. Można nie chcieć się umawiać z szatynem bo jest szatynem albo blondynka, bo jest blondynką. Za niska, za gruba, za chuda, za głupia, za niski, za wątły, za muskularny, za głupi. Jeśli osoba przed tranzycją korzysta z damskiej szatni, czyli jeszcze posiada „wizualne męskie atrybuty” i wywołuje w tobie dyskomfort to jesteś TERFką.

Słowo na dobranoc

Na koniec trzeba poprosić o zamknięcie ust wszystkich śmieszków, tworzących memy w stylu „seksualnie identyfikuję się jako helikopter bojowy”. Przykro mi, ale fakt, że identyfikujecie się jako prawdziwi mężczyźni czy kobiety, nie znaczy, że nimi jesteście. Nie koniecznie musicie tak być postrzeganie/e przez swojej otoczenie. Wolność słowa oznacza, że masz prawo zachować milczenie albo wystartować w przetargu MON i zastąpić Caracale. Jeśli człowiek po zmianie płci nie jest dla was mężczyzną czy kobietą albo człowiekiem w ogóle, to nie chcę wiedzieć kim jest dla was człowiek z okularami na nosie albo nie dajcie bogowie z endoprotezą czy rozrusznikiem serca. Natomiast jeśli zajrzałeś tu bo nienawidzisz ludzi, zajmij się proszę astronomią. Plutonowi jest totalnie obojętne czy jest identyfikowany jako planeta czy planetoida i nikomu nie robi to krzywdy.

fot. w nagłówku Nan Goldin

Patronite

Jeśli tekst przypadł Wam do gustu i chcielibyście mi pomóc stworzyć kolejne – zajrzyjcie na mój profil na Patronite. Sztuka i socjologia bez małego wsparcia „same się nie robią” 😉