Czy Tinder nam szkodzi?

Czy Tinder nam szkodzi?

Panie Jezu Internetowy, jak ja kocham brednie. Zważywszy ile nieprawdy, manipulacji i kłamstwa serwują nam internetowi twórcy socjolog zawsze będzie miał o czym pisać. Tinder zaś, to najwspanialsza platforma jaką można sobie obrać za cel. Wizualna i pozornie prymitywna.

Romeo musi umrzeć

Literatura dostarcza nam wielu przykładów szlachetnej i pięknej miłości. Częstym motywem wydaje się być walka o ukochaną albo niezwykłe okoliczności, w których kochankowie się poznają. Filmy z gatunku komedii romantycznych również dbają o mity na temat zawierania związków. Dziwnym nigdy nie opowiadają o prostym chłopaku z blokowiska, który znajduje dozgonna miłość a przeważnie ludziach dość dobrze sytuowanych i należycie atrakcyjnych choć od tej reguły zdarzają się wyjątki w stylu brzydkiego kaczątka albo przeciętniak czy przeciętniaczka zdobywają kogoś z bajki. Filmy te podtrzymują mit romantycznej miłości o którą trzeba walczyć. Znacznie lepsza do przytaczania jest historia jak dziadek zabiegał o względy babci, bo kiedyś to było lepiej. Stanowią najzwyklejszy mit założycielski rodziny. Historie rodziców są już zbyt współczesne by były romantyczne. Najlepiej zaś historię dziadków powtórzyć trzymając w dłoniach należycie formalne zdjęcie. Jakąś historię można ułożyć na podstawie Tindera? Praktycznie rzecz ujmując żadnej. Nie można mieć romantycznej historii zrodzonej z masowości i bezduszności Internetu. Powiedziałbym, że czas romantycznych historii się skończył, gdyby tylko kiedykolwiek istniał. Romantyzm to przywilej nielicznych. Marzymy o tym, żeby nasze prababcie i pradziadkowie byli wywodzącymi się ze szlachty romantykami. W większości byli zapewne niepiśmiennymi chłopami, którzy mieli wiele szczęścia jeśli ukończyli szkołę podstawową. „Romeo i Julia” to oczywiście wzorcowa pozycja, która wpłynęła na popkulturowe postrzeganie miłosnych wyznań i związane z nimi oczekiwania. Pytanie brzmi, jak pogodzić romantyczną miłość z tezą, że owa jest tylko efektem kilku reakcji chemicznych w mózgu.

Czy Tinder nam szkodzi?
Każdy chciałby widzieć tak swoich dziadków…

Intro

Więcej negatywnych uczuć mam póki co z tytułu prowadzenia bloga i dzieleniu się przemyśleniami na Facebooku niż z tytułu korzystania z Tindera.

Tinder to aplikacja budząca różne emocje. To także środowisko o określonych parametrach, które jak każde środowisko wpływa na swoich użytkowników, ale też oni wpływają na środowisko. Wzajemna opinia o mężczyznach i kobietach korzystających z Tindera rzutuje na relacje międzyludzkie, które są tam zawierane. Rzadko kiedy Internauci wypowiadają się o niej pozytywnie, choć bywają wyjątki. Jest jedną z tych rzeczy objętych złą sławą która paradoksalnie przysparza użytkowników i odpycha użytkowniczki, więc trochę nie wypada mówić dobrze albo się przyznawać, że nie ma się złych doświadczeń. Bardzo łatwo znaleźć masę tekstów krytycznych na temat jej temat, ale będąc szczerym teksty krytyczny lub pseudokrytyczne pisze się bardzo łatwo. Postawiwszy przed publicystą zadanie stworzenia laudacji na temat „tradycyjnego randkowania” okaże się, że będzie to trudne zadanie o ile nie niemożliwe. W dodatku publicystka związana z tym internetowym demonem jest kolejnym elementem budowania tak zwanej „kultury zagrożeń”. Ma to swoje praktyczne zastosowanie. Po pierwsze wzmaga relacje paraspołeczne a tych istnieje kilka rodzajów. Najczęstsze to budowanie więzi z osobą, której się nie zna osobiście a jedynie w sposób zapośredniczony. Przykładem niech będzie sympatia wobec prowadzącego talk show, kanał na YouTube. Jest to przekonanie o bliskości wobec osoby, której nie zna się osobiście i która nie wie o naszym indywidualnym istnieniu. Relacje tego typu mogą mieć pozytywny wpływ na jednostkę, zwłaszcza w trudnym czasie. Nie są remedium na depresję, ale okazuje się że mogą pomóc w samotności, trudnych chwilach. Częściej jednak obrazowane są niczym w „Requiem dla snu”, czyli w swej negatywnej formie. Najczęściej rozwijają się samorzutnie, ale wielu publicystów stosuje perfidną sztuczkę. Żerując na lękach, uczuciach i przekonaniach swoich widzów sugerują, że są ostoją prawdy. Rozpościerają nad swymi fanami pseudoanukowy parasol, pod którym ci mogą się schronić. Zwłaszcza ci, których przerażają zmiany. Zatem relacje paraspołeczne można podzielić na samorzutne albo celowe. Każdy prowadzący chce się wydawać widzom osobą godną zaufania, ale jest nie jest to działanie czysto celowe, intencjonalne. W przypadku straszenia, przestawiania samego siebie jako ostatniego bastionu prawdy prowadzący celowo stara się przy pomocy wariantu syndromu oblężonej twierdzy wzbudzić formę sympatii zwyczajnie widzami manipulując. Relacja prowadzący widz może też działać na zasadzie negatywnej. Wówczas wydaje się, że prowadzący jest osobą wrogą, nieprawdomówną, przez co nienawiść, hejt staje się podstawą takiej toksycznej relacji, którą prowadzący często celowo wzmaga. Nie można w tym wszystkim zapomnieć o samym twórcy. Rzadko zna swoich fanów z imienia i nazwiska czy pamięta chociażby zdjęcia profilowe, ale ów tłum który go otacza daje mu poczucie spełnienia. Lajki, komentarze, zwłaszcza pochlebne, przelewy na konto na Patronite czy innym systemie sprawiają, że czuje się słuchany, doceniany. Czy to możliwe, że blogi, kanały na YT prowadzi się ze względu na przejmujące uczucie samotności?

Koniec końców nie chodzi nawet o aplikację a biznes. Zagrożenia są biznesem XXI wieku. Jako, że wiele osób nie wie jak postępować w płynnej rzeczywistości która je otacza, gubi się w zmieniających się normach i zasadach, potrzebują kogoś kto im potwierdzi, że wszystko to jest złe, niebezpieczne. Jest jakimś feministycznym spiskiem, który godzi w dawne, dobre wartości. I wszystko dlatego, że ktoś nie chciał się uczesać. I poczytać. Może wyjść do kina? Okazuje się, że mając możliwości panowie bardzo chętnie porzucają możliwość przeczytania książki, nauki, dbania o siebie na rzecz „bo mi się należy”. Czy się stoi czy się leży żonka zgrabna się należy?

Dyskusja na temat Tindera jest dosyć trudną sprawą, bowiem winę zrzucić trzeba w całości na samą aplikację, pokazać w jak zdradziecki i podstępny sposób została zaprojektowana. Inaczej trzeba by zacząć zastanawiać się nad użytkownikami a tego użytkownik, będący odbiorcą analizy nie chce. W dyskusji na próbowano przekonać mnie postulatami, które krytykuję. To trochę tak jakby ktoś chciał przekonać mnie do krytykowanej twórczości jakiegoś fotografa, zdjęciami tegoż fotografa podtykając mi je pod nos i krzycząc, doceń! Nie doceniam a im dłużej się w nie wpatruję, tym mniej je cenię. Więcej negatywnych uczuć mam póki co z tytułu prowadzenia bloga i dzieleniu się przemyśleniami na Facebooku niż z tytułu korzystania z Tindera. Argumentacja statystyczna jest chyba najgorszą możliwą. Niektórych facetów spotyka zawód, więc wszyscy powinni zrezygnować dla wspólnego, męskiego dobra?

Po przeanalizowaniu licznych filmów, które YouTube wypluwa ze swych trzewi po wpisaniu słowa „Tinder” w polu wyszukiwania powstaje obraz przerażający i co gorsza skierowany głównie do mężczyzn. Wartym uwagi jest, iż dużo tam o miłości, prawdziwej miłości, ale też niezdolności kobiet do obdarzenia mężczyzny takową, bowiem one nie kochają a dążą do reprodukcji. W dodatku mężczyźni, czego dowodzi „biologia ewolucyjna” kochają inaczej niż kobiety i kobiety powinny dbać o cnotę albo kochane nie będą. Biedne zakochują się inaczej, szybciej, naiwniej. Dziwnym trafem wszystkie argumenty dobrane są tak, żeby wyszedł nam wiek XIX. Czy tam którykolwiek gdy kobiety nie były dziwkami a mężczyźni byli mężczyznami. Gdy myślę, że internetowi publicyści uderzyli już o dno okazuje się, że pora brać się za odwierty.

Za a nawet przeciw

Pula argumentów przeciwko tejże aplikacji jest dość monotonna, niespójna i zwalnia użytkownika z całej odpowiedzialności za swoje zachowanie. Świadoma próba ich połączenia w spójną całość jest dość karkołomna. Szczęściem nasze mózgi przeważnie tego nie robią, potrafiąc wspierać kilka sprzecznych informacji czy światopoglądów równocześnie. Nie chodzi nawet o to, że wybrane badania czy argumenty są fałszywe, sfabrykowane. Chodzi o to, jak są dobrane, jak przedstawione w pakiecie ideologicznym. Choć często nie są to nawet badania a opinie, oczywiście biologów ewolucyjnych. Dochodzi do tego idiotyczne rozróżnienie na „świat realny” i „nierealny”. Podział na „real” i „virtual” jest chyba równie głupi i prymitywny co na nauki „humanistyczne” i „ścisłe”. Łatwy do przełknięcia ale bezsensowny. Można by w tym miejscu rozważyć kwestie symulacji, ale nie ma to żadnego celu. Aplikacja randkowa to narzędzie komunikacyjne. Po obu stronach siedzą realne osoby z krwi i kości, choć czasem istotą ludzką staje się tylko czytający. Argumentacja stanowi element „kultury zagrożeń”. Im bardziej niebezpieczny jest świat, tym bardziej ludzie szukają schronienia. Publicyści zaś roztaczają nad swymi oglądającymi pseudonaukowy parasol, pod którym ci mogą się schronić.

Niektóre argumenty brzmią nawet dobrze, bowiem choć skierowane do konserwatywnych mężczyzn, wprost stwierdzają, że Tinder wspiera negatywne cechy charakteru, sprawiając że traktują kobiety jak dobro konsumpcyjne. Jak prowadzący słusznie zauważa „wspierają”, ale intencje są całkowicie inne. By płynnie przejść do tego, że są powodowane korzystaniem z aplikacji. Cóż bowiem powstrzymuje naszego Chada przed robieniem tego samego w każdą piątkową noc w barze? Absolutnie nic, więc twórca kanału dodaje, iż na Tinderze jest masa kobiet, którym obojętne jest czy są jednymi z wielu. Sugestia jest wręcz banalna. Aplikacja i źle prowadzące się kobiety wodzą na pokuszenie. Aplikacje czy Internet w ogóle, nie są odrębnym światem, symulacją w które można odegrać nową rolę niczym improwizator w teatrze i zebrać brawa. Są jednym z wielu narzędzi komunikacji. Komunikujemy zatem publicznie co myślimy na niemal dowolny temat. Facebook nie zmusza nikogo do agresji. Wiadomo też, że podrywając dziewczynę w piątkową noc szuka się wielowymiarowej, opartej na wzajemnym zrozumieniu relacji. Jasne doktorku. Sposób mówienia prowadzącego również jest bardzo patriarchalnie nastawiony. Uwaga o kobietach, które akceptują fakt, lubią lub jest im obojętne, że są „jednymi z wielu”. Odbiera tym samym prawo kobietom do kontrolowania własnej seksualności. Perspektywa jest męska i skierowana do mężczyzn, ale tylko konserwatywnych. Chłopie, na Tinderze są same zużyte produkty, znajdź sobie coś czystego, patrz co one tam robią. I prawie zawsze też im bardziej ktoś broni tradycji i wartości moralnych tym bardziej się rozwodzi, ma dzieci z kilkoma kobietami, takie tam typowe konserwatywne wartości.

Niespójności pojawiają się też w kwestii metod doboru partnerów. Mężczyźni jakoby sugerują się bardziej wyglądem partnerki, natomiast kobiety oprócz wyglądu reagują jeszcze na charakter partnera. Zgodnie ze słowami prowadzącego, mężczyzna może zabłysnąć charakterem w „realnym spotkaniu” na co na Tinderze nie ma szans. Argument ten jest akurat zwykłym kłamstwem, bowiem prowadzący nie tłumaczy co to jest owo „realne spotkanie”. Najprawdopodobniej jest to randka, ale jak mężczyzna nieatrakcyjny ma zaprosić kobietę na randkę? Przy czym atrakcyjność nie jest tutaj wartością obiektywną, bowiem takowa nie istnieje. Niedopowiedzenia tego typu przeważnie nie zwrócą ugai oglądających, bo są pełni uprzedzeń nawet nie tyle do Tindera co do kobiet. Nie wypada chyba zaczepiać ludzi na ulicy? Nie wiadomo. Najzabawniejsze jest zaś to, że typowy Chad ma małe szanse na większości portali. Powodem niechęci pań do panów jest zupełnie coś innego.

Jak korzystać z Tindera?

Z Tindera korzystają grupy i ta myśl musi kołatać się w głowie przez całą dalszą lekturę tekstu. Grupa to klucz do zrozumienia ludzkich zachowań. Mówiąc o zachowaniu kobiet czy mężczyzn na Tinderze trzeba to rozumieć jako zachowanie, sposób zachowania pewnej grupy mężczyzn lub kobiet na Tinderze. Może dojść do sytuacji gdy sto procent męskiej lub żeńskiej części użytkowników zacznie wykazywać określone postawy. Wszystko bowiem zależy od wieku, pochodzenia, wykształcenia i masy innych czynników. Inaczej będzie zachowywał się szesnastolatek z podstawowym wykształceniem, pochodzący z konserwatywnej, wiejskiej rodziny a inaczej wykształcony trzydziestolatek, wychowany w myśl zupełnie innych wartości. Choć co ciekawe, skrajna prawica ma większe poparcie w miastach, niż na wsi. Dominującą grupą na Tinderze są obecnie mężczyźni i nie są oni grupą jednorodną. Wśród tejże grupy istnieje cała bowiem masa grup, mających swoje motywacje i sposoby korzystania z Tindera. Nie można zatem stwierdzić, że wszyscy mężczyźni, to zacofana, konserwatywna banda. Cechy takie wykazuje pewna grupa panów, choć jej liczbowe określenie jest trudne. Można stwierdzić, gdzie się organizują, chociażby wokół kanałów takich jak „Wojna Idei”, Szymon mówi” czy „Nie wiem, ale się dowiem”. Większość przytoczonych bzdur pochodzi z tych kanałów.

Pomiędzy 2017 a 2019 rokiem męska przewaga procentowa wzrosła z 55 do 68% w Polsce, w UK do jakoby 87% przy równoczesnym ogólnym wzroście liczby użytkowników. Powodów może być cała masa. Biorąc pod uwagę, że do aplikacji randkowych a Tindera zwłaszcza przylgnęła łatka „appki do ruchania” mamy powód rosnącej liczby panów. Okazuje się, że jest to główny cel w jakim panowie rejestrują się w ogóle,  choć dotyczy tylko tej aplikacji. Wspiera to niczym niepoparta informacja z jednego z kanałów na YT głosi, że na Tinderze jest masa kobiet, którym nie przeszkadza, że są jednymi z wielu. Przy czym jednymi z wielu dla tak zwanych Chadów, czyli superatrakcyjnych, bogatych facetów, bowiem jak podkreśla autor przeciętniacy nie mają tam czego szukać. Oczywiście poza Tinderem jest zupełnie odwrotnie, bowiem z jakieś przyczyny kobiety pozwalają się zapraszać nieatrakcyjnym dla siebie facetom na randki, ale to wyjaśni się w dalszej części tekstu.

Zatem to nie aplikacja jest winna tylko wcześniejsze przekonania, poglądy i motywacje, wtórnie utwierdzane przez naukowe kanały na YT. Depczący po piętach Tinderowi OkCupid nie budzi takich skojarzeń i nie wszystkie aplikacje randkowe cechuje taka dysproporcja. Kobiety nie są bardziej uduchowione pod tym względem, ale ich niechęć kieruje się głównie w stronę omawianej aplikacji i jej użytkowników. Cele użytkowników i użytkowniczek są zatem sprzeczne. Istnieje grupa kobiet szukająca partnera na jedną noc albo tylko stałego partnera seksualnego, ale jest ona nieliczna. I co najciekawsze, mają do tego prawo, które najwyraźniej drażni moralistów. Im zaś ktoś bardziej moralizuje tym bardziej przyłapują go albo ją z mężem czy żoną kolegi z pracy. Wiele kobiet czuje się też przytłoczona aplikacjami randkowymi działającymi na zasadzie Tindera, ale z różnych powodów, bowiem najczęściej każde przesuniecie w prawo skutkuję nową parą, która nie zawsze jest zainteresowana rozmową. Tutaj zaczyna się prawdziwa zagwozdka, bowiem aplikacja aplikacji nierówna.

Zacznijmy może od spraw łóżkowych, czyli mówiąc bardziej wprost od seksu. Przedstawiciele pokolenia Y w analogicznym okresie życia mają mniej partnerów seksualnych niż ich rodzice. Coraz więcej miejsca poświęca się coraz uboższemu życiu seksualnemu kolejnych pokoleń, choć jest to termin szalenie niewskazany. Nie wiadomo bowiem jaka ilość seksu jest właściwa, poprawna, gdzie zaczyna się ubogie życie seksualne, gdzie optymalne czy też seksualna klasa średnia a gdzie bujne. Ile razy w tygodniu, ile powinien trwać stosunek, jaka liczba partnerów jest tą właściwą. Wszystko zależy od tego jaką kto przyjmuje perspektywę. Przeciwnicy Tindera ignorują zaś ten fakt upatrując w nim moralnej zgnilizny, wspierając mit Tinderelli. Surowe opinie moralne to najbanalniejsza sztuczka na przyciągnięcie widzów.

Ogólnie bez względu na pokolenie ludzie uprawiają coraz mniej seksu, bowiem przejadł się jako forma rozrywki. Najmniej aktywnym seksualnie pokoleniem są przedstawiciele tak zwanego pokolenia Z, choć tutaj dochodzi do małego błędu i nadużycia, bowiem jest to pokolenie obejmujące osoby mające 11-23 lata, przez co wyniki tych analiz mogą być trochę zaburzone. Wypowiedzi na temat aktywności seksualnej użytkowników są przeważnie pomijane w źródłach a poza tym szkodziłoby to wywodowi.

Czy Tinder nam szkodzi?
Tinderella ulatnia się o 4:30 by Książę mógł spać… / College Humor /

Istnieje kilka strategii korzystania z aplikacji randkowych. Poszukiwanie partnerki czy też partnera na jedną noc, poszukiwanie trwałej relacji, korzystanie z aplikacji. Ostatnia jest dość ciekawa, bowiem zakłada wykorzystywanie aplikacji do zdobywania par, które traktowane są jak część aplikacji, jej wbudowana funkcja. Zatem po drugiej stronie nie ma żywych ludzi, są tylko profile w aplikacji. Wiarygodne staje się zatem, że panowie korzystają z Tindera na zasadzie „gry”. Istnieje też kilka strategii wyboru. Panowie przesuwają w prawo nie poświęcając większej uwagi profilom użytkowniczek. Grupa nie jest jednorodna. Niektórym faktycznie zależy na nawiązaniu kontaktu, ale po linii najniższego oporu, przez co wysyłają prymitywne wiadomości pokroju „cześć jak leci”, co skutecznie zniechęca większość użytkowniczek. Nie dlatego, ze względu na kobiece wyrafinowanie, ale względu na fakt, że pytanie to równoznaczne jest z wykazaniem zerowego zainteresowania. Niektórzy zaś w ogóle nie są zainteresowani kontaktem a jedynie zbieraniem par. Wśród tych, którzy inicjują rozmowę, jedni piszą do wszystkich inni do najatrakcyjniejszych par. Analiza OkCupid przez zespół z Oxfordu, wykazała jednak coś innego. Mianowicie, że najatrakcyjniejsze kobiety otrzymują najwięcej wiadomości. Problemem jest pojęcie atrakcyjności jako takie, ale kwestia zostanie rozwinięta w dalszej części tekstu.

Kobiety tak w przypadku Tindera jak OkCupid skupiają się nie tyle na wyglądzie potencjalnego partnera co całym profilu. Istnieje grupa stosująca strategię przesuwania w prawo tylko zdjęć przedstawiających najprzystojniejszych mężczyzn, ale nie jest tak liczna jak męska. Kobiety analizują profile uważniej, przez co te, które mają sztampowe opisy albo nie mają ich w cale odpadają w przedbiegach. W ten sposób większość facetów sama pozbawia się szans na konwersację. Gdy już do konwersacji dojdzie, może szybko się skończyć. Raporty czytelnictwa pokazują, że kobiety bez względu na pochodzenie i wykształcenie czytają więcej niż mężczyźni. Nawet marna literatura otwiera drogę do ciekawszych konwersacji, poszerza horyzonty. Zatem ten jakże pozornie nieistotny element jakim jest brak opisu, stanowi komunikat, który jest odczytywany podobnie jak niechlujne zdjęcie.

Panowie i panie nie dogadują się też z innych powodów. Krzysztof Pacewicz poświęcił trochę czasu na badanie współczesnych polskich mężczyzn i schemat okazuje się powtarzalny na przestrzeni ostatnich lat. Mężczyźni skręcają w prawo, odrzucają szanse jakie niesie edukacja, stają się bardziej konserwatywni w przeciwieństwie do lewicujących kobiet. Zdecydowanie ciężko znaleźć płaszczyznę porozumienia. Sfrustrowani publicyści, żerując na ich samotności karmią ich myślowymi odpadami, pokroju stwierdzeń, że kobiety mają wbudowany cel życia, jakim jest prokreacja i nic innego nie robią tylko szukają samca z zasobami, który będzie utrzymywał je i ich dzieci. W tego typu wywodach przoduje kanał „Nie wiem, ale się dowiem”. Wprawdzie bardzo sprytnie zaczyna swój materiał słowami, że sfrustrowani, szukający potwierdzenia na niższość intelektualną kobiet faceci, proszeni są o opuszczenie kanału, bo niczego nie zrozumieją. W dalszej części mówi jednak o Matce Naturze, w taki sposób, by zbudować proste skojarzenie, iż celem życia kobiety jest rodzić dzieci a mężczyzny tworzyć latające maszyny.

Czyli w jakiś sposób ewolucja podpowiada istnienie alimentów. W narracji tej wracamy do wieku XIX, bowiem nic się nie zmieniło. Nastawieni probiologicznie faceci, w biologii kobiet upatrują ich słabości, niższości. Oni przecież oferują miłość, poświęcenie czyli wartości ludzkie. Gdy zaś mowa o uwarunkowaniach biologicznych mężczyzn takich jak agresja, potrzeba kopulowania z wieloma partnerkami, niechęć do okazywania emocji co w dziwny sposób kłóci się z potrzebą namiętnej, romantycznej miłości, upatrują w tym swoich zalet, cech samca alfa. Stosunek panów do niechętnych posiadaniu dzieci kobiet również jest skomplikowany. Idą na łatwiznę, rezygnują ze swego celu życiowego i powinności, ale dobrze by było gdyby przezwyciężyły tę biologiczną potrzebę kopulowania tylko z tymi zasobnymi, na rzecz uboższych i skrzywdzonych. Zważyć należy, że najpierw panowie sami gadają o samcach alfa, biologicznych uwarunkowaniach kobiet a potem szują się tym pokrzywdzeni. Prawdę powiedziawszy feminizm przywrócił „naturalny porządek rzeczy”, rodem z poglądów Havelocka Ellisa. Otóż ten jako eugenik uważał, że dzięki wyzwoleniu kobiet z okowów patriarchatu, będą wybierały tylko najlepszych przedstawicieli płci męskiej. Te, które nie znajdą partnera zaniechaną prokreacji. Czyż to nie marzenie konserwatystów? Przecież sami postulują idee samca alfa, darwinizm społeczny a następnie domagają się sprawiedliwego, socjalistycznego podziału kobiet. Wcześniej kobieta mogła realizować swoje potrzeby seksualne tylko w małżeństwie, zatem  w końcu brała kogoś za męża, także aby nie zostać wykluczoną towarzysko. Nie wszystkie bowiem kobiety były całkowicie zależna finansowo, bowiem przedstawicielki uboższych klas pracowały, tak w miastach jak na wsi. Mit wychowującej w domu dziecko kobiety to mit niższej i wyższej klasy średniej. Kobiety z wyższych klas rzadko wychowywały dzieci, przez co te często silniej związane były z mamką czy guwernantką. Gorzej było w kwestii dziedziczenia majątku, bowiem przez długi czas kobiety nie miały do tego prawa. Chrześcijaństwo szturmem zdobyło męskie serca gdy Rzym zaczął reformy w kwestii praw kobiet.

Nie mogą się chłopaki zdecydować, natura czy kultura. Najsilniejszy zdobywa wszystko, czy reglamentujemy? Z logicznego punktu widzenia, jaki jest sens by kobieta wiązała się z biednym mężczyzną czy to w prymacie kultury czy natury? Cóż, żaden. Niemniej pomysł by kobieta nie mogła zmienić partnera, utrzymywała się sama pozostając zależną finansowo jest, no cóż genialny. Przynajmniej z perspektywy ich potrzeb. Chcieliby najlepszego z natury i kultury, to nie ma tak dobrze. Sprytny mówiący idzie jednak dalej, sugerując „naukowo” dlaczego kobiety powinny się szanować, czyli „nie dawać komu popadnie”. Przestrogą jest męskie uwarunkowanie biologiczne, pozwalające „kochać do orgazmu”. Po wszystkim facet straci całe zainteresowanie a Ty kobieto będziesz czuła się porzucona bo Ty już kochasz. Musisz zatem przezwyciężyć miłość, zauroczenie, reakcję chemiczną w mózgu, powstrzymać chuć i przywiązać do siebie partnera. Często argumentacja tego typu przewija się przez „inceliskie fora”. Nie zawsze osoby mówiące w ten sposób są incelami. Równie dobrze mogą być zwykłymi mizoginami albo publicystami żerującymi na cudzej samotności. W kwestii inceli istnieje kilka koncepcji, w myśl jednak z nich, a z którą można się zgodzić, część z nich faktycznie doświadcza systemowej krzywdy. Przy czym społeczność lub subkultura ta wydaje się bardziej agresywna i jednorodna w USA. Trzeba jednak zaznaczyć, że wielu inceli nie jest incelami. Nasza kultura jest „chora na głowę” i to ona jest powodem takich myśli. Jeśli siedemnastolatek albo nastolatek w ogóle uważa, że jest incelem to znaczy ktoś albo coś mocno zaszkodziło jego umysłowi. Często też do tej grupy zalicza się mężczyzn, którzy nie uprawiali seksu w ciągu ostatniego roku. Mierzenie wartości mężczyzny ilością skonsumowanych dóbr, seksualizacja od najmłodszych lat ma takie właśnie skutki. Jest jednak coś ciekawego w tej „antychadowej” narracji. Otóż każdy przystojny mężczyzna musi być dupkiem, który celowo obniży swoje standardy byle tylko zaliczyć. Każdy nieobdarzony przez naturę urodą, jest zaś szlachetny duchem. Ehe. Nie.

Medialna otoczka, która towarzyszy omawianiu relacji międzyludzkich jest bardzo specyficzna. Hipergamiczne, rozwiązłe kobiety, które polują na „chadów”. W kontekście upodobanie do biologii i psychologii ewolucyjnej, z czego zdobycze tej drugiej są raczej wątpliwej jakości, należałoby się chyba z tym pogodzić? Niektórzy posuwają się już do skrajnego absurdu i analizują liczbę swoich par, randek. Spotkał się z pięcioma, dwie czy trzy usunęły parę. Autor owego wpisu rozpatruje to jako „wynik przyzwoity ale nie powalający na kolana”. Trzeba pamiętać, że w wielu przypadkach osoba umawiająca się równocześnie z kilkoma osobami może zostać odrzucona. Dawniej zwało się to „grą na dwa fronty” albo „kołem ratunkowym” i uchodziło za przejaw bycia dupkiem, tak w przypadku kobiet jak mężczyzn. I dziwnym trafem jakoś przeciwko temu nikt nie protestuje. Czyli ponownie chodzi o liczby, o grę, której celem jest zdobycie największej ilości par. Niby te baby takie rozwiązłe, ale pan szanowny oblicza swój status liczbą „skonsumowanych” randek. Winą za swoje niepowodzenie obarczył naturalnie kobiety a nie własne skrajnie prawicowe, ultrakonserwatywne poglądy, które akceptuje bardzo niewielka grupa kobiet, których dla odmiany nie chcą bo „one żerują na zasobach”. W ujęciu konserwatywnym kobieta nie pracuje, na mężczyźnie spoczywa obowiązek utrzymania rodziny. Czyli dobrze by było, żeby kobieta była niezależna finansowo, by nie „żerować” na mężczyźnie celem utrzymania jej dziecka, bo przecież mężczyzna nie ma nic wspólnego z poczęciem, odpowiadają za to duchy, bogowie, wiatry, bociany, intensywna uprawa kapusty albo wódka, ale niech będzie „trad wife”, która szarlotkę upiecze, obiad ugotuje. Powstaje niesamowity mętlik, bowiem w sumie nie wiadomo czego oni chcą. Dużej ilości niezobowiązującego seksu, seksu z miłości czy może dużej liczby zakochanych w nich kobiet, które będą tylko z nimi uprawiać seks z miłości, choć oni nie będą się odwzajemniać żadnym uczuciem, bowiem przecież biologia im stoi na drodze i czerwona pigułki. Pigułkarze bardzo dużo gadają o tym by w końcu przestać starać się dla kobiet, by zadbać o siebie, ale nie specjalnie to robią.

Trzeba też dodać, że ci sami kolesie narzekają, że prawo nie sprzyja ojcom, często w trakcie rozwodu odcinają ich od dzieci. Czyich dzieci? Przecież dzieci są jej co zostało dobitnie podkreślone, zatem czemu nagle facet rości sobie do nich prawo? Kurtyna. Jeśli mój szanowny czytelniku się pogubiłeś, nie przejmuj się. Ja zrobiłem to we własnym tekście kilkanaście razy i nadal nie wiem gdzie jestem. Teoretycznie wszyscy lansują się jako szukający tej jedynej, ale koniec końców chodzi o grę, w której wygrywa ten z największa ilością punktów. Gra ta sama w sobie nie jest niczym złym. Można chcieć mieć wielu partnerów czy partnerek, nie chcieć się wiązać. Przy czym trzeba zdawać sobie sprawę, że pomiędzy chcieć a dostać to czego się chce zieje spora przepaść. Problemem „skrzywdzonych chłopców z Tindera” jest to, że uważają, że duża ilość seksu, partnerek im się należy niczym dochód podstawowy. Ponownie, ta narracja znana z incelskich forów. Czy możliwe, że mężczyźni sami wkręcają się w „incelizm” takimi poglądami? Cóż, tak. Skarży się również nasz pismak, że Tinder zbytnio fałszuje rzeczywistość. Cóż, randka dla odmiany weryfikuje. I tak on czuł, że paniami jest „coś nie tak”, tak one mogły czuć to samo, choć nie wydaje się by miały w przekonaniu autora prawo do ludzkich odruchów. Czemu nie oczarował ich charakterem skoro dały mu na to szansę?

Niezwykła jest też kwestia miłości. Otóż ta przeważnie sprowadzana jest do serii reakcji chemicznych w mózgu, niczego więcej. Prosta, prymitywna chemia. Nie postrzegają owego „uczucia” jako czegoś wzniosłego. Raczej sprowadzają do „prostych reakcji chemicznych w mózgu”, czegoś pierwotnego, bazowego, prymitywnego. Zatem dlaczego w kwestii „braku miłości we współczesnym świecie” odwołują się do filozofów, nawet jeśli chodzi tylko o bełkotka Žižka? Czyżby nagle ludzkość zatraciła zdolność wytwarzania tych hormonów a może jednak miłość powinna być czymś romantycznym, wzniosłym, na poły mistycznym a nie prostą sumą działania jednego czy dwóch gruczołów?

Pozostaje pytanie w jakim celu kobiety w ogóle rejestrują się na portalach randkowych. Ich motywacje są różne, od chęci znalezienia bliskości z drugą osobą aż po wyżywanie się na facetach, bo odpadły z gry, choć tę sztuczkę stosują głównie na Tinderze właśnie. Ten ostatni motyw jest dość często podnoszony przez mężczyzn na forach poświęconych portalom randkowym i równie często dementowany przez pop feministki. Tak się składa, że nie chodzi o fejkowe profile, które mało atrakcyjne kobiety zakładają celem wyżywania się na incelach, to akurat faktycznie bzdura. Istnieje grupa kobiet, której uwłacza konieczność korzystania z Tindera więc wyżywają się na wszystkich jak leci. Nie są nawet do końca świadome swego postępowania. Z góry zakładają, że facet na portalu randkowym musi być niższej jakości więc ich sposób bycia jest zwyczajnie odpychający. I co ciekawe wcale nie są nieatrakcyjne wizualnie a zwyczajnie chamowate. Często są wręcz bardzo atrakcyjne. Nie ma ich aż tak wiele, ale są wyjątkowo irytujące dla odmiany dla mężczyzn i można to bez obaw podkreślić. Nie może być tak, że tylko faceci robią za schwarz character. Są równie irytujące co „polujące na żarcie”. Rzadko omawiana grupa kobiet umawiająca się na randki, gdy chcą coś zeżreć albo iść do kina po czym znikają jak obietnice polskiego rządu. Ponownie trzeba przyczepić się do mężczyzn o niespójność w zeznaniach. Mężczyźni bardzo nie lubią kobiet wykazujących inicjatywę i usuwają parę gdy tylko kobieta zagai rozmowę. W ten sposób mogą oni zostać dłużej na Tinderze i marudzić, że kobiety to księżniczki i cały ciężar prowadzenia rozmowy spoczywa na nich. Bądź tu mądry i pisz wiersze. Może od społeczeństwa spektaklu przeszliśmy do społeczeństwa malkontenctwa?

Kolejnym pytaniem jakie trzeba postawić, jest to o źródło tych form zachowania. Upatrywanie ich w aplikacji jest zupełnie bez sensu. Internet jest doskonałym środowiskiem obserwacyjnym, badawczym, ale to jak ludzie zachowują się w kontaktach zapośredniczonych jest odzwierciedleniem tego jacy są w wielu innych sytuacjach. Przyjąwszy, że Internet, Tinder, Facebook to środowisko musi ono oddziaływać na osoby w nim przebywające. Ono samo kształtuje się jednak pod wpływem tychże osób na podstawie wniesionych doświadczeń wcześniejszych. Jedni szukają łatwego seksu, drugie sponsora posiłku, trzeci pewnej formy bliskośći. Zrzucenie odpowiedzialności na Tindera jest sztuczką, wariacją na temat syndromu oblężonej twierdzy. Spójrzcie, oto zagrożenie, jest tam, i tam, i tam. Facbook, Tinder, TikTok. Okazuje się, że tytuły zawierające jakieś słowo związane z zagrożeniem mają większe szanse na udostępnienie przez samych użytkowników, ale też na polecenie przez algorytmy platform społecznościowych.

Kontrowersyjna aplikacja powstała w 2012 roku. Już dwa lata po premierze narodził się mit Tinderelli a do 2016 Internet zalała pierwsza fala tekstów krytycznych. Pomijając takie jak „Why everyone is miserable on Tinder” z 2016, większość była zwykłą publicystyką, pełną mitów i przekłamań. Można spokojnie założyć, że co kilka minut ten czy inny pismak ale też ta czy inna pismaczka wyskakują z genialnym pomysłem na kolejne zagrożenia płynące z Tindera. Posuwają się do nazywania starych jak świat zagrywek w nowy sposób, tak by wykazać, że to twór XXI wieku, aplikacji randkowych, jakiś trend w randkowaniu. Przykładem może być „benching”, czyli zachowanie, które dawniej nazywano „kołem ratunkowym”. Zwodzenie, pozostawianie sobie kogoś w „rezerwie” jeśli z kimś ciekawszym nie wyjdzie, jest stare jak świat. Ważne, że się klika.

Nikt nie posuwa się do zapraszania osób, które nie maiły z appką kontaktu, celem uzależnienia ich od tej aplikacji by sprawdzić jaki wpływ na nich wywarła. Byłby to dość nieetyczny eksperyment. Przeważnie jest jakiś powód, dla którego rejestrujemy się na Tinderze. Trzeba założyć, że wiele osób, które decydują się na skorzystanie z tej aplikacji, jest niepewnych siebie, ich styl życia uniemożliwia nawiązywanie nowych relacji lub są nieśmiali?  Na Tinderze mamy około 2 milionów Polaków. Nie jest to jakaś powalająca liczba względem innych portali. Zaledwie garstka ludzi o przeróżnych motywacjach. Zamężne kobiety szukające odskoczni, żonaci mężczyźni, dzieciaki które nie chcą nawiązywać intymnych relacji w koleżeńskim gronie. Niesamowita mieszanina. Ostatnia motywacja jest również bardzo często wykorzystywana jako argument przeciw Tinderowi, bowiem łatwiej porzucić osobę spoza kręgu znajomych. W ten sposób reszta grupy nie będzie patrzyła nieprzychylnie na takie rozstanie. Czyli zasada rozwodu nadal obowiązuje. Nie należy się rozwodzić bo znajomi będą krzywo patrzeć, lepiej tkwić w dysfunkcyjnym związku. „Co ludzie powiedzą” wydaje się być pożądanym mechanizmem. Im jestem starszy, powoli zaczynam pochód w stronę czterdziestki tym bardziej przeraża mnie taka perspektywa. Jest to zabieg całkiem sensowny, bowiem związki w grupie koleżeńskiej mogą mieć dla niej negatywne skutki w postaci rozpadu albo osłabienia więzi. Wprowadzenie nowej osoby do grupy, która ma też własna grupę koleżeńska i które to grupy mogą zostać opuszczone w przypadku zerwania wydaje się być rozsądną praktyką. I wcale nie nową, bo wszystkie wyprawy po żonę również umożliwiały powrót do rodzinnej wioski gdyby do rozpadu doszło.

Wzajemne uprzedzenia użytkowników są również powodem, dla których w ogóle się tam znaleźli. I tak dla mężczyzn nie ma prawdziwych kobiet, dla kobiet nie ma prawdziwych mężczyzn więc wszyscy udali się na Tindera, gdzie panowie szukają łatwego seksu w klimacie girlfriend experience a kobiety zwyczajnie rezygnują z tych aplikacji.  Tinderella jest zaś wybredna, poluje na w miarę przystojnych mężczyzn, więc łatwo rodzi się przekonanie, że dwadzieścia procent najprzystojniejszych facetów zaspokaja potrzeby osiemdziesięciu procent kobiet, które to przekonanie jest sumiennie utrwalane przez wszelkiej maści „analizy” bazujące na wrażeniach użytkowników. Użytkowniczek aplikacji randkowych jest zwyczajnie mało a gdy znajdują interesującego partnera odchodzą. W powszechnym przekonaniu najprzystojniejsi każdą noc spędzają z inną kobietą. Przy założeniu, że mężczyźni to wzrokowcy, ci o najlepszej aparycji powinni być zainteresowani tylko takimi kobietami. Zatem mężczyźni dążą do promiskuityzmu? Nie wiadomo. W tym wszystkim uderzające jest jeszcze coś innego. Pretensja, uwaga, że przeciętni faceci nie mogą mieć kobiet 10/10 i muszą rywalizować o uwagę brzydkich kobiet, nieszczęśnicy. Gdy okazuje się, że kobiety nie zawsze zainteresowane są „najprzystojniejszymi” facetami pojawia się zdumienie. Ciężko w ogóle zdefiniować co znaczy „przystojny” albo „atrakcyjny” czy też „atrakcyjna”, bowiem istnieje wiele definicji tych pojęć w zależności od użytkownika, użytkowniczki.

Nie sposób nie zauważyć i zignorować, że Tinder ma w sobie zadaniową intencjonalność, która jest deprymująca. Użytkownicy rejestrują się z intencją znalezienia partnera i wiedzą, że inni też mają takie intencje. Nieumiejętność zdobycia pary, umówienia się na randkę czy cokolwiek innego jest jak nieumiejętność używania młotka. Ot, problem z korzystaniem z prostego narzędzia. Tutaj nie będę się spierał, bowiem mało na świecie jest rzeczy całkowicie neutralnych. Nawet związek w grupie towarzyskiej nie jest neutralny, bowiem rozpad małżeństwa często skutkuje podziałem grupy, na przyjaciół żony i męża albo całkowitym rozpadem grupy, bowiem rozwodnik czy rozwódka stają się zagrożeniem jako osoba „wolna”. Nie takich mechanizmów społecznych, które pozwalają się interpretować tylko w jeden sposób.

Zatem Tinder nie jest „złem” jako takim, tylko publicyści żerują na naszej głupocie i naiwności. Podobnie działają publicyści na Facebooku. Ta platforma nie tworzy żadnych treści, a fakt, że dajemy się gównem sprowokować do gównoburzy nie jest winą Facebooka tylko naszą, użytkowników. Ktoś musi niskiej jakości treści tworzyć i ktoś musi ich pożądać. Struktura nie zmieniła się jakoś znacząco. Nie było nigdy okresu gdy sto procent przedstawicieli danego społeczeństwa żyło Najwyższej Jakości Treściami.

Nie potrafimy panować nad emocjami, impulsami i jesteśmy relatywnie głupawi, przez co osoby bystrzejsze od nas mogą nami manipulować jak marionetkami na sznureczkach. Facebook, Tinder, Instagram wykorzystują nasze ciągoty. Tinder nie musi za wiele robić by utrzymać dochodową pulę użytkowników, bowiem oni sami się o to postarają, ale wyłożę to w następnych akapitach. Portal ze stajni Meta korzysta z syndromu „weselnego wuja”, czyli nie znam się ale się wypowiem na każdy możliwy temat, im bardziej awanturogenny tym tym lepiej. Nie ma jednak władzy nad ludźmi, którzy zachowują powściągliwość w sądach, nie reagują na same nagłówki. Tinder nie musi na niczym żerować bowiem użytkownicy sami zasilają go swoimi frustracjami, chamisk zachowaniem i wybujałymi oczekiwaniami, których nie ma prawa spełnić żadna kobieta ani mężczyzna. Chłopaki nakręcają się „naukowymi vlogami konserwatywnymi” z naciskiem na biologię a panie dokładnie to samo, z tą różnicą że posiłkują się różnego rodzaju „prasą kobiecą” bowiem więcej czytają i równie stronniczymi wypowiedziami innych kobiet na YT, z tym że zorientowanymi bardziej psychologicznie. W ten sposób jedni migrują na Marsa, inne na Wenus a ci, którzy nie są chamowaci idą razem na herbatę. Najprawdopodobniej sposób w jaki użytkownicy zachowują się na Tinderze jest odbiciem, może w trochę krzywym zwierciadle, ich zachowania w trakcie codziennych interakcji z ludźmi. I to wystarczy by na podstawie samych wypowiedzi w mediach społecznościowych zechcieć zostać mnichem pustelnikiem. Trzeba to jednak rozłożyć na czynniki pierwsze

Tinder

Warto rozważyć aplikacje randkowe pod kątem technologicznym. Są one dość nieskomplikowane w przeciwieństwie do ich użytkowników. Poziom skomplikowania nie przekłada się jednak na jakość działania. Zacząć należy od kwestii technicznych. Mają spory dostęp do naszych urządzeń, ale dziś do naszych wiadomości z bliżej nieznanej mi przyczyny dostępu domaga się nawet kalkulator. Według strony https://apro-software.com, Tinder korzysta z uczenia maszynowego z tym, że robi to bardzo prymitywnie w swej złożoności, starając się sparować każdego użytkownika z jak największa liczbą użytkowników. Nie liczy się nic poza wyglądem przez co powstała opcja „Smart Pictures”. W najprostszym ujęciu informuje użytkownika, które z jego zdjęć najczęściej wywoływało przesunięcie w prawo. Podobno, ale nie mam co do tego żadnej pewności żongluje zdjęciami celem dopasowania ich do potrzeb oglądającego. Otóż spośród wszystkich przesłanych zdjęć będzie wybierał takie, które najbardziej przypominają te, które druga strona najczęściej przesuwała w prawo. Załóżmy, że ktoś lubi długowłose kobiety i jedno z przesłanych zdjęć przedstawia użytkowniczkę w chwili gdy miała długie włosy. Zdjęcie to zostało umieszczone przez nią na ostatniej pozycji podczas gdy zdjęcie z aktualnymi krótkimi włosami zostało umieszczone jako główne, pierwsze. Wówczas Tinder teoretycznie podmieni kolejność zdjęć przez co powinno nastąpić przesunięcie w prawo. Efektem będzie małe zaskoczenie gdyby doszło do randki. Algorytmy nie biorą pod uwagę właściwie niczego innego. W Sieci znaleźć można również informacje, iż algorytmy przyznają „punkty za wygląd” starając się wyświetlać osoby, które uzyskały podobną liczbę punków. Odpowiedzialni za kontakty z mediami pracownicy Match Group, będącego właścicielem Tindera twierdzą, że system ten nie działa od dłuższego czasu. Tak czy siak, wszystko rozbija się o wygląd. Nie wydaje się ażeby analizowane były opisy albo cokolwiek innego poza aparycją. Nie jest to niczym niezwykłym i jest mechanizmem działającym każdego dnia w wielu sytuacjach.

Użytkownicy starają się zaś wpłynąć na te algorytmy stosując wszelkiej maści sztuczki, wyczytane w Sieci sposoby na podryw na Tinderze. O zdjęciach można znaleźć naprawdę dużo, choć raczej porad co lubią kobiety, ale nie jest to pogłębiona analiza psychologiczna czy społeczna. Kobiety na swoich kanałach analizują zdjęcia panów, nie koniecznie tinderowe, pod kątem atrakcyjności. Gdyby to samo zrobili mężczyźni wybuchałby afera. Tymczasem panie siedzą i dywagują jak mężczyzna powinien strzyc brodę by być atrakcyjnym dla kobiet. Tylko jakich kobiet? Czy to jedyny cel życia mężczyzny? Być atrakcyjnym dla kobiet? Dużo się mówi, że kobiety ubierają się dla siebie, zatem panowie strzygą brodę dla siebie. Wychodzi, że chodzi o gust prowadzących, które jako wpływowe twórczynie oddziaływają na gust swoich oglądających. Mężczyźni też starają się podpowiedzieć paniom co ich interesuje tyle, że mniej bezpośrednio. Dozwolonym jest stwierdzenie, że facet zaczyna się od metra osiemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu ale nieuprawnionym jest stwierdzenie, że kobieta kończy się powyżej x centymetrów w talii.

Efektem jest wybieranie, robienie takich zdjęć, które mogą się podobać czyli jest to wariacja na temat udawania kogoś innego byle zdobyć parę. Ponownie należy w środek tekstu wtrącić pytanie, co znaczy udawać kogoś innego? Odpowiedź jest należycie skomplikowana i wytrąci czytelnika z rytmu. Otóż chodzi o kompetencje do odgrywania określonych ról. Można bowiem wrzucić fotkę z siłowni, z górskiego wypadku, ale jeśli ktoś jest totalnym domatorem niechętnym wysiłkowi to bardzo szybko wyjdzie. Moda ta zdominowała Tindera gdy sam z niego korzystałem, co było dość irytujące bowiem dosłownie każda kobieta lansowała się jako niezłomna alpinistka kochającą spędzanie czasu pod kocykiem z herbatką. Nie ma sensu zatem lansować się na sportowca jeśli się go nie uprawia albo uprawia biernie czyli oglądając relacje. Nasze „Ja” pozostaje spójne choć sposób w jaki się zachowujemy może być bardzo różny w zależności od sytuacji. Zupełnie inaczej zachowamy się prywatnie, w sytuacji intymnej a zupełnie inaczej w biznesowej. Wszystko zależy do jakiego stopnia udało nam się role opanować. Wówczas wypada się w niej „naturalnie”, bez sztuczności. Nie oznacza to, że osoba bardzo skryta, nieśmiała może być w innej sytuacji przywódcą rządzącym żelazną ręką. Może zajść całkowita zmiana.

Z bolączek technologicznych, które przekładają się na psychologiczne które można wymienić, to poczucie wyjątkowości. Otóż interfejs aplikacji sprawia wrażenie, że jest się jedynym osobnikiem swojej płci i orientacji do wyboru przez całe tabuny potencjalnie zainteresowanych. Sprawia to, że brak zainteresowania można odebrać bardzo osobiście zapominając przy tym, że nie jest się jedyną opcją do wyboru. Stąd pewne rozczarowanie, ale pogłębia je dodatkowo towarzysząca tej aplikacji narracja. Ona a nie odrobina skompilowanego kodu dehumanizują użytkowniczki portalu. Robią to publicyści i sami użytkownicy, wpływając na środowisko jakim jest Tinder. Ten zaś sam w sobie nie jest specjalnie problematyczny społecznie.

Ujęcie wielu krytyków zakłada, że Tinder ma na celu zatrzymanie jak największej ilości użytkowników i doprowadzenie do sytuacji by nigdy nie poznali „fajnej osoby”, ale zatrzymuje ich samymi parami ewentualnie randkami i namiętnym seksem bez emocji. Brzmi to idiotycznie i tak też jest. Demoniczna aplikacja jest w jakiejś zmowie z kobietami, a że mężczyźni chcą kopulować z kim popadnie szybki numerek raz na jakiś czas będzie wzmacniał ich potrzebę powrotu na łono randkowej aplikacji by doić z najniższej krajowej. Są różne sposoby zarabiania na samotności. Porady jak podrywać, kanały naukowe, do wyboru do koloru. Mało kto skupia się na ciężkiej do naukowej oceny kwestii charakteru.

I tutaj zapala się pierwsza czerwona lampka. Przekaz jest skonstruowany w taki sposób, by czytelnik któremu nie powiodło się na Tinderze doszedł do wniosku, że on jest niebanalną osobowością a aplikacja podsyła mu same suki/samych dupków. Zatem jeśli tę samą publikację czyta, ogląda, kobieta i mężczyzna którzy nie przypadli sobie do gustu, oboje dochodzą do wniosku, że to wina aplikacji i drugiej osoby. Nikt nie lubi kwestionować własnych cech charakteru, zachowania. Randkowanie jest też na tyle proste, że każdy debil sobie poradzi. Niepowodzenie w czymś tak powszechnym, prostym, prymitywnym musi być czyjąś winą. Każdy potrafi umówić się na randkę to i ja potrafię, wiem wszystko o kobietach. Są prymitywnymi seksualnym drapieżnikami rozpłodowymi, dybiącymi na kasę. Tak mówił uczony pan z YouTube. Przedmiotem tejże krytyki nie są jakieś „szury” tylko kanały zrzeszające wokół siebie jakoby fanów nauki…

Kolejną uwagą, która na dzień dobry powinna uruchomić wszystkie czerwone światełka ostrzegawcze jest ta o liczbie par. Facetom ciężko zdobyć więcej niż dwie, może trzy pary co stanowi powód do Wielkiej Krzywdy. Sugeruje to bowiem, że mówiący marzy o dużej liczbie partnerek, z których może swobodnie wybierać choć będzie zarzekał się, że „duży wybór”, powoduje problemy z podtrzymaniem relacji. Im większy wybór potencjalnych partnerów tym mniejsza stałość, ale wydaje się dotyczyć to głównie kobiet, nie zaś jego, mówiącego, który jako samiec ma prawo do przebierania jak w ulęgałkach. W tym momencie powinno się zamknąć okienko YT i iść na ten cholerny rower.

Randkowanie w minionych wiekach

Randkowanie to bardzo specyficzna czynność właściwa człowiekowi. Wszystkie rytuały godowe, które spotkać można u wielu gatunków jakościowo nie mają z ludzkim randkowaniem nic wspólnego. Proces ten obejmuje wzajemną analizę wielu cech, takich jak wygląd, inteligencja, zainteresowania, aktualny stan posiadania. Nie można w całości zrzucić tego procesu na karb ewolucji biologicznej. Sposób w jaki ludzie wybierają partnerów jest bardziej złożony. Jeśli zaś ewolucja uwarunkowała już wszystko, nie zostawiając miejsca kulturze i rozumowi to nie ma się czym przejmować.

Wielka szkoda, że internetowi publicyści przycinają złożone tematy do potrzeb swoich widzów, tak by dobrze i strawnie je sprzedać. Zgrabnie opakowany  światopogląd autora udaje „naukę”. Sprytnie zapominają o fakcie, że wcześniejsze epoki nie były przychylne osobom samotnym, zwłaszcza staropanieństwo wykluczało z towarzyskiego grona. Panna taka, mogła bowiem łatwo męża uwieść, była ogólnie mówiąc, wątpliwej jakości towarzystwem dla panów i pań. Stary kawaler miał w tym zakresie większe pole do popisu, zwłaszcza jeśli był artystą, parał się nauką, był ekscentrykiem albo styl życia kłócił się z ożenkiem. Dobrze jednak było synów mieć, zwłaszcza będąc majętnym bowiem szkoda by majątek rodzinny przepadł. Można tak bez końca pisać o dawnych zwyczajach. By jednak lepiej zrozumieć jak wygląda współczesne randkowanie trzeba rzucić okiem na wieki przeszłe. W Grecji, Rzymie, Indiach, kobieta była czymś w rodzaju własności mężczyzny. Nie mogła do tak, bez zgody ojca wyjść sobie za mąż i zaraz wrócić. Równocześnie istotnym było i to przez długi czas by kobieta wniosła posag do związku. Zatem poślubienie niezamożnej panny było mało opłacalne z punktu widzenia rodziców pana młodego jak i jego samego. Na cóż komu biedna żona? Często małżeństwa były aranżowane celem powiększania majątku. Tego typu praktyki obserwujemy przy okazji „wypraw po żonę” o czym już kiedyś pisałem, ale teraz dołożymy nową perspektywę. Otóż młody mężczyzna wykrada z sąsiedniej wioski kobietę a następnie dochodzi do targów między młodym a ojcem dziewczyny albo między ojcami. Trzeba baczyć, by nie ukraść dziewczyny na którą ojca nie stać. Istnieją też zwyczaje kradzieży żon, praktykowane chociażby przez Wodaabe. Tutaj mężatka ma prawo odejść z innym mężczyzną za powszechną zgodą i akceptacją. Raz do roku organizuje się wielki festiwal, w trakcie którego można znaleźć sobie kochanka lub kochankę na jedną noc albo nowego partnera czy partnerkę. Ma to zapewne jakieś uzasadnienie, ponieważ główne małżeństwa zawierane są miedzy kuzynostwem. W zależności od kultury zaobserwujmy przeróżne praktyki związane z małżeństwem i wychowaniem dzieci. Wielożeństwo, czyli sytuacja gdy najzamożniejszy a zatem najsilniejszy mężczyzna zgarnia wiele kobiet jest całkiem powszechną. Spotkamy też społeczności, w których osoby stanu wolnego cieszą się sporą swobodą seksualną, ale już osoby będące w związkach małżeńskich powinny ograniczyć się do swojego partnera czy partnerki. Zwyczaje takie zaobserwowali Mead i Malinowski. Nasz rodak na Wyspach Trobrianda, których nazwa własna, miejscowa to Wyspy Kiriwina.
Co bardzo ciekawe w społecznościach pierwotnych często ojciec odgrywa kluczową rolę w wychowaniu synów. Do pewnego czasu dzieci są trochę bezpłciowymi dziećmi by w około siódmego roku życia podzielić się na grupę chłopców i dziewczynek. Ci pierwsi trafiają wówczas po opiekę mężczyzn, ojców, by nauczyć się wszystkiego co będzie im w przyszłym życiu potrzebne. Nie zawsze to ojciec sprawuje taką opiekę, czasem jest to grupa, jednak w większości przypadków syn jest dumą ojca albo jego dorastanie ma wpływ na status ojca. Teoria, że mężczyźni chcieli kopulować z jak największą liczbą kobiet, nawet za cenę dorastania niektórych potomków w gorszych warunkach ma zatem sporo praktycznych kontrprzykładów.

U nas pewna swoboda w tym zakresie zaczęła rodzić się dość niedawno, ale musi czytelnik wiedzieć, że słynna namiętna noc poślubna, była nierzadko bez mała gwałtem. Przeważnie w sytuacjach ślubów aranżowanych, gdy kobieta miała zerową wiedzę a mężczyzna z burdelu inna opcja nie wchodziła w grę. Prostytutki przeważnie są po to, by spełniać zachcianki klientów w ramach pewnej umowy. 

Żona stawała się więc kolejną prostytutką w życiu mężczyzny. Z tą różnicą, że na wyłączność. Nie tyle chodzi o pełnioną rolę co sposób traktowania. Niektórzy antropologowie interpretują tak pierścionek zaręczynowy, nie symbolizujący miłości a będący zapłatą za seks na wyłączność. Słowo swat może się różnie kojarzyć, ale nie chodzi o jednostkę antyterrorystyczną a faceta zajmującego się negocjowaniem kontaktu małżeńskiego. Szacuje się, że mniej niż jedna trzecia kobiet miała prawo do samodzielnego wyboru przyszłego męża. O ile społeczności opisywane przez Mead czy Malinowskiego mogły poszczycić się sporą swobodą seksualną kobiet i mężczyzn, tak znamy kultury, które bez problemu usuwają kobietom łechtaczki, wargi sromowe i zaszywają wejście do pochwy. Dziewictwo rzecz święta. W Indiach, dziewczynki, które wraz z pierwszą miesiączką stają się kobietami, tracą prawo chodzenia do szkoły i zamykane są w piwnicach. Pierwsza intymna relacja z mężem nastąpi w trakcie brutalnej nocy poślubnej. Czasem się żonę zabija, jak posag był za mały. W wielu społecznościach kobieta nie ma prawa głosu. Małżeństwo jest targiem dobijanym przez ojca i przyszłego męża lub ojców młodej pary. Ot, kultura.

Współcześnie w Indiach praktykowane jest podpalanie żon, jeśli wniosły do związku zbyt mały posag. Jak podaje CNN 5800 kobiet zabijanych było rocznie w połowie lat 90. Przeważnie rodzina męża wymuszała na rodzinie żony dodatkowy posag. Gdy ci odmawiali „dopłaty” bracia, ojciec, sam mąż podpalał żonę, polewał kwasem, truł albo doprowadzał do samobójstwa na przykład grożąc rozwodem, co w małych społecznościach przesądzało o życiowej porażce. Liczby w ostatnich latach spadły do około 3000. Tyle udaje się wywnioskować dziennikarzom BBC czy CNN na podstawie oficjalnych źródeł. Trzeba pamiętać, że Indie to kiepski przykład prawdomówności i szczerości. Trzeba też oddzielić małżeństwo z rozsądku od małżeństwa aranżowanego. Często korzysta się z tych terminów synonimicznie, ale oznaczają one dwie zupełnie odrębne praktyki. Pierwsze oznacza wybór partnera w oparciu o w miarę bezemocjonalną analizę. Nierzadko rolę odgrywają rodzice, którzy nie darzą przyszłej synowej czy zięcia większym uczuciem a jedynie oceniają przez czysto praktyczny pryzmat. Różnica polega na tym, że młodzi mają prawo powiedzieć „nie”, co jest dość istotą sprawą. Portale służące do zawierania takich transakcji małżeńskich wyglądają jak małżeńskie Allegro. Wystawia się samego siebie tak samo jak na Tinderze, w formie oferty dla chętnego czy chętniej kupującej. Nie widzę osobiście różnicy między jednym uprzedmiotowieniem od drugiego.

Nasza kultura zdominowane jest przez ideę miłości. Oznacza to, że decyzje co do dłuższego związku z partnerem trzeba, można, powinno się podejmować w oparciu o płomienne uczucie. Miłość jest jednak ciężka do rozebrania na czynniki pierwsze, ale mało komu się to udaje. Można przetworzyć miłość przez pryzmat biologii, socjologii, psychologii, czystego humanizmu i jeszcze zaplątać się w mitach na temat męskiego i damskiego zakochania, okazywania uczuć w ogóle. Przeważnie kończy się tym, że mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus czyli staroć z 1992 nadal pokutuje. Trzeba to oczywiście jakoś poskładać do kupy, więc wszyscy stają na rzęsach by znaleźć jakieś remedium. Co ciekawe z wypowiedzi większości youtubowych publicystów przebija silna potrzeba okazywania uczuć i bycia ich adresatem. Problem w tym, że trzeba jakoś pogodzić kulturowy mit oschłego, zimnego, oszczędnego macho, który wprawdzie kocha ale nie okazuje z potrzebą tulenia się pod kocykiem przy Netflixie. Tinder to prawdziwa puszka Pandory…

Wasz uniżony narrator miał nie raz konto na Tinderze. Wiadomo, setka go odrzuciła, bo z takim ryjem nie ma co startować. Można co najwyżej w ryj dostać ale i z tego można wyciągnąć naukę. Pokorny Wasz o braciszkowie i siostrzyczki moje, wiedział, że w końcu trafi się ta sto pierwsza. Pomijając zaś wszelkie wygłupy, to po przeczytaniu tego całego szajsu, naszła go nagła ochota na wprowadzenie elementu baśniowego do rzeczywistości. Kiedyś kurła to było. Podchodziło się do kobitki na ulicy i kantowało. Znaczy, cytowało Kanta. Wówczas ona przestawała się krzywić na krzywy ryj rozmówcy i dawała. Się nakłonić na wspólne życie aż po grób oraz to, o czym czytelnik pomyślał. Jeśli już was bolą brzuchy, to przepraszam będziemy kontynuować. Wiadomo bowiem, że onegdaj, dziewoja dziewicza, pozwalała się zaprosić każdemu typowi z ryjem jak nie przymierzając Ja, na wspólną wieczorną przechadzkę po parku, coby ją oczarował swą uczonością i charakterem. Nie chcę być złośliwy i napisać, kto przeważnie wystaje na rogu czekając na klienta oraz że nie trzeba być w typie wystającej. Dziwnie to brzmi.

Czy Tinder nam szkodzi?
A ja nie wiem czy będę w typie takiej prostytutki…

Również zasady nagabywania panien były dość sztywne. Dobrze wychowany mężczyzna nie powinien w ten sposób zaczepiać nawet kobiety z gminu. Zachowanie taki przystało chamowi, portowemu robolowi, od których nie oczekiwano zbyt wiele w tej kwestii. Zaczepianie dobrze urodzonych kobiet mogło się skończyć dla mężczyzny małą towarzyską kompromitacją i towarzyskim wykluczeniem. Zasady te obowiązywały w sferze widzialnego. Co się działo na suto zakrapianych przyjęciach pozostaje niewypowiedziane. Fasada zawsze była ważniejsza od wnętrza. Mimo tego, zaczepianie kobiet na ulicy było nieakceptowalne, chyba że znalazły się tam, gdzie nie powinny i zostały wzięte za prostytutki. Kobieta powinna była się poruszać w obszarach właściwych jej statusowi, urodzeniu, wychowaniu. Rodzi się cała pula problemów, które nie chcą pozwolić się rozwiązać ot tak, od ręki. Wtedy było źle, dziś nie dobrze. Zatem co czynić? Nie uważam, by dziś było jakoś bardzo źle. Zagrożenia muszą się zmieniać jak w kalejdoskopie, bowiem ciężko straszyć w kółko tym samym. Gender już straszyło, potem przyszła pora marksizm kulturowy teraz straszą portale randkowe, TikTok o czym za jakiś czas wszyscy zapomną. Publicystyka nie ma na celu dobrostanu odbiorców a jedynie podtrzymywanie w nich poczucia zagrożenia. Zatem na początek należy przestać żerować na lękach czytelników.

Świat jest obrazem

Jako gatunek komunikujemy się poprzez wygląd. Badania zaś ogólnie są problematyczne. Na Oxfordzie przeprowadzono badanie na 150 00o użytkowników portali randkowych w tym głównie OkCupid. Badanie wykazało, że kobiety oceniane przez mężczyzn jako 8-9/10 otrzymują większość wiadomości, podczas gdy kobiety wolą pisać do facetów o mniej jednoznacznym typie urody, mianowicie otrzymujących oceny z przedziału 5-8/10. Istotne jest też wyjaśnienie cóż znaczy owo 5-8/10. Istnieją osoby pasujące do kanonu, które przeważnie otrzymują identyczną ilość punktów. Uchodzą one za „powszechnie atrakcyjne”. Są też osoby, które dostają tak od 5 do 8 punktów, ale przecież nie każdy ocenia tak samo. Dla jednego, jednej ktoś będzie bardziej na 5 dla innego, innej bardziej na 8. Przez wiadomości należy tutaj rozumieć „superlike” i tym podobne formy interakcji oferowane przez profile by poinformować o zainteresowaniu. Wiele umożliwia wysyłanie kwiatów, serduszek oraz innych płatnych form interakcji mających dać do zrozumienia, że jesteśmy poważnie bo finansowo zaangażowani. Uiszczenie opłaty pozwala również zobaczyć kto nas polubił, przez co nie trzeba czekać na aż taka osoba pojawi się w głównym oknie aplikacji, można od razu „sparować” użytkownika czy użytkowniczkę. Charakterystyka poszczególnych portali może się zatem znacznie różnić. Na Tinderze szuka się łatwego seksu a na OkCupid, przyznam, że nie wiem czego. Choć istnieją kobiety zainteresowane tylko najatrakcyjniejszymi mężczyznami to panowie w tej konkurencji przodują. Przyszła w końcu pora na wyjaśnienie „atrakcyjności”, które to pojęcie jest bardzo zawiłe.

Tinder, OkCupid, Badoo, to aplikacje szalenie wizualne. Początkowo liczy się niemal przede wszystkim wygląd, czyli dokładnie tak jak wszędzie i zawsze. Człowiek to istota wizualna. Zacząć należy od urody, atrakcyjności fizycznej. Kiedy po praz pierwszy dowiadujemy się czy jesteśmy fizycznie atrakcyjni? Pierwsza poważna informacja trafia do nas w okresie dojrzewania. Wprawdzie za wygląd można oberwać już wcześniej, ale prawdziwe uderzenie przychodzi w okresie nastoletnim. Jako nastolatkowie nie mamy specjalnych wymagań względem osób, które nas interesują poza właśnie wyglądem. Łatwo wówczas zauważyć, że osoby atrakcyjne mogą cieszyć się większym zainteresowaniem. „Burza hormonów” będąca merytorycznym wytrychem nie jest wytłumaczeniem wszystkiego, chociażby zmieniających się kanonów urody. Łatwo zauważyć, że osoby ubrane, wyglądające niemodnie tracą punkty w szczenięcej rywalizacji już na starcie. W pierwszych etapach życia, mamy dość proste podejście do wyglądu, jednak już wtedy nacechowane jest kulturowo. Trzeba posiadać należycie modne elementy przyodziewku, fryzurę, zachowywać się w określony sposób.

Z czasem głowy nasze zaczynają zapełniać się wiedzą, która wpływa też na preferowany typ urody. Nie ma takiej ludzkiej społeczności, która nie wytwarza kanonów urody, nie ceni jakichś cech u kobiety, mężczyzny lub innych form tożsamości społecznopłciowej jeśli istnieją. Obecnie wzory atrakcyjności są lansowane przez masmedia, stąd już od najmłodszych lat mamy z nimi jakiś kontakt. Gdyby ich nie było, czy wiedzielibyśmy kto jest atrakcyjny a kto nie? Może świat byłby lepszym miejscem? Nie koniecznie. Im bardziej odcinamy się od kultury, tym bardziej wpadamy w naturę. Wówczas o „jakości” kobiet i mężczyzn decydowałaby po prostu biologia. Kto znajduje partnera a kto nie, zależy tylko od genowej loterii., siły mięśni, pawiego ogona. System wartości oceny jednostki również jest uwarunkowany subkulturowo. Fajny facet dla jednej kobiety to niefajny facet dla drugiej i vice versa.

Istnieje kanon medialny, który można nazwać publicznym oraz prywatny. Tych drugich może być kilka, ale wystarczy rozważyć dwa przypadki. W trakcie procesu socjalizacji mamy kontakt z jednej strony z mediami, które lansują określony typ urody, chociażby atletyczny zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn oraz z ludźmi. System wartości wyraża się wizualnie, czyli poprzez ciało i ubiór. Dziewczyna, kobieta, która nadmiernie dba o swój wygląd, może zostać odebrana jako pusta, infantylna i przede wszystkim głupia. Ażeby odciąć się od takiego wizerunku, należy ubrać się w sposób odróżniający od pustych lal. Trzeba dać jako wyraz temu, że ceni się widzę, wykształcenie i inteligencję. Mogą to być ciuchy, fryzura, która odrzucają skupienie na seksualności i fizycznej atrakcyjności. W czasach moich rodziców, modnym było chodzenie z egzemplarzem „Buszującego w Zbożu” Salingera. Dowodzi to, że wygląd może być mylący, bowiem wyzywający wygląd nie jest dowodem braku zainteresowań intelektualnych. Wygląd jest jednak głównym narzędziem komunikacji międzyludzkiej, która wymaga jakichś schematów upraszczających podejmowanie decyzji, które nazywamy stereotypami.

W przypadku związków, tłumaczy się to jakimś współczesnym łysenkizmem, w którym dużo bredni o samcach i samicach określanych literami greckiego alfabetu. Problem w tym, że człowiek nie tyle przekazuje geny, co wartości kulturowe. Ten współczesny łysenkizm zakłada, że kobiety wybierają brzydszych mężczyzn, bo nie trzeba o nich konkurować, podczas gdy chcą być zapładniane przez koksów z uszkodzonymi od sterydów nerkami. Sprawa ma się trochę inaczej. Osoby ceniące inteligencję, lubią ludzi którzy cenią inteligencję. Bowiem w takiej konfiguracji, można przekazać dalej pewne wartości. Możliwym jest, że owa pierwotna fascynacja dobrymi genami gdzieś w nas pozostała, ale dobre geny oznaczają dla nas dużo więcej, niż naszych małpowatych przodków. Szeroka klatka piersiowa to za mało, by dobrze zarobić. Wielcy, muskularni mężczyźni nie są synonimem sukcesu ekonomicznego podczas gdy chudzielec w czarnym golfie już tak. Ludzi oceniamy na podstawie posiadanej wiedzy a nie tylko i wyłącznie prostych mechanizmów biologicznych.

Kanony urody zaprzątają umysł. W przeciągu zaledwie kilku lat ideał kobiety i mężczyzny zmienił się diametralnie. Jeszcze niedawno ideałem była kobieta nie szczupła ale bardzo szczupła. Liderki ruchu nazywały się „thinspiracjami” i dążyły do osiągnięcia nowoczesnej wersji chłopięcej sylwetki modnej w latach 20 minionego wieku. Nurt doprowadził do drugiej fali anoreksji, ale to nikogo nie obchodziło. Czasem dochodzono do takich absurdów, że opcja śmierci głodowej jest lepszą niźli przytycie kilograma, ale nie było chętnych do podjęcia tematu. Nurt ten był spadkiem po latach 90 dwudziestego wieku, kiedy lansowano styl zwanych heroine chick. Na początku nowego tysiąclecia przeobraził się nieco, bowiem zaczęła rodzić się moda na zdrowe odżywanie. Zatem bez podkrążonych oczu i bladej cery. Wracając do tematu, bardzo szczupłe kobiety płaskich pośladkach, małych piersiach nagle stały się atrakcyjne by w ciągu paru last ustąpić miejsca „stylowi Khoikhoi”. Dawniej Khoikhoi nazywani byli Hottentotami, które to określnie nie jest już stosowane podobnie jak „Eskimos”. Wśród kobiet Khoikhoi częsta jest steatopygia. Polega na odkładaniu się tkanki tłuszczowej w naprawdę dużej ilości na pośladkach. Nie mając afrykańskich korzeni trzeba należycie obciążyć sztangę celem uzyskania takiego efektu. Nie zapominając przy tym o suplementacji, bo masa mięśniowa sama z siebie się nie pojawi. Moda ta jak wiele innych pojawiła się nagle. Niektórzy upatrują źródła w Kim Kardashian, ale pierwszy raz pojawiła się w latach 70 dziewiętnastego wieku. Wówczas efekt uzyskiwano nie treningiem a poprzez noszenie tak zwanych bustle dress, nadających sylwetce specyficznego wyglądu. Źródła owych mód są zatem inne, jednak ogólna idea pozostaje ta sama. Jakby nie było przeskok świadczy o tym, że zmiany tego typu również trzeba brać pod uwagę i rzecz taka jak gust, moda, również są bardzo ważne w ocenia partnera. 

Większość z nas ma w głowie dwa kanony urody, mianowicie prywatny i publiczny. Publiczny odnosi się do deklaracji, jaki typ kobiet czy mężczyzn jest uważany za atrakcyjny. Prywatny to osobiste, często skrywane preferencje co do wyglądu partnera czy partnerki. Głupawe seriale uczą nas, że trzeba mieć „swój typ”. On, ona jest w moim typie, bardzo precyzyjnym. Kto takowego nie ma, nie ma gustu. Porównajmy ludzi do sztuki. Czy można równocześnie lubić prace Rubesna i zdjęcia Sorrentiego? Można, co stoi na przeszkodzie? Czy można lubić malarstwo abstrakcyjne i fotografię dokumentalną? Ponownie, co stoi na przeszkodzie? Nie oznacza to braku gustu. W przypadku ludzi wydajemy się jednak bardziej krytyczni i wkręcamy sobie, że trzeba mieć „swój typ”, co ponownie wiąże się z gustem a ten z przynależnością do klasy społecznej. W tym ujęciu ponownie dochodzi do rozjazdu i hipergamia zaczyna być widoczna u mężczyzn. Nie objawia się to jednak poszukiwaniem partnerki majętnej a atrakcyjnej, swoistego dobra luksusowego. Wszyscy temu ulegają, tak kobiety jak mężczyźni. Posiadanie partnera czy parterki, którzy odpowiednio wyglądają jest komunikatem wysyłanym otoczeniu, choć znacznie, motywacje powiązane mogą być różne. 

Czy Tinder nam szkodzi?
Denise Bidot / fot. JP Yim/ Getty Images for Chromat / za fashionista.com/

 

Czy Tinder nam szkodzi?
Cara Delevingne / fot. Getty Images / za allure.com

 

Czy Tinder nam szkodzi?
Nicci Robinson / fot. za Pinterest.com

Użytkownikami Tindera kieruje zasada „kto wybredny ten nie rucha” a OkCupid, potrzeba sprawienia sobie ładnego dodatku do samochodu. Nie wszystkimi, trzeba o tym pamiętać. Spory rozjazd pomiędzy damskimi i męskimi sposobami i celami korzystania z aplikacji już sam powodować może zgrzyty. Jedni wolą je tłumaczyć biologią ewolucyjną, zrzucić winę na kod i kobiety a Ja na publicystów korzy robią użytkownikom wodę z mózgu.

Kanony urody są wprawdzie lansowane przez media, ale też podtrzymywane przez użytkowników. Użytkownicy Instagrama premiują za wygląd. Portale takie rządzą się takimi samymi prawami jak szkolny korytarz, klub czy dyskoteka. Osoby uchodzące za atrakcyjne mogą liczyć na większe zainteresowanie, choć często puste bowiem są „formalnie ” atrakcyjne. Określone działania leżą w interesie właścicieli podmiotów rynkowych, którzy sami również uwikłani są w ów „aparat medialny”, za którego sterami stoją. Oznacza to, że muszą podążać ścieżką, którą sami wytyczają od lat a sam „aparat” rządzi swoimi właścicielami ale to jest temat na inny tekst. Obecnie można pod postami ukrywać liczbę i nicki użytkowników którzy polubili zdjęcie, ale zawsze jest szansa że ktoś to zobaczy więc lepiej trzymać się bezpiecznych rozwiązań. OkCupid działa na innej zasadzie niż Instagram dając pewne poczucie komfortu, więc pasująca do aktualnego kanonu uroda wcale nie jest przez użytkowniczki tej aplikacji premiowana aż w takim stopniu jak mogłoby się wydawać. Przynajmniej nie przez wszystkie.

Z atrakcyjnością jest pewien problem. Nie wszyscy mamy taki sam gust. Mężczyźni nie preferują blondynek, nie każda chce mieć faceta powyżej metra osiemdziesięciu, z tym że narracja że „facet zaczyna się od X centymetrów” jest nadal akceptowalna. Z drugiej strony tutaj zaczyna się mały paradoks. Dopuszczalne są artykuły, że kobieta spotkała się z setką mężczyzn poznanych w Sieci i nie podobało się jej, że mają brzuszki. Może są piwo pozytywni? Natomiast mężczyzna mówiący, że nadwaga u kobiet nie jest ciałopozytywna tylko nieatrakcyjna dostaje łatkę „fatfoba”. Więc rozjazd robi się cudowny.

Nie wypada publicznie przyznać, że podoba się nam osoba, która się nie podoba ogółowi, przy czym ogół jest niemiarodajny, bowiem „ideał” nie koniecznie musi być atrakcyjny. Czasem jakiś typ urody jest lansowany jako atrakcyjny, ale nie odbiorcy nie traktują go zbyt poważnie. Wpadają jednak z konformistyczne przyznawanie, że tak jest bo opiniotwórcze media przekazały im taką informację.

Czy Tinder nam szkodzi?
Robert Capa, w bagażniku, który pełnił rolę miejsca dla pasażera. fot. Photo by London Express/Getty Images
Czy Tinder nam szkodzi?
Też Robert Capa/fot. za BBC.com

Zatem, czy mogą nam się podobać osoby nie pasujące do kanonu? Zdecydowanie tak i bardzo często tak jest. Jako stworzenia grupowe jesteśmy bardzo konformistyczni. Żyjemy jednak w różnych społecznościach i wyrabiamy sobie różne upodobania. Nasz gust wyrabia się również przez interakcje z innymi osobami. W ten sposób kobieta o przypalonej na solarium skórze i tlenionych blond włosach znajdowała sobie amatorów, którzy ze swojej strony musieli zaprezentować pewien zespół cech decydujących o atrakcyjności w oczach pomarńczowoskórej. Oficjalne deklarowanie, iż podobają nam się osoby, nie koniecznie w naszych oczach atrakcyjne ale ogólnie akceptowane ma wykazać naszą przynależność do ludzi z „dobrym gustem” w sposób bezdyskusyjny. Podobnie wygląda to z kinem czy literaturą. Dobrze powiedzieć, że lubi się powieści Dostojewskiego czy Bułhakowa. W drugą stronę, można narazić się na pewien ostracyzm, jako człowiek ze złym gustem, niewyrobiony, nieobyty. Zatem nie tyle biologia a kultura, reguły społeczne dyktują nam z kim mamy się umawiać. Gdy zaś weźmie się pod uwagę znajomość owego Dostojewskiego, to panie przodują. I nie można się też dziwić, że nie chcą partnera, z którym nie można zwyczajnie porozmawiać.

Stąd też opublikowanie swojego zdjęcia, będąc przeciętnie atrakcyjną osobą, w mediach społecznościowych nie przyniesie nam tysięcy polubień, lecz nie ze względu na fakt, iż zostanie się uznanym czy uznaną za nieatrakcyjną lecz ze względu na postawy innych użytkowników. Mogą oni uznać osobę zostawiającą lajka za pozbawioną gustu. Dlatego Instagram chociażby udostępnił opcję ukrywania liczby serduszek pod postami by ograniczyć ten efekt. Posty z małą ich ilością sprawiają wrażenie, że są głupie, bezwartościowe i nie wypada na nie reagować. W sytuacji odwrotnej nawet najgłupsza błazenada może zyskać sobie miliony interakcji. Ocena cudzej aparycji jest więc w Internecie sprawą karkołomną. Osoby o mniej interesującej aparycji wycofują się do roli oglądających a osoby bardziej atrakcyjne przesuwają się na pozycje twórców. Nie wszyscy ale można śmiało przyjąć, że jest to widoczna zasada. Stąd może powstawać przekonanie, że Internet roi się od osób bardzo atrakcyjnych a ci mniej nie mają tam szansy bytu. Bycie świadomym przedstawicielem gatunku, który żyje tym co widzialne, dla którego liczy się wygląd, może być frustrujące. Bardzo interesującym byłaby próba znalezienia jakichś cech wspólnych dla osób uchodzących za niezwykle atrakcyjne w latach dwudziestych dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Na Tinderze działa to niekiedy dość podobnie. Uznawana przez wszystkich za atrakcyjną partnerka jest jasnym komunikatem dla otoczenia. Kobiety robią to trochę na mniejszą skalę.

Przyczyn takiego postępowania może być cała masa. Chociażby „atrakcyjność” rozumiana nie tylko jako wygląd zewnętrzny. Wielu panów nie ceni statusu społecznego kobiety, jej wykształcenia a już na pewno nie powinna zajmować się niczym męskim. Największe problemy na Tidnerze deklarują kobiety parające się zawodami typowo męskimi, czyli wszystkie programistki, chemiczki, fizyczki w oczach panów zajmujących się czymś „mniej męskim” tracą punkty, choć kobiety rzadziej dzielą już zawody na damskie i męskie.

Randkowanie współcześnie

Załóżmy, że jest to grupa jednopłciowa, złożona z samych kobiet. Jako, że są to koleżanki, mają jakiś system wartości, oczekiwań i poglądów. Podchodzi mężczyzna. Z miejsca każda daje się oczarować jego nietuzinkowym charakterem i prowadzić do łożnicy. Co to za bzdury?

Poprzednia część tekstu nie nastraja optymistycznie. Można odnieść wrażenie, trzeba cenić co się ma bo wcześniej wcale lepiej nie było. Wybór między dżumą a cholerą? Na szczęście nic z tych rzeczy, bowiem w moim światopoglądzie XXI wiek wcale nie jest czasem ostatnim i nie czekamy na Apokalipsę. Nic nie stoi na przeszkodzie by zawszeć związek z rozsądku, miłości albo zdać się na osoby trzecie, choć w Polsce nie jest to jeszcze zbyt głośna ani prężna branża. Coś w rodzaju „biur matrymonialnych” zyskuje pewną popularność a w Japonii nigdy nie straciło, ewoluując jedynie wraz ze zmianami społecznymi. Być może największym problemem jest kwestia „gdzie”, zwłaszcza w czasach gdy wiele osób nie chce nawiązywać relacji z osobami z bliskiego kręgu znajomych ani zapoczątkowanego w szkole średniej czy na studiach związku kontynuować. Tutaj zaczyna się już nie kwestia „nauki” ale bardziej „filozofii”, bowiem założenie, że ludzie mają prawo lub nie mają prawa zmieniać partnerów na różnych etapach życia jest tylko i wyłącznie kwestią światopoglądową, podejścia do życia. Osobiście obstaję za drugim rozwiązaniem, co jak się przekonałem nie przysparza w konserwatywnym Internecie popularności.

Wydaje się, że większą swobodę, która przeszła do popkultury, ludzie mieli w kwestii randkowania od około lat 60 XX wieku. Zważywszy na wszystko co zostało napisane powyżej, stwierdzenie iż Tinder jest bez sensu i wolałoby się poznać kogoś w sposób tradycyjny może oznaczać porwanie, małżeństwo aranżowane albo jeszcze coś gorszego. W niektórych okresach spotkanie mężczyzny z kobietą bez towarzystwa przyzwoitki skazywało kobietę na łatkę puszczalskiej dziwki. Otóż męski podbój był niemal całkowicie akceptowany. Kobieta nie miała wiele swobody i uchodząc za słabą płeć musiała mieć wsparcie moralne, które chroniło jej cnotę przed czyhającymi samcami. Duża rolę w rozluźnieniu obyczajów miały prace Margaret Mead, Malinowskiego, krytyka ze strony intelektualistów takich jak Huxley, rewolucja seksualna, zmiany społeczne. Nie oznacza to, że nagle świat stał się utopią. Pokutujący mit wieloletniego wzajemnego poznawania się jest w znacznej mierze właśnie mitem. Pewne zasady odeszły do lamusa, pewne zasady pozostały. Chociażby oczekiwanie, że kobiety będą rodzić dużo i szybko, najlepiej pomiędzy dwudziestym a dwudziestym drugim rokiem życia. Piętnastolatkowie traktowani byli jeszcze jak szczenięta ale już dwudziestoletnia kobieta powinna być matką. Nawet lekarze wspierali ten światopogląd a obecnie popiera go kilkoro politycznych klaunów i paru ofermowatych publicystów, którzy chcieli się wybić na „nauce” ale okazało się, że tania sensacja jest bardziej opłacalna.

Pytanie brzmi, jak się spotykali? Otóż metod było bez liku. Imprezy, szkoły, wspólni znajomi. Wychodzi na to, żet66t większość par powstała w gronie bliskich znajomych. Nie zawsze bardzo bliskich, ale koleżanka zawsze mogła koleżance przedstawić kogoś ze swojej szkoły, jeśli poszły do innych a mieszkały w tej samej okolicy. I vice versa. I ważne jest tutaj twoje czytelniku jednostkowe doświadczenie, że poznałeś czy aś partnera z sąsiedniej wioski jak ci się rower zepsuł. Ważna była też forma spędzania czasu. Niemniej wygląd był ważny i nadal jest. Można przeanalizować doświadczenie grupowe. Wchodzisz do baru, klubu, gdziekolwiek w towarzystwie kilku osób. Tworzycie grupę zadaniową, której zadaniem jest się dobrze bawić. Załóżmy, że jest to grupa jednopłciowa, złożona z samych kobiet. Jako, że są to koleżanki, mają jakiś system wartości, oczekiwań i poglądów. Mężczyzna zbiera się na odwagę i podchodzi. Z miejsca każda daje się oczarować jego nietuzinkowym charakterem i prowadzić do łożnicy. Piszący naprawdę wierzą w te bzdury? Ocena dokonuje się poniżej sekundy. Atrakcyjny – nieatrakcyjny. W przypadku pozytywnej oceny, może zostać udzielona zgoda na przyłączenie się do grupy, ale wszystkich obecnych. Narusza on bowiem integralność grupy, staje się nową w niej osobą. W przypadku negatywnej oceny, ze strony jednej z kobiet, powiedzmy cieszącej się u pozostałych poważaniem, co łatwo daje się odczytać, musi zostać poproszony o udanie się w pizdu, choćby kobieta do której podszedł uznała go za atrakcyjnego, ale sprzeciwienie się grupie może powodować problemy. Grupa jest w tym momencie ważniejsza od jednostki, która nie chce narażać się na ostracyzm dopuszczając osobę nieatrakcyjną, z punktu widzenia pozostałej jej części. Również narażenie relacji grupowej na szwank jest grą niewartą świeczki. Może się bowiem zdarzyć, że opuszczenie grupy z przypadkowym facetem poskutkuje odrzuceniem, zmniejszeniem ilości zaproszeń takiej „łamizabawy”. Identycznie sprawa ma się w męskim gronie. Opuszczenie kumpla, zwłaszcza gdy przyszło się we dwóch, może skutkować nadwyrężeniem relacji z osobą bliższą niż randomowa dziewoja z klubu. Sytuacja gdy kobieta i mężczyzna przyszli bez towarzystwa wyłącza te mechanizmy, lub gdy grupa jest nastawiona na nawiązywanie takich relacji. Logiczne, przyznacie.

Wszyscy jesteśmy zatem wzrokowcami, którzy oceniają ludzi na podstawie wyglądu. Ocena ta dokonuje się fotograficznie, migawkowo, w ciągu zaledwie jednej dziesiątej sekundy. Pytanie skąd wiadomo, że dziewczyna o określonym wyglądzie to, na ten przykład, „blachara?” Skąd taki stereotyp? Stereotypy mają kilka źródeł. Mogą być całkowicie fałszywe, stworzone przez wyobrażenie grupowe Innego, ale też mogą być częściowo albo całkowicie prawdziwe. Zachowanie ludzi o określonym guście sprawia, że wytarzamy schematy myślenia ich dotyczące. W ten sposób można odciążyć mózg.

Czy Tinder nam szkodzi?
Ganguro, specyficzna stylizacja modna w latach 90 i na początku dwutysięcznych wśród japońskich nastolatek i młodych kobiet, najczęściej jako forma odreagowania, oderwania od szczytnych zasad rządzących japońskim społeczeństwem. W Polsce stereotypowa „solara” albo „blachara”, płytka kobieta oceniająca mężczyzn na podstawie posiadanego samochodu

Wyobraźcie sobie sytuację, w której nie ma żadnych kryteriów oceny i przyjmujecie zaproszenia na randkę od każdej osoby, która to zaproponuje. Zadanie takie jest nierealne, niewykonalne i zwyczajnie absurdalne. Informacja, że na przykładowa „blachara” jest osoba płytką, głupią, powstaje często pomimo braku osobistych kontaktów. Przejmujemy je od naszej grupy, która uzyskała je na podstawie innych kontaktów. Zatem sami również jesteśmy „nosicielami” takiej informacji. Stąd porównanie memów do wirusów. Nie wiadomo skąd się bierze różnoraka wiedza, ale jest i na jej podstawie dokonuje się oceny. Łapie się ją jak grypę jesienią.

Identyczna sprawa dotyczy mężczyzn. Zgodnie z koncepcją Bourdieu, gust, styl, wyznaczają przynależność do klasy społecznej. Dzięki takim stereotypom, możemy łatwo odrzucać osoby „atrakcyjne” i „nieatrakcyjne” nie tylko wizualnie, że też osobowościowo. Że można się pomylić? Można. Dobrze ubrany mężczyzna lub kobieta mogą się okazać burakami.  Mimo to ocena ich gustu, stylu, jest wyznacznikiem dla dalszego zainteresowania. Pozytywna ocena aparycji daje szansę do wykazania się charakterem, co jest drugim etapem nawiązywania każdej relacji, z zaznaczeniem iż wstępne założenia zostały już poczynione. Może to spowodować, że cała interakcja dobiegnie końca będąc szalenie rozczarowującą. Pozytywna weryfikacja wizualna, może być błędna i buduje oczekiwania, których druga strona nie może spełnić. Zatem poprzez swój wygląd, informujemy potencjalnych partnerów i partnerki o wyznawanych wartościach. Biorąc pod uwagę, że dobrze jest móc pogadać z drugą stroną, staramy się wybierać osoby podobne do nas. Nie jest prawdą, że przeciwieństwa się przyciągają. Agresywna analfabetka nie będzie dobrą parą dla faceta, który żyje sztuką.

Do tego dochodzi „efekt halo” albo „efekt aureoli”. Osobie bardzo dobrze ocenionej pod względem wizualnym podnosi się poprzeczkę. Tak dobrze ubrany mężczyzna czy kobieta muszą być bardzo inteligentni, oczytani, et cetera. Trzeba też uwzględnić różne sposoby odczytywania komunikatów wizualnych przez mężczyzn i kobiety. Wszystko zależy od pochodzenia, wykształcenia, towarzystwa w którym dana osoba przebywa.

Wprawdzie on i ona postrzegają się wzajemnie jako atrakcyjni, może oczytani, inteligentni ale jedna ze stron okazuje się tępa jak stołowe nogi albo oczytana nie w tym co trzeba. Interakcja dobiega końca. Przyczyny mogą być przeróżne. Na podstawie wyglądu kobieta stwierdza, jedno a on okazuje się zagorzałym fanem SF i gier komputerowych, co jest jej absolutnie nie w smak. Dobieranie się w pary jest trudne.

Pytaniem które nurtuje wnikliwego czytelnika, będzie czym kierują się ludzie dokonując oceny? Oglądając nawet uczone filmy na YT dowiedziałem się, że kieruje nami przede wszystkim biologia. Tak, kieruje, ale nie wiemy w jakim stopniu. Otóż panowie na poniższym zdjęciu uchodzą za szalenie atrakcyjnych. W naszej kulturze byliby raczej zaniedbani, grubi, otyli. W kulturze niedoboru, durzy brzuch świadczy o zaradności mężczyzny. W kulturze przesytu, płaski świadczy o wstrzemięźliwości czyli ważnej cnocie.

Czy Tinder nam szkodzi?
fot. Joey L. / Lavazza Calendar

Zatem atrakcyjność jest tworem kulturowym. Pisałem o tym szerzej przy okazji innego tekstu, o modelkach plus size. Warto dodać, że w kulturze Zachodu, umięśniona sylwetka ma kilka znaczeń. Pierwszy, to wstrzemięźliwość, zaangażowanie, oczywiście siła, poświecenie, zdolność do wyrzeczeń. Istnieje jednak limit masy mięśniowej postrzegany przez kobiety jako atrakcyjny. Przy czym atrakcyjnym można być wizualnie i społecznie, grupowo. Otóż nadmierna masa mięśniowa świadczyć może o także nadmiernym skupieniu na sobie, braku ambicji, płytkości myślenia czy wręcz głupocie. Partner skupiony na sobie, będzie mało zaangażowany w budowanie relacji. Czy to uwarunkowane genetycznie? Nie, kulturowo. Otóż człowiek to nie biologiczny automacik, który żyje wedle narzuconych przez ewolucję programów ale także istota rozumna. Docierają do nas chociażby wspomniane już memy, czyli jednostki informacji kulturowej, które wpływają na postrzeganie świata. Tutaj uzupełnię tamten tekst o jeszcze jedną obserwację. Na podstawie memów o poświęceniu, którego wymaga potężna masa mięśniowa, w głowie kobiety włączyć się może czerwona lampka, która sygnalizuje, „poświęcić” znaczy trwale odrzucić, zrezygnować. Z czegoś trzeba zrezygnować na rzecz masy mięśniowej. Najprawdopodobniej będzie to wspólny czas, którego wymaga budowanie związku, relacji. Zatem człowiek działa też w oparciu o posiadaną wiedzę, przekonania. Stereotypy to skróty myślowe, które mózg przetwarza w tle, by odciążyć świadomość i ułatwić dokonanie wyboru.

Ciekawa sprawa. Niezbyt urodziwy facet, z brzuszkiem ale posiadający atrybuty mężczyzny zaradnego, co w naszej kulturze wyraża się poprzez posiadanie odpowiednio kosztownych dóbr materialnych, czyli ogólnie mówiąc pieniędzy, w towarzystwie bardzo atrakcyjnej kobiety to zupełnie normalny widok. Bardzo atrakcyjna kobieta w towarzystwie wspomnianego faceta, staje się pustakiem, blacharą, dziwką lecącą na szmal. Łatka taka musi się opłacać, więc facet musi mieć naprawdę wysoki status społecznoekonomiczny w porównaniu do statusu kobiety. Bardzo przystojny mężczyzna w towarzystwie niezbyt urodziwej kobiety dostanie łatkę mało ambitnego, niepewnego siebie. Wiadomo, że brzydką, nieatrakcyjną kobietę łatwiej przy sobie utrzymać, bowiem niewielu będzie dla bardzo atrakcyjnego mężczyzny stanowić zagrożenie. Kobieta ponownie jest dziwką. Łatwa, puściła się żeby złapać faceta. Przystojny mężczyzna i bardzo atrakcyjna kobieta to zupełnie naturalne połączenie, podobnie jak para osób nieszczególnych z wyglądu. Bardzo atrakcyjna kobieta w towarzystwie tylko trochę nie pasującego do niej faceta, jest wyznacznikiem zajebistej osobowości tegoż. Nikt nie uniknie oceny a ta jest surowa. Kochamy oceniać innych i przeważnie robimy to bardzo niesprawiedliwie. Wprawdzie nie wygląd się liczy, ale pamiętaj, tylko dziwka umawia się z nieatrakcyjnym facetem. Mamy bardzo różne standardy oceny dla kobiet, mężczyzn i ich wzajemnych relacji. Smutne.

Trzeba też uwzględnić kapitał kulturowy. Wbrew temu co napisałem, nie każdy mężczyzna może sobie pozwolić na kobietę pozbawioną właśnie kapitału kulturowego. Uchodząc za intelektualistę raczej nie wypada wiązać się z kobietą tępą jak stołowe nogi. Identyczna reguła dotyczy kobiet. W tej kwestii ludzie starają się dobierać w ramach własnej klasy determinowanej właśnie kapitałem kulturowym. Dobrze mieć z kim pogadać w długi zimowy wieczór. Cóż bowiem po urodzie partnera czy partnerki,

Istnieje zjawisko, które poszerza naszą pozytywną ocenę wizualną, w nawiązywaniu relacji, choć tylko w pewnych granicach. Wymaga ono jednak pewnych sprzyjających okoliczności, mianowicie w trakcie stałych, powtarzalnych interakcji. Otóż gdy dwie osoby, choć trochę stereotypowo mówimy o mężczyźnie i kobiecie, wchodzą w typowe, przeciętne interakcje, aparycja może przestać odgrywać tak istotną rolę. Jeśli jednak jedna ze stron dla drugiej, jest seksualnie nieatrakcyjna, to niestety, nic z tego. Mityczny charakter nie jest magicznym remedium na braki w wyglądzie. Charakter, inteligencja, mogą ukryć, zamaskować pewne braki, ale jeśli jedna ze stron nie dostrzega w drugiej niczego seksualnie atrakcyjnego, to niestety związek nie powstanie. Zarówno w przypadku „Nie wiem, ale się dowiem” czy Szymona, który dużo mówi, pojawia się dziura logiczna. Otóż zakładają oni, że człowieka cieszy to, co nieznane a Tinder sprawia, że w chwili pierwszej randki, potencjalni partnerzy znają się jak łyse konie. Cóż za rozkoszna brednia. W takiej chwili widać, że chłopcy to romantyczne istotny, tylko wstydzą się powiedzieć, że marzą o miłości od pierwszego wejrzenia, po której nastąpi filmowy okres wzajemnego poznawania się, najlepiej w romantycznej, filmowej scenerii Paryża. Niestety, nic z tych rzeczy, wóz albo przewóz.

Relacje międzyludzkie rodzą się na kilka sposobów, zaś dwa główne to spontaniczny lub w perspektywie czasowej. Pierwszy obejmuje owo zauroczenie osobą przypadkową spotkaną, gdy pojawiają się motylki w brzuszku, następuje okres wzajemnego poznawania, często zakończony rozczarowaniem, bowiem okazuje się, że ona jest lewaczką a on konserwą. Drugi wariant obejmuje początkowy brak zainteresowania, ale pozostawanie na stopie przyjacielskiej, choć z uwzględnieniem wzajemnej atrakcyjności seksualnej. Oznacza to, że można postrzegać kogoś jako atrakcyjnego czy atrakcyjną, ale nie interesować się taką osobą jak potencjalnym partnerem, pomimo codziennych interakcji, nawet bliskich, koleżeńskich. Relacja może jednak skręcić w stronę intymną, gdy dwie osoby wzajemną poznają się bardzo dobrze. Brak wówczas owego odkrywania, o którym mówi prowadzący „Nie wiem, ale się dowiem”. Nie czyni to jednak związku gorszym, niższej jakości. Tym bardziej, że ludzie się zmieniają i prawdą jest, że człowieka poznaje się przez całe życie, tym bardziej, że kolega to nie partner i oblicza te mogą być całkiem inne. Ciężko powiedzieć, jak w ich mniemaniu powinna się intymna relacja dwojga ludzi zacząć, ale widać, że są trochę zagubieni i próbują swoje romantyczne wyobrażenie, dosztukować pseuddonauką. Z tym, że ów Szymon, chyba jest żonaty. Może jest nieszczęśliwy w małżeństwie?

W tym miejscu chciałbym omówić piękny mit wraz z niespójną logicznie argumentacją. Ogólnie mężczyźni mają większy zakres akceptacji dla atrakcyjności partnerki względem własnej. Kobiety trochę mniejszy. Brzmi skomplikowanie? Już spieszę z wyjaśnieniem. Kobiety w naszej kulturze są jakoby bardziej wybredne, ale są w stanie wybaczyć braki w aparycji na podstawie nietuzinkowego charakteru. W mniejszym stopniu niż mężczyzna. Mężczyźni mają większy zakres wizualnej akceptacji już na starcie, co być może ma związek nie z ewolucją biologiczną i potrzebą kopulowanie z kim popadnie, ale ramami kultury.

Wysiłek musi być opłacalny. Zatem teza o potrzebie kopulowania z jak największa liczbą partnerek jest trochę od czapy, bowiem nie tłumaczy zbędnego zużycia energii. Ma to sens powiedzmy u chutliwca brunatnego, który zdycha w wyniku zatrucia testosteronem, kortyzolem oraz ogólnego wyczerpania organizmu. Ma również sens u szympansa bonobo, w którego społecznościach występuje promiskuityzm klasyczny, czyli każdy samiec ma dostęp do każdej samicy bez względu na status w grupie. Natomiast, czy ma to sens u człowieka? Wszystko zależy od postawionej tezy i doboru źródeł celem jej udowodnienia. W obszarze publicystyki każdy sobie źródła skrobie. Otóż jeśli już, to wolę te, w myśl których mężczyźni wybierają nie losowe kobiety, a tylko te o ciałach sygnalizujących zdolność do donoszenia ciąży i wykarmienia ludzkiego szczenięcia. Szerokie biodra, duże piersi, większa ilość tkanki tłuszczowej. Kobieta szczupła, bardzo chuda, o małych piersiach wysyła jurnemu samcowi sygnały wprost przeciwne. Szkoda energii. Mimo to, znajdują amatorów. Ciekawe, prawda? Panowie, panie, nie dajcie się wkręcać. Zatem wizualnie mężczyźni powinni być bardziej wybredni, tym bardziej że przeważnie trzeba o samicę konkurować. Powinien być to wysiłek precyzyjnie ukierunkowany. Tym bardziej, że człowiek dorasta do samodzielności bardzo długo. I choć trzynastoletni chłopcy biorą udział w polowaniach, to nigdy jako właściwi myśliwi. Ten obowiązek spoczywa na starszych mężczyznach, doświadczonych, sprawnych. Dodatkowo dziećmi w takich społecznościach opiekują się wpierw kobiety albo cała wioska a potem cała grupa mężczyzn lub kobiet. Syn jednak często bywa powodem dumy ojca, zwłaszcza jeśli się wsławi. Często też wśród osób nie będących w związkach istnieje duża swoboda seksualna, ale uwiedzenie komuś żony lub męża może skończyć się srogą awanturą. Zatem raz jeszcze, wysiłek musi się opłacać. Nie mam jednak ku temu dowodów. Możliwe, że polityka polegająca na kopulowaniu z kim popadnie miała sens gdy dziećmi opiekowała się cała wioska, włącznie z głównym zainteresowanym. Pisałem o tym przy okazji omawiania gender studies. Możliwe, że praczłowiek stosował taką praktykę, bowiem instytucja „samca alfa” była wysoce nieopłacalna i nie doprowadziłaby nas do aktualnego miejsca. Najważniejsze, że w tej teorii dziećmi opiekowała się cała grupa. Czy wymuszała takie zachowanie? Ciężko powiedzieć, ale jeśli tamte zachowania były instynktowe, to ciekawym jest dlaczego potrzeba masowej kopulacji pozostała a opieka przepadła. Powstaje pewna luka. Trzeba też wiedzieć, że promiskuityzm u człowieka bywa spowodowany zaburzeniami psychicznymi. Najprawdopodobniej na drodze ewolucji biologicznokulturowej człowiek stworzył rodzinę i zaczął wkładać energię w podtrzymanie tej małej grupy oraz jej potomstwa. Lepiej mieć wiele dzieci z jedną partnerką i dbać o nie, niż wiele dzieci z wieloma partnerkami. Tym bardziej, że dla człowieka liczą się też wartości przekazywane kolejnym pokoleniom. Mężczyzna i kobieta przetrwać mogą tylko poprzez wychowanie potomstwa w ludzkim znaczeniu tego słowa. Poprzez przekazywanie wartości kulturowych.

Człowiek jest jednak bardzo elastycznym stworzeniem. I nagle puf! nie chce rodziny, nie dzieci. Kobiety nie chcą związków, mężczyźni też nie, oboje nie chcą potomstwa. Można sprawę tłumaczyć przez pryzmat kulturowy. Człowiek bardziej ulega kulturze niż naturze. Odczuwa popęd seksualny ale jest w stanie świadomie go ukierunkować, na przyjemność lub prokreację. Poskładanie tego w spójną całość jest trudne. Zatem ciężko ustalić, gdzie przemawia przez nas biologia, gdzie kultura. Biologia jest o tyle fajnym wyjaśnieniem, że nie trzeba zagłębiać się w meandry kultury, które mogą kogoś urazić. Biologia jest bezstronna, działa bo musi i nie mamy na nią żadnego wpływu. W zależności też od potrzeby, dowodzić można różnych rzeczy. Ostatnio w Sieci wyroiła się masa „kanałów naukowych”, które dowodzą, że kobieta zawsze szuka zdrowego, silnego samca z portfelem do spłodzenia potomstwa. Czyli autor nawet nie myśli logicznie i liczy, że fani kanału są tak głupi za jakich ich ma. Skoro biologia determinuje wszystkie kobiece zachowania to i poza Tinderem część mężczyzn nie ma szans na partnerkę. Koniec tematu. Gdyby nie fakt, że autorem jest mizogin. Pozornie jest to prosta informacja z zakresu „biologii ewolucyjnej”, która działa dość wybiórczo, bowiem osiadły tryb życia prowadzimy na tyle krótko, że nadal powinni być preferowani mężczyźni z predyspozycjami na myśliwych. Sugeruje jednak, że mężczyźni są bardziej istotami kultury niż natury w przeciwieństwie do rozrodczych kobiecych automatów.  Żaden facet nie może preferować kobiet, których ciało nie sugeruje gwarancji donoszenia ciąży i wykarmienia dziecka. A jednak…Z kronikarskiego obowiązku, w kobiecym światku panuje przekonanie o biologicznej niższości myślących tylko o jednym samców. Remis.

Niektóre filmiki na YT przeprowadzają widza przez obliczenia jaki procent kobiet odwzajemnił polubienie. Kolesiom na kilka tysięcy przesunięć w prawo wychodzi, że polubienie odwzajemniło powiedzmy 2% kobiet. Daje to jakieś pięćdziesiąt kobiet. Przepraszam, ale czy on oczekiwał, że na 2500 kobiet rzuci się na niego 2499? Trzeba być bardziej egocentrycznym czubkiem niż ja a to już poważna sprawa. W dodatku autorzy często stosują prostą sztuczkę. Ustawiają, że interesują ich kobiety w każdym wieku, w każdej lokalizacji po czym przystępują do przesuwania. Czterdziestolatki polujące na młodych chłopców to filmowy wymysł. Są kobiety, które wolą młodszych partnerów, ale nie postępuje tak sto procent kobiet po czterdziestce.

Najbardziej pretensjonalną bzdurą są pretensjonalne bzdury o poznawaniu drugiej osoby. Komentarz do tej sytuacji należy zacząć od kwestii autokreacji. Wiele grup zaczyna się w sposób losowy, co oznacza że musi się w nich wypracować jakaś struktura. Na potrzeby można założyć, że chodzi o młodych studentów pierwszego roku socjologii. Pewna liczba kobiet i mężczyzn, którzy się nie znają wychodzi z pierwszych zajęć i zaczyna nawiązywać kontakty. Potencjalnie w tak dużej grupie, jakaś znajomość może przerodzić się w związek. Niemniej nikt nie myśli o tym w takich kategoriach w pierwszej chwili bowiem istotne jest nawiązanie nowych znajomości o zupełnie innym charakterze. Działa tutaj pewna losowość. Początkowe znajomości, pierwsze grupy koleżeńskie mogą przyjąć inny układ wraz z czasem i postępującymi interakcjami. Póki co wszystko jest proste. Nie zawsze bowiem osoba, z którą wejdzie się w jakąś interakcję jest odpowiednim materiałem na koleżankę czy kolegę. Przetasowania są więc dość typowym w grupach zjawiskiem. Dalsze interakcje zachodzą między osobami, które już coś o sobie wiedzą. Najczęściej na tyle dużo by wzbudzić wzajemne zainteresowanie. Efekt jest nie do przewidzenia i nie każdy związek przeradza się w długoterminowy. Może to być kilka randek, wspólna noc, rok, dwa lata. Nie da się tego obliczyć. Proces poznawania drugiej osoby jest złożony. Nie każdy bowiem jest ekstrawertyczny czy wręcz wylewny. Niektórzy grają swoje role enigmatycznie, przez co mogą wydawać się bardziej interesujący niż są przy bliższym poznaniu. I tak czasem kobieta stylizująca się na mającą szerokie horyzonty, oczytaną, okazuje się być płytką jak woda w sadzawce. Tak, tak, facet też.

Z kulturą sprawa ma się zgoła inaczej, bowiem my wpływamy na nią a ona na nas. Mechanizmy kultury można regulować wraz z rozwojem świadomości ich istnienia. Żyjemy wbrew pozorom w nowej epoce. Stare zasady, często pełne hipokryzji, fałszu i przemocy, są niestety podnoszone do rangi wysokiej jakości wartości moralnych. Choć mamy szansę stworzyć nowe, przedstawiamy świat w znacznie ciemniejszych barwach, niż naprawdę jest.

Charakter jednostki może być interesującym bodźcem w nawiązywaniu relacji, ale tylko tam gdzie występują stałe, niewymuszone interakcje społeczne. Wykształcony ale mało urodziwy mężczyzna musi mieć możliwość wypowiedzi, której nie otrzyma jeśli jego wygląd będzie nieprzyjemny. Przecież nikt nie ma wypisanego na czole przeczytanego księgozbioru, IQ, zdolności konwersacji. Tinder jest medium czysto wizualnym, natomiast brednią jest, że uniemożliwia, zwłaszcza mężczyznom, wykazanie się charakterem. Mamy tutaj zwykły błąd w założeniach. Poprzez swoje profile panowie często wysyłają sygnał, że interesujący nie są.

Męskie kłamstwa, kobieca nieprawda

Dość ciekawą kwestią są tak zwane badania postaw. Przeważnie opierają się na przyjmowaniu pewnych deklaracji. W ankietach czy wywiadach, jeśli są dobrze skonstruowane, wprowadza się podchwytliwe pytania, mająca na celu zweryfikować prawdomówność odbiorcy, czy potwierdzi wcześniej udzieloną odpowiedź, odpowiadając na podstępne pytanie. Można też pokusić się o pewne zżycie z badanymi by ci udzielili szczerych odpowiedzi, lecz to jest dość trudne. Mimo to badanie deklarowanych postaw jest chodzeniem po grząskim gruncie. Istniej sytuacja, w której mężczyzna w naszej kulturze może powiedzieć, że chciałby kochającej, zaradnej kobiety, która będzie go wspierać. Jak się nawali tak, że rano ani on, ani kumple, nie będą tego pamiętać. Tyle, że większość nie może tyle pić. Wymienienie cech takich jak zaradność, opiekuńczość może dla odmiany skończyć się „antrypatriarchalnym kwikiem”. Deklaracja ze stawianiem na wygląd jest może i płytka ale rozsądnie bezpieczna. Kobiety natomiast nie mogą oświadczyć, że wystarczy żeby był przystojny, bo nie potrzebują wsparcia mając dobrą, stabilną pracę. Ogólnie są samowystarczalne i partner ma zaspokoić bardzko konkretne potrzeby. Stąd też najczęstszą deklaracją panów w kwestii wyboru partnerki

Istnieją kobiety i mężczyźni, dla których druga osoba jest tylko obiektem seksualnym. Co prowadzi nas do pseudofeministycznych bredni. Otóż nie należy nikomu zaglądać do sypialni, prawda? Prawda, ale kobiecie. Kobieta może uprawiać przygodny seks, tym samym nie będąc zainteresowaną cechami mężczyzny, innymi niż wygląd i ewentualna sprawność w tym zakresie. Mężczyzna wówczas dostaje łatkę mizogina, ale tylko od pewnej społeczności pseudofeministycznie nastawionych kobiet, które i tak zaraz zapomną jak tylko wyłączą portal społecznościowy. Natomiast przeważnie nie spotka się z dezaprobatą ze strony innych mężczyzn. Prowadzić może to do ciekawej tezy, że część kobiet wykorzystuje Tindera jako substytut wątpliwych męskich przywilejów. W tym punkcie dochodzi do pewnego podziału. Męskie „prawo” do posiadania wielu partnerek jest akceptowane przez innych mężczyzn, ale nie przez kobiety. Te ostatnie akceptują fakt, iż kobieta może mieć bujne i bogate życie seksualne, ale mężczyznę określą mianem mizogina. W zależności od society w której żyją, kobiety mogą w tak symbolicznie wykorzystywać portale randkowe.

Wracając do deklaracji, nie każda kobieta ma prawo zadeklarować, że ma gdzieś status społeczny mężczyzny, jego dochody, charakter byle był przystojny i sprawny w łóżku. Musi zajmować odpowiednio wysoką pozycję, by móc przeciwstawić się hejtowi, który się na nią wyleje za taką wypowiedź. Zatem większość kobiet może deklarować rzeczy, w które wcale nie wierzy. Partner musi być opiekuńczy, zaradny, być w stanie utrzymać rodzinę, której kobieta nie chce, bowiem w konkurencyjnym badaniu zadeklarowała, że chce pozostać samodzielną, bezdzietną. Łapiecie w czym problem z takimi badaniami? Identyczna sprawa ma się powiedzmy z męskimi uczuciami. Publicznie modnie jest zadeklarować, że mężczyzna ma być wrażliwy by nazwać go pizdą przy pierwszej okazji. Dorastając wyrabiamy sobie obraz płci własnej oraz przeciwnej. Deklaracje publiczne, nie zawsze odzwierciedlają nasze przekonania. Jaki powinien być prawdziwy mężczyzna? Jaka powinna być prawdziwa kobieta? Część wynosimy z domu, część to efekt wpływu kultury, w której dorastamy. Przekazów medialnych. Te niestety nie obfitują we wrażliwych poetów jako głównych bohaterów. Macho koks walczący ze złem i wpadający w tłum wrogów na pełnej piździe to typowa opowieść o mężczyźnie. W tych filmach kobiety choć czasem bez ładu i składu machają kończynami jak nie przymierzając Scarlett Johansson, która wygląda komicznie. Nie jest ani żylasta ani umięśniona. Przez co wypada w roli heroiny dość zabawnie, tym bardziej że jej boks jest dość nieskładny. Natomiast wizerunek „wąskiej w pasie” zostaje. Koks i ponętną bohaterka, do tego obie płcie podbudowane wyczynami z filmów porno. Mieszanka wybuchowa. Wiecie, że 90% społeczeństwa ma kontakt z pornografią a nie tylko chłopcy? Ha! Zaskoczeni? Napiszę niebawem o pornografii. Tylko, że wcale nie jest taka zła jak się ja maluje.

Zatem kultura trochę utrudnia nam „bycie sobą”, cokolwiek to znaczy, narzucają na nas bardzo odmienne standardy i nierealne wymagania. Budowanie jednak narracji, że to Tinder jako łatwy do wskazania wróg, jest przyczyną problemów damsko męskich, jest zwyczajnie głupie. Co ciekawe, nie ma wielu badań bo po prawdzie ciężko to sprzedać, jaki jest wpływ na relacje homoseksualne, tak wśród panów jak pań. Wiadomo bowiem, że ziomy się wzajemnie nie oszukują, nie wykorzystują a lesbijki to sama słodycz, siostrzeństwo i takie tam.

Większość materiałów na temat Tindera jest silnie nacechowana moralnie. Kurła kiedyś to było! Można było do baby zagadać na chodniku a ta urzeczona charakterem prawego męża kazała się prowadzić do ołtarza. Czy tam do łożnicy. Żeruje to na poczuciu wielu facetów, że feminizm niszczy im życie, że #metoo zabija randkowanie. Łatwo to sprzedać za grube dotacje na Patronite. Tymczasem jakiś spisek czai się gdzieś za naszymi plecami, chcąc obalić kulturę Zachodu. Narracja lekko prawicowa, z jakąś ukrytą agendą iż wartości „lewackie” są efektem prac chińskiej agentury, która chce moralnie nas osłabić. Zapomina się też o motywie femme fatale, żywym w kulturze obrazie kobiety uwodzicielki, wykorzystującej mężczyzn do własnych celów, często przywodząc ich do zguby.

Nie lubię mówić o pokoleniach, ale będzie nam to trochę pomocne. Baby boomers mogą pochwalić się średnio trzynastoma partnerami, pokolenie X dziesięcioma, Millenialsi przeważnie ośmioma, natomiast pokolenie Z, pięcioma. Trzeba też zważyć, że największa ilość partnerów przypada na wcześniejsze lata życia. Zatem pokolenie Z a dokładnie pewna jego cześć. Najstarsi przedstawiciele pokolenia Z, wedle nowych podziałów, obejmujących lata 1995-2012, mają dwadzieścia siedem lat i mniej partnerów seksualnych niż ich rodzice i dziadkowie w analogicznym wieku, w dodatku z późniejszym czasem inicjacji seksualnej. Ciekawy obraz, ale informacje są trochę niespójne w tym zakresie, także bardzo łatwo udowodnić coś innego.

Zważyć jednak trzeba, że w chwili wykonania badania najstarsi Millenialsi mają dopiero czterdziestkę więc jeszcze mogą nadrobić. Natomiast liczba partnerów to jedno a częstotliwość stosunków to drugie. Dzieciaki przegrywają. Ciche pokolenie wygrywa w tej dyscyplinie. Trzeba jednak brać poprawkę na deklaracje. Tylko czemu młodsi mieliby ukrywać, zaniżać liczbę stosunków i partnerów?

Seks to rozrywka. Ludzie oddają się tej grze dla zabawy. Dla przyjemności. Świat obfituje jednak w różne jej formy, zatem seks również nie jest taki pociągający. Ot, są inne rozrywki, wśród których można wymienić gry komputerowe i Netflixa. Zabawa zaczyna się tam, gdy internetowy mędrek zaczyna bredzić, że młodzi przekładają Netflixa nad łóżkowe igraszki. Nienawidzę tego określenia. Czemu ja to napisałem? Nie ważne. Przecież nie można ludzi winić za wszystko. Zobaczcie też jaki przekaz się z tego wyłania. Młodzi uprawiają dużo przygodnego seksu. Degeneraci. Młodzi nie uprawiają mniej przygodnego seksu niż boomerzy! Hahahah! Młodzi coś tam. Rozwiązanie? Częste, intensywne stosunki płciowe, z pogłębioną wiedzą na temat sztuki kochania w ramach monogamicznych zaangażowanych związków. Zlitujcie się. Przecież to jest pierdolenie, ryjące banię bardziej niż nałogowe picie wódki. Za dużo, za mało, chcemy nawet dyktować ludziom jaka często powinni odbywać stosunki, bez uwzględnienia otoczenia społecznego wpływającego na poziom stresu ani indywidualnych preferencji w tym zakresie. Te ostatnie są jawnie ignorowane. Równocześnie te paramedyczne wywody, są równie szkodliwe jak lansowanie nierealnej sylwetki. Ostatnio modne jest przekonywanie fanów, że nie trzeba wyglądać tak dobrze, jak prowadzący kanał. Niemniej nie ma to żadnego wpływu na dobrostan oglądających. Ot, taka tam próba stworzenia moralnego teflonu. Identycznie sprawa ma się z ilością stosunków. Nigdy każdy jest inny, ale wiesz, poniżej normy. Jasny sygnał, że wbrew pozorom coś jest nie tak.

Ostatnio mam wrażenie, że wielu pranaukowych publicystów, ma jakąś prawicową agendę, związaną z moralnością, związkami i tęsknotą za tym co było, ale przeważnie świadomie ukrywając, że to co było, nie zawsze jest takie dobre.

Obsesja Fight Clubu

Rudy Joe, kiedy popił, robił bardzo głupie miny albo skakał też do wody i gonił rekiny. Kto chce – to niechaj słucha, kto nie chce – niech nie słucha, Jak balsamem są dla ucha morskie opowieści. I choć rekin twarda sztuka, Rudy Joe w wielkiej złości łapał gada od ogona i mu łamał kości.

Fight Club” to dość prymitywny film, który interpretowany jest jako wyraz buntu przeciwko kapitalizmowi, konsumpcjonizmowi i kieratowi. Wytworzyła się wokół niego dość toksyczna otoczka a alter ego głównego bohatera stawiane jest za wzór dzikiej, nieokiełznanej męskości, której brakuje w dzisiejszym świecie. W zależności od poglądów interpretującego, Tyler jest albo samcem alfa albo sigma.

Paradoks fight clubu to taki sam szajs jak ten serwowany kobietom. Im wciska się na siłę, że jeśli nie są seksualnie atrakcyjnymi lalkami to są uciemiężone przez patriarchat. Kobieta jest wolna gdy dokonuje właściwego wyboru manifestując swoją seksualność na wszystkie możliwe sposoby. Mężczyzna, który wybiera życie ciche, poświęci się sztuce i filozofii dokonuje niewłaściwego wyboru bowiem mężczyzna to dzikie zwierzę, wojownik, który musi walczyć z przygotowanym dla niego przez konsumpcjonizm stylem życia. Pod warunkiem, że wybiera ten właśnie pierwotny styl życia, dokonuje właściwego wyboru. Inne nie są możliwe ani akceptowalne w filozofii „fight clubu”. Aby dobrze zrozumieć fight club trzeba oglądać wywody trenera, miernego filozofa, mędrka, z których każdy prosi o wsparcie na Patronite, coś sprzedaje i nie ma najmniejszej ochoty dać się zabić. Nawet nie trenują w lesie, nie polują z patykiem na zające a na wygodnej siłowni. Tego typu narracja jest dla mężczyzn równie krzywdząca jak seksualizacja dotykają ich i kobiety.

Nie wiadomo kim ma być ów samiec sigma, ale interpretatorzy umiarkowani traktują film bardziej symbolicznie, choć popełniają przy tym szereg głupich błędów a skrajni, że mężczyźni faktycznie powinni napierdzielać się między sobą w piwnicach. Problemy są dwa. Pierwszy to fakt, że człowiek reaguje na obrazy, dopiero później na głos a w ostateczności na tekst. Zatem obrazy przemocy połączone z pierwszą częścią wypowiedzi, o mistrzu, wyzwaniu, walce z samym sobą przy czasie skupienia przeciętnego odbiorcy na poziomie komara z ADHD da prosty efekt. 

Ostatnio zdarzyły się dwa wypadki, oba związane z lawinami. W pierwszym chłopak, mąż, ojciec dwójki dzieci, którego żona też uprawia sporty ekstremalne w tym down hill, wylądował w szpitalu połamany w każdy możliwym miejscu. Na szczęście zachował władzę w rękach i nogach, ale kręgosłup ma w kawałkach. Drugi zginął porwany przez lawinę. Oba wypadki dzieli miejsce i czas. Niemniej nigdy nie słyszałem, żeby ludzie, którzy jeżdżą tam gdzie lawina może zakończyć twoje życie szybciej niż automatycznie logujesz się na Facebooka pierdolili takie farmazony.

Sigma w przeciwieństwie do Alfy często jest introwertykiem, ale takim, który ma kompetencje społeczne i umie jasno sformułować swoje zdanie czy wygłosić sprzeciw, kiedy czuje taką potrzebę. Cechuje go również nonkonformizm – jest buntownikiem z wyboru, który sam ustala swoje wartości i priorytety.

Natemat.pl

Każdy introwertyk posiada kompetencje społeczne. Introwertyzm to nie autyzm albo fobia społeczna. Introwertyzm to bardzo bogate życie wewnętrzne, które często jest eksponowane, choć potrzebuje licznych bodźców z zewnątrz, takich jak kino, teatr, literatura. Introwertyk może być osobą lubianą, nawet towarzyską. W introwertyzmie chodzi o ukierunkowanie ekspresji do wnętrza w ekstrawertyzmie na zewnątrz. Ekstrawertyk musi się wygadać, być słyszanym, dyskutować i to w tejże dyskusji dociera do ostatecznej formy swoich poglądów. Introwertyk przeprowadzi dyskusję sam ze sobą, by wygłosić już wersję końcową, ale ci z tego portalu zawsze coś przywalą jak dzik w sosnę.

I oto wielki finał, fanfary. Niewielu jest chętnych do odegrania roli samca sigma, alfa, zwał jak zwał. Nikt za bardzo nie chce tego wcielać w życiu inaczej niż werbalnie, siedząc godzinami przed komputerem i komentując różnej maści publikacje. Każdy ma czasem ochotę komuś przyłożyć, ale złość czy zamknięcie oczu i wyobrażenie sobie jak kopie się szefa w zad tak pięknie żeby mordą w kalafior zarył nie jest jeszcze niczym strasznym. Ot wewnętrze wyładowanie frustracji. Natomiast mit samca sigma jest jeszcze jednym sposobem robienia chłopcom wody z mózgu. Chodzi taki do szkoły czy do pracy, wykonuje swoje obowiązki i słyszy, że jest mało męskim trybikiem systemu. Ot, kolejny wzór do naśladowania lansowany prze media. Walcz, gryź, zarabiaj, obalaj system ale walcz z internetowymi mitami, bądź przystojny, wysportowany, ale nie ulegaj influencerom i mitowi idealnego życia. Przecież to jest to samo tylko podane w nieco anarchistycznym sosie. Jest klient, jest potrzeba, jest produkt.

Patrząc z innej perspektywy, sytuacja w której Maja Staśko staje do dosłownej, nie zaś metaforycznej walki, w dodatku w klatce, o dobro mężczyzn można poczuć się trochę niezręcznie. Trzeba ich „ratować” czy „bronić”. Gdy zaś spróbują cokolwiek powiedzieć, nawet w kwestii problemów ze zdrowiem psychicznym dowiadują się, że przemawiają z pozycji uprzywilejowanych, białych mężczyzn i na pewno mają łatwiej niż mniejszość afroamerykańska. Zatem każdy kraj ma swoją w tym zakresie specyfikę, każde społeczeństwo. Popularna debata w Internecie jest szkodliwa z obu stron, bowiem nie jest nastawiona realne działanie, pomoc tylko na zbijanie kapitału wszelkiej maści. Nie będę wdawał się w szczegóły i odeślę Was do tekstu poświęconego temu zagadnieniu.

Patrząc z innej perspektywy, świat jest pełen wyzwań. Jest chaotyczny, niepewny. Prekariat żyje z dnia na dzień, niepewny jutra. Przecież to są doskonałe warunki dla „wojownika”. Stan ciągłego zagrożenia, niepewności. Okazuje się, że w takich warunkach kobiety przejęły inicjatywę a panowie nie wiedzą co z życiem zrobić. Niektórzy zwracają się w stronę Kościoła, inni wartości konserwatywnych. Fabryka, praca 12 godzin na zmianie, powrót do domu. Biednie, bez perspektyw ale zasady są jasne. Możliwe, że wynika to z faktu, że mężczyzn się głównie krytykuje za braki. Mało jest filmów, tekstów, publikacji ogólnie pokazujących możliwości. Siłownia, siła fizyczna i takaż rywalizacja stanowią jedyny dostępny wzór męskości któremu o zgrozo przyklaskuje powiązany z Lewm-Starowiczem, Gryżewski, który ma na koncie nawet przydatne książki jak „Sztuka obsługi penisa”. Czy mężczyźni zrezygnowali z edukacji, bo nie musza się już starać? Nawet dwaj poważni, bo zapraszani i słuchani seksuolodzy powielają mit chłopięcego i męskiego testosteronu, który wymaga wielu kontaktów męsko-męskich i „szorstkiej rozrywki”. Pomija się fakt, że dziewczynki też lubią sport, lubią gry i zabawy oparte na rywalizacji, często zespołowej. Dziewczęta nie grają w siatkówkę, koszykówkę, nie uprawiają narciarstwa? W świecie tego pana chyba tylko czeszą lalki od przedszkola do matury. Wielka szkoda, że panowie seksuologowie nie lansują mężczyzny – intelektualisty, utrwalając testosteronowe mity. Nie ma wzorca mężczyzny – intelektualisty, który mógłby zaspokoić potrzeby auto ekspresji, zarówno w formie samorozwoju, rywalizacji u osób niezainteresowanych „szorstką zabawą” na polu czystej fizyczności. Nie wszyscy też lubią bezpośrednio rywalizować. Ludzie są różni, potrzebują różnych wzorców.

„Problemy tożsamościowe współczesnych mężczyzn w prosty sposób przekładają się na ich wybory polityczne. Nie znajdując nowych wzorców męskości, szukają powrotu do świata, który jest dla nich bardziej zrozumiały. – Panowie próbują dziś swoją męskość wykreować jakby na nowo. Pociągają ich różne rygorystyczne ruchy głoszące prymat męskości. Mogą się w nich dowartościować, poczuć znowu potrzebnymi – tłumaczy prof. Zbigniew Lew-Starowicz. – Zresztą czym innym mogą dziś próbować zaimponować kobietom? Wykształceniem nie, zarobkami też coraz rzadziej, a taka wykreowana męskość w pewien sposób ich wyróżnia.”

za rp.pl

Każda męskość i każda kobiecość są wykreowane. Wszystko zależy od tego, ile na rynku jest dostępnych wariantów, z którymi jednostka może się utożsamić, czerpać z nich. Nie można też winić nikogo za to, że nie znajduje sobie wzorca, skoro osoby mogące wzorcami zostać zawaliły sprawę. Młodzież nie ma autorytetów, ale żeby zostać dla kogoś autorytetem też trzeba na to zasłużyć i zapracować.

Czy Tinder nam szkodzi?
Nonkonformistyczni, żyjący według własnych zasad mężczyźni. Każdego dnia dbali o zapewnienie sobie ujścia nadmiaru testosteronu oraz zastrzyki adrenaliny. Bo to wiadomo komu przy maszynie łapy ujebie?

Problem z własną męskością mają już nastolatkowie. Niestety, polska szkoła wychowuje uczniów na grzeczne dziewczynki, a nie mężczyzn. Brakuje w niej tak potrzebnej chłopcom rywalizacji i zagospodarowania ich nadmiarowego poziomu testosteronu – kontynuuje Gryżewski. I dodaje, że sfeminizowany styl pracy przejmują nawet nauczyciele wychowania fizycznego, bo gdy wszyscy uczniowie są grzeczni i spokojni, po prostu łatwiej im pracować. – Przez kilka lat w warszawskich szkołach prowadziłem zajęcia z edukacji seksualnej i właściwie tylko w jednej szkole, technikum samochodowym, chłopcy rozwijali się adekwatnie do swojego wieku. W porównaniu z 16-latkami w innych placówkach oni wyglądali i zachowywali się normatywnie męsko

cyt. za rp.pl

Przyznam szczerze, że nie rozumiem co Gryżewski ma na myśli. Oni się mają pozabijać w tej szkole? Chodzić z nożami czy przy okazji między klasowego meczu urządzić ustawkę? Pozostaje pytanie jak to działa. Skoro tak bardzo potrzebują tej rywalizacji to przecież po dziś dzień można się zapisać od judo po MMA za niewiele większe pieniądze niż miesięczny abonament na Netflixie, ale jakoś kluby od dawna padają zamiast pękać w szwach. I w ten sposób doszedłem do dosłownej interpretacji „Fight Clubu”, która mało kto chce wcielić w życie. Zatem z tezami panów seksuologów jest coś poważnie nie tak. Najgorsze jest to, że przekaz o roszczeniowej młodzieży wydaje się trafiać do tych samych osób co dziwaczna filozofia wydobyta z tego filmidła. Pokoleniem buntowników, które chciało żyć według własnych zasad byli jakoby Millenialsi. Okrzyknięci roszczeniowymi, leniwymi obibokami, nierozumiejącymi, że praca nie ma dawać satysfakcji. Work – life balance miał być dla nich, dla nas, niezbędny do osiągnięcia szczęścia, bowiem dla przedstawiciela pokolenia Y liczy się samorozwój, doskonalenie, życie pełnią życia wedle własnych zasad. Różnicą było pochłaniane w dużych ilościach avocado. Osobiście obstaję za Baumanem. Kobiety i mężczyźni szukają stabilizacji w płynnej rzeczywistości. Być może to co dzieje się z mężczyznami to syndrom podobny do „hikikomori”, swoistej wersji samowyalienowania społecznego na skutek nierealnych oczekiwań.

Kontrapunkt

Niestety, orędowniczkami takiej „toksycznej” wersji męskości i porządku są także kobiety. Tak, dobrze widzicie, kobiety. Zapytacie jak to możliwe? Otóż, to bardzo proste. W głowie dorastającej osoby wytwarzają się dwa obrazy, mianowicie własny i płci przeciwnej.  Z jednej strony mamy deklaracje a z drugiej oczekiwania, które dają o sobie znać, niejako „wychodzą na wierzch”. Później wykorzystywane jest to, jako dowód na naturalność chociażby w kwestii wyboru partnerów. Dodatkowo, kobiety mają takie same mylne wyobrażenia o mężczyznach, jak mężczyźni o kobietach, które często dają o sobie znać. Każdy chyba słyszał, że mężczyźni myślą tylko o jednym. W XXI wieku mit na temat częstotliwości myślenia o seksie przez mężczyznę nadal jest żywy. Mężczyzna, który nie zachowuje się jakby chciał zaciągnąć kobietę do łóżka od pierwszego spotkania często dostanie łatkę zniewieściałego, impotenta albo homoseksualisty. Deklaracje kontra oczekiwania. Prasa, media, dedykowane kobietom często piszą bzdury najwyższej jakości. O ile sfera uczuć kobiet jest tam opisywana sążniście tak mężczyźni są bardziej mechaniczni ale powinno się od nich wymagać zrozumienia kobiecej wrażliwości, emocjonalności, złożoności. Maszyna ma zrozumieć człowieka? Pismaczki powielające idiotyzmy międzyplanetarne. Brak ochoty na seks u kobiety najczęściej ma podłoże psychologiczne a mężczyzny biologiczne. Jasne, zdarzają się lepsze artykuły, ale problem z erekcją rzadko przypisywany jest problemom psychicznym, emocjonalny a częściej biologicznym, w postaci chorób czy też złej diety, spożywaniu alkoholu.

Oprócz tego bardzo wyraźnie zaczyna się rysować nowa dysproporcja. Mężczyzna bez kobiety jest przegrany, jego męskość jest kwestionowana. Najprawdopodobniej czegoś mu brakuje i jest incelem czyli potencjalnym terrorystą i gwałcicielem. Kobieta bez partnera jest zaś synonimem siły, emancypacji. Zaczyna się niejako życie w dwóch kulturach. Kobiet, które nie mogą mieć mężczyzn, by uznano je za silne i mężczyzn, którzy muszą mieć kobiety by nie uznano ich za słabych. Pomimo deklaracji, mężczyźni okazujący emocje, szukający możliwości porozmawiania o nich, spotykają się z niechęcią kobiet jako zniewieściali. Oczywiście kobiety akceptują wrażliwość, czy emocje. U innych mężczyzn niż ci, z którymi są związane. Najczęstszą męską skargą, zarzutem wobec kobiet jest tak często słyszany zwrot „przecież jesteś mężczyzną”, który pojawia się w różnorakich kontekstach, najczęściej będący formą manipulacji. Braku siły fizycznej, okazywaniu emocji, nieumiejętności podłączenia siły w garażu. W ten sposób mało który mężczyzna może sobie pozwolić na okazywanie uczuć czy emocji. Zasada działania jest taka sama jak z homoseksualnym dzieckiem. Tolerancja przejawia się wobec cudzych dzieci, ale własne powinny być normalne. Pojmujecie? Chyba najbardziej dobijającym wymogiem ze strony kobiet jest „spontaniczność”. Przy stereotypie zimnego, pozbawionego emocji, kierującego się rozumem, chłodną analizą spontaniczność jest zaprzeczeniem tych cech. Oznacza bowiem działanie pod wpływem impulsu, bez namysłu, rozwagi. Dodać należy całą plejadę dziwacznych publikacji o kryzysie męskości, które sprowadzają się do marudzenia, tyle że bez konkretów. Męskość czy kobiecość to umowne konstrukty grupowe, tak różne w zależności właśnie od grupy, z której się wywodzi, do której aspiruje, w której się przebywa. Mówienie zatem w tym kontekście o kryzysie, jest rażącym nadużyciem. Spora też liczba łatwych do znalezienia w Google tekstów, związanych z owym kryzysem analizuje metody imponowania kobietom. Dokładnie zaś ich brak, bowiem brzmią one mniej więcej tak; „Dawne atrybuty, którymi mogli zaimponować kobietom straciły na wartości”. Tylko dlaczego wszystko kręci się wokół imponowania kobietom? Kobieta ubiera się dla siebie, kształci się dla siebie a mężczyzna dla kobiety. Fightclubowcy pigularze mogą mieć pewną dozę prymitywnie wyrażonej racji. Mężczyzna kształci się dla siebie, ubiera dla siebie, rozwija się dla siebie. Kolejna sprawa to argumentacja ciągłości pokoleń. Fakt, że sto, dwieście lat temu, mężczyźni czynili tak a tak, nie znaczy że dysponują jakąś formą pamięci komórkowej na modłę Bene Geserit, poprzez którą mają dostęp do wiedzy i wspomnień całej swojej linii czy nawet płci. Dużą i wątpliwą zasługę ma również silny nurt antyintelektualny ostatnich lat. Wybór psychologii, socjologii czy filozofii dla kobiety nie był w żaden sposób ujmą, bowiem uważano te kierunki za typowo kobiece, humanistyczne. Chłopom kładziono do głów, że nie będą mieli po tym pracy, będą podawać frytki w McDonald 's. Godny jest tylko kierunek techniczny, najlepiej IT. Niestety nie każdy ma zacięcie do IT wbrew mitowi męskiej techniczności. Lepiej zrezygnować ze studiów niż okryć się hańbą humanistyki. Nic nie stoi zaś na przeszkodzie by po filozofii zostać programistą, przecież jedno drugie nie wyklucza, tym bardziej, że to filozoficzne czy społeczne zacięcie jest widoczne. W tych prymitywnych, powierzchownych rozważaniach jakie łykają na YouTube. Złośliwość losu. Zatem w pewien sposób można zrozumieć, że część osób czuje się zagubiona w tym dziwnym świecie, który raczej pozornie oferuje możliwości ale głównie narzuca wzorce niemożliwe do realizacji, przez co ci chcą wycofać się w coś prostego, zrozumiałego. Naprawdę ciężko być intelektualistą, który w ryja wysprzęgli, serenadę napisze ale uczuć nie okaże. Doszło do wymieszania się albo jak woli Bauman „roztopienia” granic międzygrupowych czy międzyklasowych. Efektem jest konfrontacja wzorców, które wcześniej nigdy nie przenikały się w obrębie klas. Zmieniła się też sama definicja klasy, która także się upłynniła przez co powstał niesamowity miszmasz.

Dochodzi do tego masa publikacji nie oddająca głosu mężczyznom. Ponawiam argument z poprzedniego fragmentu. Mianowicie kobiety rozprawiają jak pomóc facetom, ratować ich odbierając im sprawczość, o którą walczą dla siebie. Gdy tylko chcą zabrać głos zaczynają się kpiny na temat ich zachwianej męskości, pozbawionej „białych, heteroseksualnych przywilejów”. Pracuje taki w magazynie i zastanawia się czy przywileye owe, to te słynne benefity w postaci kubka wody dziennie, tak wyraziście podkreślone przez pracodawcę w ofercie. Gdyby na tym dyskusja się kończyła, przekazy płynące z każdej strony nie były sprzeczne zapewne wielu byłoby łatwiej. Jednak oczekiwanie, że ktoś porzuci jakieś nieistniejące przywileje, wyrzeknie się sprawczości pozostając sprawczym, dominującym, męskim jest jakąś formą schizofrenii. Kobiety na przemianach ostatnich lat duży zyskały. Jasne, są takie nurty w feminizmie, które zakładają, że niczego nie zyskały tylko wywalczyły sobie nowe obowiązki, na przykład praca zawodowa i wychowanie dzieci przy dotychczasowej, w pewnym metaforycznym rozumieniu tejże dotychczasowości, konieczności skupienia się tylko na tym drugim. Tak, zdecydowanie sytuację można rozważyć w ten sposób. Różnica będzie język skierowany do mężczyzn albo którym mówi się o mężczyznach. Społeczeństwo, czyli byt złożony z kobiet i mężczyzn, musi dokończyć przemiany, dorowadzić do całkowitej równości płac, ilości kobiet w świecie nauki i techniki, na szczeblu zarządzającym, politycznym. Spoko, wszystko w najlepszym porządku. Problem w tym, że język dotyczący drugiej strony jest nieco inny. Utraciwszy przywileje, zagubili się, bla bla bla. W przypadku kobiet jesteśmy My, społeczeństwo w przypadku mężczyzn są Oni, zagubieni, nierozumiejący mężczyźni, których trzeba ratować.

Ponownie gdyby na tym się skończyło, może nie było tak źle. Ów dwuświat w którym aktualnie żyjemy, sprzeczne oczekiwania i standardy mają jeszcze jedną słabą stronę. Mężczyźni nie mogą opuszczać przysłowiowej gardy. Pomimo jałowego gadania, mężczyzna który po prostu usiądzie i stwierdzi, że nie daje rady nie ma specjalnie co liczyć na pomoc. Męskość zostanie podważona. Jacyno czy Beck poczynili wiele pięknych teoretycznych uwag, ale męskość czy kobiecość nadal determinuje grupa i pomimo. Można zgodzić się z Giddensem na temat refleksyjności współczesnej kultury. Pytania są zadawane, ale odpowiedzi udzielane są podstawie bardzo skąpych, prymitywnych wręcz źródeł. Ludzie póki co nie wykształcili wystarczającego stopnia indywidualizmu by bez mrugnięcia okiem stosować się tylko do efektów introspekcji. Jednostki zawsze czerpią wzorce od innych jednostek o „wyższym statusie społecznym”, który może oznaczać ni mniej ni więcej a rozpoznawalność. Zatem ubogość tychże wzorców, antyintelektualizm, są jednymi z powodów zaistnienia aktualnej sytuacji w połączeniu ze sprzecznymi przekazami. Dołożyć to tego trzeba różnice w wychowaniu chłopców i dziewczynek. Zaznaczyłem już w innym tekście, że dziewczynki są częściej przytulane przez oboje rodziców, częściej się do nich mówi, w tym używa większej ilości słów związanych z emocjami. Ciężko też oczekiwać, że chłopiec sam wykształci w sobie chęć do okazywania emocji skoro każda próba jest uciszana, nikt tego nie oczekuje. W dodatku częściej nawet niż ojcowie to matki wspierają „męskie stereotypy” w synach rekompensują niejako nieobecność ojca. Nie zawsze dosłowną, często chodzi bardziej o wycofanie, brak zaangażowania.

Kobiety otrzymują też znacznie ciekawszy przekaz względem własnego ciała czy seksualności. Tytuły takie jak „Polak w łóżku jest jak stolarz, który z całej siły hebluje deskę”, jak zwykle starają się wykazać brak fantazji, przerost wiary w siebie i swoje umiejętności, przeważnie dodając coś o pornografii. Pornografia przez ostatnie lata bardzo się zmieniła, ale temu zagadnieniu poświęcę osoby tekst. Zaznaczę tylko, że pornografia oglądana przez 80% naszego społeczeństwa wpływa tak na jednych jak na drugie. W efekcie mężczyzna staje się istotą fallocentryczną, która ma od biedy jedną sferę erogenną, mianowicie penisa. Być może też wielką szkodą jest, że kobiety zamiast porozmawiać z partnerem idą wygadać się do seksuologa. Być może mogę przystać na metaforę „Fight Clubu” jako prymitywnej formy grupy wsparcia. Takowe istnieją i panowie często skarżą się na nich, że kobiety leżą jak kłody, starają się ich nie dotykać, albo wydają z siebie idiotyczne dźwięki.

W kwestii ciała również mamy takie zryte przykłady. Tekst o kobiecie, która spotkała się z dziesiątkami mężczyzn poznanymi w Sieci dobrze się klikał. Autorka miała dużo pretensji o brzuszki, które stanowiły dowód zaniedbania polskiego mężczyzny. Tego typu debilne uwagi czyni też Małgorzata Żarów w swoim debiucie „Zaklinanie węży w gorące wieczory”. O ile lekko surrealistyczna opowieść czyta się dobrze, tak uwaga o facecie z brzuchem i muskularnymi ramionami jako wyraz „polskiego wyobrażenia siły” jest właśnie przykładem jednostronnej ciałopozytywności. Kobiety są ciałopozytywne, puszyste, jakiś inny kretyński przymiotnik a mężczyźni są zaniedbani. Wiadomo, że każdy powinien paradować na bombie i dwuprocentowym docięciu.

Rynek matrymonialny

Mówienie, że dziś ludzie wystawiają się jak bydło na sprzedaż, jest równie uczciwe co praktyki Orlenu z cenami benzyny. Piękne sformułowanie używanie w tytułach niektórych krótkawych wywodów brzmi „rynek matrymonialny”. Rynek jest tutaj słowem kluczem. Na rynku są produkty, zwane w slangu małżeńskim „partiami”. Ten kto może sobie pozwolić na najlepszą partię. I teraz nie do końca rozumiem zamierzenia krytyków. Każdemu, jeśli myśli o związku zależy na najlepszej możliwej partnerce lub partnerze jakiego może zdobyć chyba, że działa w myśl zasady kto wybredny ten nie rucha. Może kwestią jest litość? Otóż nie wypada się prezentować jako wartościowa jednostka, która jest wręcz stworzona do roli partnera czy partnerki licząc, że ktoś się zlituje i jakimś cudem da? Mowa naturalnie o dupie. Założenia krytyki tinderowej mechaniki są teoretycznie szczytne. Oto dehumanizująca aplikacja sprawia, że ludzie wystawiają się na pokaz jak bydło na targu. Niektórzy użytkownicy tego portalu niestety w to wierzą, bo fakt bycia jego użytkownikiem czy użytkowniczką jest dla wielu osób uwłaczającym doświadczeniem, przez co opisują swoje profile słowami, że nie będą się reklamować bo nie są towarem. Jest to jeden z tych opisów, które jak się okazuje odrzucają jak skrzep zwany zimnym budyniem z sokiem. Ciężko umówić się na randkę, jeśli druga osoba się mną nie interesuje. Tymczasem okazuje się dehumanizujące, odczłowieczające. Zatem co powiedzieć o sytuacji gdy ojciec sprzedawał córkę za trzodę chlewną?

Panie na lewo, panowie na prawo

Obecnie gdy którakolwiek ze stron stosuje przemoc, zdradza, można po prostu odejść. Często zamiast rzeczowej dyskusji stosuje się memy, że dziś „rzeczy” zepsute się wyrzuca, dawniej się naprawiało. Wiadomo, że związek w którym kobieta znęca się nad mężczyzną psychicznie jest czymś do naprawy a rok, dwa, trzy lata przemocy psychicznej można wybaczyć i naprawić. Identycznie działa to w drugą stronę. Bił, gwałcił bo kochał, można wybaczyć. Nie można.

Większość publicystów ma poglądy co najmniej konserwatywne. Panie mają coraz częściej poglądy liberalne w ujęciu lewicowym. I tak oto mamy poważny zgrzyt w relacjach damsko męskich. Panowie oczekują, bardzo sprzecznych, dziwnych rzeczy. Otóż po przeprowadzeniu małej metaanalizy treści, wychodzi na to, że konserwatywni panowie chcą by owe lewicowe, liberalne, puszczalskie dziwki w końcu pokazały swą prawdziwą naturę. Tymczasem kobiety o poglądach liberalnych, wcale nie szukają przygodnego seksu na Tinderze. Wyraźnie widać, że panowie są zawiedzenie, że portal z dziwkami nie dostarcza im nowych doznań każdej nocy. Równocześnie pragną kobiety konserwatywnej, która po tym jak odwzajemni pocałunek, poślubi delikwenta i zostanie jego własnością aż po grób bez względu na to, czy on sam będzie fajnym facetem czy skończonym dupkiem. Inaczej stanie się towarem używanym, przechodzony. Ponownie włączają się archetypy Matki i Dziwki. Matką może zostać tylko kobieta czysta, bowiem nie wypada, żeby na świat kolejne pokolenia wydawała Dziwka, która miała wielu partnerów. Matką mężczyzny w żadnym stopniu, nie może być kobieta rozwiązła. Ciekawym uzupełnieniem tego myślenia są córki tatusiów. Większość tatusiów wie co myśli o Matkach i Dziwkach przez co nie bardzo wie co począć z córką.

Panie coraz częściej nastawione są na samodzielność i niezależność zwłaszcza finansową. Stąd też nie każda marzy o wspólnym mieszkaniu. Często osobne mieszkania stanowią atrakcyjną alternatywę gwarantującą samodzielność. Dobrze by było gdyby facet był chociaż minimalnie wykształcony, ale również tutaj zaczyna się pojawiać pewien rozdźwięk. Kobiety czytają sporo, bez względu na wykonywany zawód, pochodzenie czy aktualną klasę społeczną. Panowie nie przepadają za słowem pisanym i nie ma tutaj zastosowania zasada, że kobiety czytają dużo miałkich rzeczy, panowie nic a jak już czytają to Heideggera, Spinozę i rozprawy Maxa Plancka.

We wcześniejszych akapitach nadmieniałem, iż często w małżeństwach aranżowanych albo z rozsądku żona i mąż nie byli sobie bliskimi osobami. Mężczyźni mieli dwie opcje, dwa wentyle pozwalające znaleźć ujście frustracji w życiu z osobą, która im nie odpowiada. Dziwkę i kochankę. Chadzanie do burdelu czasem źle widziane, jak chodzenie w brudnych butach, ale nie jest to przewina dyskwalifikująca mężczyznę jednoznacznie. Prostytutka rzadko jednak mogła zapewnić emocjonalną bliskość. Mogła to za to zrobić kochanka czyli kobieta, z którą mężczyzna czuł większą więź ale nie mógł oficjalnie poślubić. Jako, że ludzie są raczej kreatywnym gatunkiem zawsze znajdą sposób by wyrwać się z domowych pieleszy by spędzić upojną noc w ramionach kochanki albo kochanka. Kobieta miała do wyboru jedynie kochanka, ale przyłapanie na zdradzie było dla niej zdecydowanie bardziej niekorzystne niż dla mężczyzny. Wielokrotnie kobiety musiały przemilczeć kochani swoich mężów dla „dobra rodziny”, co nie znaczy, że nie potrafiły się odpłacić.

Obecnie gdy którakolwiek ze stron stosuje przemoc, zdradza, można po prostu odejść. Często zamiast rzeczowej dyskusji stosuje się memy, że dziś „rzeczy” zepsute się wyrzuca, dawniej się naprawiało. Wiadomo, że związek w którym kobieta znęca się nad mężczyzną psychicznie jest czymś do naprawy a rok, dwa, trzy lata przemocy psychicznej można wybaczyć i naprawić. Identycznie działa to w drugą stronę. Bił, gwałcił bo kochał, można wybaczyć. Nie można. Rozwód w minionych epokach był czyś gorszym niż bicie, niż przemoc psychiczna, niż znęcanie się bez względu na formę. Konserwatywni panowie serwują swym widzą coś co mnie rozczula. Romantyczną wizję związków rodem z mitów, legend. i powieści. Niesamowite.

Małżeństwo jest dla nas, mężczyzn, opłacalne, zwłaszcza w połączeniu z pewnymi formami moralności. Otóż gdy kobieta może realizować swoje potrzeby seksualne tylko w sformalizowanym związku małżeńskim zwiększa to szanse na „sztukę”. Chcąc nie chcąc musi kogoś poślubić albo otrzyma łatkę starej panny, dziwaczki albo po prostu dziwki. Mężczyźni mieli i mają większe pole do popisu. Nie oznacza to, że nasza kultura panów głaska i podsuwa wszystko pod nosek. Panowie mają na wielu polach przejebane bardziej niż biedna pierdolona piechota, którą najczęściej są już na starcie. Mówimy o pewnym wycinku rzeczywistości, który się wymyka. Stąd konserwatyści ostrzegają przed Tinderem. Ci sami konserwatyści często usuwają pary, gdy kobieta napisze pierwsza. W końcu to facet podrywa a nie jest podrywany, bowiem wówczas jest zniewieściały.

Często mówi, się że seks to nie wszystko i liczą się wspólne cele, ale niewiele osób zdaje sobie jak głupie jest to powiedzenie. W sytuacji gdy jedna ze stron chce mieć udane życie seksualne druga chce tylko podróżować i seks jest dla niej bez znaczenia zaczyna się prosta droga do konfliktu. Dopasowanie partnerów pod tym względem jest tak samo ważne, jak pod względem innych aspektów życia. Polecę trochę górnolotnie, ale życia z osobą uwiązaną mnie jak pies do budy byłoby trochę uwłaczające. Ktoś naprawdę chciałby żeby ktoś był z nim z przymusu, bez możliwości wyboru?

Cześć, jak leci?

Obejrzałem wiele tinderowych eksperymentów polegających na tworzeniu profili mających na celu sprawdzenie jak wiele osób zareaguje na profil. Pierwszą wadą takich eksperymentów jest ich nijakość. Otóż eksperyment tego typu jest bardzo nieobiektywny z czego wielu autorów zdaje sobie sprawę. Aby widzowie tego nie wyłapali, trzeba stworzyć  profil należycie nijaki. Nawet gdy dokonuje się małej podmiany ról, czyli kobieta chce przekonać się jak to jest być mężczyzną na Tinderze, to wybierają kiepskie zdjęcia, nie tworzą żadnego opisu a każda wiadomość zaczyna się od sakramenckiego „cześć, jak leci?”.

Nikogo nie obchodzi jak leci. Mało kogo obchodzi, że druga strona choć ma zainstalowaną aplikację i aktywne konto mogła mieć zły dzień. Portal randkowy jest kiepskim miejscem by udzielić odpowiedzi, że ma się doła, zdechła ulubiona roślinka, rozbił się ukochany kubek albo zostało się zwolnionym z pracy i chwilowo jest się w czarnej dupie. Powodów braku odpowiedzi może być liku. Być może osoba, której profil został przesunięty przez nas w prawo akurat prowadzi z kimś rozmowę? Może się zdarzyć, że zostaniemy potraktowani jako „koło ratunkowe”, ale o tym będzie trochę dalej. Częściej jednak nijakie zdjęcia połączone z nijakim „cześć, jak leci” nie stanowią zachęty do dalszej konwersacji. Eksperymenty tego typu są  zwyczajnie niemiarodajne i nie można traktować ich poważnie. Świetnie dowodzą tylko tego, co mówiący chce udowodnić i niczego więcej.  Rozpoczynając konwersację można włożyć minimum wysiłku w jej prowadzenie, ale przecież „eksperyment” ma dowieść, że przeciętnym facetom nikt nie odpowiada. Osoby faktycznie stosujące hurtowo wklejane „Cześć, jak leci” może powinny skorzystać z ChatGPT? Podobno jest niezły w te klocki, choć rozczarowanie będzie srogie gdy okaże się, że żaden z erudytów słowa nie wykrztusi.

Kolejna sprawa to zdjęcia. One naprawdę dużo mówią o osobach, które przedstawiają. Czy są niechlujne, czy zależy im na swoim wyglądzie, jakie mają aspiracje. Mogą sugerować, że ktoś ma dynamiczną osobowość albo jest skrytym introwertykiem. Identyczne komunikaty wizualne wysyłamy na co dzień. Zatem ciężko, żeby wszystkie ciche introwertyczki marzyły o przebojowym Chadzie. Nie należy sobie tego szajsu wkręcać. Zdjęcie jest takim samym komunikatem jak opis. Co ciekawe gros kobiet nie przepada za prężącymi się w lustrze osiłkami. Chyba bardziej irytującą manierą jest już tylko opis brzmiący mniej więcej tak; „Nie jestem towarem, nie będę się reklamować, chcesz to pisz, nie chcesz nie pisz”, który stanowi dość gimnazjalną zaczepkę. W tym też wieku może być kuszący, ale dla osoby, która już dawno zapomniała szkolnych korytarzach oznacza ni mniej ni więcej a mam wyjebane choć stosujący go mają w głowie zapewne jakąś antysystemowość, nonkonformizm albo jeszcze coś innego. Nie zawsze mieć wyjebane oznacza, że będzie Ci dane. W tym przypadku wręcz przeciwnie.

Incele a sprawa Tindera

Incel czyli osoby żyjące w mimowolnym celibacie. Istnieje kilka grup tych osób. Pierwsza to osoby w jakiś sposób systemowo poszkodowane. Możemy tutaj zaliczyć osoby na przykład cierpiące na depresję albo o ograniczonej sprawności fizycznej. Jako społeczeństwo możemy akurat usprawnić dostęp do ochrony zdrowia w tym psychicznego albo dostęp do protez. Bowiem prosta rzecz jak proteza nogi może poprawić jakość życia danej osoby. Incelami są nie tylko mężczyźni ale też mówiące o sobie „femcelki” kobiety. Przyczyny bywają takie same jak u mężczyzn. Zatem osoby, które mają ograniczone szanse w różnych dziedzinach życia zupełnie nie ze swojej winy. Oczywiście jak dowodzą „mędrki” wszyscy mamy takie same szanse tyle, że nie mamy. Tutaj następuje mierny wywód na temat rozkładu inteligencji poparty badaniami człowieka, który stracił tytuł profesor emeritus za przewały podczas badań inteligencji. Raz oszacował inteligencję mieszkańców całego kraju na podstawie jednego obywatela, innym razem ponawiał badania nad inteligencją Polaków trzy razy aż wyszło mu, że narody słowiańskie z natury są głupsze. Lubił też manipulować badaniami nad inteligencją kobiet, żeby udowodnić, że to naturalne iż mężczyźni zajmują wysokie stanowiska ze względu na swoją inteligencję, mierzoną oczywiści w skali IQ. Tak. Ostatnie trzydzieści lat pokazuje mi wysoką inteligencję osób na stanowiskach w sposób dobitny. Jakąś na pewno, ale tutaj trzeba uśmiechnąć się w stronę innych koncepcji inteligencji, chociażby inteligencji społecznej, która pozwala miernocie znaleźć sobie kolegów na tyle mocnych, by dostać się na szczyt władzy nie wiedząc co właściwie robią. Nagle też może istnieć nierówność szans uwarunkowana otoczeniem środowiskowym, ale poza Tinderem świat jest doskonale sprawiedliwy i wszystko jest głównie winą jednostki. Bowiem gdy omawiane są koncepcje równości szans, powiedzmy kobiet i mężczyzn w kwestii uzyskania identycznego wynagrodzenia w trakcie ubiegania się o to samo stanowisko, w tej samej firmie problemu nie ma. Podobnie jak w kwestii dostępu do edukacji, zarobkowania i tym podobnych rzeczy. Na Tinderze nagle się pojawia. Przez ten tekst przewija się od samego początku informacja, że nie jest żadna sztuką dla naszego mózgu wspieranie dwóch sprzecznych poglądów czy opinii. Najzwyczajniej nasz umysł stara się nie konfrontować ich ze sobą.

Drugą grupę „inceli” stanowią osoby, które chciałyby nawiązać seksualną relację z drugą osobą, ale wbiły sobie do łba masę bzdur o żabach jak wiele z powyższych. Są to osoby, które szukają winnych swoich niepowodzeń w systemie. Czyż to nie rozkosznie absurdalne? Nie zwracają uwagi, że ich charakter, poglądy, sposób bycia mogą być irytujące, zrzucając całą winę na drugą osobę przy okazji całkowicie odbierając jej podmiotowość. Widząc jak komentują omawiane filmy, można dostrzec że jest w nich taka ilość jadu, że odechciewa się polemiki. Zawsze zastanawiam się nad stanem zdrowia takich publicystów. Zrobią wszystko dla zasięgów.

Czy Tinder szkodzi?

Tinder nie jest zatem aplikacją szkodliwą. Szkodliwy jest przekaz medialny, który mu towarzyszy. Zadajmy sobie proste pytanie. Czy kobieta ma prawo flirtować? Czy ma prawo wyjść w piątkowy wieczór w wyzywającym stroju? Nie oznacza to, że kogoś szuka, że prowokuje. Czy ma prawo się uśmiechnąć? Tak, ale uśmiech nie jest zaproszeniem do łóżka. Tak samo działa to na Tinderze. Aplikacja ta jest przekrojem ludzkich potrzeb. Jedni chcą związku, drudzy szukają kogoś na jedną noc, jeszcze inni flirtują. Sam fakt, że kobieta wyrazi wstępne zainteresowanie mężczyzną albo mężczyzna kobietą, nie oznacza że coś się komuś należy z tego tytułu. Tymczasem antytinderowe publikacje odbieram jako histeryczne bicie piąstkami w podłogę, bo przecież ja chcę i nie chcą mi dać. W ten sposób pokrzywdzony będzie każdy facet, każda kobieta w każdej sytuacji.

Podsumowanie

Wszystko to stanowi zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pominąłem chociażby kwestie „trwałości” związków, która także jest kulturowym wymogiem, potrzebą bezpieczeństwa. Fragmenty wiedzy socjologicznej, psychologicznej czy biologicznej jakie otrzymujemy w ramach króciusieńkich filmików wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Więc darujcie je sobie. Cieszcie się obecnością drugiej osoby zamiast wymagać diabli wiedzą czego. Ja natomiast wychodzę.

 

Patronite

Jeśli tekst przypadł Wam do gustu i chcielibyście mi pomóc stworzyć kolejne – zajrzyjcie na mój profil na Patronite. Sztuka i socjologia bez małego wsparcia „same się nie robią” 😉
fot. w nagłówku pochodzi z filmu „Romeo i Julia” z 1996 roku